|
|
| POMIŃ |
Galeria Sztuki Współczesnej
Gallery of Polish Contemporary Art
Obraz Stragan,sztuka współczesna,
W 1972 roku rozeszła się w Krakowie wieść, że Wisła Kłodzińska, krakowianka z urodzenia, świeżo upieczona absolwentka wydziału prawa UJ, koleżanka ze studiów mojej Małgosi, wychodzi za mąż za artystę malarza.
Nas, jej współtowarzyszy picia kawy w RIO na ulicy św. Jana, żywo obchodził przyszły los Wisełki (bo tak ją nazywaliśmy), znanej z szybkości i zdecydowania „w poruszaniu się po mieście" u boku artysty. Później zaczęły rodzić się dzieci, u nas z końcem 1972 roku - Agnieszka, a u nich - Wisły i Staszka (wtedy już znałem jego imię) w 1974 - Andrzejek. Spacery z dziećmi po Plantach podtrzymywały studenckie przyjaźnie i ułatwiały przepływ informacji o artystycznych dokonaniach Staszka do nas, zainteresowanych sztuką przez duże S. Słyszało się o wystawach, zrazu krajowych: w warszawskiej Zachęcie, w BWA we Wrocławiu, w Zakładach Szadkowskiego w Krakowie, w Pałacu Sztuki... Później przyszły wystawy międzynarodowe: w Bayreuth, Darmstadt i Bonn (wystawa polsko-niemiecka), czy w Koszycach w ówczesnej Czechosłowacji. Lata osiemdziesiąte to plenery i poplenerowe wystawy w Mirabelle, Laville, Edienne we Francji, w Paryżu w galerii Mansarde. Jeszcze po drodze były Dusseldorf, Norymberga, Neustadt i Bielefeld w RFN, Gavorrno we Włoszech, Lilie we Francji oraz Ćsongrad i Szeged na Węgrzech...
Mógłbym tymi wspomnieniami i wyliczankami zapełnić jeszcze kilka stron, ale nie to jest przecież celem tego wstępu. Chcę jedynie podkreślić, że artysta, mimo swej ogromnej aktywności zagranicznej, nie zapomniał o Polsce, o swoim ukochanym Krakowie, którego jest wedle przedwojennej miary obywatelem, bo posiada nieruchomość. I w którym były prezentowane jego obrazy na kilkudziesięciu wystawach indywidualnych i z zaproszonymi kolegami. Jedna z nich - wystawa "dwóch Stanisławów": Batrucha i Puchalika w krakowskim BWA, w 1989 roku zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Film wideo, który zrobiłem swoją prywatną kamerą, oglądałem kilkanaście razy. odkrywając coraz to nowe wartości w twórczości dzisiejszych profesorów krakowskiej ASP. Wystawą byłem zaskoczony i oczarowany tak jak inni wielbiciele jego malarstwa. Zamarzyłem wtedy o jego obrazach i te marzenia zaczęły się zwolna spełniać. Nasze kontakty towarzyskie rozwijały się dynamicznie, zwłaszcza po 1976 roku, kiedy to na wniosek ZPAP Wydział Lokalowy przydzielił artyście nową pracownię. Mieściła się ona na ulicy Szewskiej w świeżo odrestaurowanej kamienicy Pod Lewkiem. Był to jeden z najciekawszych okresów w jego twórczości i życiu osobistym. Dom otwarty. Tłumy gości. Marzenia z hasłem "bardziej być niż mieć". Entuzjazm. Zabawy.
Los chciał, że od 1996 roku prezesuję najstarszemu w tej części Europy Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych, w którego Pałacu Sztuki organizowane są od prawie stu lat wystawy znakomitych polskich artystów, do których niewątpliwie należy Stanisław Batruch. Gdy podczas trwania wystawy Juliusza Joniaka zaproponowałem mu zorganizowanie jego indywidualnej wystawy, odmówił, twierdząc, że nie jest jeszcze gotowy, ale w rok później wyraził zgodę i teraz w czerwcu 2000 roku prace tego znakomitego artysty możemy podziwiać w Pałacu Sztuki.
Życzymy mu dalszych sukcesów, zarówno artystycznych jak i w życiu osobistym.
Zbigniew Kazimierz Witek
, In 1972 a rumour that Wisła Kłodzińska. born in Kraków, a fresh graduate of the Department of Law at the Jagiellonian University, my Wife`s colleague from studies, was soon to be married to an artist-painter, ran through Krakow. We, who used to drink coffee with her at the Rio Cafe at St. John's Street, were extremely interested in Wisełka's (as we used to call her), known from her speed and determination in moving through the streets of the town, future with an artist husband. Then children were born, to us - Agnieszka in the end of 1972, to them - Wisła and Staszek (I had known his name by then) - little Andrzej in 1974. Walking with kids in the Planty was a good way to maintain student friendship and facilitate the flow of information about Staszek's artistic achievements to us, interested in art spelt with capital A. We heard about his exhibitions, first in Poland: in Zacheta in Warsaw, BWA in Wroclaw, Szadkowski's factory in Kraków, in the Palace of Art... Then came international exhibitions: in Bayreuth, Darmstadt and Bonn (a Polish-German exhibition), or in Kosice in the then Czechoslovakia. The eighties brought open air exhibitions and after-open air exhibitions in Mirabel, Lavilledieu, Edienne in France, in the Mansarde Gallery in Paris. Before that were exhibitions in Duesseldorf, Nuremberg, Neustadt and Bielefeld in Germany, Gavorrano in Italy, Lille in France and Csongrad and Szeged in Hungary...
I could fill a few more pages with these memories and enumerations, but this is not the purpose of this introduction. I would just like to stress, that the artist, in spite of his extensive international activity, did not forget about Poland and his beloved Krakow, of which he is according to the pre-war laws, a proper citizen, because he owns some real property. An in which his paintings were shown on several individual exhibitions and together with invited colleagues. One of these exhibitions - ,,two Stanisławs' exhibition" - of Batruch and Puchalik, in BWA in Krakow in 1989, made a tremendous impression on me. The video film I made with my private camera I have watched since then several times, every time discovering new values in the art of these two present-day professors of the Academy of Fine Arts in Krakow. I was surprised and enchanted by that exhibition just like other enthusiasts of Batruch's painting. I dreamt then about his paintings and those dreams have slowly begun to fulfil. Our social contacts were developing dynamically, especially after 1976, when the artist, thanks to the motion made by ZPAP (the Association of Polish Writers and Artists) was given a new studio by the Housing Department. It was at Szewska Street in a newly renovated tenement house ,,Under The Little Lion". It was one of the most interesting periods in Batruch's work and personal life. An open house. Crowds of visitors. Dreams with the motto ,,rather to be than to have". Enthusiasm. Fun. The fate decided that since 1996 I have been the President of the oldest in this part of Europe Society of Friends of Fine Arts (Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych), where in The Palace of Art belonging to it exhibitions of numerous outstanding Polish artists, to which Stanisław Batruch undoubtedly belongs, have been organised. When during Juliusz Jonak's exhibition I suggested to Batruch to have his individual exhibition organised, he refused, saying he was not ready yet, but a year later he agreed and now, in June 2000, we can admire the works of this outstanding artist in The Palace of Art.
We would like to wish him further success in his artistic and personal life.
Zbigniew Kazimierz Witek
Dorobek Wójcika, choć w ciągu lat ulegał naturalnym rozwojowym prawom doskonalenia i w miarę upływu czasu coraz to pełniejszą wytrawnością dzieł owocowała jego twórczość — w swym ogólnym obrazie ma charakter jednorodny. Jest bowiem rezultatem konsekwentnie wyznawanej i konkretnie określonej postawy estetycznej, podporządkowującej sobie formalno-warsztatowe środki artystycznego wyrazu. Całość jest imponująco obfita — płodność artysty zaiste jest zadziwiająca — i przy tym bogata w niewątpliwie indywidualne rozwiązania.
Wójcik zatapia swoją wyobraźnię i instynkt twórczy w żywiole malarskiej materii, z której z wielką umiejętnością formuje obrazy o żywych, światłem nasyconych fakturach i drgającym na powierzchni. Światło — to cała gama chromatyczna barwności, układającej się w subtelnie wysmakowane, już to niepokojące harmonie. Nic dziwnego, jeśli się zważy, że muzyka dla Wójcika była zawsze bliska, a jej przeżycie nierzadko stanowiło bezpośredni bodziec twórczy. I to nie tylko w sensie inspiracji tematycznej, ile raczej szczególnej interpretacji i transpozycji wzruszeń w czysto malarską formę ekspresji. Znajduje to odbicie w dźwięcznych plamach barwnych akwareli, powstających od jednego i jedynego uderzenia czy dotknięcia pędzla, a nieomylna pewność ręki idzie w parze z delikatnością nieraz wręcz eteryczną i trafnością kolorystyczną. Odniesienia muzyczne w sztuce Wójcika są nader częste i świadome.
Wraz z niewielką grupą obrazów z cyklu „Ptaki", obecną wystawę stanowią przede wszystkim pejzaże z plenerów z lat 1975 — 1987. Wszystkie malowane na żywo — olejno, akwarelą, gwaszem — wprost z natury, są jej radosną i rozkoszną kontemplacją i refleksją podziwu dla powabów tego niewyczerpanego źródła doznań i malarskich natchnień. Świetna kompozycja natury w każdym szczególe posiada zdecydowany charakter. Muzyczna melodyjność kształtów i barw oraz przestrzeń — kontrapunkt ciszy — to przeżycia malarskiej istoty krajobrazu. W pejzażach Wójcika występuje nie tylko wielość motywów topograficznych, ale także szeroka rozmaitość wartości artystycznego przekazu. Niektóre są wyraźnie „tematyczne", inne znów w skłonności ku wrażeniowej wykładni malarskiej stają się bardziej iluzoryczne. Jest to żywe malarstwo. Tym bardziej, że jest nader blisko, bezpośrednio związane z naturą. Przyroda krajobrazu pociąga artystę i ją do pewnego stopnia przedstawia, pozostawia na płótnie jej ślad, bowiem w gruncie rzeczy motyw realny, tak jak kiedy indziej wyobrażeniowy, podlega filozofii obrazu, jako wykwitu własnych konstatacji artysty.
Takie malarstwo nasuwa w pewnym sensie więcej trudności do przezwyciężenia, niż malowanie kompozycji spontanicznych. Być „rzeczowym", czy „impresyjnym" malarzem, a więc tak czy inaczej swoistym realistą — pociąga za sobą nie lada jakie ryzyko: epigonizmu przede wszystkim. Dlatego dziś uprawianie sztuki pejzażowej budzi tyle obaw, wątpliwości i zastrzeżeń, ile — jakże paradoksalnie! — jest twórczo pociągające, a ponadto społecznie oczekiwane i z zainteresowaniem przyjmowane.
Pieczołowita dbałość o strukturę malarską, wraz z szczególnym upodobaniem do świetlistej kompozycji kolorystycznej — stanowią charakterystycznie o odrębności formalnej obrazów Wójcika. Czynniki te w szlachetnym dążeniu do coraz wyższej doskonałości, mają wszakże służyć trafnemu i sugestywnemu przywoływaniu w obrazach osobistej wizji świata.
Ignacy Trybowski
Wojcik's creative output, being subject to natural, evolutionary rules of improvement and,as time went by, being ruitful in fuller and fuller maturity of his works, is in its general representation of a very homogeneous nature. For it is a result of a constantly professed and specifically defined aesthetic attitude which subordinates formal-technical means of artistic expression. Taken as a whole, his work is impressively rich, the artist being amazingly prolific, and abounds in undoubtedly individual realizations.
Wojcik submerges his imagination and creative instinct in an element of painters' material of which he forms with great skill the pictures of live facture treatment penetrated with light twinkling on their surfaces. The light in the painter's pictures makes the whole chromatic scale of colours forming the subtly sophisticated and somewhat disquieting harmonies. No wonder if one considers that music has always been very dear to him and its experience has often given him an immediate creative impulse, not only in the sense of thematic inspiration but rather that of specific interpretation and transposition of emotions into a purely painter's form of expression! All this finds its reflection in harmonious, colourful patches of the water-colour being made through the only one stroke of a paint-brush; this sureness of the hand goes along with a sometimes ethereal delicacy and accuracy of the colour scheme. Musical references in Wojcik's paintings are most frequent and consciously applied.
The present exhibition shows in the first place the landscape paintings from the plein-airs from 1975-87, together with a small group of pictures making the cycle 'Birds'. All these pictures oil-paints, water-colours, gouaches having been painted directly from nature, are its gay and delightful contemplation, and reflect admiration for charms of this inexhaustible source of feelings and painter's inspiration. A splendid composition of nature is in every detail of determined character. Musical melodiousness of shapes and colours, as well as space "a counterpoint of silence" make an experience of the painter's essence of a landscape.
In Wojcik's landscape paintings there is not only a great number of topographic motifs but also a large variety of artistic massage values. Some of the latter are distinctly 'thematic', others that tend to sensual painter's interpretation become more illusive. It is a live painting, the more so as it is most closely and directly connected with nature. The nature of the landscape attracts the artist and he presents it to some extent by leaving its trace on the canvas.
Such kind of painting presents in a sense more difficulties to be overcome than that of creating spontaneous compositions. To be 'a material' or 'an impressionistic' painter, i.e. a kind of a realist involves a real risk: epigonism in the first place. That is why to cultivate a landscape painting is to arouse as much fear, doubt and reservations as "what a paradox!" admiration for its creative values, being at the same time longed for by the society and received with interest. Great care over painting texture, together with a particular taste for bright colouristic composition, show the formal individuality of Wojcik's pictures. However, these factors in the painter's noble aiming at higher and higher perfection are to serve recalling in his pictures "in an accurate and suggestive way" his own vision of the world.
Ignacy Trybowski
O malarstwie Stanisława Batrucha nie umiem pisać z pozycji mędrca, wyposażonego w „szkiełko i oko" oraz kunsztowny aparat terminów krytyki sztuki. Mnie wyposażono w uniwersytecie w aparat do wymądrzania się nad literaturą. Dlaczego więc zabieram się za coś, na czym oficjalnie się nie znam? Otóż usprawiedliwia mnie to, że żaden twórca nie maluje dla krytyków, lecz głównie dla tych, którzy z nim współczują. Terminu tego używam w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu - czyli czują tak samo jak on, wspólnie z nim. Obserwuję malarstwo Stanisława Batrucha od trzech dekad z tej właśnie pozycji - odbiorcy współczującego.
Droga Stanisława Batrucha do malarstwa nie była prosta. Urodził się w 1935 roku w Zagórzu, małym miasteczku u stóp Beskidu Niskiego. Liceum Ogólnokształcące ukończył w Sanoku. Potem imał się różnych prac. Był kolejarzem (jak Reymont), był... był... W tym czasie zaraził się malarstwem. Najpierw w Muzeum Okręgowym w Sanoku, gdzie znajduje się bogaty zbiór obrazów polskich postimpresjonistów, podarowany miastu przez malarza Franciszka Pronaszkę, związanego z Komitetem Paryskim. Kontemplacja malarstwa i własne doświadczenia malarskie skłoniły go do startu do krakowskiej ASP. Pierwsze podejście się nie powiodło. Żeby nie tracić kolejnego roku, zaczął naukę w Studium Nauczycielskim w Rzeszowie na kierunku wychowanie plastyczne. Takie dwa lata „przedstudiów" dobre są, by upewnić się w wyborze dalszej drogi życiowej, a ponadto dodają pewności siebie. Bo przecież ma się już w kieszeni jakiś dyplom. Dyplom wykwalifikowanego nauczyciela szkoły podstawowej. Tak jak życzyli sobie od początku rodzice. Ale Batruch postanowił spróbować kolejnego podejścia do prawdziwych studiów malarskich. Tym razem się powiodło. Miał już wtedy 25 lat. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w latach 1960-1966 u Hanny Rudzkiej-Cybisowej, do której przylgnął tytuł Wielkiej Damy Polskiego Malarstwa. Między innymi jej dzieła podziwiał wcześniej w sanockim muzeum. Po studiach został najpierw nauczycielem malarstwa w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie - tak więc przydały się nauki pedagogiczne - przez jakiś czas był odpowiedzialny za studencką kulturę w Radzie Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich w Krakowie, potem został asystentem w ASP, gdzie obecnie jest profesorem i prowadzi pracownię malarstwa na wydziale grafiki. Ale zanim zaczął wystawiać w galeriach, wraz z grupą przyjaciół malarzy i rzeźbiarzy organizował akcje plenerowe, dziś powiedzielibyśmy raczej - instalacje, poświęcone sprawom zagrożenia naturalnego środowiska człowieka. Było to tuż po pierwszym apelu sekretarza generalnego ONZ, U Thanta w tej sprawie, a grubo wcześniej nim narodziły się jakiekolwiek mchy ekologiczne w Polsce. Działo się to w Krakowie na placu Hanki Sawickiej. Kto dziś pamięta Hankę Sawicką, a jej plac?
Na początku malował - jak to pisał Stanisław Rodziński w szkicu poświęconym Batruchowi, opublikowanym przed laty w „Nowym Wyrazie" - „krajobrazy i kompozycje, poprawne w kolorze, zgrabnie budowane, w których doświadczenie malarstwa abstrakcyjnego porządkowało obserwację". Ale z czasem, jak konkluduje Rodziński, wyzbywa się Batruch „dziarskiej anonimowości, jaką grzeszy nieraz twórczość robiona bezpośrednio po studiach", natomiast zaczyna traktować sztukę jako formę rozmowy z człowiekiem i zadumy nad prawidłowością swego życia i działania. Tak sformułował Batruch swój wczesny program we wstępie do jednej ze swych prac. Potem zaczął poszukiwać znaku, symbolu, który by porządkował nasze otoczenie. Porządkował świat. Pitagorejczycy za symbol, w którym mieści się cały świat, uważali liczbę. Jest taki obraz z początku lat siedemdziesiątych zatytułowany Przejrzał. Składa się z liczb i symboli matematycznych: dodawania, odejmowania i równania, ale zza nich wyłania się człowiek Z wyciągniętą ręką. Batruch w poszukiwaniu symbolu, od liczb przez znaki drogowe doszedł wreszcie do sylwetki ludzkiej.
Przed kilkunastu laty, gdy Staszek miał jeszcze pracownię przy ulicy Szewskiej - przechodząc ulicą, patrzyłem w okna jego pracowni — gdy świeciło się w nich światło, bądź uchylone było okno, przy którym stały sztalugi - wpadałem. Przez te otwarte okna przed kilkunastu laty pokazał mi Stanisław Batruch temat, który przeniósł właśnie na płótno. Ciemne sylwetki pod parasolkami w niebieskiej, mglistej poświacie krakowskiego deszczu. W tej prawie niemal jednolitej kolorystyce wyróżniała się jedna kobieca postać w bordowym kolorze. Gdy kilka lat później w Liście Schindlera Stevena Spielberga zobaczyłem czarno-białą scenę z dziewczynką w czerwonej sukience - jedynym kolorowym elemencie tej sceny, miałem wrażenie deja vii. Z tego samego okna zobaczyłem też temat innego obrazu Stanisława Batrucha, wzięty z krakowskiej ulicy. Przedstawiał szaroniebieskie sylwetki ludzi odwrócone od widza, stojące przed szybą nie do sforsowania. Obraz bardzo wieloznaczny, symboliczny, choć inspiracją dla niego była witryna dawnego Jubilera", przed którą wystawali ludzie, pragnąc w codziennej szarości popatrzeć na namiastki luksusu, bogactwa, na które nie było ich stać. Dziś w tym samym miejscu istnieje sklep z takim samym asortymentem, tyle że z bogatszym wyborem, bo prywatny, więc strzeżony pancerną szybą, za którą dawniej chowali się tylko najwyżsi na świeczniku. I ludzie nadal stoją przed nim, tak samo jak przed laty, by popatrzeć, bo nadal nie stać ich na to, co za pancerną szybą.
Potem oglądałem inne wersje tego tematu. Raz był to człowiek wtaczający kamień na szczyt góry, innym razem grupa ludzi przed i za przeszkodą, skoczek wykonujący akrobatyczny skok nad biało-czerwoną tyczką, człowiek przytłoczony ciężarem krucyfiksu. Za każdym razem był to człowiek stojący przed wyzwaniem, barierą do pokonania. Jednym słowem Syzyf. Zawsze jednak widziałem w tych Syzyfach Stanisława Batrucha, Syzyfa Alberta Camusa, bohatera jego trudnego egzystencjalizmu humanistycznego. To znaczy takiego, który ma świadomość nieskuteczności swoich wysiłków, ale mimo to ciągle je podejmuje. Mało tego, podejmuje swój absurdalny trud z uśmiechem.
W twórczości Stanisława Batrucha istnieje szereg obrazów układających się w cykl Procesje. Na jednym z nich, zatytułowanym W drzwiach grupa osób idzie w otwarte w głębi drzwi, z których bije mocne światło. Grupa uczniów jednego z krakowskich liceów pytana o wrażenia, jakie narzucają się po obejrzeniu tego obrazu, na pierwszym miejscu wymieniła optymizm. Podobnie określiła błękitne Parasolki. Bo nad postaciami idącymi w deszczu także rozwarła się szczelina ze światłem.
Kiedyś zastałem Stanisława Batrucha w jego pracowni, malującego pysznego torreadora. Takiego, jakiego mógłby namalować El Greco. - Czy to nie za mało nowoczesne? - Zapytałem. - Nie lubię tego słowa. - Usłyszałem w odpowiedzi. - Bo za tym określeniem ukrywają się różni szarlatani. Wolę określenie „współczesne". Niektórzy na pytanie, jaka jest różnica między nowoczesnością a współczesnością, odpowiadają -- i ja się z nimi zgadzam - że nowoczesność starzeje się szybko i to brzydko, jak pisał Jerzy Stempowski, a współczesność towarzyszy swojemu czasowi. Więc się nie starzeje.
Zostawmy zresztą etykietki, te starzeją się najszybciej. Malarstwo Stanisława Batrucha z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych korespondowało z wysoką temperaturą dyskusji tych czasów. Było "publicystyczne", bądź "społeczne", by użyć znowu słów-kluczy. Było antropocentryczne, bo zawsze w jego centrum był człowiek z jego uwikłaniami we współczesność. To wtedy powstały obrazy, w których ludzie stoją przed barierami, szlabanami, „próbują pokonać poprzeczki w skoku". I zawsze te symboliczne bariery do pokonania, malowane są w czerwono-biały wzór. Postaci ludzkie nie są ani abstrakcyjne, ani realistyczne. Są co prawda bez twarzy, ale często rozpoznawalne. Nie trzeba dużej wyobraźni, by zobaczyć w nich fizyczne podobieństwo do niektórych osobistości politycznych lub artystycznych tamtych czasów. Artysta zapytany, czy było to zamierzone, skrywa odpowiedź w uśmiechu pod siwym wąsem.
Na jednym z obrazów Stanisława Batrucha ludzie stoją z tobołkami przed granicznym szlabanem. Jeden z nich niesie przekreślony na krzyż obraz-sztalugę. To pamięć exodusu z Polski setek tysięcy ludzi w początku lat osiemdziesiątych. Ludzi, którzy unosili ze sobą przekreślone marzenia. Wracając z winobrania w Prowansji parę tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego, widziałem nocą, w listopadzie 1981 roku, na granicy czesko-niemieckiej dramatyczny sznur polskich samochodów wypełnionych rodzinami uciekającymi z Polski, pozostawiającymi za sobą połamane marzenia. Nigdy widoku tego nie zapomnę. Nie znalazłem go w relacjach telewizyjnych. Ale jest na szczęście na obrazie Stanisława Batrucha. Nie znaczy to, że Stanisław Batruch jest dokumentalistą rzeczywistości. On wchodzi w dyskurs z rzeczywistością. A może nawet w spór. Bo na innym jego obrazie są ci, którzy zostali. To Przywiązani do ziemi. W swoim cyklu Bariery Stanisław Batruch stosunkowo prostymi malarskimi środkami potrafił oddać atmosferę końca lat siedemdziesiątych. Profesor Czesław Rzepiński powiedział po obejrzeniu tego cyklu, że w sensie ideowym malarstwo Batrucha przypomina mu twórczość Artura Grottgera.
Bunt przeciwko ograniczeniu wolności, podmiotowości człowieka, walka z dyrygentami, gorycz porażki, wszystko to można znaleźć w cyklu dużych obrazów, zatytułowanym Dyrygent baletu. Na jego początku dyrygent jest monumentalny, a mimo to kilku uczestników baletu nawet nie może go widzieć, bo są zasłonięci wielką czerwoną płaszczyzną. Zaś w ostatnich obrazach tego cyklu dyrygent baletu jest już tylko strachem na wróble. Ale i ci, którymi on dyryguje, też skarleli ze strachu i kręcą się w chocholim chyba tańcu. Jedynym lirycznym elementem na tym obrazie jest ptak, który usiadł na podniesionej ręce, w której strach-dyrygent trzyma batutę.
Ten ptak to zapowiedź lirycznego okresu malarstwa Stanisława Batrucha, który przyszedł jak wyciszenie po okresie "Sturm und Drang". Chyba ten okres głównie miał na myśli profesor Ryszard Hunger, gdy w związku z postępowaniem o nadanie Stanisławowi Batruchowi tytułu profesora sztuk plastycznych tak przedstawił jego dorobek artystyczny:
„Malarstwo Stanisława Batrucha charakteryzuje się siłą wyrazu, która bierze się z głębokiej zgodności, jaka zachodzi między artystycznym powołaniem, a bezpośrednim kontaktem z rzeczywistością. Temat człowieka zagrożonego i prześladowanego, napięcie życia w tłumie, groźby zniszczenia ludzkich wartości - wszystko to możemy odnaleźć w obrazach Batrucha przetworzone w oryginalną formę, o której decyduje kolor i jego swoiste zmaterializowanie. Dostrzec możemy zbieżność między światem uczucia i abstrakcyjnym światem rozumu. Między malarską afirmacją rzeczywistości a zwątpieniem. Postaci zamknięte w sobie, głęboko ludzkie tworzą galerię, w której uczucie nigdy nie jest zdegradowane do banałów sentymentalizmu. Współczucie nie wystarcza za usprawiedliwienie, apel do sumienia nie pozostaje jedynie zwykłym protestem. To humanistyczne malarstwo, tworzone mądrze i ze wzruszeniem, wyrosłe z poetyki, dotyka jednocześnie współczesnych dramatów. Nie czerpie z nich jednak potrzeby negacji i destrukcji."
W maju 1990 roku Stanisław Batruch otrzymał prestiżową nagrodę fundacji Volkera Heitlanda, przyznawaną w Niemczech corocznie od 1980 roku jednemu artyście w uznaniu wybitnych osiągnięć artystycznych. To ważna niemiecka nagroda. Kandydatów do niej typuje kilkuosobowe Protektorium, w skład którego wchodzą artyści i krytycy sztuki. Otrzymało ją dotąd wielu najwybitniejszych niemieckich malarzy, między innymi Hetty Krist i Rolf Bóchter. A Stanisław Batruch był czwartym zagranicznym artystą, któremu ją przyznano. Przed nim otrzymali ją: Leonard Lehner z USA, Roberto Antonio Matta Echaurren z Chile i Jean Ipoustegny z Francji. W uzasadnieniu jej przyznania czytamy między innymi: „Generacja artystów, do której należy Batruch, była szczególnie zagrożona przez oportunizm i konformizm. Mimo to potrafił on rozwinąć swój indywidualny język artystyczny.(...) To, co go wyróżnia z wydarzeń artystycznych Polski, to bezpośrednie zderzenie z rzeczywistością i mniej lub bardziej zakodowane wizje różnych sytuacji. Nikt tak przenikliwie nie oddał charakterystycznej atmosfery życia swojego kraju. Jego artystyczna rozprawa z aktualnością i przeszłością zaznacza się w kręgu takich tematów jak: osaczenie, poddanie obserwacji, stanie w kolejce itd., co podkreślają takie motywy jak: mur, granica, dyktator, zbiorowisko ludzi czy emigracja."
Wręczenie nagrody fundacji Volkera Heilan-da, połączone z wystawą prac artysty, miało miejsce na zamku w Celle, północnoniemieckim miasteczku, które w owym właśnie roku obchodziło swoje 1000-lecie. Ta nagroda jednocześnie symbolicznie zamknęła „publicystyczny" okres w twórczości Stanisława Batrucha.
Potem przyszedł nowy okres, pełen skupienia, ale i wyciszenia. Zwiastowały go pejzaże z Mirabel, gdzie od 1981 roku Stanisław Batruch jeździ z przyjaciółmi z grupy twórczej „Błękitna Róża" na wspólne plenery wraz z artystami z „Nowej Darmstadckiej Secesji". Jest w tych pejzażach czerwień ziemi południowej Francji, głęboka zieleń (ktoś nazwał Batrucha mistrzem głębokiej zieleni) prowansalskich winnic i cyprysów sadzonych wzdłuż dróg pamiętających jeszcze czasy Cezara, i zmętniałe zielonkawe niebo. Takie, jakie zobaczyć można tam na południu przez kilka godzin, zanim zacznie wiać mistral. Wiatr, który przyprawiał o szaleństwo Van Gogha. Patrząc na nie, przypominam sobie zapach tymianku i innych ziół porastających obrzeża winnic. Rwaliśmy je garściami, by przywieźć do domu, by zapach wypełniał cały dom. Mają też obrazy Batrucha z Mirabel szorstką strukturę powierzchni. Lubię ich dotykać. Tak jak lubiłem wziąć do ręki garść tej czerwonej, południowej ziemi i poczuć jej ciepło i życiodajną siłę.
W nowym okresie malarskim Stanisława Batrucha dramaty Syzyfa zastąpił człowiek w kra-obrazie i krajobraz. Ale nie jest to krajobraz cyzelowany, sielski czy sentymentalny. Tyle że kształt, który dawniej dominował w obrazie, zastąpił teraz kolor. Zgaszone dawniej kolory - szarości, niebieskości, czerń, brązy i fiolety - zastąpiła żywa zieleń, ostra żółć, jaskrawy pomarańcz. Obrazy emanują jednak spokojem i ładem. Profesor Ryszard Hunger widzi jego źródło w wyjątkowym słuchu kolorystycznym Batrucha (bardzo podoba mi się to poetyckie określenie: słuch kolorystyczny), „który nawet w ryzykownych zestawieniach pozwala odczuć smak wyrafinowania, oraz w przyjętej dyscyplinie kompozycyjnej, która chroni przed wszelką przypadkowością". Tak jest na obrazie W polu, w którym dwie kobiety idą polem z zaznaczonymi gdzieś tam na horyzoncie drzewami. Lub w Siewcy uginającym się pod ciężarem ziarna czy w Oraczu. Nawiązują one wprawdzie stylistycznie do poprzedniego okresu, ale nie ma w nich dramatycznych napięć. Wprawdzie w Strachach jurajskich z 1991 roku znajdziemy ten sam motyw co w Dyrygencie sprzed lat dwudziestu, ale ze Strachów jurajskich, w przeciwieństwie do Dyrygenta emanuje spokój i ład. Wynika to z innego potraktowania człowieka. - Czy nie jest to jakiś nawrót? - Zapytałem ostatnio Batrucha. - Tak, jest to nawrót, ale w innej konstrukcji formalnej - mówi artysta. - Dawniej używałem brutalnych płaszczyzn i określonych symboli. Jak malowałem na przykład szlaban, to był on zdecydowany, zdefiniowany, i choć był biało-czerwony, to jednocześnie uniwersalny. Właśnie ten uniwersalizm ówczesnej symboliki mojego malarstwa podkreślono w uzasadnieniu nadania mi nagrody Heitlanda. Niemieccy odbiorcy mojego malarstwa nie byli zainteresowani ewentualnymi odniesieniami do polskiej sytuacji politycznej. Każdy z nich odnosił to do innej, ale uniwersalnej sytuacji. To zresztą dotyczy wszystkich artystów używających symbolu. My przecież, oglądając Okropności wojny - Goyi czy Guernikę - Picassa, nie widzimy w nich ilustracji konkretnej sytuacji historycznej, ale generalny symbol okropności wojny. Gdy teraz maluję obraz Walka o fotel, to niektórzy też to odniosą do pewnych współczesnych sytuacji, ale robię to inaczej, bardziej po malarsku. Używam takich zestawień, które muszą charakteryzować obraz. Przedtem było mi to obojętne, bo bardziej się zajmowałem ideą niż warsztatem. Tym warsztatem czysto malarskim. A teraz to się odwróciło i bardziej zwracam uwagę, że to musi być tak ustawione, a tamto inaczej, że musi być kontrast. Jednym słowem teraz więcej opowiadam po malarsku.
Zupełnie inny charakter mają jeszcze późniejsze obrazy: Tajemniczy ogród, Harenda, Stary dom, czy cykl jesiennych krajobrazów z Jury Krakowsko-Częstochowskiej.
- Maluję coraz częściej krajobrazy - mówi Batruch. - Właściwie to malowałem je cały czas, ale w kontekście dawniejszego mojego malarstwa przedstawiającego Ideę - krajobraz wydawał mi się zbyt mało poważny, wręcz śmieszny. Wówczas krajobraz uprawiałem raczej jako ćwiczenie malarskie, a nie czystą wypowiedź. Ale widzę, że nie miałem powodu się wstydzić, bo to jest spora część mojej działalności malarskiej. Poza tym doszły nowe przeżycia w postaci wyjazdów za granicę - do Francji, do Włoch, i... powrót do moich rodzinnych, dziecinnych i młodzieńczych stron, w Beskid Niski. Pojawiły się cerkiewki łemkowskie. Powracam tam z sentymentem, bo to niebo mnie uczyło, te lasy mnie uczyły malarstwa. Ciągle napotykam tam na coś nowego, na co dawniej nie zwracałem uwagi - na błysk słońca na rzece, na błysk poruszającej się w strumieniu ryby. Teraz te rzeczy, na które dawniej nie zwracałem uwagi, bo były oczywiste, widzę mocniej. Zatem tematyka mojego malarstwa zatoczyła krąg, jestem znów jakby na początku, u moich korzeni. Ale to jest już inny początek. Tak jak na spirali. Patrzę na to samo miejsce, ale z wyższej pozycji.
Pisząc przed kilku laty tekst do albumu obrazów Stanisława Batrucha, pytałem w konkluzji, czy malarstwo Stanisława Batrucha wyłamuje zamknięte dotąd drzwi, burzy mury i otwiera nowe perspektywy w malarstwie? Nie umiałem i nadal nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. I niech tak zostanie. Chciałbym powiedzieć, że tak. Ale jak i wtedy ponownie stwierdzę, że to jest jak u Norwida, który pisał o swojej poezji:
Syn - minie pismo
Lecz ty wspomnisz wnuku
Więc na pytanie to, jak mniemam, odpowiedzą dopiero potomni.
Franciszek Palowski
I cannot write about Stanislaw Batruch's painting from the position of a wise man, equipped with a magnifying glass and an eye and an elaborate apparatus of art criticism's terms. I was equipped at the university with an apparatus to act as a wise guy when literature was concerned. Why do I then get down to something I am not officially an expert on? I feel justified by the fact that no artist paints for critics, but mainly for those who feel like he does, who feel together with him. I have been watching Stanislaw Batruch's painting for three decades from this position - of the audience feeling alike.
Stanisław Batruch's way to painting was not a straight one. He was born in
These two years of such "pre-studying" are good if one wants to be sure of his choice of the future career, furthermore they give one more self-confidence. Because you already have a diploma. A diploma of a qualified teacher of a primary school. Just as his parents had wanted from the beginning. But Batruch decided to make another attempt at the real studies in painting. This time it was successful. He was then twenty-five years old. He studied at the
After graduating, he first became a teacher of painting in Liceum Sztuk Plastycznych (Secondary School of Graphic Arts) in Krakow - so he made good use of his pedagogical training - and for some time was responsible for the student culture in the Regional Council of the Association of Polish Students in Krakow; then he became an assistant teacher at the Academy of Fine Arts, where he now works as a professor and runs a painting workshop at the department of graphic art. But before he began showing his paintings in art galleries, together with a group of his friends, painters and sculptors, he had organised open air actions, which we would now call installations, devoted to the issues of environmental threats. It was just after the General Secretary of UNO, U Thant, made an appeal on environmental protection, and much earlier than any ecological movements arose in
At first he painted - as Stanisław Rodziński wrote in a sketch on Batruch, published some time ago in "Nowy Wyraz" - "landscapes and compositions, correct in colour, nicely constructed, in which the experience of abstract painting ordered the observation", but with time, as Rodziński concluded, Batruch got rid of "sprightly anonymity, which is a popular sin of works made just after graduation", and started to treat art as a form of conversation with man and meditation on the righteousness of his life and work. That was how Batruch formulated his early programme in an introduction to one of his works. Then he began searching for a sign, a symbol, which would order our surroundings. He ordered the world. The phytagoreans thought that a number was a symbol encompassing the whole world. There is a picture from the seventies, entitled He saw (Przejrzał). It consists of numbers and mathematical symbols: adding, subtracting and equation, but behind them there is a man with a stretched out arm. In his search for the symbol, through numbers and road signs, Batruch finally reached the human figure.
Several years ago, when he still had his studio at
Then I have watched other versions of this theme. Once it was a man rolling a rock onto the top of the mountain, some other time a group of people in front of and behind a barrier, a jumper doing an acrobatic pole vault over the white and red vault, a man crushed with the weight of a crucifix. Every time it was a man confronting a challenge, a barrier to overcome. A Sisyphus. Yet I have always seen in Stanislaw Batruch's Sisyphuses a Sisyphus of Albert Camus, a hero of its difficult humanistic existentialism. That is someone who is aware of ineffectiveness of his efforts, but still makes them. Even more, he makes his absurd effort with a smile.
In Stanisław Batruch's artistic activity there are some pictures constituting a series called Processions (Procesje). In one of them, entitled In the door (W drzwiach), a group of people is walking towards an open door seen in the background, with strong light showing from it. Some students of one of
Once I met Stanisław Batruch in his studio, painting a proud bullfighter. A bullfighter El Greco could have painted. "Isn't it not modern enough?," I asked. "I don't like that word," was the reply. "There are various charlatans using that word. I prefer the term . Some people, when asked about the difference between the modern and the contemporary, say - and I agree with them - that the modern grows old fast and in an ugly way, like Jerzy Stempowski wrote, and the contemporary is catching up with the times. So it does not grow old.
Let us leave aside the labels, they are the ones to grow old first. Stanislaw Batruch's painting from the turn of the seventies and the eighties corresponded with the high temperature of the discourse of those times. It had this "publicist" or "social" character, to use again the key words. It was anthropocentric, because in its centre there was always a man with his complicated relations to the present time. It was the time of paintings with people standing in front of barriers, trying to overcome bars in a jump. And always these symbolic barriers to overcome are painted in a white and red pattern. People are neither abstract nor realistic. They are without faces, but often recognizable. You do not need to strain your imagination to see in them a physical resemblance to some political or artistic VIPs of those times. The artist, when asked whether this was intentional, hides his answer in a smile under white moustache.
On one of Stanisław Batruch's paintings people are standing in front of a border barrier with bundles. One of them is carrying a crossed painting-easel. It is a commemoration of the exodus of hundreds of thousands of people from
A rebellion against limitations of freedom, against the subjective treatment of man, a fight with conductors, a bitter taste of loss, all these can be found in a series of big paintings entitled The Conductor of Ballet (Dyrygent Baletu). At its beginning, the conductor is monumental, and still some participants of ballet cannot even see him, because they are covered with a huge red sheet. In the last pictures, the conductor is just a scarecrow. But also those he conducts have shrunk from fear and are going in circles in a "straw-cover dance". The only lyrical element is a bird sitting on a raised arm, in which the conductor holds his baton.
This bird is a forerunner of the lyrical period in Stanislaw Batruch's painting, which came as calming down after "Sturm und Drang". I think Professor Ryszard Hunger had mainly this period in mind when, in connection with the process of giving Stanislaw Batruch a title of Professor of Graphic Arts, he presented Batruch's artistic activity in these words:
"Stanisław Batruch's painting is characterised by strength, which comes from a deep conformity between the artistic vocation and the direct contact with reality. The theme of an endangered and persecuted man, the tension of living in a crowd, threats to the human values - all these can be found in Batruch's paintings, transformed in an original way, in which colour and its specific materialisation are decisive. We can see a convergence between the world of emotion and the abstract world of thought. Between the painter's affirmation of reality and his doubt. Closed figures, deeply human, constitute a gallery in which an emotion is never degraded to the banality of sentimentality. Compassion is never enough for a justification, the appeal to human conscience is not just a simple protest. This is humanistic painting, created wisely and with feeling, grown from poetics, at the same time touching contemporary dramas. It does not, however, draw from them the need to negate and destroy".
In May 1990 Stanislaw Batruch received a prestigious award of the Volker Heitland foundation, awarded in
The ceremony of granting the award of Volker Heitland foundation, together with the artist's exhibition, took place in a castle in
Then came a new period, full of concentration, but also of quietness. It was announced by landscapes from Mirabel, where Stanisław Batruch has been going with his friends from the creative group "Blue Rose" (Błękitna Róża) for open air painting together with artists from "New Darmstad Secession" since 1981. There is in these landscapes the red soil of southern France, deep green (someone has called Batruch a master of deep green) of Provance vineyards and cypresses planted alongside roads which remember the times of Caesar, and the cloudy greenish sky. The one you can see there in the south for a few hours before mistral begins to blow. The wind that drove Van Gogh crazy. Looking at those landscapes I recall the smell of thyme and other herbs growing on the edges of vineyards. We used to pick handfuls of them and to bring them home and let the smell fill the whole house. Batruch's paintings from Mirabel also have the rough surface of ground. I like touching them. Just as I liked taking a handful of this red, southern soil and feeling its warmth and life-giving force.
In a new period of Stanisław Batruch's painting Sisyphus' dramas are replaced with a man in a landscape and a landscape itself. But it is not a smooth idyllic landscape, or a sentimental one. It is just that the shape which used to dominate in the picture is now replaced by colour. The place of old subdued colours - greys, blues, black, browns and purples is now taken by bright green, bright yellow, bright orange. Yet the paintings emanate with peace and order. Professor Ryszard Hunger sees its source in the exceptional ear for colours that Batruch has (I like this poetic description: "ear for colours" very much), "which even in risky juxtapositions lets you feel the refined taste and in the accepted composition discipline, which protects from any incidentality." It happens in the painting In the field (W polu), where two women are walking in the field, with some trees marked on the horizon. Or in The Sewer (Siewca) strained under the burden of seeds or in The Plougher (Oracz). Although they are stylistically connected to the previous period, there is no dramatic tension in them. Though in Jurassic Ghosts (Strachy jurajskie) from 1991 we find the same motif as in The Conductor, older by twenty years, but Jurassic Ghosts, contrary to The Conductor are full of peace and order. It is a result of a different treatment of man. Is it not a kind of comeback, I have recently asked Batruch, while looking at his latest paintings in his studio. Yes, it is a comeback, but in another formal construction, the artist says. Formerly I used crude planes and decided symbols. When I painted, say, a barrier, it was decided, defined, and though it was white and red, it was universal. The universalism of that symbolism in my painting was even emphasised in the justification of the Heitland award. The German audience was not interested in possible connotations to the Polish political situation. Each person related it to another, yet universal, situation. It concerns all artists who use symbols. When looking at The Disasters of War by Goya or Picasso's Guernica we do not see the illustration of the specific historic situation, but a general symbol of the atrocities of war. When I am now painting a picture entitled Fight for a Chair (Walka o fotel), some people will relate it to the contemporary situations, but I am doing it in a different way, more in a painter's way. I use such juxtapositions which must be characteristic of a painting. Earlier it did not matter to me, because I was more concerned with the idea than the technique. This purely painting technique. And now it has changed and I pay more attention to putting this here, that there, that there must be a contrast. To sum it up, now I tell stories more in a painter's way.
But now, I paint landscapes more often, Batruch says. Actually I have been painting them all that time, but in the context of my painting showing the Idea - landscape seemed to me somewhat not serious, even funny. Then I painted landscapes as an exercise and not pure expression. But I see that it was no reason to be ashamed, because it is a large part of my painting activity. Besides there are new experiences - my foreign trips, to France, Italy, and... coming back to my home land, the land of my childhood and puberty, to Beskid Niski. There are Lemko's Orthodox churches. I come back there with some sentiment, because I was taught painting by that sky, by that woods. I always come across something new there, which would have escaped my attention earlier - a flash of sunshine on the river, a gleam of fish in the brook. Now these things I did not pay attention to before, because they were so obvious, are seen more clearly. Thus the topics of my painting have made a circle, I am almost at the beginning again, where my roots are. But this is another beginning. Just like in a spiral, I look at the same place, but from a higher position.
His even later works: Secret Garden (Tajemniczy Ogród), Harenda, The Old House (Stary dom) or a series of autumn landscapes from Jura Krakowsko-Częstochowska are totally different in character.
When writing a few years ago a text for Stanisław Batruch's painting album, I concluded with a question whether Stanislaw Batruch's painting was breaking the closed door, demolishing walls and opening new perspectives in painting? I could not then and cannot still answer that question. Let it be. I would like to answer yes. But I will just say like then that it is like with Norwid, who wrote about his poetry:
My son - will pass by my writing
But you will recall it, grandson
So I guess that only our descendants will answer that question.
Franciszek Palowski
Dziś już wiemy: malarstwo przetrwa jako technika i odrębna dyscyplina artystyczna. I przetrwa piękno w jego najczystszej postaci, bo człowiek jest wizualistą, odbierającym aż 85% wrażeń oraz informacji za pomocą wzroku, i epikurejczykiem, lubiącym dogadzać wszystkim swoim zmysłom, zaczem jedynie globalna epidemia masochizmu mogłaby go skłonić do rezygnacji z dostarczania przyjemności najważniejszemu z nich.
Nie sprawdziły się więc pesymistyczne prognozy najwybitniejszych nawet krytyków, poszukujących „ostatniego malarza" pośród wertepów „poszerzonego pola sztuki", na którym nie istnieje już nic. Nic, poza gruzami form, pojęć i ideałów, po których przetoczył się taran burzącej wszystko awangardy naszego stulecia. Malarstwo przetrwało jego uderzenia i pozostało umiejętnością pokrywania płaszczyzny barwami ułożonymi w pewnym porządku, i przetrwała rzeźba, pojmowana jako bryła w przestrzeni, a nade wszystko przetrwało piękno w swym filozoficznym pojęciu porządku uczuć, myśli i form, użytych do ich wyrażenia. Nie inne od starogreckiego odbicia ładu kosmosu, przeciwstawiającego się i przeciwstawnego brzydkiej magmie chaosu. Okazało się, że rację miał stary mistrz Kowarski, pouczając swych wychowanków słowami „ludzie nie zniosą brzydoty i odrzucą ją". Tym skwapliwiej, im większy będzie kontrast, im bardziej nachalna stanie się brzydota i silniejsza jej agresja. Również w subtelnej naturze sztuk pięknych, które nasz wiek uznał za stosowne uzupełnić i zrównoważyć sztukami brzydkimi.
Lecz wtedy, w czasach młodości i artystycznego pokwitania Stanisława Batrucha, sytuacja nie przedstawiała się tak klarownie, ani nie była tak oczywista, bo podział na sztuki piękne i brzydkie dopiero się dokonywał, bo każdy, zwłaszcza zaś młody, więc ciekawy obrazoburczych nowinek artysta czuł się rozdarty na dwie lub więcej jeszcze części. I zawieszony pomiędzy tym, co lubił i cenił, lecz do czego często nie miał odwagi się przyznać przed sobą samym nawet, i tym, co nadbiegało we wrzawie jedynego objawienia i triumfalnych surm zdezorientowanej krytyki. Toż przecie właśnie w czasach studiów przyszłego koryfeusza naszego malarstwa ukazał się Biuletyn Informacyjny ZPAP, a w nim artykuły tuzów miary Jean Jacques Leveque'a, WAL Beerena i samego Allana Kaprowa, w których wymieniają oni dwadzieścia sześć działających równocześnie i równolegle nurtów, czy też może raczej ideologii i ruchów artystycznych. Było więc w czym wybierać. I więcej nawet - należało to uczynić, bo presja środowiska była ogromna, choć awangarda straciła już lub też właśnie traciła swą rolę wiodącą. Młodzi przestali już widzieć w mistrzach krakowskiej Grupy swych duchowych i formalnych przywódców, co utrudniało jeszcze ich wybór. Niebawem, nastał bowiem czas "romantycznej liryki bez szkół i kierunków", w którym liczyła się indywidualność i tylko ona, przy czym termin „romantyzm" nie oznaczał już wzniosłych stanów ducha jedynie, zaś pojęcie indywidualności było często jednakie z umiejętnością zadziwienia. A to polegało na błahym nieraz pomyśle i sile głosu, co w sztuce oznacza zdolność wywoływania szoku. Wyścig się zaczął.
Trudne to były dla młodych czasy. W podwójnym rozumieniu tego słowa nawet, bo nie tylko możliwości wyboru środków wyrazu, lecz również artystów przybywało w lawinowym tempie, a sal wystawowych i galerii było tyle, co kot napłakał.
Właśnie wtedy jednak, wśród ostrej, ba, morderczej nawet konkurencji, miasto, a później Polska dostrzegają Stanisława Batrucha i oceniają go jako enfant terrible sztuki, choć nie epatował okrucieństwem, ani nawet drastycznością scen i form, nie biegał nago, a jeśli nawet, to nie po wystawowych salach, bo i to się zdarzało. Nie obrażał też nikogo wzorem fin de sieciowej bohemy, do której zresztą duchem i szerokoskrzydłym kapeluszem należał, i do dziś gdzieś, w głębi serca czuje głęboki sentyment. Cóż więc różniło go od tylu, tylu innych o których nie mówiło się głośno, lub nie mówiło wcale i o których słuch zaginął, choć - podobnie jak oni - podejmował najrozmaitsze, często w diametralnie różne strony skierowane eksperymenty i wykonywał rozliczne „skoki", jak je dziś nazywa w „siłowej próbie bycia innym"? I zachwycał się sobą, jak to się młodym zdarza. Swoją odwagą, odrębnością, niebanalnym wyrazem dzieł, ich nowatorstwem i nieprzemijającymi wartościami nawet. Do czasu jednak, bo później przyszedł czas refleksji. Oceny otrzymały inny znak wartości: dzieła się zestarzały, nie wytrzymały próby niedługiego czasu. Nie wytrzymały ich wszystkie owe kolaże i objęty, obrazy-przedmioty, jak wówczas zwano dzieła „z pogranicza" artystycznych gatunków, które wszak miały zaniknąć i roztopić w swobodzie „sztuki interdyscyplinarnej", w której każdy artysta robi wszystko na raz, lub nawet „feralnej", w której każdy człowiek staje się twórcą, ponieważ umiejętności warsztatowe zostały zepchnięte do lamusa rzeczy minionych, ośmieszonych przez czas.
Właśnie wtedy Batruch zrozumiał, że jego powołaniem jest malarstwo, właśnie owo kontestowane „pokrywanie płaszczyzny kolorami w określonym porządku", a jego celem jest dyscyplina myślowa i formalna, zwana niekiedy „myśleniem barwą", przekładaniem pojęć na kolory i ich zestawienia oraz ciężar. Poczuł się ogniwem długiego łańcucha malarzy tym łatwiej, że nigdy nie zerwał doszczętnie więzi, łączącej go z tradycją, która w tamtych latach była niejednokrotnie utożsamiana z zacofaniem. Tym samym ujawni siłę charakteru, a mianowicie samokrytycyzm i dobry smak. Oraz odwagę, bo wówczas jawne posługiwanie się pędzlami wymagało niejakiej odwagi. To przecież właśnie wówczas któryś z młodych - i podobnie jak Batruch myślących - malarzy odparł na pytanie zadane przez jednego z mistrzów awangardy - „A co pan tu niesie, panie kolego? - To? Proszę sobie wyobrazić, że to są pędzle, panie profesorze..."
Bo wówczas prawdziwie nowoczesny obraz wykonywało się przy pomocy młotka i obcęgów. No, choćby kleju tylko. Lecz pędzla?
Mówiąc - malarstwo, lub szerzej - sztuka, rozumiana jako teren formułowania prawd i sposób ich przekazywania, myślimy w istocie o inspiracji. Co, jakie czynniki zewnętrznej i wewnętrznej natury pobudziły umysł i wrażliwość artysty dla nadania im kształtu i skąd, z jakich regionów nadszedł impuls decydujący o formie przekazu i jego treści? W tej kwestii zdania mogą być podzielone i zwykle nimi bywają, choć badania pani Margitt Wheeler sporo wyjaśniły w tym względzie, dowodząc, że sztuka czerpie swe soki w blisko 80% z samej sztuki, z jej dawnych i współczesnych osiągnięć, dzieląc pozostałe 20% pomiędzy naukę i naturę, grającą w tym wypadku rolę Kopciuszka. W wypadku Stanisława Batrucha kwestia ta przedstawia się nieco inaczej: i owszem, inspiruje się sztuką, bo trudno tego nie czynić z tej choćby racji, że nikt nie rodzi się bez przodków i wszyscy ulegają takim czy innym fascynacjom. Lecz w sposób ograniczony, a w każdym razie nie tak znaczny, jak się to niekiedy sądzi. Drogą automatyzmu myślowego po części i wygody przypisano go do nurtu postimpresjonizmu. Z tej zapewne przyczyny, że studiował w pracowni wielkiej damy naszego koloryzmu, Hanny Rudzkiej-Cybisowej.
Otóż nic podobnego. Batruch nie należy do tego nurtu i nigdy do niego nie należał, choć, istotnie, w niektórych jego obrazach brzmią echa „gry barwnej na płaszczyźnie". Lecz właśnie echa tylko z tej choćby przyczyny, że estetyczna jedynie formuła malarstwa nigdy Batruchowi nie wystarczyła, że należał do zgoła innej formacji twórców emocjonalnie zaangażowanych i żywo reagujących na świat, na zdarzenia, na klimat czasów, na ich atmosferę, na problematykę społeczną w końcu, prowadzącą go w stronę publicystyki plastycznej. A ta lubi krzyk i dosadność sformułowań.
Przed krzykiem chroniła jednak Batrucha osobista i malarska kultura, a inteligencja, połączona z pewnymi skłonnościami introwertywnymi - wiodła go w stronę refleksji. A przecież właśnie w tamtych latach nasze malarstwo nowoczesne przechodziło ze świata abstrakcji geometrycznej i informelu w regiony Nowej figuracji o metaforycznym na ogół charakterze. Sztuka odzyskiwała głos i umiejętności precyzyjnego formułowania myśli. Schodziła z wyżyn pojęć lub ich pozorów na ziemię, w realny i bliski świat po to, by zacząć mówić o nim i jego problemach, a to właśnie Batruchowi bardzo odpowiadało.
Połączył więc w swej sztuce wszystkie owe elementy, wzbogacając je jeszcze o dramatyzm iście barokowego światłocienia i młodopolski w genezie romantyzm, skutkiem czego stał się artystą bardzo krakowskim, czyli twórcą o wyraźnie zaznaczonym „tu i teraz". Artystą, który żyje w określonych warunkach, który wyrósł z określonych tradycji i rozwija je na własny już i bardzo indywidualny sposób. Artystą konsekwentnym, bowiem to enfant terrible młodej krakowskiej sztuki jest w swej istocie bardzo zdyscyplinowane. I pracowite, bo rację miał Picasso, mówiąc do Genevieve Laporte: „Młodzi artyści uważają, że wystarczy robić to, co ja robiłem w ich wieku: gawędzić, pić. palić, chodzić do kawiarni i ... czekać, kiedy nadejdzie sukces. - Po czym wydmuchał kłąb dymu i dodał z pół przymkniętymi oczyma - To nieprawda. Musisz pracować..."
Batruch pracował. Dużo i z sensem tudzież z wrażliwością i dociekliwością na dodatek, a to oznacza pracę cyklami, w których dojrzewa i krystalizuje się myśl i kształt, jaki przybiera. Stopniowo i krok po kroku. Tyle że kroki Batrucha były szybkie i długie.
Pierwszym większym cyklem byli Sportowcy, w czym nic dziwnego, zważywszy, że również Batruch był nim, i to nie lada jakim na dodatek. Lecz sport różne ma oblicza i wiele w nim znaleźć można. Triumf i walkę, wysiłek, klęskę... Batruch dostrzegł ruch brył modelowanych światłem i kolorem. Oraz geometrię zapaśniczych mat i barierki płotkarzy, lecz bodaj czy nie w rzędzie pierwszym michelangelowską „terribilita", straszliwość, przekraczającą znacznie sportowe zmagania, bo w baconowskim wręcz wymiarze, jako że również Bacon z Michała Anioła czerpał pełnymi garściami.
Po nich przyszły Bariery. Był rok 1980, rok pierwszej Solidarności. Polska wrzała. W obrazach Batrucha pojawiają się poprzeczki i szlabany w czerwonych lub biało-czerwonych barwach, wszystko to, co ogranicza, co krepuje wolność ludzi z zamazanymi twarzami, anonimowego tłumu rodaków oprymowanych przez reżim. Zapewne. Tak było. Obrazy Batrucha były protestem lub manifestem, wyrażały uczucia olbrzymiej większości.
Z malarskiego jednak, równie jak społeczny, ważnego kontekstu, a może odeń ważniejszego nawet punktu widzenia, Bariery były połączeniem geometrii z plamą ekspresyjnej figury, nadrzędnego, idealnego, wręcz vantongerloowskiego porządku "plastyki matematycznej" z ludzką spontanicznością. Batruch po swojemu opiewa czasy buntu i przemocy, co skądinąd właściwie ocenili celnicy NRD, nie przepuszczając jego obrazów przez granicę. Dostrzegli w nich mocną reakcję na współczesność, na czerwony strach dyrygujący społeczeństwem i oczywistą symbolikę w postaci ptaka nadziei, siedzącego na ramieniu jednego z robotników, bo status społeczny malowanych postaci nie budził niczyich wątpliwości. Nie dostrzegli malarstwa. A to było już znakomite i bardziej od Sportowców zdecydowane, silniejsze w dramatycznych kontrastach wszystkiego, co zestawić ze sobą na antagonistycznych zasadach można. Lecz jednocześnie pieczołowicie uporządkowane.
Czasy się zmieniają. Bariery odchodzą w przeszłość lub zanikają. Nadchodzi czas wyzwolonej emocji. Geometria ucieka w głąb, kryje się pod plamami barwy, lecz poddaje je swym rygorom. Podskórnym, lecz wyczuwalnym. W tych też obrazach swe apogeum osiąga epickość Batrucha, jej rozmach i rozległość traktowania tematu wiodącego. Kontrasty znikają lub łagodnieją tylko, ograniczając się do zestawień światła i cienia, barw i plam, lub ściślej - stosunku plam barwnych wobec siebie. Obrazy Batrucha potężnieją, stają się coraz bardziej zwarte i monumentalne, i w tym właśnie leży ich siła. Coraz większa i coraz bardziej skupiona, zwarta i nieco posępna lub wręcz groźna niekiedy.
A jeszcze później jakaś nowa i nieznana dotychczas nuta pojawia się w jego malarstwie: nuta optymizmu i radości istnienia, przechodząca niekiedy w żart. Podniosłe symbole odchodzą w przeszłość wraz z barierami i robotnikami, ustępując miejsca jasnym dziewczynom o długich nogach tudzież innych niewątpliwych przymiotach ciała. I również ducha, zapewne, bo koloryt obrazów staje się lekki i świetlisty, a blask ma w naszej kulturze jednoznaczną wymowę.
Stanisław Batruch jest - jako się rzekło - epikiem. Opowiada zatem o ludziach, o sobie, o innych, o nas, o naszych uczuciach i relacjach tudzież swoim stosunku do ludzi. Jako epik nie unika też osądów, a nawet oskarżeń. Wielkich i całkiem malutkich w rodzaju Plotkarek czy Żądzy pieniądza, choć nie wspina się na wyżyny sumienia i moralności świata. A jeśli to nawet czyni - to sporadycznie, gdyż wrodzone poczucie humoru broni go przed drapowaniem się w togę Katona. Czegokolwiek by też nie malował - jest zawsze życzliwy. Coraz życzliwszy jakby w miarę upływu lat, boć przecie tout comprendre c'est tout pardonner. Zawsze więc gdzieś, nawet na dnie jego epickiej drapieżności, kryła się kropla liryki.
Właśnie z niej czerpią soki jego pejzaże, bliskie nam i romantyczne, lub też bliskie bo romantyczne może. Malowane zdecydowanymi uderzeniami pędzla, o mocnej, modernistycznej strukturze, nader odległe więc od „krajowidokowej" słodyczy, lecz właśnie przez to przekonywujące. Bo rację miał Zola, pisząc, że dobry krajobraz jest „naturą widzianą poprzez temperament", podobnie jak Villon, twierdzący, że jest on „krystalizacją emocji".
Nade wszystko jednak krajobraz jest portretem wewnętrznym swego twórcy. Równie wymownym, jak ostatnie, malowane na Węgrzech AD 2000 wizerunki ludzi - jasne, pogodne, lecz bez twarzy, z jednym tylko figlarnym oczkiem patrzącym...
Właśnie, na co? Na nas, czy może błahość wszystkich naszych poczynań, na solenną powagę, z jaką traktujemy świat zasługujący w istocie na drwinę?
Today we know: painting as a technique and a separate artistic discipline is going to survive. And beauty in its purest form is also going to survive, because man depends on the visuality, perceiving as much as 85 per cent of sensations and information through the sense of sight, and man is an Epicurean, who likes pleasing all his senses, thus only a global epidemic of masochism could make him stop supplying pleasure to the most important of his senses.
So the pessimistic forecasts of even the most outstanding critics did not come true, of critics searching for the "last painter" among the pathless tracts of the "extended field of art", beyond which there is nothing else. Nothing but the ruins of forms, ideas and ideals battered with a battering ram of all-destroying avant-garde of our century. Painting has survived its attacks and remained an ability to cover the sheet with organised colours, just as sculpture has survived, meant as a solid in the space; and most importantly, beauty in its philosophical concept of emotions, thoughts and forms used to express them, has survived. No different than the Grecian reflection of the cosmic order, opposing and contrasting with the ugly magma of chaos. It turned out that the old master Kowarski was right when he lectured his students with the words: "people will not be able to tolerate the ugliness and will reject it". The bigger the contrast is and the more pushy and aggressive the ugliness becomes, the more eagerly people will reject it. Also in the subtle nature of the fine arts, which our century deemed proper to complete and balance with "the ugly arts".
But back then, in the times of youth and artistic puberty of Stanisław Batruch, the situation did not look so clear, and was not so obvious, as the division into the fine and the ugly arts was just beginning to draw, as everyone, especially every young, meaning: curious about iconoclastic novelties artist felt torn to two or more pieces. And he felt suspended between what he liked and valued, but did not dare to admit it to himself, and what was coming in the ado of the only revelation and triumphant cries of the disorientated critics. It was in the student years of the future coryphaeus of the Polish painting that the Information Bulletin of ZPAP (Związek Pisarzy i Artystow Polskich - the Association of Writers and Artists of Poland) was issued, including the articles of such celebrities as Jean Jacques Leveque, WAL Beeren and the Allan Kaprow, in which they enumerated twenty six simultaneous and parallel trends, or rather ideologies and artistic movements. There were plenty of them to choose from. Even more - you were supposed to make the choice, as the environmental pressure was huge, though the avant-garde had just lost or was just losing the lead. The young ceased looking at the masters of the Cracow Group as at their formal and spiritual leaders, which made the choice even more difficult. Soon there came the time of "romantic lyrics with no schools and directions," when the individuality only was important, and the term "romantic" did not mean just the elevated spirituality, and the concept of individualism was often equal to the ability to shock. And it often meant a banal idea and a strong voice, which in art is the ability to shock. The race had begun. It was a hard time for young artists. In both meanings of the word, not only for the lack of choice of media, but also because there was an avalanche of artists, and exhibition places and galleries were mighty little. However, it was just then, among the tough, well, even murderous competition, that Stani-slaw Batruch was noticed, first by Krakow, then the whole Poland, and labelled an enfant terrible of art, even though he did not shock with cruelty, nor with drastic scenes and forms, he did not run naked, or if he did, it was not through the exhibition halls (as some others did). Neither did he insult anyone like the fin de siecle bohe-me, to which he belonged due to his spirit and the wide-brimmed hat, and for which he has remained some warm feelings at the bottom of his heart until today. What was it then that made him different than so many others about whom you did not talk aloud, or talk at all, and who were soon forgotten, even though - just like them - Batruch undertook various, often being poles asunder, experiments, and made numerous "jumps", as he now calls them in "a forcible attempt of being different"? And he marvelled at himself, as young artists often do. He marvelled at his courage, distinction, not commonplace character of his works, at their innovatory character and even their perennial values. But it was for a while only, because then came the time for reflection. The opinions gained a different value: the works had grown old, did not pass the test of time. Nor did all those collages, all those ob-jet, paintings-objects, as the works from "the borderland" of artistic genres were then called, which were to disappear and dissolve in the freedom of "interdisciplinary art", in which every artist does everything simultaneously, or even "the formal art", in which every man becomes a creator, because technical abilities were discarded as bygones, ridiculed by time.
It was right then that Batruch understood that he had a vocation for painting, just this opposed "covering the sheet with colours in a given order", that he would aim at the discipline of thought and formal discipline, sometimes called "thinking in colours", translating concepts into colours and colour combinations and their load. He felt to be a link in the long chain of painters, even more easily, as he had never completely broken the bond with the tradition which was in those years often equal to backwardness. By doing so, he showed the strength of his character - his self-criticism and good taste. And his courage, because open use of paintbrushes was an act of courage then. It was at that time that one of the young and similarly to Batruch thinking artists to the question of an avant-garde master, "What are you carrying here, dear colleague?", answered, "These? You wouldn't say, these are paintbrushes, Professor ...." Because a truly modern painting was then done with a hammer and pincers. Or at least some glue. But a brush?
When we say "painting", or "art", meant as the area of formulating truths and the method of expressing them, we think in fact about inspiration. What exactly, what external and internal factors stimulated the mind and sensitivity of the artist and from where did the impulse deciding on the form of the message and its contents come? There could be and usually are various opinions on this matter, though Margitt Wheeler's research explained a lot in this respect, proving that art draws in almost 80 per cent from art itself, and the remaining 20 per cent from science and nature, a Cinderella in this case. In the case of Stanisław Batruch, the situation looks a little different: yes, he is inspired by art, as it is hard not to be, just because no one is born without ancestors and everyone has some fascination. But this inspiration is limited, or at least not that important as some think. He was labelled a "postimpressionist", partly due to some automatism in thinking and laziness. Probably because he studied in the studio of the grand lady of our colourism, Hanna Rudzka-Cybisowa. Nothing of the sort. Batruch has never been a part of that movement, although you could see echoes of "the colour play on the sheet" in some of his pictures. But they are only echoes just because the aesthetic formula of painting has never been enough for Batruch, because he belonged to a totally different group of emotionally committed artists, strongly reacting to the world, to the events, to the atmosphere of their times, last but not least to the social issues, which led Batruch in the direction of graphic journalism, which likes shouting and blunt expression.
Batruch was protected against shouting by his personal and artistic culture, and his intelligence together with some introvert inclinations, led him to reflection. Yet in that time the Polish modern painting was in the process of transformation from the world of geometrical abstraction and informel to the regions of New figuration, usually metaphorical in character. Art was regaining its voice and the ability of precise formulating its thoughts. It was coming down from the heights of concepts or their appearances to the down-to-earth, close and real world, in order to start talking about this world and its problems, which was exactly what suited Batruch. So he combined all these elements in his art, enriching them with the dramatism of baroque light-and--shade and the romanticism of Young Poland, as a result of which he became a very Cracow type of artist, an artist with distinctly visible "now and here". An artist who lives in specific conditions, who has arisen from the specific tradition and is now continuing it in its own individual way. A very consistent artist, because this enfant terrible of the young Cracow art is in fact a very disciplined person. And a hard-working artist, because Picasso was right, when he said to Ge-nevieve Laporte, "Young artists think it is enough to do what I did when I was their age: to chat, drink, smoke, go to cafes and... wait for the success." Then he blew out a cloud of smoke and added with half-shut eyes, "It is not true. You have to work..."
Batruch did work. He worked a lot, with sense and sensitivity and with inquiring mind, which means working in cycles, in which thoughts and their shapes crystallise and mature. Gradually, step by step. Yet Batruch's steps were quick and long.
The first cycle was Sportsmen (Sportowcy), which is nothing strange if you consider the fact Batruch was not a bad sportsman himself. But sport has many faces and a lot to explore. You can find triumph and defeat, efforts and fight... Batruch saw in it the movement of solids modelled by light and colour. And he saw geometry in wrestling mats and hurdles, but probably first and foremost he saw a terribilita of Michelangelo, vastly exceeding sport fight, in a Bacon-like manner.
Then came Barriers. It was 1980, the year of the first Solidarity. Poland was in turmoil. In Batruch's paintings there are cross-bars and barriers in red or white and red, everything which constrains, hinders the freedom of people with blurred faces, the anonymous crowd of fellow countrymen oppressed by the regime. Undoubtedly. It was like that. Batruch's works were a protest or a manifesto, they expressed the feelings of the majority.
From the artistic, just as important, or even more important, point of view, Barriers were a combination of geometry with a spot of expressive figure, a superior, ideal, even Vanton-gerloo's order of "mathematical graphics" with human spontaneity. Batruch in his way praises the times of rebellion and violence, which was by the way properly evaluated by East German customs officers, who did not let his pictures through the border. They saw in them a strong reaction to the contemporary world, to the "red" fear ruling the society and they saw the obvious symbolism of the bird of hope, sitting on the shoulder of one of factory workers, because the social status of painted people was unambiguous. And it was really fine and more decisive than in Sportsmen, stronger in the dramatic contrasts of everything which can be antagonistic. Yet scrupulously put in order at the same time.
The times have changed. Barriers have become the past or disappeared. A time of liberated emotion has come. Geometry has run deep inside, hidden under the spots of colour, but exercising its discipline on them. This discipline is hidden but palpable. In these paintings the Batruch's epic nature reaches its apogee, with the force and vastness of treating the leitmotif. Contrasts disappear or just begin to soften, limited to the juxtaposition of light and shade, spots and colours, or more accurately - to the relation of colour spots to each other. Batruch's paintings gain force, become more and more compact and monumental, and this is their force. Getting bigger and more compact, dense and a little gloomy or even sinister sometimes.
And later still a new and unknown note starts to show in his painting: a note of optimism and joie de vivre, sometimes transforming into a joke. Solemn symbols become the past together with barriers and factory workers, giving place to fair-coloured girls with long legs and other beautiful attributes of body. Probably also with beautiful attributes of soul, because the colours of paintings become light and luminous, and light is unambiguously symbolic in our culture.
Stanislaw Batruch is, as we have already said, an epic. He tells stories about people, about himself, about others, about us, about our emotions and relations as well as about his relation to people. As an epic he does not avoid judgements or even accusations. The big and the petty ones, like Gossiping Women (Plotkarki) or Lust of Money (Zadza pieniądza), though he does not ascend to the peak of conscience and morals of the world. And even when he does, it is sporadically, because his inbred sense of humour prevents him from putting on Cato's toga. Whatever he paints, he's always warm-hearted. Even more and more warm-hearted with the passing time, as lout comprendre c'est tout pardonner. Thus always, even at the bottom of his epic predatory character there is a drop of lyricism hidden.
It is from his lyricism that all his landscapes, those close to us and romantic ones, perhaps close because of their romantic nature, draw. They are painted with decisive strokes of the brush, they have a strong, modernistic structure, therefore are very remote from the "picturesque" sweetness, but because of that -- convincing. Zola was right when he wrote that a good landscape is "nature seen through the temperament", just as Villon was, saying that it is a "crystallisation of emotion".
First of all a landscape is an inner portrait of the artist, just as telling as the latest, painted in Hungary in 2000, portraits of people - light, bright, but with no faces, except for one playful eye looking at...
Precisely, at what are they looking? Us, or maybe the banality of all our deeds, at the dead earnest with which we treat the world deserving just a sneer?
Tak zwana sztuka stała się głupia, bezmyślna, wulgarna, epatująca tandetą warsztatu. Nie mam nic przeciwko temu, że jakiś zbieracz fekaliów kupił na aukcji puszkę z "Merda d'artista" za 42 tysiące funtów, ale mnie to nie interesuje, mnie to również nie szokuje, mnie to nudzi.
I dlatego przestałem bywać na wystawach, na których przeważnie pokazuje się odpadki, spermę w bułce, czy brudne mydło po babci... Podobnie nie mam ochoty oglądać tysięcznego czarnego kwadratu i nieudolnych kopii dzieł dawnych mistrzów nazywanych przez krytykę sztuką postmodernistyczną.
Czasami z podziwem, częściej z zażenowaniem czytam ekwilibrystykę moich niegdysiejszych kolegów, którzy wytężają erudycję, aby nadać sens temu bełkotowi ubliżającemu ludzkiej inteligencji. Genesis z puszki Manzoniego !!!
Malarstwo jest tym, czym było od zawsze: "powierzchnią płaską pokrytą farbami w określonym porządku".
Obserwowałem niejednokrotnie malarzy zwiedzających muzea. Przechodzili od obrazu do obrazu rzucając nań pobieżne jedynie spojrzenie i nagle przed jednym stawali. Nie interesowało ich nazwisko autora, epoka, ani temat, ale ów porządek farb, o którym pisał Maurice Denis, dukt pędzla, gra barw, czyli to, co jest w malarstwie rudymentarne. Oczywiście porządki się zmieniały. Co jakiś czas podnoszą się głosy, że "koloryt jest sprawą biegłości naśladowczej i praktyki, nie zaś wiedzy i reguł", ale zawsze zwiastowały pogardę dla warsztatu. Zgubną, gdyż historia malarstwa uczy, że nową jakość osiąga się wówczas gdy przekracza się reguły świadomie. Wierzę, gdy Renata Bonczar mówi, że jej obrazy powstają w sposób niezamierzony przez nią z góry, ponieważ wierzę w impuls twórczy, imperatyw kategoryczny i podświadomość, ale nie uwierzę, że Renata malowałaby tak jak maluje, gdyby nie miała ciekawości świata i ludzi, a nade wszystko tak znakomitej erudycji malarskiej. Te walory sprawiają, że tworzy ona obrazy oryginalne, niepokojące, poruszające widza i tajemnicze. Obrazy, które zmuszają inteligentnego odbiorcę do zadawania pytań i prowokują odpowiedzi. Czy tam gdzie brak rysunku, brak wartości ? Taką tezę postawił w 1607 roku prezes Akademii świętego Łukasza w Rzymie, niejaki Federigo Zuccaro. Otworzył tym samym puszkę Pandory, ponieważ od tego czasu raz po raz wypuszczone pytanie powoduje zacięty spór. Po obrazach Renaty widać, że jest jego świadoma, ale nie daje jednoznacznej odpowiedzi.
Można postawić tezę, że na pierwszych obrazach rysunek był bardziej widoczny (może pod wpływem Jerzego Dudy-Gracza, u którego robiła dyplom), później dostrzegamy go wyraźnie na pierwszym planie, jak to widać na obrazie z dwoma sugestywnie narysowanymi kamieniami. Przez jakiś czas wydaje się być wierna tej zasadzie, ale na obrazach z cyklu "W poszukiwaniu zaginionych miast" zarysy domów i całych uliczek dostrzegamy na dalszym planie, gdy pierwszy wypełnia fascynująca gra kolorów. Kolorem posługuje się Renata po mistrzowsku. To on organizuje przestrzeń obrazów, koncentruje uwagę, rozłożony po diagonali wprowadza ruch, niepokoi mocnymi akcentami. W "Purpurowej bramie", która przypomina raczej zasłony Christo, czerwień jest tak agresywna, że dominuje nad całością. Odbija się w wodzie (co jest naturalne), ale również strzępami zasnuwa horyzont (co stanowi kreację malarki).
"Czerwień cynobru można porównać do dźwięku tuby mosiężnej, niekiedy zaś do ogłuszającego bicia w bęben" - pisał Kandinsky. Renata doskonale czyta lekcje Kandinsky'ego, nie lekceważy psychologicznych właściwości barw. Wie, że żółcień bywa nieznośnie natarczywa, a błękit ciągnie człowieka w nieskończoność i budzi pragnienia metafizyczne. Często używa tych barw. Dostrzega spokój zieleni, ale również jej możliwości witalne. Czasami, aby przydać czerwieni szlachetności nakłada nań czarny laserunek. Organizuje Wielkie Kontrasty.
Renata maluje pejzaże, które ukrywa pod różnymi tytułami. Nie należy się nimi sugerować. To nie są pejzaże malowane z natury. "Nie maluj zbyt dużo z natury - radził przyjacielowi Gauguin. Sztuka jest abstrakcją, wydobądź tę abstrakcję z natury, kiedy ją kontemplujesz, i myśl więcej o kreacji niż o naturze".
Pejzaże Renaty Bonczar stanowią świat wyimaginowany, w który czasami wkradają się elementy zapamiętane, jak charakterystyczne polskie wierzby, chałupy, elementy egzotycznej architektury, przydrożne kamienie, ale również reminiscencje katedr Moneta, czy wysp umarłych Böcklina.
Kiedy Renata maluje gniazda z jajem, kamienie, wodę niewątpliwie podświadomie zdaje sobie sprawę, że niosą one stygmaty symboli, ale nie wydaje mi się, żeby malowała z założenia obrazy symboliczne. Oczywiście, że jajo jest symbolem życia, ale w słownikach symboli odnajdujemy ponad dwadzieścia różnych, często odmiennych jego znaczeń. A kamień? Jest symbolem praprzyczyny, ale również męczeństwa, śmierci i nieczułości. Które znaczenie dostrzegła w nim malarka?! A woda? Symbolizuje niestałość, gdy tymczasem na obrazach Renaty jest właściwie nieruchoma, martwa, jak lustro.
Wydaje mi się, że owe gniazda, kamienie, wody pozwalają artystce organizować przestrzeń kolorystyczną obrazu, a jedynie pośrednio przemawiać językiem symboli. Obrazy Renaty bowiem przemawiają do widza nie poprzez anegdotę, czy symbole, ale poprzez niesamowitą, fascynującą ekspresję formy i koloru, czyli tym, co stanowi samą istotę malarstwa.
Andrzej Matynia
, The so-called art has become stupid, thoughtless, vulgar, assaulting us with shoddy workmanship. Personally, I have nothing against the fact that some faeces fan bought a tin of "Merda d'artista" for 42 thousand pounds in an auction sale, but I don't care about it, it doesn't shock me, it's just boring.
That is why I have stopped going to exhibitions, where the most common display includes left-overs, sperm in a roll or grandma's dirty soap. In a similar fashion, I don't feel like looking at the thousandth black square or at inefficient copies of the works of the ancient masters, which the critics call post-modern art. It is more often with embarrassment than with admiration that I read the acrobatic essays of my former friends, mustering up all their erudition in order to bestow some sense on that jabber which is an offence to human intelligence. Genesis out of Manzoni box!!! Painting is what it has always been: "a flat surface covered with paints in a definite order."
Many a time I have been watching painters visiting museums. They were going from one picture to another, hardly giving them a glimpse, only to stop suddenly in front of the one. They did not care about the author's name, the epoch or the topic, but about the order of paints, which Maurice Denis was writing about, the vista of the paintbrush, the play of colours; in short, the rudimentary features of painting. Of course, the rules were changing. From time to time one could hear voices saying that "the colouring is the matter of imitative skill and practice, not of knowledge and rules", but they were always announcing contempt for workmanship. Fatal contempt, for the history of painting teaches us that a new quality is achieved when one breaks the rules in a conscious way.
I believe Renata Bonczar when she says that her paintings are created without a deliberate design, because I believe in the creative impulse, categorical imperative and subconsciousness, but I refuse to believe that Renata would paint the way she does were it not for her curiosity about the world and the people, and above all her excellent painting erudition. Thanks to these values she creates original, disquieting, mysterious paintings which move the spectator. Paintings which force the intelligent recipient to asl< questions and which provoke answers. Are there no values where there is no drawing? This was the hypothesis brought forward in 1607 by the President of St. Luke Academy in Rome, a Federigo Zuccaro. By saying that he opened Pandora's box, because the disturbing question has started a chain of fierce arguments flaring up every now and then. Renata's paintings reveal the fact that she's aware of the question, to which she gives no definite answer. It could be postulated that the drawing was more evident in her early paintings (probably under the influence of Jerzy Duda-Gracz, who was her diploma work supervisor), later we can see it clearly in the foreground, as in the picture with two suggestively outlined stones. For some time she seems to be faithful to this principle, but in the paintings from the series "In search of missing towns" the outlines of houses and whole streets remain in the background, whereas the foreground is filled with a fascinating play of colours.
Renata uses colour in a masterly manner. It is colour that organises the space of the paintings, fixes our attention, when arranged diagonally it introduces movement, disturbs us with strong tones.
In "Purple gate", which is more like Christo's curtains, the red is so aggressive that it dominates over the whole composition. It is reflected in the water (which is natural), but it also envelops the horizon in smudges (which is the painter's creation).
"Vermilion red can be compared to the sound of a brass tuba, on occasions also to ear-splitting drum-beat" wrote Kandinsky. Renata grasps his lesson perfectly, she doesn't ignore psychological properties of colours. She knows that yellow is sometimes intolerably obtrusive, blue draws us towards infinity and evokes metaphysical craving. She often uses these colours. She recognises the tranquillity of green, but also its vital potential.
Renata Bonczar's landscapes constitute an imaginary world, sometimes penetrated by remembered elements, such as characteristic Polish willows, villagers' cottages, components of exotic architecture, roadside stones, but also reminiscences of Monet's cathedrals or Bocklin's islands of the dead.
When Renata paints nests with an egg inside, stones or water, she undoubtedly realises subconsciously that they carry the stigmata of symbols, but I don't think that her painting is purposefully symbolic. Of course, an egg is a symbol of life, but in dictionaries of symbols we can find more than twenty distinct, sometimes very dissimilar meanings of that symbol. What about a stone? It is a symbol of the first cause, but also of martyrdom, death and heartlessness. Which of them has been distinguished by the painter? And what about water? It symbolises instability, but in Renata's paintings it is motionless, stock-still like a mirror.
It seems to me that the main function of those nests, stones and water is to let the artist organise the colour scheme of the painting, only indirectly do they speak the language of symbols. It is not through an anecdote or a symbol that Renata's paintings speak to the spectator, they impress us with their indescribable, fascinating expression of form and colour, which is the very essence of painting.
Andrzej Matynia
O twórczości Renaty Bonczar nie powinienem pisać przynajmniej z trzech powodów: jest moją byłą studentką, aktualną sąsiadką, nie podzielam jej punktu widzenia na sztukę.
Jest jeszcze czwarty powód, ten mianowicie, że im dłużej człowiek żyje tym częściej wątpi i mimo zdobytej wiedzy praktycznej staje się coraz mniej pewny swego, a przez to coraz bardziej uparty, arbitralny i ortodoksyjny. Jeśli dodatkowo próbuje dzielić się z innymi skarbnicą swoich życiowych mądrości, ryzykuje miano zrzędy i nudziarza.
Przekonała mnie przez te lata, że nie tylko wykonuje zawód, lecz maluje bo musi, czyli z pasją i obsesyjnie. Nie znajduję w jej malarstwie odpowiedzi na uniwersalne pytania dotyczące problemów tryumfu życia nad śmiercią lub odwrotnie; nie jestem nawet pewien czyje stawia. Pewien jestem za to konstatacji faktów z którymi ona nie polemizuje, lecz próbuje znaleźć właściwą formę dla wyrażenia swoich emocji wobec ich istnienia.
Wydaje mi się również, że Renata każdy obraz traktuje jako etap przejściowy, jak początek następnego obrazu, który powstanie dzięki poprzedniemu i w ten sposób dokona się zapis jej osobistego udziału w upływie czasu.
To jest takie powiedziałbym, malowanie zgodne z logiką Natury; z rytmem życia, przemijania i śmierci. Ziarno-korzeń-kwiat-owoc-ziarno. Wiosna-lato-jesień-zima-wiosna. Zaryzykuję w związku z tym uwagę, że malarstwo Renaty jest biologiczne. Nie ze względu na to co "przedstawia", lecz w jaki sposób powstaje; że za każdym razem jest cząstką autorki, nie jest dziełem obok którego stoi, ale właśnie cząstką, którą ona z siebie daje. (Powinienem nawet powiedzieć: rodzi, tak byłoby precyzyjniej, ale jednocześnie zbyt grafomańsko i niezbyt elegancko).
Obrazy Renaty oprócz swej biologiczności są również w najzwyklejszym, ludzkim wymiarze, obrazami tęsknoty za tym co jest, lecz odchodzi. Są malarską próbą wyrażenia niemożliwego, czyli tego co bezpowrotne choć jeszcze obecne. Są uzewnętrznieniem niepokojów i szukania światła w ciemności, ciepła w przestrzeni, czy samej siebie w smutku i radości.
Jest coś jeszcze za czym, jak sądzę, Renata tęskni, czego się lęka, czego szuka i ku czemu, Bogu dzięki zmierza.
Spójrzmy na obrazy. Mimo konsekwencji, mimo, że jeden obraz rodził następne, upływające lata odciskały się na nich dzień po dniu swoimi znakami. Pierwsze prace mające "korzenie" i rodowód w naturze (ogień, woda, kamień, jajo, fallus, etc) były odchodzeniem od źródła, czyli obrazami nie przedstawiającymi.
Były znakiem rozpoznawczym Renaty sytuującym jej malarstwo w obszarze abstrakcji nie geometrycznej lub ekspresyjnej, jak kto woli. Z upływem czasu powstały przedziwne "krajobrazy" duszy i "pejzaże" wyobraźni. Pojawił się, wspomniany już problem przemijania, tajemnicze przeszkody, dramaty z pozorami spokoju lub pewności siebie, napięcia, osaczenia i coraz częstsze próby wyrażenia tego czego wyrazić nie sposób, bo jest nieuchwytnym złudzeniem.
Lecz jeśli porządnie przeanalizować te obrazy nie trudno dostrzec, że to co rzekomo nie możliwe coraz częściej układało się w zupełnie prawdopodobną, nie wyimaginowaną rzeczywistość.
Jeszcze rzeczywistość "duszy", jeszcze "wyobraźni", ale przecież bez udawania, tam widać zarysy horyzontów, nieboskłonów i Ziemi.
W ostatnim okresie ta tendencja się nasiliła, czego dowodzą np. takie cykle, jak: "W poszukiwaniu zaginionych miejsc, czasów i miast" malowanych wręcz ze wskazaniem lokalizacji: Prilep, Benaresl.
Renata coraz częściej, jak sądzę, rezygnuje z możliwości warsztatowych i uroków pikturalnych swojego malarstwa, najwyraźniej tęskniąc za tym co istniejące, fizyczne, realne. (I kto wie, może, nawet, kiedyś, w przyszłości-figuratywne?).
Podejmuje coraz częstsze próby materializowania owych tęsknot na obrazie. Wyłaniają się coraz realniej, jak wykopaliska: domy, pałace, wieże; odsłaniają pejzaże z jeziorami, morzem, zarysem drzew (albo żagli?), rozsuwają się "purpurowe bramy" za którymi na pewno widać dobrze znaną, rodzinną ltakę. A więc powroty, proszę Państwa. Po prostu kto dojrzewa, ten powraca. Sama autorka tak o tym mówi: "(...) Wracam do sytuacji i miejsc, które dają mi energię, które są moją inspiracją".
Czy tylko? Mam wrażenie, że po 20 latach Renata Bonczar podejmuje ryzyko konsekwentnego, ale jednak, rozwodu w tym, co było jej znakiem identyfikacyjnym. Nie jest to żadne zatrzymanie się, zawrócenie, regres, ślepa uliczka. To świadectwo rozwoju i odwagi. Historia sztuki, również polskiej, zna wiele takich przypadków np. u J. Lebensteina. Wczesne, geometryczne, niezgrabne i płaskie "figury osiowe" z upływem lat zmieniają się w klasyczne, urzekające maestrią i finezją wyrazu, Bestiarium.
Nie zamierzam dokonywać jakościowej oceny tej metamorfozy, gdyż jak wspomniałem wyżej byłem belfrem Renaty, ale dawno i moje opinie dzisiaj nie mają żadnego znaczenia. Nie mogę jednak powstrzymać się od wyrażenia satysfakcji i radości, że mój sceptycyzm topnieje, kiedy widzę dojrzewanie, czyli powrót do źródeł tym cenniejszy, że dokonany drogą daleką i okrężną.
Pozostaje mi już tylko, nim zamknę usta i drzwi, wyrazić wiarę w dalszy rozwój sztuki Renaty Bonczar, bo chociaż stuknęło jej 20 wiosen, jest wciąż młoda.
Jerzy Duda-Gracz
, There are at least three reasons why I should not write about the artistic output of Renata Bonczar: she is my ex-student, present neighbour and I do not share her point of view on art. There still is a fourth reason, and that is, the longer one lives the more doubtful one becomes and in spite of acquired practical knowledge one is less and less convinced of being in the right and because of this more and more stubborn, highhanded and orthodox. If, in addition to this, one tries to share one's repository of practical wisdom with others then one risks being called a grumbler and a bore.
But I have no choice, because having signed my name 20 years ago under the diploma of Renata Bonczar I am somehow obliged to testify to her work, irrespective of the circumstances. The reflection on boring talk came to my head when I was reading someone else's statements as well as my own on the subject of Renata Bonczar's artistic output, where the authors were occupied in eloquent descriptions of the charms of her painting, that is of something which everyone can see without anyone else's help.
I shall therefore try to do something a little different. I shall try to tell about that which cannot be seen. As I mentioned earlier, I do not share Renata's point of view on art, therefore with the kind-heartedness of a former schoolteacher but also with the scepticism of a colleague - painter, I have been observing her creative production for 20 years. She has convinced me during these years that not only is she performing her profession but she is painting because she must, that is with passion and obsessively. I do not find in her painting the answer to the universal question concerning the problems of life's triumph over death or vice versa; I am not even sure whether she poses such questions. Instead, I am certain of her ascertainment of facts, which she does not argue with but tries to find a suitable form for expressing her emotions towards their existence. It also seems to me that Renata treats each painting as a interim stage, as the beginning of the next painting which will come into being as the result of the previous one and thus the recording of her personal participation in the passing of time will be accomplished.
I would say that this is painting done in conformity with the consistency of Nature; with the rhythm of life, passing away and death. Seed-root-flower-fruit-seed. Spring-summer-autumn-winter-spring. Therefore, I shall risk the remark that Renata's painting is biological. Not on account of what it "presents" but how it comes into being; that each time it forms a small part of its author, not a work of art next to which the author stands, but precisely a small part which she gives of herself. (I should even say: that she gives birth to, that would be more accurate, but at the same time it would sound too much like graphomania and not very elegant).
I think there is still something else that Renata longs for, what she fears, looks for and, thank God, what she aims for. Let us look at her paintings. In spite of their consistency, in spite of the fact that one painting generates another, the passing years, day after day, have left their impression on them.
The first works with their "roots" and origin in nature (fire, water, stone, egg, phallus, etc.) were a departure from the source, that is to say paintings that did not present anything. They were Renata's recognition signal which placed her painting in the field of non-geometric or expressive abstraction, if you like. With the passing of time strange "landscapes" of the soul and of the imagination were being created. There appeared the already mentioned problem of passing, mysterious obstacles, drama with illusions of tranquillity or self-assertion, tension, encirclement and more and more frequent attempts at expressing something inexpressible, because it is but an evasive illusion.
However, if one were to analyse these paintings properly, then it is not hard to notice that what was supposedly impossible, was more and more often assuming the shape of a fully probable, non-imaginary reality.
It is still the reality of the "soul", still the reality of "imagination" but after all, without pretending, one can see in them the outline of horizons, and of the Earth.
During recent years this tandency has been growing more intense, what can be seen, for example, in such cycles as: "In search of lost places, times and cities" painted with the outright indication of location: Prilep, Benares!
I think that Renata more and more often is giving up workshop possibilities and the pictorial charms of her painting, most evidently longing for something that exists, that is physical, real. (And who knows, maybe at some time in the future - figurative?).
She is making more and more frequent attempts at meterializingthis nostalgia in her painting. It emerges more and more realistically, like excavations: houses, palaces, towers; revealing landscapes with lakes, sea, outline of trees (or sails?), "purple gates" open, revealing to us the well-known, native Ithaki.
And thus we have returns. Because who matures, returns. The author herself says this:"(...) I return to situations and places which give me energy, which are my inspiration".
Merely that? I have the impression that after 20 years Renata Bonczar takes on the risk of consistent divorce with what had once been her identification sign. This is no pause, no return, regression or blind alley. This is the testimony of development and courage. The history of art, also Polish art, knows of numerous such cases, for example J. Lebenstein. The early, geometric, clumsy and flat "axial figures" with the passing of years have changed into classical ones, enchanting with their masterly skill and fineness of expression, a Bestiary.
It is not my intention to make a qualitative assessment of this metamorphosis, because as I have mentioned earlier, I was Renata's school teacher, but it was long ago and my opinions today bear no significance. However, I cannot refrain from expressing my satisfaction and joy, that my scepticism melts when I see maturation, in other words the return to origins, being all the more precious because accomplished in a long and roundabout way.
All that is left to me, before I shut my mouth and the door, is to express my trust in the further development of Renata Bonczar's art, because although she is a maiden of 20 summers, she is still young.
Jerzy Duda-Gracz
Klasyczna koncepcja sztuki, której dzieje sięgają co najmniej 2500 lat, a której zadziwiająca atrakcyjność ujawnia się jeszcze dzisiaj, sprowadzała fenomen ludzkiej potrzeby wyrażania się za pośrednictwem artystycznych działań, do harmonicznych, niezmiennych reguł. Za pierwszego i bodaj najważniejszego nauczyciela tychże właśnie zasad uznawano Naturę. To ona objawiała człowiekowi wszystkie tajemnice egzystencji, a także prawidła budowy Wszechświata. Natura więc, jej odwzorowywanie: "mimesis", stawało się celem sztuki. Niezależnie od tego, jak proces owego odwzorowywania traktowali artyści i filozofowie, spierając się o kategorie interpretacji, czy kanoniczne zasady, które dyktowała natura, przez ponad 20 stuleci, ani owe prawidła harmonii, tkwiące w naturze, ani też rola natury jako wielkiego nauczyciela artystów, nie byty kwestionowane. Od III wieku po Chrystusie uznawano też, iż to Bóg - Absolut jest sprawczą siłą owego porządku Wszechrzeczy, a więc dawcą owych reguł. Zwolna jednak wyczerpywały się zasoby interpretowania natury w ramach tej doktryny, a naśladowanie natury zaczęło artystom ciążyć bardziej, niż stanowić drogę do doskonałości! Stąd już w wieku XIX pojawiać się zaczęły postulaty, aby artystę uwolnić od tradycyjnego zobowiązania naśladowania natury.
Wkrótce stało się to faktem. Jednak mimo to i pomimo, iż "Dadaizm" poczynając "przypadek" stał się równoprawnym czynnikiem generującym sztukę, natura dla wielu artystów tym pierwszym nauczycielem pozostała, dla innych przynajmniej inspiracją i źródłem osobistych interpretacji. Rzecz w tym bowiem, że doświadczenie świata jest ciągiem nieskończonym powtarzających się dotknięć tego samego, co za każdym razem jawi się nam jako "nowe", niepowtarzalne, całkowicie jednostkowe. Uważny obserwator analizując ten fenomen, mógłby z przekąsem powiedzieć, że "wszystko już było", iż wszelkie te odkrycia, w gruncie rzeczy, dadzą się sprowadzić do podstawowych i znanych już starożytnym sposobów traktowania natury: realistycznego lub werystycznego, ekspresyjnego, lub wreszcie strukturalnego, objawiającego nam prawidła budowy i motoryki kosmosu. Racjonalna kultura artystyczna (zbudowana na tradycji śródziemnomorskiej) upośledzała jednak i zapewne nie bez powodu, jeszcze jeden przyrodzony człowiekowi - sposób interpretacji otaczającego go świata, mianowicie magiczno-symboliczny, przepełniony wewnętrznymi interpretacjami, symbolami i znakami.
Ów sposób interpretacji natury, w stosunku do niej autonomiczny, naturalny w stopniu nie mniejszym niż racjonalistyczny (kulturowy), wydaje się dzisiaj, pod koniec nie tylko wieku, ale i tysiąclecia, a być może całej epoki, dominować w wielu kręgach artystycznych. Trzeba jednak przyznać, że mimo dojmującego poczucia, iż racjonalne wytłumaczenia fenomenów natury są niewystarczające, całe to myślenie, cały ten sposób traktowania kosmosu, jest silnie obarczony bagażem niekwestionowanej przecież wiedzy współczesnego człowieka o świecie.
Sądzę, iż w kręgu takich właśnie interpretacji natury powstaje i rozwija się interesująca sztuka Renaty Bonczar. Artystka, po studiach w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (filia w Katowicach, pracownia Jerzego Dudy Gracza), przez kilka lat poszukiwała własnej konwencji malarskiej. Szczęśliwie zaczęła od restytucji tradycji warsztatu malarskiego, co wkrótce przyniosło zdumiewające rezultaty. Powrót i opanowanie dawnych, zarzuconych technologii malarskich, dbałość o wykonanie, wszystko to stało się bazą dla dalszych poszukiwań twórczych naszej malarki, w których szczególnie zdolność odczuwania stanów materii otaczającego świata przywołuje osobistą refleksję, dotyczącą kardynalnych wartości egzystencji, wszelkich uwikłań człowieka w tajemnicze zrządzenia losu.
Po studiach maluje więc Renata Bonczar kolejne cykle obrazów: "Wiry", "Matnie", "Drogi", "Mchy", "Kamienie Prilepu" i inne. We wszystkich tych cyklach rzetelna obserwacja natury stanowi początek procederu pozostawiania śladu, jakim jest dla Renaty Bonczar malowanie. W jego trakcie cały ten świat poznany, zanotowany, ulega przetworzeniom w symbol, metaforę, magiczne zaklęcia. Wolą artystki, ciężkie materie ziemi, skał, unoszone są w powietrze, wirują, kłębią się, eksplodują w zderzeniach, destruują realność pierwszego oglądu. Kształtują obraz innej, metaforycznej, wizyjnej realności świata, będącej w gruncie rzeczy światem wyobraźni malarki. Kamienie, ważne i symboliczne dla malarki, zdają się zatrzymywać tajemnice ukrytej energii a może nawet samego życia. Podobnie umieszczone w mrocznych matecznikach wilgotnych szczelin, trudne do zidentyfikowania kokony, mówią nie tylko o potocznych uwikłaniach człowieka, ale obiecują ukazanie tajemnicy życia, stając się symbolami wszechobecnej kobiecości, życiodajnej pramaterii. Obrazy Renaty Bonczar nie są więc odtworzeniem natury, są natomiast "wewnętrznymi pejzażami", zapisanymi formą, świadectwami zachwytu naturą i życiem, a zarazem notacją lęków, obsesji, przedziwnych wyobrażeń, trudnych do zracjonalizowania. Są wypadkową bacznej obserwacji symptomów życia intuicyjnego wyczucia ich magicznych i symbolicznych znaczeń.
Tak więc pejzaż, w którym da się zidentyfikować elementy przyrody czy architektury, zamienia się nagle w baśniową, nierealną scenerię "teatru świata", gdzie biologiczne formy, jakby gigantycznych pająków, strachem oblatujących człowieka, nagle zamieniają się w ogrody fantazji, pełne egzotycznych i przychylnych człowiekowi roślin i stworów. Rozżarzony, wewnętrznym światłem do czerwoności kamień z Prilepu, z kolei zamiast objawiać przeistoczenie w szlachetną materię rubinu, przywołuje przygnębiające poczucie nadciągającej katastrofy. Wszystkie te przetworzenia, w obrazach Renaty Bonczar nieco surrealne, dalekie od jednoznaczności, przywołują formę finezyjną a zarazem swobodną, dynamiczną, a równocześnie budowaną według klasycznych reguł, w gruncie rzeczy nawet nie tyle nowoczesną, co dojmującą. Obrazy te, także i ostatnia seria zatytułowana "W poszukiwaniu zaginionych miejsc, czasów...” są nie tylko zadumą nad stanem kultury, przemijaniem idei, lecz także świadectwem zadumy nad utraconym rajem dzieciństwa, tym co niespełnione, zgubionymi po drodze szansami i odczuciami, stanowią więc swoisty pamiętnik, zapis skomplikowanych stanów psychiki artystki, zapis kunsztowny, pełen estetycznych walorów, intrygujący, poruszający naszą wyobraźnię i refleksję.
Andrzej Pollo
Znikomość chwili i ulotność wrażeń stanowią jedną z przyczyn zajmowania się sztuką. Z tej właśnie przyczyny, by zatrzymać w kadrze to co wydaje się niepowtarzalne, bierzemy do ręki aparat fotograficzny. Bo z braku umiejętności, którą posiada artysta nie próbujemy tej chwili przedstawić narzędziem tak, jak przeżywamy ją w sobie. Aparat w rękach przeciętnie uwrażliwionego człowieka stanowi rodzaj protezy.
Ulotność jednak nadal nosimy w sobie. Pozostaje w nas chwila, która w miarę upływu czasu blednie jak obraz zapisany na kliszy, coraz to bardziej wyblakły zanim zupełnie nie zapadnie się w niepamięć.
Czy sztuka lepiej radzi sobie z przemijaniem. Zawsze to jednak zapis wewnętrznego doświadczenia, przenoszony poprzez rękę na coś, co można by nazwać ekranem duszy: papier, płótno. Artysta ma świadomość, czasami tragiczną, bo wie, że jeśli to wewnętrzne doświadczenie jest warte utrwalenia, to już nie będzie to jego troską lecz troską konserwatora i historyka sztuki, by przeżycie artysty tak utrwalać, by mogły w nim uczestniczyć także przyszłe pokolenia. Renata Bonczar jako autorka cykli malarskich, o których pisze Jerzy Duda Gracz, że są wynikiem dyskursu malarskiego, gdzie jeden obraz ewokuje kolejny, opracowała cykl, który opatruje tytułem „Papierowe miasta". Autorka, która wcześniej szukała tematów w zaginionych cywilizacjach, przedstawiając historyczne miasta pochłonięte przez dżunglę i destrukcję czasu, za obiekt swoich nowych odniesień przyjmuje absolutną imaginację. Tych miast, papierowych nigdy nie było. Artystka modelowała wprawdzie papierowe formy, które pozwalały na lepsze funkcjonowanie wyobraźni plastycznej. Od początku jednak nosiła w sobie uświadomione doświadczenie, które przed nami czasami tylko się pojawia: albo jako krótkotrwałe olśnienie pięknem, albo w formie nagłego doświadczenia tragicznej nieuchronności. Renata Bonczar, patrząc dzisiaj na nietrwałe konstrukcje górnośląskich osiedli mieszkaniowych nie musiała by konstruować swoich papierowych modeli, by przywołać ową znikomość, którą łączymy z ludzkimi materialnymi konstrukcjami. Nie musiała by także modelować ulotności, która bardziej wydaje się pięknem duchowym, eterycznym. Jej życie bowiem wydaje się osadzone w takich realiach, że chciałoby się powiedzieć: „chwilo trwaj!". To imaginacja artystki, jej wewnętrzna dążność do lapidarnych sformułowań - bo tak pojmuję jej malarstwo - powodują, że to co za chwilę ma spłonąć, jak kartka papieru, przez moment, jarzy się zdumiewająco różnorodnym blaskiem. Renata Bonczar nie ożywia swoich miast jednostkowymi bytami. Miasta te są tworem ludzkim, lecz ludzi tam nie ma. Lapidarność wypowiedzi artystycznej polega właśnie na tym, że jej miasta stanowią ślad po człowieku. Nie są to jednak miasta kopalne. Być może jest w tym malarstwie jakaś synteza podróży artystki do zamieszkałych zakątków Europy. Zaznaczmy: zamieszkałych, a może właśnie dopiero co opuszczonych przez ludzi, skutkiem jakiegoś przełomowego wydarzenia. Każda z realizacji cyklu posiada własną dynamikę, wynikającą z kompozycji i kolorystyki obrazu. Każda też płonie własną temperaturą. Jest to temperatura, którą naznaczone jest każde ludzkie dzieło. Pisał o tym Stanisław Wyspiański w swoim dramacie „Meleager" następująco:
"Każde włókno z osobna dowiaduje się o swym istnieniu i ginie zżarte gorącem jadu płomiennego".
Z miłości do wszystkich pędów życia, co zanikają gdzieś w mgłach, powstały te obrazy.
Ks. Henryk Pyka
Franciszek Bunsch. Malarz, grafik i teoretyk sztuki niepośledniej bystrości i rzadkiej już dziś wśród artystów biegłości posługiwania się słowem. Owa, powszechna kiedyś umiejętność zanikła bowiem stopniowo i powoli wraz z właściwym dla sztuki XX wieku odchodzeniem od anegdoty, od przekładalnej na słowa literackiej narracji obrazu, tłumaczącej myśli i intencje artysty. We wszystkich dyscyplinach, wyjąwszy grafikę, a zwłaszcza „krakowską szkołę metalu" jak zwano w latach 60. i 70. ubiegłego już stulecia mistrzowskie miedzioryty, akwaforty i akwatinty, powstające pod auspicjami naszej Akademii Sztuk Pięknych i jej luminarzy w osobach Srzednickiego i Wejmana. Oraz ich następców, wśród których Bunsch zajmuje niepoślednie miejsce. Gdyż „krakowska szkoła metalu" lubi opowiadać, tak, jak lubi to czynić każda dyscyplina artystyczna zdolna do posługiwania się jubilerską precyzją formy, pozwalająca odtworzyć każdy szczegół i zachwycić się zarówno nim, jak doskonałością plastycznej roboty. Gdyż zachwyt twórców naszej „szkoły metalu" ma nieco narcystyczną naturę i lubi wpatrywać się w doskonałość swego warsztatu i jego zdolność wyczarowywania wszystkich zamierzonych przez artystę form. I czerpie stąd radość nie inną od tej, która doprowadziła do malarskiego pojedynku pomiędzy Zeuksisem a Parazjosem, zaś młodemu Giotto kazała domalować muchę na mokrej jeszcze powierzchni obrazu jego nauczyciela Cimabuego, którą ów starał się bezskutecznie spędzić. Gdyż sztuka iluzyjna, sztuka myląca oko, ma swe źródło nie tylko w chęci poznania i odtworzenia świata, lecz również w poczuciu humoru: lubi budzić radość zaskoczeniem i niespodzianką, którą w sobie kryje. To prawda. Prawdą jest jednak również, iż nic nie jest tak poważne, jak śmiech mądrego człowieka. A Franciszek Bunsch lubi niespodzianki i lubi nas zaskakiwać jakimś głęboko ukrytym i nieistotnym z narracyjnego punktu widzenia szczegółem, jakimś psim pyskiem wyzierającym spod stołu, czy okiem, spoglądającym z rogu błazeńskiej czapki, w które zmienił się tradycyjny i oczekiwany w tym miejscu dzwoneczek.
Franciszek Bunsch urodził się w 1926 roku. A był to świetny dla naszych artystów rocznik, dla tej być może przyczyny, że los skazał go na ciężkie i niespokojne życie oraz niesioną przez nie, a trudną do pojęcia przez następne generacje, sumę przeżyć, które kształtują duszę i charakter artystów. I nie tylko ich zresztą, co stwierdził nie mniej przez życie doświadczony Lucjusz Anneusz Seneka pisząc „nieprzerwane powodzenie nie wytrzyma żadnego ciosu, lecz kto nieustannie zmaga się ze swoją niedolą, ten cierpieniom zawdzięcza hart i nie ustąpi przed żadnym złem, a nawet jeśli upadnie - będzie walczył jeszcze na klęczkach..."
Pokolenie Bunscha było szczególnie uprzywilejowane pod tym względem, jeśli do przywilejów można zaliczyć sypiące się ze wszystkich stron gromy, o czym wiem, bo sam do niego należę. Lecz wiem również, że właśnie ta generacja wydała największą liczbę twórców tworzących nasz tzw. „kanon muzealny", czyli tych, bez których żadne szanujące się zbiory obejść się nie mogą i nawet nie wypada im tego czynić, oczywiście proporcjonalnie do ogółu działających w owym czasie artystów, których było nieporównywalnie mniej niż obecnie.
Wojna, socrealizm, żelazna kurtyna, odcięcie od wielkich centrów kulturalnych Europy, skazanie na własne tylko dociekania, na chyłkiem poznawane osiągnięcia awangardowej sztuki lat międzywojennych, wertowanie „Głosu plastyków" i „Arkad" z ich czarno-białymi reprodukcjami, wypraszanie w bibliotekach prohibitów, a potem, po 1956 roku, uchylenie drzwi na Zachód, przez które wlała się lawina nowości. Na ogół „z drugiej ręki", bo na wyjazd mało kogo było stać, a stypendia otrzymywali nieliczni i zwykle nie ci, którzy na to zasługiwali i którym były one potrzebne dla osobistego rozwoju, bo wyjazd - do Paryża zwłaszcza - nobilitował artystę i stawiał go na świeczniku, więc chętnych nie brakowało. Wtedy, w tamtych latach, wszyscy tęsknili do nowoczesności i wszyscy ją ochoczo przyjmowali. Choćby nawet była niepierwszej świeżości. I - rzecz ciekawa - w tej nienormalnej lub nawet chorej sytuacji naszej sztuki właśnie kryła się jej siła i przyczyna przyszłych sukcesów. Po pierwsze bowiem nasi artyści otrzymywali - za sprawą przedwojennych wydawnictw i akcji pism w rodzaju „Przekroju" propagującego międzywojenną klasykę awangardy w rodzaju Picassa, Legera lub Klee - sztukę już sprawdzoną i wspartą na prawdziwie mocnych podstawach teoretycznych. Tą więc, którą ukształtowała świadomość artystów drugiej i trzeciej ćwierci stulecia i do dziś jest fundamentem artystycznych poszukiwań, a mianowicie kubizm, nadrealizm i postimpresjonizm z niewielką domieszką futuryzmu i mocno z nim związanego formizmu. Efemerydy do Polski nie docierały. A jeśli się to im nawet w latach międzywojennych zdarzyło, to ich żywot był krótki i błahy, więc niewart odnotowania we wspomnianych już periodykach, będących biblią pauperum tamtych, zgrzebnych lat. Kubizmem zachwycali się wszyscy. I futuryzmem z jego formistycznym odchyleniem w stronę ostrych cięć ludowego drzeworytu szkoły Skoczylasa wraz z ich bijącym w oczy kontrastem głębokiej czerni z oślepiającą bielą. W tej atmosferze dojrzewał Franciszek Bunsch i takie były początki jego sztuki: malarstwo pod silnym i wyraźnym wpływem postimpresjonizmu, lecz również skłonnościami do geometrii i kubizowania, do logicznego porządkowania świata zatem i poszukiwania proporcji, w których od starożytności ukrywa się piękno i doskonałość. Lub może inaczej nieco - doskonałość, do której zmierza każdy artysta i piękno, które jest jej ucieleśnieniem i najwyższą nagrodą.
Mocna, geometryczna konstrukcja pojawia się więc w dziełach Bunscha. I trwa w nich, bardziej lub mniej widoczna, lecz zawsze jasna, racjonalna, niewymagająca tłumaczenia, bo oczywista dzięki swej nieubłaganej, gdyż wymiernej logice. Obok niej pojawiają się jednak kształty wyraziste co prawda, lecz o niejasnej i trudnej do zdefiniowania naturze. Zjawiają się i niepokoją skrytą w sobie tajemnicą. W sposób najzupełniej dosłowny, gdyż przybierają często postać draperii lub zasłony, kryjącej... Właśnie, co? Sacrum, tak, jak to czyniły kotary rozpięte za plecami karolińskich i ottońskich władców, czy może odwrotnie, wstydliwe profanum naszych uczynków i marzeń? Dobro, czy zło, przyszłość, czy przeszłość? A może kryją to, co najgorsze - nicość i pustkę, przed którą wzdraga się dusza ludzka? Franciszka Bunscha okrzyknięto więc nadrealistą, gdyż to właśnie lęk i niepewność buduje fascynujący klimat tego prądu. I niedopowiedzenia, w których rodzą się pytania. Te, których lękamy się choćby tylko sformułować i dopuścić do naszej świadomości.
Czy jednak Bunsch jest istotnie nadrealistą i czy prąd ów, lub raczej - światopogląd i fagon d'etre może w ogóle wejść w komeraże ze swym zaprzeczeniem, jakim jest kubizm i jego pochodne? Ależ oczywiście, może. Przecież sam Picasso, papież i twórca kubizmu, czego się zresztą zrazu wypierał, współpracował z pismem surrealistów „Minotaur" i projektował nawet jego okładki, bo nadrealny świat rządzi się prawami identycznymi do reguł obowiązujących w świecie rzeczywistości empirycznej. Bunsch nie stosuje jednak automatycznej zbitki przedmiotów, a jego ambicją nie jest radykalna zmiana ludzkiej świadomości, do której dążyli przedstawiciele tego nurtu. Podobnie jak wyzbycie się pragmatycznego nastawienia do świata i bierne poddanie się swobodnemu prądowi przebiegających przez umysł obrazów, gdyż taka postawa jest sprzeczna ze żmudnym warsztatem i tym samym sposobem myślenia grafika. Z twórczością, wymagającą nieustannych korekt i długotrwałego cyzelowania każdej formy, a te czynności wręcz wymuszają refleksję i krytycyzm w działaniu i podejmowaniu decyzji. W jednym tylko Bunsch zgadza się z nadrealistami, a mianowicie w ich poglądach estetycznych, o których pisał Breton w pierwszym manifeście grupy: „cudowność jest zawsze piękna, wszelka cudowność jest piękna, tylko cudowność jest piękna". I warsztat, chciałoby się dodać i rygor kompozycji i uroda roboty plastycznej i biegłość kształtowania. Oraz to, co najtrudniejsze do uzyskania: owa, trudna do zdefiniowania, lecz wyczuwalna lekkość koncepcji i wykonania, sprawiająca wrażenie, jakoby dzieło powstawało samo z siebie, jakby czerni oddzieliły się spontanicznie od bieli i skupiły w mniej lub bardziej zagęszczone plamy, jakby więc wszystko, cała kompozycja, pozostawała jeszcze in statu nascendi, w trakcie formowania się na prawach natury. Nie można więc mówić w tym wypadku o „procesie wytyczonym realnemu światu", ani o „stopieniu się snu i jawy w rzeczywistość absolutną, jak kto woli - w nad rzeczywistość". W przeciwieństwie do oniryzmu, pojmowanego jako organiczne przekształcanie się form. W sztuce Bunscha drzewo przybiera antropomorficzne kształty, włosy zmieniają się w nagie lub pokryte liśćmi gałęzie, a skrzydlate skały upodabniają się do męskich torsów, formy organiczne mieszają się z geometrią. Wszystko może się pojawić i wydarzyć. Wszystko, poza chaosem, bo sztuka Bunscha jest ujęta w żelazny rygor kompozycji, tym trudniejszej, że dynamicznej, że pełnej krzyżujących się sił o diagonalnych na ogół wektorach, choć klasyczny pion i poziom złączone kątem prostym również się w nich niekiedy ukazują.
Tym samym sztuki Franciszka Bunscha nie można jednoznacznie zakwalifikować i włożyć do stosownej szufladki. Poza jedną może: jest nią sztuka swojego czasu. Sztuka jego i tylko jego pokolenia, w której w różnych proporcjach odbijają się wszystkie tendencje artystyczne jakimiśmy się podówczas pasjonowali, i typowa dla tamtych dni bezinteresowna pasja tworzenia i dzielenia się swymi odkryciami: i Młoda Polska więc ze swym symbolicznym romantyzmem i zachłyśnięcie się logiką kubizmu i dominująca w latach 60. zwłaszcza sztuka metafory i szacunek dla warsztatu „krakowskiej szkoły metalu" i postimpresjonizm ze swą kolorystyczną kulturą i uwielbieniem światła, które w dziełach Bunscha pełni ogromną rolę. Bądź to dramatycznego chiaroscuro, ostrego kontrastu świateł i cieni budujące głębię i skomplikowane perspektywy jego grafik, bądź też łagodnego blasku modelującego miękkie krzywizny i wypukłości przedmiotów. Najczęściej jednak światło ma w dziełach Bunscha czysto emocjonalną rolę do spełnienia: puste, białe obszary papieru stają się - na wzór dalekowschodniej sztuki - dominantą kompozycji, jej najważniejszym i koncentrującym uwagę fragmentem, „momentem kontemplacyjnym", miejsce dla naszej już wyobraźni. Nie przypadkowo Franciszek Bunsch wygłosił wykład inauguracyjny pt. „Związki polskiego drzeworytu współczesnego z tradycją drzeworytu japońskiego", w którym cytował słowa Cze Tao (Chiny, ok. 1670 r.): „Ludzie sądzą, że malarstwo i rysunek polegają na oddawaniu form i podobieństwa. Otóż nie! Pędzel służy do tego, by wydobywać rzeczy z chaosu". I Bunsch je wydobywa. Nie tylko rzeczy zresztą. W większej mierze wydobywa swe myśli i uczucia. Niekiedy pokazuje je wprost, posługując się przejrzystą anegdotą bądź równie oczywistą metaforą. Częściej jednak pozostawia nam swobodę komentarza. Już w 1975 r. napisał przecież: „Czy odbiorcy należy udostępnić wszystkie elementy towarzyszące procesowi realizacji plastycznej, jeśli tylko to jest możliwe? Z jednej strony ułatwiając, jednocześnie ograniczałoby się aktywność i głębię odbioru. Obraz posiada strefy domyślne, często przez samego autora nawet nie w pełni uświadomione, jedynie zasygnalizowane poprzez daleką aluzję. Czy mamy prawo kłaść tamę wyobraźni, powstawaniu dalszych skojarzeń, które autor zapoczątkował, a widz winien rozwijać? Może odbiorca rozpoczynając tę drogę dojdzie do innej, lecz swojej Arkadii?"
Tak, Bunsch jest nieodrodnym przedstawicielem swojego, świetnego pokolenia, nie stara się rzucić widza na kolana, nie chce go zakrzyczeć ani oszołomić. Nie pragnie wstrząsnąć jego sumieniem ani przerazić straszliwością stawianych przed oczy wyobrażeń, nie aspiruje do roli sumienia i moralności świata. Chce nas oczarować i - może - zaczarować wyobraźnią i urodą swych dzieł, ich nastrojem i wytwornością plastycznej roboty, precyzją kreski, subtelnością oszczędnie kładzionej barwy. I to mu się udaje. Z pewnym naddatkiem nawet - dzieła artysty, obojętne, drzeworyty, techniki metalowe czy obrazy, budzą w nas szacunek należny Meisterstuckom, rzeczom na mistrzowskim poziomie wykonania.
Przed wielu już laty, pisząc o sztuce Bunscha, zaliczyłem go do „nurtu sztuki emocjonalnej, gdyż jego prace, niezależnie od stopnia deformacji oraz innych plastycznych zabiegów, zachowują ten sam klimat - właśnie dramatyzm, bo osobowość artysty, a nie motyw ma w dziele sztuki decydujące znaczenia..." i - jak zwykle w wypadku wybitnych artystów - nie muszę zmieniać swej opinii, choć mogę ją uzupełnić: otóż sztuka Bunscha jest znacznie głębsza, piękniejsza i bardziej inspirująca wyobraźnię, niż mi się to wówczas wydawało. Zaś przede wszystkim znacznie bogatsza w podteksty i możliwości odczytania.
Dla tej właśnie przyczyny nie wolno jej oglądać w pośpiechu, pobieżnie i mimochodem, w niestosownym po temu nastroju. Te prace, podobnie, jak dzieła dawnych mistrzów sztuki powielanej, winny być przechowywane w tekach i oglądane w skupieniu. Po to, by nie uronić żadnego szczegółu, by je właściwie odczytać, by wejść w zawartą w nich poezję, odkryć związki łączące poszczególne ich elementy, rozłożyć je na czynniki pierwsze i znów złożyć w całość. A potem zadumać się. Głęboko.
Franciszek Bunsch is a distinguished painter, an unusually astute graphic artist and theoretician of art, and an expert at narration.
This ability to "tell stories", which once used to be common, gradually and slowly disappeared from 20th century art parallel to the departure from the theme and the literary narration of painting that could be expressed in words explaining the artist's idea and intentions. The phenomenon affected all fields of art except graphic art, and particularly the so-called "Cracow school of metal work" which term in the 1960s and 1970s applied to masterly copperplates, etchings and aquatints created under the auspices of the Academy of Fine Arts by such eminent artists as Srzednicki and Wejman and their followers, including Franciszek Bunsch who ranks among the best. The "Cracow school of metalwork" likes to tell stories like any other branch of art which strives to achieve the form with jeweller's precision, to recreate each detail and admire it and its craftsmanship. The rapture of artists who belong to the "school of metalwork" is of somewhat narcissistic nature and relies on pondering upon the perfection of the craftsmanship and its ability to conjure up any forms that the artist may desire. It is the same type of joy which once resulted in an "artistic duel" between two painters, Zeuksis and Parazjos and made young Giotto paint a fly on a still wet surface of the canvas of his teacher Cimabuo when he unsuccessfully tried to get rid of the insect. Illusionary art, the art misleading the eye springs not only from the desire to know and reproduce but from the sense of humour as well because it likes to give joy with the surprise and wonder that it conceals. It is true that nothing is as serious as the laughter of a wise man. Franciszek Bunsch likes to surprise spectators and enjoys astonishing them with some deeply hidden and insignificant details, with a dog's muzzle peeping out from under the table, or an eye staring from the corner of a jester's cap in place of a traditional and common little bell that can be expected at this spot.
Franciszek Bunsch was born in 1926. This was a lucky year for our artists because they were doomed to live hard and turbulent lives and fated to gather experiences, difficult for next generations to comprehend, which in the end moulded their souls and characters. Lucius Seneka, who was not less severely tried, stated: " uninterrupted success will not bear any blow. But he who constantly struggles against his misery owes endurance to his suffering and will not relent to any evil, and even when he falls he will fight on his knees..." Bunsch's generation was particularly privileged in this respect. Obviously if we can include among privileges the pouring disasters known personally to me too because I belong to this generation. This generation is famous for the largest number of artists who created the so-called "museum canon" and whose works are in the collections of all respectable museums.
The war, social realism, the Iron Curtain, separation from the great cultural centres in Western Europe condemned this generation to its individual search for the avant-garde in the art of the interwar period, to flipping through magazines like "The Artists' Voice" (Głos plastykow) and "Arkady", which contained only black and white reproductions, and to begging for prohibited publications in libraries until after 1956 the window to the West and all its novelties was finally opened. The novelties were usually "second hand" because only few artists could afford to travel. In most cases scholarships were not granted to those who deserved them most or needed them to develop themselves as artists. A travel abroad particularly to Paris used to ennoble and promote an artist that is why there were many who craved for it.
In those years everybody missed modernity and everybody accepted it readily even when it was not first-quality. Paradoxically this abnormal or unfortunate circumstances of Polish art was a source of its power and the reason for success. Firstly, our artists had access through the interwar publications and such ambitious magazines as "Przekrój" which propagated the classicists of the avant-garde like Picasso, Leger and Klee, to art which already had truly strong theoretical bases. It was the art which shaped the consciousness of artists in the second and third quarters of the 20th century and has been the foundation of all artistic quests until today. The most influential trends were Cubism, Surrealism and Post-Impressionism as well as some elements of Futurism and Formism. Ephemeral phenomena did not reach Poland. And even when some of them did during the interwar period they were so short-lived that they passed unnoticed.
Cubism was widely admired. Futurism with its formist-like sharp cuts likewise as is visible in folk woodcuts typical of Skoczylas's school characterized also by striking contrasts between profound black and dazzling white. Franciszek Bunsch grew up in such an atmosphere and such were the beginnings of his art. Namely, his was the painting influenced strongly by Post-Impressionism but inclined to geometry and Cubism, tending to organize the surrounding according to logic and searching for proportions, which since ancient times have stood for beauty and perfection. Obviously it was a quest for perfection which is the goal of every artist and for beauty which personifies it and is the ultimate reward. A strong geometric construction is a feature of Franciszek Bunsch's works. It is sometimes more and at times less visible but it is always clear, rational and comprehensible due to its impeccable logic.
However side by side with logic there appear shapes which on the one hand are realistic but on the other unclear and hard to define. They are disturbing as they seem to conceal some mystery. They sometimes take the form of a drapery or a curtain which hide... What is it that they hide? Perhaps the sacrum, like the draperies hanging behind the backs of rulers in the past, or just on the contrary the profanum of our times and dreams? Good or evil, the future or the past? Or perhaps they conceal the worst - nothingness and emptiness - which the human soul fears most? Franciszek Bunsch was voted a Surrealist because it is this fear and hesitation that construct the fascinating climate of this trend. Also hints which give rise to questions which we are afraid to form and even admit into our consciousness. Is Franciszek Bunsch really a Surrealist and can Surrealism or rather its philosophy of life and the fagon d'etre get involved in the tittle-tattle with its contradiction, that is with Cubism and its derivatives? Yes, of course, this is possible. Even Picasso himself, who is the author and the highest authority on Cubism, cooperated with a Surrealistic magazine "The Minotaur" and designed covers for it. The surreal world is governed by laws identical with the laws binding in the empirical reality. Bunsch, however, does not create clusters of objects nor does he aim at a radical alteration of human consciousness like the true Surrealists did. He does not mean to renounce a pragmatic attitude to the world or submit passively to an unrestrained string of images produced by the brain because such an attitude is inconsistent with an arduous work and thinking process of a graphic artist. The work which requires continuous corrections and long elaborating of the form to perfection forces reflection and criticism in action and in the process of making decisions. Bunsch shares the Surrealists' view that was best expressed in the manifesto written by Breton: "marvellous nature is always beautiful, any marvellous nature is beautiful, only marvellous nature is beautiful". One would like to add that also the work, the discipline of the composition, the charm of labour, and the mastery of forming shapes, and on top of that the quality which is most difficult to achieve, namely the lightness of composition and effortlessness of the execution as if the work came into being by itself, as if black separated spontaneously from white and concentrated in darker of lighter spots, as if the whole composition was still in the process of formation according to the laws of nature. In this case we cannot speak of "the process that the real world undergoes" or of "the merger of dream and reality into the absolute reality that is surreality". In Bunsch's works the trees assume anthropomorphic shapes, hair changes into branches, naked or covered with leaves, the winged rocks resemble men's busts and the organic forms are mixed with geometric ones. Everything may appear and happen. Everything but the chaos because Bunsch's art is subjected to the iron rigour of composition, the order of which is more intricate because it is dynamic, full of vectors crossing diagonally and occasional classical vertical and horizontal planes joined at the right angle. Franciszek Bunsch cannot be categorized univocally. The only unmistaken fact that defines his art is that it is representative of its times and the artist's generation, and that it reflects all the artistic tendencies that fascinated his contemporaries. It is typified by a characteristic passion for creation and for sharing discoveries with others, including the enchantment with Mtoda Polska (Young Poland) with its symbolic romanticism, the logic of Cubism, the art of metaphor which dominated in the 1960s, the "Cracow school of metalwork" and Postimpressionism, characterized by its colouristic culture and admiration for the light playing such an important role in Bunsch's works. In his prints it takes the form of a dramatic chiaroscuro based on a sharp contrast between light and shade which builds depth and a complicated perspective, or a gentle radiance which models soft curves and swellings of objects. However, most frequently light plays a purely emotional role in Bunsch's works. Empty white planes, like in the art of the Far East, become the dominant element of the composition, its most important part, "the contemplative moment" and a space for imagination. It was not a coincidence that Franciszek Bunsch once gave a lecture entitled: "The links between contemporary Polish and traditional Japanese wood engraving" during which he quoted Cze Tao (China c. 1670): "People believe that painting and drawing rely on reproducing forms and similarities. That just is not true! A brush serves to get objects out of chaos". Franciszek Bunsch manages to reveal not only objects but also thoughts and feelings. Sometimes he shows them in direct way using a comprehensible anecdote or an obvious metaphor. More frequently though he gives viewers the freedom of interpretation. In 1975 he wrote: " Should one make accessible to a viewer all the elements that accompanied the process of creation of a particular piece of work? On the one hand this would make comprehension easier for the viewer but on the other would limit his perception. A picture possesses conjectural spheres of which even its author is not fully aware, and which are only hinted at in distant allusions. Do we have the right to stem imagination and the process of developing associations that the artist begins and a viewer should continue? Maybe in this way a viewer will reach his own Arcady? Bunsch is a true member of his generation. He does not try either to impress or dominate or bewilder the viewer. He does not intend to shock the viewer's conscience or horrify him with terrible images. It is clear that the artist does not aspire to the role of the world's conscience and the teacher of morality. What he wishes is to enchant the audience with his imagination and the beauty of his works, their atmosphere and the elegance of artistic effect, the precision of every line and the subtlety of colour. All his works, both wood engravings, prints and paintings arouse admiration and respect like all masterpieces of art and objects executed with absolute artistry.
Many years ago I included Franciszek Bunsch among representatives of the "emotional trend in art because his works, regardless of the degree of deformation or other artistic measures, uphold the same climate, namely the drama. This is because it is the artist's personality and not the motif that are most important in a work of art...". I do not have to change my opinion today. I can only add that his art is more acute, more beautiful and more imaginative than I once thought. First of all its implications leave more space for interpretations. For that very reason Bunsch's works must not be viewed hurriedly, superficially or casually, or at an unseemly time. Just on the contrary, we should study them carefully and attentively so as not to miss any detail or meaning and in order to perceive their poetic climate, discover the relationships between their different components, dissect them into basic elements and put them together again. And then we should stop to muse upon them.
35 lat temu, w rok po objęciu pracowni drzeworytu na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie po profesorze Ludwiku Gardowskim, miała miejsce pierwsza - i jak dotąd jedyna - wystawa grafiki Franciszka Bunscha w krakowskim Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Nim jednak osiągnął samodzielność ukończył malarstwo i grafikę w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach profesorów: Eugeniusza Eibischa, Konrada Srzednickiego i Ludwika Gardowskiego, którego był asystentem od 1952 r. oraz odbył dwuletni staż w Pradze w tamtejszej Akademie Výtvarných Uméni. Począwszy od 1951 r. brał udział w 15 międzynarodowych wystawach od Japonii poprzez Australię, Holandię, Hiszpanię, Kanadę aż po ZSRR i Szwajcarię oraz MTG w Polsce. W Akademii Sztuk Pięknych, z tytułem profesora zwyczajnego od 1990 r., pełnił przez dwie kadencje funkcję prorektora w latach 1972-75, 1984-87.
Współuczestniczył w organizowaniu ponad 22 swoich indywidualnych wystaw krajowych i zagranicznych. Odbył wiele zagranicznych podróży stypendialnych i służbowych po Europie. Dwanaście razy otrzymywał nagrody i wyróżnienia - pierwszą w 1951 r., a ostatnią w 1999 r. na Międzynarodowym Biennale Grafiki Cuprum VIII w Lubinie.
Nazwisko i pozycja artystyczna pana profesora Franciszka Bunscha były mi znane od wczesnych lat 80., z pamiętnych rozmów z moim przyjacielem prof. Jackiem Gajem, w jego pracowni na Lenartowicza, ale los zetknął nas dopiero w drugiej połowie 2000 r. Wówczas obaj braliśmy udział jako „Członkowie Założyciele" w pracach założycielskiego Komitetu Stowarzyszenia Przyjaciół Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, od pierwszego do ostatniego zebrania w dniu 20 listopada 2000 r.
Pan profesor był zawsze znakomicie, bodaj najlepiej z nas wszystkich, przygotowany do rozmów, dociekliwy, konsekwentny, precyzyjny, ale gotowy do uzasadnionych kompromisów, elegancki, kulturalny. Spotkania i rozmowy z profesorem Franciszkiem Bunschem należały do tych, co to się pamięta latami.
Podczas jednego z pierwszych zebrań w Sali Senackiej ASP, zaproponowałem Profesorowi zorganizowanie retrospektywnej wystawy jego prac w Pałacu Sztuki w III tysiącleciu, na 100-lecie Pałacu, w maju 2001 r. Zgodził się bez wahania, a w kilka dni później, podczas spotkania w Pałacu Sztuki ustaliliśmy termin, zakres projektu i „machina ruszyła"...
Dzisiaj, 11 maja 2001 r., o 13:30 odbył się wernisaż wystawy grafiki profesora Franciszka Bunscha, jednej z pięciu na 100-lecie Pałacu Sztuki, ale jedynej z udziałem twórcy, znakomitego artysty, którego prace są w muzeach Polski i Europy.
Dziękuję panu panie profesorze za uświetnienie naszego jubileuszu swoją retrospektywną wystawą grafiki w Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
Życzę zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych profesorowi Franciszkowi Bunschowi, znakomitemu przedstawicielowi rodzinnego, artystycznego klanu rodziny B.
Zbigniew Kazimierz Witek
, It is 35 years since Pałac Sztuki (Palace of Art) hosted an exhibition of Franciszek Bunsch's prints for the first and only time. This happened a year after he took over the studio of wood engraving at the Department of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow following Profesor Ludwik Gardowski's retirement.
Before Franciszek Bunsch became a full-fledged artist he completed his studies of graphic art under the guidance of Prof. Eugeniusz Eibisch, Prof. Konrad Srzednicki and Prof. Ludwik Gardowski (whose assistant he became in 1952) at the Academy of Fine Arts in Cracow. Then, he underwent two-year training at the Akademie Výtvarných Uméni in Prague.
Since 1951 he has taken part in 15 international art exhibitions in different countries including Japan, Australia, Holland, Spain, Canada, the Soviet Union, Switzerland and Poland. In 1990 Franciszek Bunsch was conferred on the title of full professor. He held the post of the Rector of the Academy of Fine Arts in Cracow for two terms of office in the years 1972-1975 and 1984-1987.
Franciszek Bunsch's works were presented at his 22 individual exhibitions in the country and abroad. He also took many journeys around Europe both as a holder of scholarships and an independent tourist. He received 12 prizes and awards in all. He won his first prize in 1951 and the most recent one at the International Print Biennial Cuprum VIII in Lubin 1999.
I have known Prof. Franciszek Bunsch's name and artistic standing from the early 1980s. At that time I used to visit Prof. Jacek Gaj, my friend of many years, and enjoy long talks with him at his studio in Lenartowicza Street. I finally met Prof. Bunsch only in the second half of the year 2000. We took part, as members-founders, in the gatherings of the Founding Committee of the Society of the Friends of Fine Arts in Cracow, the last of which was held on 20 November 2000. I remember how Professor Bunsch was always well-prepared for our discussions, and how impressed I was with his precision, inquiring disposition, and consistency but also his readiness for compromise, elegance of arguments and gentlemanliness. Meetings and talks with Prof. Bunsch belong to memorable experiences.
During one of the initial gatherings at the Senate Hall at the Academy of Fine Arts I suggested that we prepare a retrospective exhibition of Franciszek Bunsch's works at Pałac Sztuki (Palace of Art) at the outset of the third millennium and on the occasion of the 100th anniversary of the Palace in May 2001. He agreed willingly and a few days later we discussed in details the date and the scope of the project.
Today on 11 May, 2001 at 1:30 p.m. an exhibition of Prof. Franciszek Bunsch's prints was opened. And although four other exhibitions are scheduled to commemorate the 100th anniversary of Pałac Sztuki (Palace of Art), today's show is the only one personally attended by the author of the displayed prints, an outstanding artist whose works are in the museum collections in the country and abroad. In the name of the Society of the Friends of Fine Arts I would like to thank Professor Bunsch for honouring the occasion of our jubilee by his participation. I wish this distinguished representative of the Bunsch artistic clan further artistic achievements, health and the best of luck.
Zbigniew Kazimierz Witek
Największy polski rzeźbiarz, a jednocześnie nauczyciel Bronisława Chromego, Xawery Dunikowski zwykł mawiać, że rzeźba "zrobiona na uczucie" może olśnić, natomiast rzeźba zrobiona "na rozum" trwa.
Młody Chromy zrozumiał prawdziwy sens przesłania starego Mistrza. Ten, że dobra, czyli ponadczasowa rzeźba, musi łączyć w sobie wiele różnorakich czynników, że sama emocja, samo drgnienie serca, inspiracja, obojętnie zresztą jak owo zjawisko nazwiemy, nie wystarcza na stworzenie dzieła pisanego z dużej litery, że każdy emocjonalny impuls musi być okiełzany, lecz i wzmocniony myślą poprzez wprowadzenie logicznego ładu w gorącą zapewne, ale również chaotyczną burzę doznań.
I rację miał sędziwy mistrz, bo czyż sztuka nie jest w pierwszym rzędzie porządkiem myśli, uczuć i form użytych do ich wyrażenia?
I czyż jeszcze w starogoreckiej filozofii uporządkowany kosmos nie był przeciwstawiany bezładnemu chaosowi i czyż to nie kosmos był piękny właśnie dzięki swemu porządkowi?
A Chromy od początku swej drogi twórczej dąży do piękna. Tego specyficznego rodzaju piękna, dla którego genialny w swej precyzji język grecki ukuł termin kalokagathia, łączący w sobie piękno prawdy i prawdę piękna zarazem.
Od niepamiętnych czasów też sztuka jest językiem międzyludzkiego porozumienia. Zaś porozumienie -to system kodów, to słownik, z którego można budować pełne zdania. To zarazem zdolność przekonywania, zainteresowania odbiorcy i udowadniania swych racji wszelkimi dostępnymi artyście i godnymi go metodami.
Z bogatego i wciąż bogatszego wokabularza sztuki Chromy wybrał dwie zasadnicze metody: świeżość odkrywczego skojarzenia i piękno, o którym już była mowa. Giętkość myśli zatem, wspartą o szerokie pole penetracji intelektualnej i wrażliwość, płynącą z emocjonalnych kręgów percepcji rzeczywistości oraz pewną intymność przekazu.
Chromy nie stara się rzucić odbiorcy na kolana, oszołomić go monumentalną skalą i ciężarem swych dzieł. Woli spokojną perswazję, woli przekonywać i budzić sympatię, niż przytłaczać, szokować i przerażać. Te i tylko te czynniki pozostają w sztuce Chromego niezmienione od trzydziestu już lat.
Zmienia się natomiast cała reszta: stosunek do przestrzeni, to zatem, co determinuje pojmowanie rzeźby, koloryt, i -przede wszystkim -wymiar, oscylujący od niewielkich medali, poprzez toreutykę, czyli rzeźbę miniaturową, rzeźbę galeryjną wszelkich formatów, aż po kompozycje pomnikowe.
Zaś rozmiar jest równie ważnym i autonomicznym środkiem wyrazu jak kształt, układ działających w rzeźbie sił, faktura powierzchni i na koniec barwa, jako że rzeźby nie można dowolnie zmniejszać lub powiększać bez dokonania uszczerbku w jej najbardziej elementarnych założeniach formalnych i wyrazowych.
We wszystkich tych zaś, nader sobie odległych, poczynaniach artysta czuje równie swobodnie i więcej nawet -potrafi przerzucać się bezpośrednio z myślenia i odczuwania kategoriami płaskiego, intymnego medalu w przestrzenny układ syntetycznego z natury rzeczy pomnika. Rutyna zawodowa, czy instynkt rasowego rzeźbiarza? Jedno i drugie zarazem, bo czyż to nie ćwiczenie tworzy mistrza?
„Profesor Bronisław Chromy -pisze p. Barbara Skałbania w rozdziale rozprawy naukowej pt. „Inspiracje twórcze profesora Bronisława Chromego” -poszukuje inspiracji analizując naturalny kształt rzecznych otoczaków. Sama natura podsuwa mu temat pracy... zróżnicowane fakturalnie fragmenty różnych skał, oblane metalem, przeistaczają się w osobliwe bibeloty, baranki, pawie, kaczki, kosmiczne kukułki i inne.
Innym źródłem inspiracji profesora są problemy kosmologiczne, konstelacje, układy gwiezdne, przedstawienia ruchu, zawirowań światła. Efektem tych zainteresowań są takie rzeźby, jak „The birth of the green planet”, „The cosmic turmoil” i in.
Ascetyczny rysunek gotyckich przedstawień Chrystusa na krzyżu, cierpiących kobiet o charakterystycznych, długich palcach, wysokich czołach, jest kolejnym źródłem inspiracji artysty... W rzeźbach Bronisława Chromego często pojawiają się postacie uskrzydlone -anioły. Ikar, Chopin oraz liczne orły, ptaki itp.”
Ponadto autorka wymienia gotycki łuk, jako inspirację podziału gotyckich w rysunku medali czy drzwi i parę jeszcze innych „zawidzeń”, czy też -używając terminologii Strzemińskiego – „powidoków”.
Być może. Być może istotnie Chromego inspirują kamienie i gotyk i kosmiczna próżnia i skrzydła i ruch ciał niebieskich. Lecz mimo to mniemać należy, że to raczej inspiracje poszukują Chromego, dla którego wszystko jest inspiracją. W pierwszym zaś rzędzie, własne wnętrze, własna osobowość oraz jej materialny obraz w dziełach, bo własne dzieła inspirują go do dalszych poszukiwań, czy też raczej nowych komentarzy do myśli zamkniętej już w twardym materiale. Stad bierze początek olbrzymia rozpiętość motywów i treści -od podniosłych i wielkich, po drobne, od grozy po uśmiech. Bo czyż w myśl popularnego powiedzenia artysta nie jest człowiekiem, który „robi coś z niczego”?
U Chromego wszystko zaczyna się od skojarzenia, od znalezienia sposobu na wyrażanie treści, od poszukiwania drogi do zamknięcia swych myśli i uczuć w możliwie prostym i najbardziej przekonywującym znaku o wszelkich znamionach oczywistego symbolu. Tym samym Chromy wymyka się klasyfikacji Margit Rowell, która podzieliła inspiracje rzeźby nowoczesnej na płynące z natury, wiedzy i samej sztuki, przy czym owo ostatnie źródło wysunęło się w badaniach Rowell na miejsce pierwsze.
Inspiracje Chromego są bowiem niejednorodne i powstają w nader sobie odległych, bądź nawet przeciwstawnych sobie regionach. Niekiedy, jak w przemienionych w miękkie i ciepłe korpusy zwierząt rzecznych otoczakach, skojarzenie to jest czysto zmysłowej i formalnej natury; istotnie, chropawy i porowaty granit przypomina nieco skłębioną wełnę owiec, a nawet spłukane erozją wieków główki kamiennych aniołów, zaś wir rozpędzonych okręgów będzie się zawsze kojarzył z ruchem, z potęgą materii, obojętne czy będą nią krążące po orbitach globy, czy dążący ku nieodległej już mecie kolarze.
Niekiedy jednak skojarzenia Chromego wymagają od widza pewnego zasobu wąskiej, specjalistycznej niejako wiedzy, jak w owym sławnym medalu, w którym dłoń Boga Ojca daje pędzel wznoszącej się w błagalnym geście dłoni artysty. Tylko ten bowiem, kto zna scenę stworzenia Adama w Sykstyńskiej kaplicy -i to zna ją w drobnych nawet szczegółach -potrafi zrozumieć i ocenić niezawodną precyzję myślenia artysty; to że talent jest darem równym życiu i że został on, jak życie, człowiekowi dany oraz to, że jest on równie cenny jak życie i podobnie jak życia nie można go zmarnować ani mu szkodzić.. Nie trzeba chyba dodawać, że Chromy nie zmarnował swego talentu.
Ten jego medal czcił jubileusz 150 lecia macierzystej uczelni, czyli krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, zaś pierwowzór jego „Owieczek” pasie się na gazonie Wyższej Szkoły Rolniczej. I tak można dojść do kolejnej cechy charakterystycznej Chromego -do jego wyczucia odbiorcy, do umiejętności wejścia w jego psychikę i zrozumienia jego zdolności percepcyjnych.
Być może z tej właśnie przyczyny Chromy nigdy nie wszedł w ramy któregoś z jakże licznych, awangardowych nurtów artystycznych, gdyż te niejako apriorycznie zakładały niezrozumienie ich przez masowego odbiorcę, bo czymże innym było przeświadczenie o „wyprzedzaniu epoki”, o wyprzedzaniu jej gustów i świadomości?
Chromy jest twórcą swojej epoki tak właśnie, jak byli nimi wielcy nowatorzy renesansu czy baroku, czyli czasów, w których pojęcie "awangardy" jeszcze nie istniało. Tym samym Chromy, jak jego poprzednicy, korzysta z wiedzy i doświadczeń wszystkich minionych epok, czerpiąc z arsenału sztuki wszystkich okresów jej trwania i wszystkich kontynentów, na równi z własną wyobraźnią, zaś jego sztuka jest funkcją i logiczną wypadkową wszystkich owych uwarunkowań.
Że zaś Chromy jest twórcą wolnym i niczym, żadnymi uwarunkowaniami nieograniczonym -robi tylko to, co mu rozum, serce i dobry smak nakazują.
I - przedziwnym paradoksem sztuki - czas przyznał rację jego przekonaniom. Coraz bardziej obrazoburcze i hermetyczne poczynania awangardy zawisły w próżni. Gwałtownej weryfikacji zostały poddane hasła „należy oddzielić pojęcie obrazu (sztuki) od pojęcia piękna”, podobnie, jak „jedna maszynowa śrubka jest dla nas cenniejsza od wszystkich soborów Kremla”, „spalić Louvre”, a nawet postulat Duchampa, że to artysta decyduje o tym, co jest dziełem sztuki. Upadła teza desakralizacji istoty sztuki poprzez podniesienie do jej rangi całej sfery profanum, całej brzydkiej i trywialnej ikonosfery i ikonostrefy naszej codzienności.
Gwałtowny bunt transawangardy zwanej u nas Nowymi Dzikimi przewartościował wszelkie teorie awangardy. A może inaczej -pozostawił je na uboczu i poszedł dalej. Scalił to co zostało rozbite, sięgnął, może aż nazbyt śmiało, po spuściznę wieków. Sztuka jęła w przyspieszonym tempie powtarzać swój własny rozwój, a piękno jako jej niezbędny atrybut, bądź nawet istota, powróciło w chwale na swe filozoficzne i estetyczne miejsce. Sztukę opanował postmodernizm, nadzwyczaj obszerne pojęcie, w którym pomieścić się może i mieści się wszystko. Jednocześnie został znów nawiązany kontakt i dyskurs z masowym odbiorca, co poświadczają trudne zarówno do podważenia, jak wiarygodne, lub raczej - niewyobrażalne, choć prawdziwe liczby; na Manhattanie, owym centrum sztuki światowej, ilość galerii, wystaw, a także dzieł pokazywanych wzrosła w latach 1970-1990 aż ośmiokrotnie. W całych Stanach Zjednoczonych było w latach 60 tych i 70 tych 600 000 ludzi deklarujących się jako artyści, zaś na początku lat 80 tych liczba ta wzrosła do miliona.
A Chromy jest jeden i natychmiast rozpoznawalny, obojętnie czy rzecz dotyczy medalu czy pomnika. Czemu? Krytyk i historyk sztuki może tylko bezradnie rozłożyć ręce lub uciec w świat filozoficznych dysertacji, których sens można zawrzeć w kilku banałach: bo jest niepowtarzalny, jedyny w swoim talencie, niemożliwy do podrobienia. Lecz czy słowo „banał” nie oznacza również - a może nawet w pierwszym rzędzie -powszechnie znany, oczywisty, nie wymagający dowodu?
Dziwna i zaskakująca jest ewolucja, gdyż tylko o doskonalącej arsenał środków wyrazu ewolucji w rozwoju jego sztuki można mówić, choć niekiedy nagłość jej przemian sprawia wrażenie rewolucyjnych zmian. Zatem dziwna i zaskakująca wydawać się może ewolucja twórczości Bronisława Chromego. Od rzeźb powstałych pod okiem Dunikowskiego, mistrza secesyjnej, płynnej formy i postkubistycznego spiętrzenia brył, przeszedł jednym krokiem do surowej grafiki statycznego Cyklu oświęcimskiego, do odmaterializowanych w swej srebrzystej poświacie znaków cierpienia, by drugim krokiem wejść w organiczne kształty swych kapitalnych w ruchu zwierzaków.
Kolejny krok zaprowadził Chromego ku postrzępionym krawędziom kosmicznych torów, lecz i podobnych im ptasich piór zarazem, by po drodze niejako zahaczyć o delikatny relief malarskich medali oraz ich monumentalną odmianę w postaci brązowych drzwi kościelnych.
Chromy bez widocznego trudu przechodzi od ascezy do bogactwa, od skrótu myślowego do narracji, od monochromu nieprzetworzonego materiału do gamy barwy zielonej.
Normalnym więc wydaje się sięgnięcie po farby i pędzel, bo Chromy nie jest w najgłębszych pokładach swej wrażliwości wyłącznie rzeźbiarzem, jest artystą, poszukującym wizualnego kształtu dla swych odczuć i myśli. Zresztą przed laty, gdy wstępował na ASP, proponowano mu wydział malarstwa. Chromy nie posłuchał rad, gdyż malarstwo nie zgadzało się jakby z jego wyobrażeniem o twórczości. „Wielki i silny chłop – powiedział -machający jak panienka leciutkim pędzlem? Jak by to wyglądało?”
Lecz od początku, od delikatnej, srebrzysto szarej tonacji i zjawiskowych postaci oświęcimskiego cyklu poprzez ciepły róż i ugry łączonego z metalem granitu i patynowane brązy -barwa odgrywa w jego sztuce rolę ważną i szczególną. Rolę emocjonalnego dopowiedzenia treści, boć przecież barwa jest w pierwszym rzędzie nośnikiem uczucia.
Nie powinno więc dziwić zainteresowanie artysty malarstwem, traktowanym nie tylko jako dyscyplina dopełniająca, czy uzupełniająca więc niejako drugorzędna. Malarstwo jest dla Chromego światem samoistnym i autonomicznym, czyli rządzącym się swoimi własnymi prawami. Nie przenosi na płaszczyznę reguł rzeźbiarskiej gry, w tym zwłaszcza jakże dla sztuki trójwymiarowej właściwych mocnych podziałów i ciążeń.
Przeciwnie, jego obrazy operują wyłącznie światłem wewnętrznym i jednakim z nim lekkim, jakby z pod płaszczyzny obrazu emanującym kolorem.
Bo Chromy z całą świadomością nawiązuje do nurtu panującego w jego akademickiej młodości, do bonnardowskiego postimpresjonizmu jakiemu hołdowali wszyscy niemal nasi wybitni malarze tamtych lat i który po dziś determinuje nasze malarstwo, narzucając mu jakże typową kulturę zestawień barwnych i pewną wytworną powściągliwość w wyrażaniu uczuć, zaś w każdym razie niechęć do wszelkich brutalizmów. Czyż zresztą nie były malarskimi od początku medale artysty lub nawet szerzej -cała nasza szkoła lanego medalu, której Chromy był ważnym współtwórcą? Gdyż lany i patynowany medal nie jest w sensie dosłownym malarski i zwłaszcza do niego odnosi się termin „relief pictural”.
O Bronisławie Chromym można pisać bez końca. Można cytować jego kapitalne wypowiedzi, jak choćby tą o polskim medalu właśnie, w którym „osiągnęliśmy sukces dzięki brakowi tradycji w tym względzie, jako że tradycja, choćby i najszczytniejsza, hamuje inwencję i krępuje swobodę młodych twórców. A nasi medalierzy bez oporów i lęków, na wzór ucznia czarnoksiężnika, wypuszczali niszczycielskie siły. Efektem ich działania były niespotykane gdzie indziej przeprucia lub przechodzenie obrazowej narracji na drugą stronę medalu.”
Można mnożyć przykłady artystycznej i cywilnej -co zresztą się ze sobą często pokrywa -odwagi w podejmowaniu ryzyka, pisać o nieustępliwości, nonkonformiźmie i wielkiej pracowitości Chromego. Można przytoczyć zdanie naukowca, udowadniającego przy pomocy całego aparatu badawczego psychologii tezę, że Chromy jest człowiekiem niejako „skazanym na sukces”. Można. Lecz po co, skoro to co najważniejsze i tak umknie słowom i najbardziej nawet intelektualnie wysublimowanym analizom.
A jest nim jakże rzadko dziś w sztuce spotykany optymizm i życzliwość, jakimi emanują wszystkie dzieła artysty. Nawet tam, gdzie Chromy oskarża, nawet tam, gdzie mówi o cierpieniu i zbrodni -wierzy w dobro i jego zwycięstwo, wierzy w zwycięstwo dobrego człowieka nad mrocznymi siłami zła. Jego sztuka jest ciepła i ciepłem swym budzi otuchę, że nie wszystko stracone, że mylą się katastrofiści wieszczący koniec sztuki i świata i nie mają racji posępni sędziowie naszej rzeczywistości.
Wierzę Chromemu i jego sztuce.
,
Bronisław Chromy jest twórcą uniwersalnym. Bez widocznego trudu przechodzi od ogromnych pomników do rzeźby parkowej i galeryjnej, a od niej do niewielkich medali. Od syntezy myśli i formy więc, będącej istotą wszelkiego monumentalizmu do intymności medalu i jego metafory oraz narracji, bo medal lubi opowiadać, lubi być odczytywany i lubi zaskakiwać niespodziewaną pointą lub niby to od niechcenia wtrąconym szczegółem. To prawda tak oczywista, że aż banalna, no bo któż nie zna Chromego i kto nie widział jego rzeźb w całym ich bogactwie i fantazji rozwiązań?
Chyba najbardziej jednak zarówno przez artystę jak odbiorców lubianym motywem jego twórczości są zwierzęta, choć najchętniej użyłbym w stosunku do nich terminu „zwierzaki” dla ich wręcz domowej swojskości. Bogata w gatunki fauna Chromego nie należy bowiem do dzikiej i nieokiełznanej, więc przez to nieco obcej natury, lecz naszego najbliższego otoczenia. Jej przedstawiciele nie plasują się zatem pośród krwiożerczych lwów, tygrysów lub krokodyli, lecz życzliwych światu i ludziom psów i kotów, wśród naszych domowników, żyjących obok nas i wraz z nami na prawach członków rodziny. Niekiedy bardzo ważnych w domowej hierarchii lub najważniejszych nawet.
Lubimy je więc i rozpoznajemy na pierwszy rzut oka, choć uczony zoolog dopatrzyłby się w nich wielu odstępstw od naukowego wzorca, gdyż Chromy deformuje swoje modele z pasją rzeźbiarza, acz również życzliwością człowieka kochającego wszak to, co biega, lata, łazi, skacze, macha ogonem i ociera się miękko o nogi lub trąca wilgotnym nosem dłoń z prośbą, ba, kategorycznym żądaniem należnej mu przecież pieszczoty.
Lecz różne odcienie deformacja przybrać może. Może idealizować bądź zohydzać, może powiększać lub pomniejszać, zmieniać proporcje, może wszystko w zależności od rodzaju wyobraźni artysty i jego stosunku do modela zarazem.
Chromy deformuje na ogół w dwojaki sposób: pierwszym jest idealizujące podkreślenie urody wziętego na rzeźbiarski warsztat stworzenia, a drugim jego antropomorfizacja, co nie wyklucza jednoczesnego wstępowania obu metod w jednym dziele. Prawdziwy, żywy bażant może a nawet powinien pozazdrościć swemu rzeźbionemu wizerunkowi splendoru jego ogona, podobnie rzecz się ma z pawiem czy rybą o niespotykanej w naturze gibkości i urodzie ruchu; koty Chromego są po kociemu miękko -nadęte, lecz jakby nieco wdzięcznej od żywych oryginałów, a sowy i inny latający drobiazg bardziej pierzasty i piękniej ustrojony.
Tym jednak, co nas chyba najbardziej w zwierzakach Chromego pociąga jest nadanie im przez artystę cech ludzkich, czyli wspomniana już antropomorfizacja właśnie. Żaby Chromego są kokieteryjne jak nasze panie i jak one uwodzicielskie, a pawie pysznią się swoją urodą jak ekranowi amanci i herosi, psy kroczą z godnością dyplomatów, którymi skądinąd bywają, a bataliony są zadzierzyste jak mali chłopcy z ich rytualnym "chcesz się bić?!"
Chromy jest rzeźbiarzem, a rzeźba -to pion, poziom i ciążenie konkretnej materii: chropowatego granitu i gładkiego lub ostrego jak kolce brązu, to ascetyczna tonacja monochromów i niemal wyczuwalne wektory działających w bryle sił. Lecz Chromy jest również malarzem i to malarzem szczególnego rodzaju. Tym, który potrafi przemienić kolor w barwną mgłę i odebrać za jej pomocą malowanemu fragmentowi rzeczywistości jego przedmiotowość po to, by przemienić ją w ulotną feerię świateł. Znów więc Chromy sięgnął krańca, podobnie, jak to uczynił w rozmiarach rzeźb i znów mu się udało, bo udaje mu się wszystko. Z tej, być może, przyczyny, że robi wyłącznie to co lubi. Lecz to, podobnie, jak kwestia jego talentu i wyobraźni dalece wykracza poza ramy tego króciutkiego tekstu, w którym można już tylko na zakończenie stwierdzić, że zarówno konkretne i namacalne, bo rzeźbione zwierzaki, jak ich ulotne, malowane rodzeństwo żyją pełnym życiem. Oraz -że to właśnie w ich oczywistym biologiźmie leży łączące je podobieństwo.
Lecz proszę nie oczekiwać odpowiedzi na pytanie -jak? W jaki sposób i jakim zabiegiem udało się artyście tchnąć w nie życie, bo właśnie w tym leży tajemnica sztuki.
Potężne pomniki i medale, oficjalne portrety i intymne zwierzaki. Kosmate psy, pyszne ze swej urody ptaki, uwodzicielskie żaby, krągłe koty, smukłe węże i owieczki pośród żubrów, bizonów oraz innej grubej, lecz nagle zmalałej zwierzyny. Bardzo więc różne, lecz przy tym podobne i sobie bliskie, gdyż złączone indywidualnością ich stwórcy. Bronisław Chromy jest bowiem rzeźbiarzem uniwersalnym i jedynym w swoim rodzaju zarazem: dzieła jego rąk i wyobraźni, bądź też przeciwnie - wyobraźni i posłusznym jej dłoniom nie mają analogii na żadnym kontynencie, a on sam nie ma naśladowców, bo ich mieć nie może: tak czuć, myśleć i tworzyć potrafi tylko on. Gdzie jednak, w jakich regionach szukać genezy tej niezwykłej sztuki?
Najłatwiejszym jest pochodzenie: Chromy jest góralem. Wychował się na wsi, wśród toczonych wodą rwących potoków, granitowych głazów i ubogiej, lecz jakże przy tym pięknej roślinności nieskażonej natury. Całkiem bezwiednie też poznał rządzące nią prawa i w sposób równie odruchowy bądź też naturalny właśnie zastosował je w swych dziełach, w których obłość rzecznych otoczaków łączy się z subtelnym rysunkiem traw i fantazyjnie wygiętych gałęzi, a te z miękkością pulsujących życiem organizmów. Rzeźby Chromego rosną i rozkwitają jak żywe organizmy właśnie, lecz nigdy nie obumierają. Śmierć i zniszczenie nie mają do nich dostępu, uczucie bezradnej niemocy jest im obce, podobnie jak ich autorowi. Człowiekowi Sukcesu, któremu sama myśl o porażce wydaje się niedorzeczna. To pierwsza i druga przyczyna niezwykłości jego sztuki w naszym zmechanizowanym i przeżartym pesymizmem świecie.
Trzecią jest nieomylna zdolność kojarzenia, lunatyczna wprost pewność trafiania w sedno zagadnienia, lapidarny, lecz celny skrót myślowy. Oraz równie trafny dobór formy, gdyż rzeźby artysty są tylko z pozoru oparte na jednym kanonie estetycznym. W rzeczywistości ogarniają wszystkie dostępne temu gatunkowi sposoby kształtowania i korzystają z ich bogactwa. Od subtelnych ażurów graficznej kompozycji poczynając, poprzez płaszczyznę medali i plakietek oraz budowanych na kształt liści wyobrażeń o antropomorficznych lub zoomorficznych odniesieniach, po masywne bryły i przestrzenne układy, w których pustka, ograniczona i organizowana rzeźbiarskim materiałem przestrzeń wewnętrzna i zewnętrzna dzieła, traktowana jest jak konkretne tworzywo całej, jakże w istocie skomplikowanej rzeźbiarskiej struktury.
Równie bogata jest materia. Chromy stosuje najchętniej surowe bądź też sprawiające takie wrażenie tworzywa, jak patynowany na kolor zielony, barwę życia i wegetacji, brąz, lecz nie tylko. Zwłaszcza ostatnio sięga po jubilersko szlifowane półszlachetne kamienie, wtapiając je jednak w swe rzeźby jako substytut barwnego światła raczej i jego refleksów, niż czczą ozdobę. Ów zwrot, bądź też przynajmniej - novum ma zapewne równie naturalną genezę: otóż Chromy para się od lat już kilkunastu malarstwem, w którym światło i jednaka z nim barwa gra przecież rolę naczelną.
Cechą czwartą jest jakże bliska wyobraźni i płynącym z niej skojarzeniom poezja jego kapitalnych zwierzaków zwłaszcza, w której nie trudno odnaleźć klimat dobrej, dziecinnej baśni o idealnym świecie piękna, dobra, harmonii, zgody i powszechnej szczęśliwości. Oraz, bodaj czy nie w rzędzie pierwszym, poczucie nader specyficznego, gdyż prężnego i dynamicznego trwania jako przeciwieństwa i zaprzeczenia martwego bezruchu śmierci i jej rozpadu, z jakimi artysta również się nie godzi i odrzuca ich istnienie ze swych myśli i motywów rzeźb, stając tym samym w ostrej opozycji wobec zarażonej śmiercią i jej szpetotą sztuki naszych dni.
Więcej jeszcze - Chromy przywraca życie dawno umarłym istotom, używając kopalnych muszli oraz innych prehistorycznych reliktów w rodzaju zębów mamuta do stworzenia nowych organizmów, łącząc, swoim sposobem, dwa elementy - realny i imaginacyjny w jeden o nowych walorach wyrazowych i intelektualnych zarazem.
Ożywia skamienieliny... Pradawne sercówki otrzymują łby brodatych żubrów, nad spiralami amonitów zawisły w tanecznym ruchu podobne im w skręceniu ciała koniki morskie, obok których tokują głuszce i cietrzewie z pysznie rozpostartymi ogonami i stoją w zadumie smukłe flamingi. Najwięcej jednak ślimaków, niosących na sobie muszle swych odległych przodków. Kamienne już tylko lub połyskujące gdzieniegdzie zachowaną na kształt relikwii skorupką wspomnienie życia sprzed milionów lat, jak most przerzucony nad epokami, pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, jako świadectwo upływu czasu, w którym obowiązuje jednak horacjańska dewiza non omnis moriar, nie wszystek umrę.
A jeśli nawet - to sztuka potrafi przywrócić mi życie, bo wielka jest moc artystycznej kreacji. Chromy jest twórcą szczególnego rodzaju, bo też szczególny jest jego stosunek do natury. Nie walczy z nią tak, jak to postulował u progu ubiegłego wieku Apollinaire wołający z triumfem „ U stóp plastyki leży pokonana natura!", lecz działa zgodnie z jej ponadczasową mądrością. Ma również właściwy naturze lecz rzadki u śmiertelników i przez to niezwykły dar łączenia najbardziej sobie odległych kształtów w harmonijną jedność.
Gdyż natura nie myli się nigdy i zawsze potrafi zadziwić swą fantazją, co za pointę tych rozważań posłużyć może.
Panią Izabelę Delekta-Wicińską poznałem w owym przełomowym dla Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie 1995 roku, kiedy to swoim odważnym podpisem, jednym z dwudziestu kilku obok Haliny Cieślińskiej-Brzeskiej, Danuty Dzielińskiej, Ludwika Pindla, Leszka Dutki, Mieczysława Wątorka, prof. Jana Szancenbacha uratowała TPSP wraz z Pałacem Sztuki, w którym 40 lat wcześniej debiutowała na dorocznym Salonie.
Córka kapitana przedwojennego Wojska Polskiego zwanego „Pańskim Wojskiem”, urodzona w Wadowicach lecz związana od wczesnego dzieciństwa z Krakowem, rozpoczyna swoją karierę artystyczną podczas okupacji w Krakowskim Teatrze Podziemnym Adama Mularczyka.
Po wojnie studiuje równolegle w Szkole Dramatycznej, gdzie uzyskuje dyplom w 1950 roku oraz w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowniach Zbigniewa Pronaszki, Wojciecha Weissa i Wacława Taranczewskiego, u którego robi dyplom w 1952 roku. Ponadto 6 lat poświęca na naukę śpiewu, bardzo aktywnie działa w ZPAP oraz TPSP w Krakowie.
Ta wspaniała kobieta, nie zaniedbując roli żony i matki, rozpoczyna pracę w Teatrze Bagatela (nazwa wg Boya), któremu jest wierna przez 30 lat i pozostawia trwały ślad w postaci ponad 60 znakomitych kreacji aktorskich. Ponadto gra w kilkunastu programach telewizyjnych i filmach fabularnych. Ale teatr to nie tylko scena, z którą wiążą się jej najpiękniejsze wspomnienia, to również miejsce obserwacji koleżanek i kolegów podczas prób, prapremier, premier, słowem „kuchni teatru”. Impresje teatralne notuje w nieodłącznym szkicowniku, a później przenosi część z nich na płótno.
Tak powstały urzekające portrety koleżanek i kolegów aktorów, znajomych, członków rodziny oraz autoportrety.
Jej dokonania artystyczne na polu sztuk plastycznych są imponujące; udział w 123 wystawach malarstwa, rysunku, pasteli, akwarel. Ogromnym sukcesem jest Główna Nagroda, wręczona jej w maju 1984 roku przez księcia Rainiera, w konkursie „Prix International d’art Contemporáin de Monte Carlo” za obraz „Matka”; na konkurs wpłynęło z całego świata ponad 2000 prac, w tym 209 obrazów.
Gdy 19 grudnia 2000 roku zostałem zaproszony do pracowni artystki za Wisłę do Dębnik, pięknie położonej z widokiem na Wawel, Skałkę i inne narodowe świętości, uderzyła mnie ogromna harmonia między tym kim jest i co i jak robi. Spokój wewnętrzny artystki, pracownia pachnąca farbami, eleganckie białe mebelki by móc odpocząć, porozmawiać, biała sztaluga! Wszędzie obrazy sławiące piękno Krakowa, życia, Boga; to wszystko tworzy niepodzielną, piękną całość.
Opuszczając pracownię położoną wysoko, bez windy, pomyślałem sobie: ja to mam szczęście, raz jeszcze los pozwolił mi poznać niezwykłego człowieka, wspaniałą Damę, uroczą Artystkę, elegancką dzielną Panią Izę.
Dziękuję Jej za to, co zrobiła dla TPSP, polskiej sztuki, życzę dużo zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych.
Zbigniew Kazimierz Witek
,
Krakowski artysta malarz, zmarły niestety przed laty, Stanisław Wałach, zwykł mawiać, że profesjonalny artysta przygotowany musi być na wykonywanie różnorakich zadań artystycznych, nawet na pomalowanie koledze łazienki. Niby żart, nie pozbawiony jednak głębszego sensu. Tkwi w tej przekornej, i dla niektórych być może bulwersującej, opinii prawdziwe i mocne przekonanie o ważnej społecznie roli artysty. W myśl jej zasad artysta ma prawo być, czy też bywać, pięknoduchem, nie powinien jednakże zapominać, że życie może mu wyznaczyć w każdej chwili bardzo nietypowe zadania, z których podług swej wiedzy i umiejętności powinien wywiązać się jak najlepiej. Można więc pośród artystów malarzy dokonać i takiego podziału. Jedni przez swój cały artystyczny żywot z lubością pielęgnują osobisty ogródek sztuki, inni, prócz tego, z ochotą podejmują się także wykonywania rozmaitych zadań artystycznych. Odnoszę wrażenie, że Delekta-Wicińska należy z całą pewnością do grupy drugiej, do kategorii artystów niezwykle aktywnych, podejmujących się ciągle nowych zadań, starających się sprostać coraz to innym wyzwaniom artystycznym.
Obecny, spory przegląd Jej prac, stanowi z całą pewnością potwierdzenie postawionej przed momentem tezy. Ta twórcza aktywność Izabeli Delekty-Wicińskiej, wielość artystycznych realizacji, ich różnorodność, może być także wynikiem artystycznej dwuzawodowości. W Krakowie nie brakuje miłośników obu, zrealizowanych w bogatej gamie, talentów Pani Izy: malarskiego i aktorskiego. Tych artystycznych talentów i zawodów nie da się rozdzielić. Zresztą po co dokonywać takiego zabiegu, skoro sama artystka tak zespoliła ze sobą obie dyscypliny artystyczne, że stały się praktycznie nierozdzielne. Wydaje się jednak, że uprawianie jednocześnie dwóch zawodów artystycznych nie mogło pozostawać bez wpływu na ogólną aktywność zawodową Pani Izy; aktorstwo nie było bez znaczenia dla Jej malarstwa, i odwrotnie, malarstwo tworzyło w jej wypadku nową jakość sztuki scenicznej. Ten rzadki walor i atut Izabela Delekta-Wicińska potrafiła umiejętnie wykorzystać w swojej sztuce – przede wszystkim plastycznej.
Krakowska artystka wypowiada się głównie w dwóch technikach malarskich. Z jednej strony delikatna materia akwareli, z drugiej działająca mocno faktura obrazów olejnych. Pomiędzy tymi dwoma sposobami malarskiej wypowiedzi znajdziemy również gwasze, oraz bardzo udane obrazy malowane pastelową kredką. Akwarele krakowskiej malarki raz przybierają charakterystyczną dla tej techniki postać wypowiedzi impresyjnej, innym razem artystyczny efekt uzyskiwany jest poprzez stosowanie szerokiej plamy farby wodnej. Bywa i tak, że w jednym obrazie stosowane są obydwa te sposoby. Izabela Delekta-Wicińska nie boi się bowiem artystycznego eksperymentu. Stosuje go jednak z umiarem, nie dla samej ekstrawagancji, ale po to, by w konkretnym obrazie uzyskać możliwie najlepszy efekt artystyczny.
Można się także pokusić o tematyczne pogrupowanie twórczości krakowskiej malarki. Na plan pierwszy wysunie się tu z pewnością spora ilość portretów. Wykonywane są one najczęściej farbami olejnymi, trafi się jednak także akwarela, ulubiona technika malarki, czy obraz pastelowy. Pośród portretów podobizny syna zwrócą prawdopodobnie uwagę oglądających. Z pewnością uczucia matki odgrywają tutaj ważną rolę. Nie trzeba jednak zapominać, że zawód dyrygenta jest wdzięcznym dla malarza tematem. Sporą część portretowej twórczości Pani Izy stanowią obrazy poświęcone rolom, jakie stworzyła przed laty w teatrze. Są to właściwie autoportrety krakowskiej artystki. Jedne malowane były dla urody kostiumów, w których przychodziło jej kiedyś występować, inne inspirowane są dramaturgią zapamiętanych scen, jeszcze inne zrodziły się być może z normalnego ludzkiego sentymentu. Naprawdę w owych autoportretach ważne jest to, że Pani Iza dla malowania prawie każdego z nich znajduje zawsze plastyczny powód. Nie prowadzi więc jakiejś malarskiej kroniki swojego aktorstwa. Maluje tylko i wyłącznie to, co pociąga ją jako malarkę.
Do grupy portretów zaliczyć wypada także obrazy o tematyce religijnej, podobizny świętych Brata Alberta czy Maksymiliana Kolbe, Ojca Świętego, a także postaci z krakowskiego środowiska artystycznego. Wyraźną grupę stanowią także obrazy wyobrażające postać Chrystusa ukrzyżowanego. Męka Pańska na jednym z płócien dyskretnie łączona jest z martyrologicznymi scenami narodu polskiego. Na innym umęczonemu Chrystusowi zamiast korony cierniowej artystka włożyła na skronie koronę wotywną, w której połyskują sznury pereł. W ten oto sposób krakowska malarka dołączyła do grupy tych artystów, których religijność wyrażona jest w dziele poprzez umiejętności artystyczne, nie zaś wyłącznie poprzez powielanie ewangelicznych wątków czy motywów.
Są też na tej wystawie, chętnie przez Izabelę Delektę-Wicińską malowane, portretowe miniatury. Jedne na osobiste zamówienie krakowskich odbiorców sztuki, inne z wewnętrznej inspiracji artystki. Pozostając przy portretowych miniaturach warto przypomnieć to, co o sztuce Izabeli Delekty-Wicińskiej pisałem na początku tego tekstu. Dobrze się dzieje, kiedy artysta przygotowany jest na realizowanie się poprzez sztukę na wielu płaszczyznach. Izabela Delekta-Wicińska jest takim właśnie artystą; kiedy trzeba, namaluje zamówiony u niej portret, podejmie się trudnej sztuki wykonania kopii starego obrazu; pociąga Ją wiele artystycznych zajęć, a z każdego z nich chce się wywiązać jak najlepiej. Dlatego właśnie pokaz obrazów krakowskiej artystki ogląda się z dużym zainteresowaniem. Jego wielowątkowość tematyczna i rozmaitość stosowanych technik, pomysłowość w rozwiązywaniu trudnych problemów kompozycyjnych trzymają widza w napięciu, zachęcają do artystycznej wędrówki pełnej niespodzianek.
Andrzej Warzecha
,
Rzeźba - to ogrom i potęga, to surowy rachunek brył i ciążeń, to masyw egipskiego sfinksa i dostojeństwo „Zeusa olimpijskiego", to dramatyczny ruch „Laokoona", napięcie „Dawida" Michała Anioła, to patos „Spiżowego jeźdźca" Falconeta i ekspresja „Człowieka z wydartym sercem" Zadkinea.
Lecz rzeźba - to również wdzięk figurek z saskiej i sevrskiej porcelany, to delikatność kształtu i dystynkcja gestu, to chwila wytchnienia od pośpiechu zgrzebnych dni, to uśmiech i żart. I zmysłowy kontakt ze szlachetnym materiałem, gdyż przed takimi właśnie, intymnymi rzeźbami nie pada się na twarz, lecz gładzi je opuszkami palców jak żywą i bliską sobie istotę.
Tym chętniej, że nie są one zazwyczaj wyzbyte kokieterii i uwodzicielskiej chęci podobania się, a niekiedy pewnej przymilności nawet, na którą obruszają się zwolennicy solennych monumentów. Takie są właśnie rzeźby Doroty Dziekiewicz-Pilich: nie pragną nikogo rzucić na kolana, nie pretendują do roli sumienia i moralności świata. Chcą być zapisem upływających chwil i zwykłego, codziennego życia, tego, które nawet zmienione w spiż nie traci nic ze swego skromnego ciepła. Oraz refleksją nad nim, notacją myśli i zdarzeń lub ściślej - zadumą nad ich prawdziwą i często zgoła nie błahą naturą.
Dorota Dziekiewicz-Pilich mówi poprzez ludzką postać, co osadza jej rzeźby w antropocentrycznej sztuce basenu morza Śródziemnego. Przez towarzyszące jej akcesoria i symbole, takie, jak instrumenty muzyczne, bo muzyka, jej wyraźny rytm podziałów i melodyka kapryśnego nieraz rysunku grają w jej rzeźbie rolę olbrzymią, a niekiedy wręcz decydują, stając się prawdziwym sensem i treścią całej kompozycji. Drugim, często stosowanym symbolem jest zegar, zwłaszcza szafkowy, obejmujący ludzką postać na znak władzy czasu, któremu wszyscy jesteśmy podlegli i poddani, nieoczekiwane memento mori, którego ostrej jednoznaczności nie potrafi osłabić ani złagodzić nawet ozdobność jej podania, bo artystka lubi dekoracyjność i dekoratywność i nie cofa się przed nimi ani ich nie unika. Zarówno w kompozycji całości, jak szczegółach, bądź nawet kreślonym z wyraźną satysfakcją, roślinnym ornamencie, w którym nie trudno doszukać się bliskich wpływów art nouveau, secesją u nas powszechnie zwanej. I jej umiłowania linii płynej i falistej, deformującej i podporządkowującej sobie wszystko, co tylko może sobie podporządkować. Nawet znagła zwiotczałe ręce Chopina i linie jego fortepianu, czy zmienioną w rozwiany płomień "Dziewczynę szamana II".
Prawdziwą pasją artystki są jednak dzieci. Ich portrety i sceny rodzajowe z dziecięcym udziałem i dziecięce maskarady bądź też ich błazenady, w których odbijają się ich marzenia, a może nawet przeczucie dalszych losów? W tym też motywie artystka osiąga największą siłę wyrazu. Poprzez syntezę formy i jej, jakże rzeźbiarską masywność i wiodące do niej rzeźbiarskie przetworzenie dziecinnych ciał i proporcji. Drogą przedziwnego paradoksu też właśnie intymne ze swej natury niejako wizerunki dzieci są najbardziej rzeźbiarskie, bo nawet niekiedy monumentalne w założeniu, jak np. "Wanna"; i najbardziej przejmujące, jak "W wyobraźni", bo przecie nie obiektywny, mierzony w metrach czy calach wymiar decyduje o charakterze dzieła.
Kluczem do analizy i tym samym zrozumienia sztuki Doroty Dziekiewicz-Pilich są rysunki, nie będące - jak twierdzi Federigo Zuccaro - „materią ani ciałem, lecz ideą, porządkiem, terminem, rozumieniem i pragnieniem".
Rysunki Dziekiewicz są giętkie w linii i satyryczne w treści, lecz przy tym raczej życzliwe modelowi. Nie chłoszczą go ani tym bardziej nie poniżają, lecz widzą jego śmiesznotki i mankamenty. Ów rys nie jest również obcy rzeźbom.
Rys, jakże typowy dla bacznych i bystrych obserwatorów, bo baczny obserwator nie może i nie potrafi być bezkrytyczny wobec przedmiotu swych dociekać.
I właśnie owa odrobina przekory, czy nawet jakże ludzkiej kpiny nie pozwala niektórym rzeźbom artystki ześlizgnąć się - czy też może raczej - wpaść w pułapkę kokieteryjnej ładności, doprawionej czułostkowym sentymentalizmem.
W jednym z wywiadów Dorota Dziekiewicz-Pilich powiedziała, że w swych rzeźbach zwierza się szeptem. A w szept należy się wsłuchać tak, by niczego nie uronić, bo najcichszym szeptem mówione są zazwyczaj rzeczy najbardziej dla słuchacza niemiłe.
Sculpture stands for magnitude and power, the severe outline of blocks and gravitations, the massiveness of the Egyptian Sphinx and the dignity of "Zeus of Olympus", the dramatic motion of the "Laokoon", the tension of Michelangelo's "David", the pathos of Falconet's "The Bronze Rider" and the expression of Zadkine's "The Man with the Torn-out Heart".
Still, sculpture also stands for the entrancing quality of Saxon and Sevres porcelain, daintiness of shape and dignity of gesture, a moment's grace after the haste of grey days, and a smile and a joke. It also means a sensual contact with a noble material. One does not fall to his knees in front of such intimate works but strokes them with tips of fingers like live and close creatures.
The touch brings evident pleasure because these sculptures are often coquettish and seductive in their wish to be admired. On the other hand they are strongly criticized for this quality which is held against them by admirers of solemn monuments. However, Dorota Dziekiewicz-Pilich's sculptures are like this; they do not intend to throw viewers to their knees or aspire to the role of the world's conscience and moral paragons. They are records of passing time and ordinary common life, which does not lose its modest warmth even when it is cast in bronze. They are also commentaries on life, records of ideas and events and at times meditations on their true and frequently solemn nature.
Dorota Dziekiewicz-Pilich speaks through the human shape, which fact ranks her sculptures in anthropocentric art of the Mediterranean region. She expresses herself through accessories and symbols such as musical instruments which accompany human shapes, because music with its clear rhythm of divisions and capricious melodies plays an extraordinary, sometimes decisive part in her sculptures and sometimes becomes the true sense and idea of whole compositions. Another symbol frequently used by the artist is a clock which encloses the human shape, thus symbolizing the power of time to which we are all subjected. This is like an unexpected memento mori, the sharp univocal nature of which is not weakened or blunted even with the decorativeness, which the artist likes and uses in her sculptures. She does not avoid it either as far as whole compositions are concerned or in details like, for example, floral ornaments which can easily be traced back to art nouveau. She loves smooth and wavy lines which deform and subordinate any element they can, including Chopin's suddenly limp hands and the lines of his piano, or the "Medicine man's Girl M" turned into a flame in the wind.
The artist's true passion are children, their portraits, scenes with children, their masquerades and clown's plays reflecting children's dreams or, perhaps presentiments of future vicissitudes. It is the very subject in which the artist achieves its greatest power of expression. Through the synthesis of form and its sculptural massiveness as well as through sculptural transformation of children's shapes and proportions. Paradoxically, the most intimate images of children are most sculptural and even monumental by design, like for example "The bathtub", or keenest like "In imagination", because it is not the objective size measured in meters or inches which decides about the character of a work but something else.
The key to the analysis and understanding of Dorota Dziekiewicz-Pilich's art are drawings which are not, as Federigo Zuccaro believes, "the matter or the body but the idea, the order, the term, the understanding and the longing".
Her drawings are typified by flexible lines and satirical content but, at the same time, a kindly attitude to models. They do not castigate or humiliate them but discover and show their amusing peculiarities and defects. This characteristics can also be found in some of her sculptures.
The quality of contrariness, and sometimes human mockery stops some of her sculptures from falling into the trap of coquettish prettiness tinted with mawkish sentimentality.
In one of her interviews, Dorota Dziekiewicz-Pilich said that in her sculptures she discloses her deepest secrets in whisper. One should listen to her whisper closely so as not to miss anything because the whisper is usually lowest when things most unpleasant for listeners are said.
Pałac Sztuki od 21 maja 1901 roku jest siedzibą powstałego w 1854 roku, najstarszego w tej części Europy Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
Jest jedynym w swoim rodzaju, cennym artystycznie zabytkiem architektury epoki secesji i pierwszym gmachem wystawowym w rozdartej rozbiorami, wymazanej z map Europy Polski.
Towarzystwu Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie zawsze przyświecała dewiza otwartości: „wcielało ono w siebie wszystkie kierunki, wszystkie prądy, integrowało rozbieżne dążenia, skupiało pod jednym sztandarem indywidualności artystyczne" (1905 r.).
Powyższą dewizę Dyrekcja TPSP uzupełniła w 1908 roku stwierdzeniem: „ostatnie lata rozwoju naszej sztuki, rozmaitość celów i technik, rozwinięty indywidualizm, wreszcie powinny i muszą znajdować gościnę pod dachem Towarzystwa, które grzeszyłoby względem sztuki artystów i społeczeństwa, gdyby protegowało pewne kierunki a lekceważyło drugie"
W salach Pałacu eksponowano prace najwybitniejszych polskich i zagranicznych artystów, goszczono całą „Młodą Polskę".
W okresie międzywojennym prezentowano prace wielu ugrupowań twórczych na wystawach zbiorowych i indywidualnych retrospektywach.
Ostatnią przed wybuchem ll-giej wojny światowej, była wielka wystawa malarstwa Jacka Malczewskiego, twórcy fryzu okalającego Pałac Sztuki.
Hołdując dewizie otwartości, obecne władze Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie otaczają szczególną troską i promują młodych artystów organizując im wystawy zbiorowe i indywidualne oraz wspólne z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie coroczne, otwierane w pierwszą niedzielę czerwca, „Dyplomy".
Artystka rzeźbiarka Dorota Dziekiewicz-Pilich jest absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu (dyplom w 1993 roku w pracowni prof. Józefa Kopczyńskiego).
Od 1994 roku zorganizowano jej 9 wystaw indywidualnych w tym jedną w Holandii oraz uczestniczyła w 5 wystawach zbiorowych.
Młoda artystka, matka trojga dorodnych dzieci, wygrała 14 konkursów, a jej rzeźby są prestiżowymi nagrodami, w tym słynne Fryderyki Polskiej Akademii Fonograficznej.
Aktualnie, w styczniu 2003 r., na wystawie indywidualnej w Pałacu Sztuki prezentujemy rzeźby i medale tej utalentowanej, dzielnej, filigranowej artystki.
Życzę jej powodzenia i sukcesów w niełatwej również ze względu na materię, dziedzinie sztuki zdominowanej przez mężczyzn.
Dziękuję profesorskiemu małżeństwu Hannie i Antoniemu Dziatkowiakom, miłośnikom sztuki, członkom władz TPSP za pomysł wystawy Doroty Dziekiewicz-Pilich w Pałacu Sztuki.
Zbigniew Kazimierz Witek
Since 21st May, 1901 Pałac Sztuki has been the seat of the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) which, established in 1854, is the oldest society of this type in Central Europe. Pałac Sztuki is an original monument of architecture of high artistic value, representing the period of Art Deco. It was the first exhibition hall in Poland during the time when our country, partitioned among three neighbouring powers, could not be found as a separate state on maps of Europe.
The Society of the Friends of Fine Arts in Kraków has always acted according to the motto of openness to new ideas: "it merged all tendencies and all trends, it integrated divergent aspirations and was the converging point of different artistic individualities under the same roof" (1905).
In 1908 the Management of TPSP complemented this motto with the statement: "recent years of the development of art, the versatility of goals and techniques and a developed individualism should and must be welcomed in the exhibition halls of the Society which would commit an unforgivable sin against artists and the society if it promoted some trends but disregarded others".
In the halls of Pałac Sztuki there have been exhibited works of the most outstanding Polish and foreign artists. All Młoda Polska (Young Poland) was welcomed there. During the interwar period different artistic groups presented their works there at both collective and one-man exhibitions. The last great event before the outbreak of World War II was the exhibition of paintings of Jacek Malczewski, the author of the decorative framing which decorates the edifice of Pałac Sztuki.
Professing the principle of openness to novelties, the present Management of the Society takes particular care of young artists and organizes collective and individual exhibitions of their works. Apart from that, together with the Academy of Fine Arts, it holds the so-called "Dyplomy" ("Diploma Works") which are shown on the first Sunday of June every year.
Dorota Dziekiewicz-Pilich is a sculptress who graduated from the Academy of Fine Arts in Poznań (diploma in Prof. Jozef Kopczyński's studio in1993). From 1994 she has presented her works at 9 individual exhibitions (including one in Holland) and has participated in 5 group exhibitions. The young artist, a mother of three children at the same time, is a winner of 14 competitions. Her sculptures have become prestigious awards, including the famous Fryderyki of the Polish Phonographic Academy.
In January 2003 we are presenting her sculptures and medals at an individual exhibition. I wish this talented and brave artist would achieve success and happiness in this hard discipline of art, particularly because has been allegedly dominated by men.
I wish to thank Hanna and Antoni Dziatkowiak, the members of the Society of the Friends of Fine Arts who are great art lovers for their idea to organize Dorota-Dziekiewicz-Pilich's exhibition in Pałac Sztuki.
Zbigniew Kazimierz Witek
„W każdym bloku marmuru kryje się gotowa rzeźba – mawiał Michał Anioł – wystarczy ją dostrzec i odłupać zbędne fragmenty.”
To prawda. Lecz w jego, zbanalizowanym poza granice przyzwoitości twierdzeniu, kryje się dla odmiany, jak w owym bloku kamienia, druga prawda. Ta, że w michelangelowskiej koncepcji bryła rodzi bryłę. Z bezkształtnego bloku wyłania się doskonała, gdyż ujęta w rzeźbiarski kanon bryła o określonym module, masie i ciążeniach opartych na solidnej strukturze działających w niej sił.
Michała Anioła okrzyknięto nowatorem, rewolucjonistą i ojcem nowożytnej rzeźby europejskiej. Nie bez racji zapewne, choć w jego dziełach brzmi niedalekie echo maksymy Augustyna, świętego i biskupa, lecz również estetyka niepośledniej miary „rozum dostrzegł, że podoba mu się tylko piękno, w pięknie zaś proporcje a w proporcjach liczby”, w których zawarł odwieczne już w jego czasach reguły sztuki klasycznej oraz jej poprzedniczek w postaci najdoskonalszej chyba i do dziś nieprześcignionej rzeźby starożytnego Egiptu i sąsiedniej Mezopotamii z jej wpisanymi w geometryczne formy postaciami Kherou’bim, skrzydlatych byków i rytmicznych szeregów wojowników pospołu.
Wydawało się, że nie może być inaczej, bo rzeźba ma szczególną naturę: w przeciwieństwie do innych dyscyplin plastycznych nie opiera się bowiem na iluzji nawet wówczas, gdy sprawia takie pozory, nawet wtedy, gdy imituje istniejące w przyrodzie kształty i podkreśla je naturalistyczną polichromią. Zawsze, niezależnie od kształtu, jaki nada jej artysta, pozostaje konkretną materią, kawałem kamienia, brązu, drewna lub jakiegokolwiek innego tworzywa o określonych właściwościach fizycznych. Czymś, co można nie tylko zobaczyć, lecz również dotknąć, zważyć, ocenić opuszkami palców zarówno fakturę, jak temperaturę jej powierzchni, ciepłą i przyjazną lub odpychającą chłodem ponadczasowego trwania. Dla tej też być może przyczyny rzeźba była najbardziej zachowawczą ze wszystkich sztuk: Canovę nie bez racji zwano „Współczesnym Fidiaszem”, podobnie jak Thordwaldsena, przydając mu przymiotnik „Północy”, bo, istotnie, obaj pragnęli mu dorównać w swych dziełach, podobnie jak późniejszy o wiek Mailoll czy nasz August Zamoyski, choć w ich czasach bryła straciła już swą pozycję hegemona: tuż obok i jej na przekór pojawia się kubistyczna forma negatywowa i ażurowe struktury konstruktywizmu. Przestrzeń domagała się swych praw. Nie chciała już miękko opływać zwartej bryły rzeźb. Pragnęła, na wzór twardej materii, stać się pełnoprawnym tworzywem trójwymiarowego dzieła.
Cios był potężny. Rzeźba klasyczna, lub szerzej – rzeźba basenu Morza Śródziemnego zatrzęsła się w posadach. Runęły odwieczne kanony. Szło nowe.
To jednak nieprawda. W istocie rzeźba powróciła tylko na opuszczone niegdyś tereny i poszerzyła pole swej penetracji. Poszła do przodu, lecz wpierw roztropnie obejrzała się wstecz, w nieodwracalnie, zdało by się, minioną przeszłość. I dostrzegła w niej smukłe wykrzykniki odmaterializowanych postaci Erturii i „Słoneczne wozy” dalekiej północy. Odnalazła rzeźby graficzne, jak ryte w kamieniu pragermańskie runy i anektujące przestrzeń, jak prehistoryczne mehiry druidycznego Stonehenge. Dostrzegła inny język materii, kto wie, czy nie bardziej poetycki od dotychczasowego, gdyż pozbawiony konkretnej jednoznaczności i przez to bardziej aluzyjny i zdolny do mówienia metaforą. I więcej nawet: dostrzegła, że siła rzeźby nie leży, bądź też – nie musi leżeć w masie, w ogromie, w potężnym ciążeniu bloków kamienia, w ekspresji zwartego jak monolit monumentu zatem. Spostrzegła, że również małe może być piękne i pociągające w swej intymnej ozdobności, nie tracąc nic, lub niewiele z siły wyrazu i wizualnej atrakcyjności nawet. Że odmaterializowane, jak ich etruskie pierwowzory, rzeźby Giacomettiego mogą odbijać w równej mierze naturę człowieczą, jak muskularni herosi Polikleta. A może doskonalej nawet, bo w wertykalnych liniach zawarta jest myśl, bądź szerzej – pierwiastek duchowy. Oraz nasze odwieczne tęsknoty za światem dobrym, życzliwym i pełnym radosnych niespodzianek. Za światem bajki i nieokiełznanych fantazji, który właśnie dziś, na przełomie dwu stechnicyzowanych stuleci, dochodzi z coraz większą siłą do głosu. Gdyż pierwsza połowa XX wieku była czasem nadrealizmu. Latami obawy przed nieznanym, czającym się w bezkresnych przestrzeniach obrazów Chirica i Salvadora Dali, przed czymś, co wychynie nagle z ich osnutą groźną tajemnicą głębi. Schyłek minionego tysiąclecia natomiast i czasy obecne są okresem baśni i baśniowości, w których szukamy remedium na wszystko, co można zmierzyć, zważyć, przewidzieć i zaprogramować. Jest więc sui generis epoką antyklasyczną: dziś, po cytowanych powyżej słowach Augustyna, należałoby postawić znak zapytania. Postmodernizm odrzucił wszystkie niewzruszone dogmaty. Nic nie jest pewne i nienaruszalne. Nawet rozum. A może on zwłaszcza. Wszystko się przemieszało w przedziwnym tańcu pojęć i wartości. Solenna powaga złączyła się z drwiną, wzniosłość z groteską, a pewność siebie z kpiącym powątpiewaniem, które stało się jedyną ostoją sztuk. Czemuż by więc rzeźba klasyczna nie miała podać ręki swemu zaprzeczeniu, jakim były artystyczne osiągnięcia „barbarzyńskich Gotów”, jak nazwał całą sztukę średniowiecza Vasari oraz jej protoplastom sprzed tysięcy lat?
Paweł Erazmus jest nieodrodnym dzieckiem swojego czasu. Zna klasyczną i nieklasyczną sztukę basenu Morza Śródziemnego i darzy ją wielkim sentymentem. Z teorii i praktyki: wszak studiował pod okiem Mariana Koniecznego, jednego z naszych nielicznych monumentalistów z prawdziwego zdarzenia, nieodrodnego ze swej strony zastępcy Fidiasza, Michała Anioła, Rodina i Xawerego Dunikowskiego, mistrza dynamiki wielkich mas i patosu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Erazmus potrafi więc zrobić rzeźbę wspartą o kanon starożytnych mistrzów, o którym Witruwiusz pisał, że „natura tak stworzyła człowieka, że odległość od brwi do nosa…” i dalej w tym duchu. Paweł Erazmus zna po prostu reguły rzeźby i jej rzemiosła, co poświadcza posąg Ateny, jak należy sądzić z towarzyszących jej atrybutów: sowy siedzącej na oliwnej gałązce, cyrkla i otwartej księgi, która – obok wydatnego biustu – nadaje Palladzie wygląd zgoła nowoczesnej dziewczyny, boć przecie starożytni Grecy codexów jako żywo nie znali, a również biusty woleli nieco mniej okazałe.
Swą wiedzę Erazmus potwierdził i poszerzył w zagranicznych podróżach. Bezpretensjonalne fotografie ukazują go pośród ruin Pompei, pod Łukiem Trajana, na Forum Romanum, lecz również florenckiego ospedale degli Innocenti i na placu św. Marka oraz przycupniętej na samotnym głazie „Małej Syreny” dłuta Edwarda Erichsena. To właśnie ona uratowała w smutnej baśni Andersena życie pięknemu księciu, by później umrzeć za niego.
Mity greckie i północne baśnie splatają się w wyobraźni autora w trudną do rozsupłania całość, wzbogaconą o nasze legendy o lirycznym bądź heroicznym tenorze i chłopięcą fascynację eposem Dzikiego Zachodu, Czarnej Afryki, Dalekiego Wschodu…
Prawda i fikcja, fikcja prawdy i prawda fikcji, które potrafią być bardziej prawdziwe i przekonywująca od najprawdziwszej prawdy. Lecz tylko wówczas, gdy się w nie wierzy i potrafi zasugerować innym.
Erazmus potrafi. I w tym należy się chyba doszukiwać powodzenia jego sztuki: potrafi mówić o człowieku i jego marzeniach językiem form i symboli. Nie przedstawić go zatem, nie imitować, nie tworzyć namiastek ludzi, bezdusznych homonculusów, lecz właśnie mówić o nich oszczędnym językiem linii, zarysem i konturem, czyli rysunkiem, który okrzyknięto „uczciwością sztuki” i jej sumieniem. Erazmus mówi o człowieku, o ludziach, o nas, co oznacza, że nie nadaje swym postaciom cech indywidualnych. Jego człowiek jest człowiekiem uniwersalnym, jest myślą o nim i jego losach, marzeniach i sytuacjach, w jakich się znalazł i jakich sam autor chciałby niekiedy się znaleźć. Poważną, lub żartobliwą, zaś niekiedy, a może najczęściej nawet – żartobliwą dzięki swej powadze. Myśliciel z roku 1998 ma maleńką główkę, większe od niej dłonie i olbrzymie buty. Lecz właśnie takie, prowokacyjne, bądź wręcz szydercze w stosunku do tytułu rozwiązania narzuciły wymogi rzeźby, komponowanej na figurze niezwykle wydłużonego trójkąta czy też ostrosłupa. Niemal wszystkie bowiem rzeźby Erazmusa są wertykalne i bardzo silnie deformowane. Nie tylko dla jednoznacznej i powszechnie zrozumiałej wymowie smukłego pionu. Wydłużenie postaci jest bowiem również przejawem wyrafinowania sztuki. Zgrzebna i rubaszna rzeźba ludowa lubi postaci krępe i przysadziste. Dworskie przedstawienia człowieka przedkładają ponad nie sylwetki smukłe, zastygłe w wytwornym geście. Nie bez przyczyny ewolucja klasycznej rzeźby greckiej przebiega od Polikleta poprzez Fidiasza do Praksytelesa.
Paweł Erazmus jest rzeźbiarzem i tylko rzeźbiarzem. Nie maluje, jak jego koledzy po fachu, a nawet rysuje rzadko, kontentując się ogólnym pomysłem, bądź co najwyżej zarysem przyszłej rzeźby, która powstaje w sprzężeniu zwrotnym z materiałem. Dopiero wówczas, w zmysłowym kontakcie z woskiem, gdyż prawie wszystkie dzieła artysty robione są „na tracony wosk”, dojrzewa koncepcja formalna rzeźb i jej literacka fabuła, bo Erazmus lubi i potrafi opowiadać. O swych bohaterach, lecz przede wszystkim o sobie, o swych fascynacjach, zauroczeniach, fantazjach. Chłopięcych, jak cykl „Wojowników” z różnych epok i kontynentów, i już męskich; lecz czy mężczyzna nie pozostaje do śmierci chłopcem, w myśl feministycznej teorii, głoszącej, że kobieta dojrzewa, a mężczyzna dorasta? W jego rzeźbach odbija się więc również chłopięce jeszcze zainteresowanie dawną numizmatyką oraz ozdobnością filbul i zausznic epoki brązu, miłych nam i ciepłych w swym dążeniu do niepohamowanej dekoracyjności, gdyż jeszcze wolne od rygorów sztywnego kanonu piękna. Może w tych właśnie, odległych wzorcach, należy doszukiwać się wspomnianego już, poważnie żartobliwego wyrazu jego rzeźb? Wszak na starych, nieporadnych monetach widnieją wizerunki władców. Dostojne w zamierzeniu, lecz zabawne w wykonaniu, w niedoskonałości nazbyt dobitnego rysunku, zmieniając portret w złośliwą karykaturę.
W tych samych, a może wcześniejszych jeszcze, bo dziecinnych czasach, Erazmus zaczął rzeźbić, a raczej – lepić w plastelinie, materiale miękkim i ciągliwym, a nade wszystko podatnym i posłusznym wszelkim pomysłom twórcy. W plastelinie można zrobić wszystko. Wszystko, poza ostrą krawędzią i takim że kątem. Wszystko, co nie jest geometrią i nie podlega precyzji technicznego rysunku. Dla uniknięcia ostrej geometrii też Emile Gallé, sławny szklarz, lecz również ebenista niepośledniej miary, lepią projekty swych jakże rzeźbiarskich mebli z gliny, mającej podobne wszak właściwości.
Tak więc, bawiąc się, Erazmus został rzeźbiarzem. Niebawem znalazł też w przeszłości swych mistrzów – Michała Anioła, Rodina, Bourdellea oraz innych postimpresjonistów, jak Medardo Rosso. Może ich zwłaszcza, gdyż fascynowało go i zresztą nadal pasjonuje światło. Obrazu i rzeźby pospołu.
Rozwijając się i doskonaląc nie zagubił jednak tego, co najcenniejsze. Tego, co niewielu tylko artystom udaje się przenieść bez szwanku w wiek i twórczość dojrzałą – a mianowicie dziecinną spontaniczność i świeżość spojrzenia. Oraz takąż radość tworzenia, podobnie jak właściwą temu wiekowi skłonność do ozdobności i nader specyficznego, zmysłowego pojmowania piękna. Erazmus nie lubi brzydoty w żadnej spośród jej wielu postaci i wzdraga się przed nią. Jego ludzie są zgrabni i dobrze, lub nawet strojnie ubrani, ich gest jest wykwintny, bądź nawet patetycznie podniosły, a atrybuty i akcesoria nie byle jakie. Nawet laska Wędrowca jest kunsztownie toczona, nie mówiąc o fantazyjnym nakryciu głowy, ni to kapeluszu ni to brzeszczocie czekana lub późnogotyckiej halabardy. Ba, toż nawet Damulka jest nobliwa w pozie i obłej linii połyskliwego metalu, w jakie zmieniły się jej obfite biodra i niezbyt chyba proste nogi, a kubły pełne śmieci sprawiają wręcz wytworne wrażenie (Na podwórku). Erazmus rzeźbi con amore, więc tylko to, co lubi, co mu się podoba, co jego sympatia i wyobraźnia potrafi przenieść na piedestał idealizacji.
Jest artystą młodym, a nawet bardzo młodym w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, gdyż lata artystycznej młodości podwoiły się niemal od czasów Rafaela, a nawet tamtego, wielkiego fin de sieclu, w którym trzydziestoletni twórcy uważali się niemal za starców. Swą samodzielną drogę twórczą rozpoczął bowiem zaledwie siedem lat temu. A może – już przed siedmioma laty, bo zdołał pokonać dość długi jej odcinek. W sensie dosłownym i przenośnym, gdyż idzie po niej od bogactwa i skomplikowania do prostoty i jednakiej z nią syntezy treści i adekwatnej do niej formy.
Zaczął od impresjonistycznej rzeźby fakturalnej, „lepionej” w sposób najzupełniej dosłowny, bo pokrytej gruzełkami materii na wzór wspomnianego już Giacomettiego i Rosso właśnie. Taka rzeźba jest niejako z natury organiczna i w sposób zupełnie naturalny „łapie światło”, jak to się określa w fachowym żargonie na impresjonistyczną właśnie modłę: odbija je rozbłyskami każdej wypukłości i gasi cieniami wklęsłości. Potem, w miarę upływu lat i nabywanego wraz z nimi doświadczenia warsztatowego faktura zmienia się w jubilersko cyzelowany ornament. Jego rzeźby zaczynają ocierać się o misterny i jakże lubiany przez eleganckie damy XVIII zwłaszcza i następnego wieku bibelot, w coś kosztownego i pięknego właśnie poprzez i dzięki precyzji wykonania, jak dalekowschodnie wyroby z ciosów słonia i mamuta lub figurynki z saskiej i sewrskiej porcelany. Wtedy również pojawia się barwa, oparta na subtelnym kontraście brązu z seledynową patyną wyjątkowej urody.
Bogactwo szybko jednak nuży. I – być może podświadomie – zaczyna irytować swoistą antyrzeźbiarskością. Zwłaszcza wówczas, gdy zakłóca i zaciera szlachetność linii i bryły. Erazmus powraca więc do syntezy. I odnosi kolejny sukces: maleńkie skrzydełka Latającej żyrafy są bardziej niezwykłe i nawet dekoracyjne od najsilniej nawet rozbudowanych szczegółów poprzedzających ją rzeźb. Artysta nie chce epatować biegłością warsztatu ani doskonałością pozbawionego spojeń odlewu. Stopniowo, krok po kroku, cofając się niekiedy po to, by znów ruszyć do przodu, przechodzi na pozycję Bauhausu wraz z jego dewizą „Weniger ist mehr” mniej – znaczy więcej. Zmniejsza ilość elementów w swych rzeźbach, przez co podkreśla znaczenie pozostałych. Kompozycyjnie strukturalnie i treściowo, bo stara się zachować równowagę pomiędzy formą a narracją swych dzieł. Również, a może – zwłaszcza wówczas, gdy nadaje im aluzyjnie żartobliwą wymowę, jak w Magu czy Słoniu.
Stopniowo formy stają się bardziej masywne. Ciążenia rosną, podobnie, jak rytm poziomych podziałów. Do głosu zaczyna dochodzić bryła. A może powraca by dominować, bo Erazmus nigdy się od niej definitywnie nie odżegnał. Wszak taką właśnie, bryłową budowę ma Chata z 1994 r. i abstrakcyjna Wieża z 1997 r. i Pojazd z 1998 r. i wiele innych. Zaś bryła – to przyrodzona widać rzeźbiarzom tęsknota do potęgi, do monumentu, do rzeczy i pojęć wielkich.
Jerzy Madeyski
“Every block of marble hides a ready statue. It is enough to see it and chip off redundant pieces”, Michelangelo used to say.
It is true. However his statement, trivialized beyond the borders of truth, like a block of stone hides the second truth based on Michelangelo’s theory. Namely, a form gives birth to another form. From a shapeless form of a block of stone there emerges a perfect shape, compliant with the sculpturing canon, typified by a specific module and mass, and subjected to gravitational attraction.
Michelangelo was proclaimed an innovator, a revolutionist and the father of modern European sculpture. Undoubtedly, this opinion was not ungrounded although in his works one can perceive a fairly close echo of the words of Bishop St. Augustus, who was also an outstanding aesthetic: “the mind noticed that it liked beauty only, and in beauty its proportions, and in proportions the numbers”. In this way he expressed the eternal rules of classical art and its predecessor in the form of the most perfect and still matchless art of ancient Egypt and the neighbouring Mesopotamia with its figures of Kherou’bim, enclosed in geometric forms, its winged bulls and rhythmic rows of warriors.
It seemed that nothing different was possible because sculpture has a special nature. Namely, contrary to other forms of art it is not based on illusion even when it makes such an impression, and even when it imitates objects existing in nature and highlights them with naturalistic polychromy. In spite of the shape that the artist gives it, it always remains a solid matter, a large chunk of stone, bronze, wood or any other material possessing specific physical features. It is always something that can not only be seen but also touched and weighed. One can feel with the tips of one’s fingers its texture and temperature – warm and friendly or repelling with the coldness of eternal endurance. This is perhaps the reason why sculpture has always been the most conservative form of art. Canova was justifiably called “the contemporary Pheidias” and Thordwaldsen likewise, but with the additional modifier “Northern”. Both of them strove to equal him. One century later, Mailoll and August Zamoyski, for instance, tried to achieve the same although in their times mass lost its hegemony. Beside it and in contrast to it there appeared a negative cubist form and open-work constructivist structures. Space demanded its rights. It did not want to float around sculptural mass. It wished, similarly to any solid matter, to become a material with full rights which are due to any other component of a three-dimensional work.
The blow was enormous. Classical sculpture, in other words sculpture from the Mediterranean region was shaken at its base. The eternal canons were ruined – a new age was approaching.
However, this was not entirely true. As a matter of fact, sculpture returned to the territories it once had left and enlarged its range of penetration. It moved ahead but first it wisely looked back to the past which, as it seemed, had been irreversibly gone. There it saw slender, almost unreal figures of the Etruscans, looking like exclamation marks, and “sunny chariots” of the far North. It found graphic sculptures, some of which resembled the pre-Germanic runic script carved in stone and others, which absorbed space like pre-historic menhirs in Druidic Stonhenge. It discerned a different tongue of the matter which was perhaps even more poetic than the contemporary one because it was devoid of definitely univocal character. This tongue was more allusive and capable of using a metaphor. Further it observed that the power of sculpture was not based on its mass, size, hugeness, gravitational attraction effecting immense stone blocks, or the expression of a compact monolith either. It made an observation that also small structures can be beautiful and enchanting in their intimate decorativeness, at the same time loosing none or very little of their power of expression or visual attractiveness. It became obvious that Giacometti’s sculptures, like their Etruscan prototypes, could reflect human nature in the same way as Poliklet’s muscular heroes. Perhaps even in a more perfect way because vertical lines contain a concept and a spiritual element as well as an eternal yearning for good and friendly world full of joyous surprises, a fairy-tale world and unrestrained fantasies for which one is so strongly craving at this turn of two technicalist centuries. The first half of the 20th century was the time of surrealism. It was filled with fear of the unknown which was lurking in the limitless space of Chiric’s and Salvador Dali’s paintings and which could suddenly heave in sight from the abyss veiled with dangerous mystery. The end of two millennia and the present is the time of a fairy-tale where we are looking for the counterbalance to everything which can be measured, weighed, predicted and programmed. Ours is an anti-classical epoch. Today one should put a question mark after the words quoted after St. Augustus. Post-modernism disregarded all the uninfringeable dogmas. Nothing was certain or inviolable. Even reason. Particularly reason. Things became mixed in a truly strange dance whirl of notions and values. Solemn authority blended with ridicule, nobleness with grotesque, self-confidence with derisive doubts which became the sole mainstay of arts. Why should not classical sculpture shake hands with its contradiction in the form of artistic achievements of “the barbarian the Goths”, as Vasari called all of Medieval art, and their forefathers from thousands of years before?
Paweł Erazmus is a typical child of its times. He knows classical and non-classical sculpture of the Mediterranean region and is partial to it both in theory and practice. This is not without a good reason as he was a student of Marian Konieczny, one of our few true sculptors whose works were truly monumental, a worthy follower of Pheidias, Michelangelo, Rodin and Xawery Dunikowski, a master of the dynamics of large masses and pathos in the best sense of the word. Erazmus is able to make a sculpture based on the ancient masters’ canons, on which Vitruvius commented: “nature created man in such a way that the distance between the brows and the nose…”, and so on. Paweł Erazmus simply knows the rules governing sculpture and its craft. This classical inspiration is clearly evident in the statue of Science, accompanied by such typical attributes as: an owl sitting on an olive-tree branch, a trammel and an open book. However her large breasts give her the appearance of a fairly modern girl considering the fact that the ancient Greeks did not know codices and preferred less imposing breasts.
Erazmus confirmed and extended his knowledge during his travels abroad. Unpretentious photographs show him against the background of the ruins of Pompey, under the Trajan Arch, at the Forum Romanum, also in the Ospedale degli Innocenti and at St.Mark’s square in Florence, and against Edward Erichsen’s “Little Marmaid”, that takes a rest on a lonely rock. It is her who saved a beautiful prince’s life and then died for him in Christian Andersen’s sad fairy-tale.
Greek myths and northern fairy-tales blend into one complicated whole in the artist’s imagination, where they are enriched with home legends about a lyrical or a heroic tenor and motifs of the Wild West, Black Africa, Far East, reflecting a young boy’s fascination with their legend.
The truth and fiction, the fiction of the truth and the truth of fiction that can be more real and convincing than the most obvious truth. But only when one believes in them and can inspire others with the same belief.
Erazmus can do it. This is probably the reason why his art is popular. Namely, he can speak about man and his dreams using the language of forms and symbols. He does not present or imitate him, nor does he create substitutes of man in the shape of spiritless homunculuses, but speaks about man using the language of lines, outlines and contours, in other words he uses drawing which has been widely proclaimed to be “the most honest form of art” and its conscience. Erazmus speaks about man, people, and us, which means that he does not endow his figures with individual features. His man is universal man and a reflection upon man and his fate, dreams and situations in which man has found himself or which the artist would like to experience sometimes. The meditation is sometimes solemn but most often facetious due to its seriousness. The Thinker of 1998 has a tiny head, large hands and huge shoes. Such provocative, even scoffing commentary to the title was imposed by the requirements of the sculpture, composed on the figure of an elongated triangle resembling a pyramid. Almost all Erazmus’s sculptures are vertical in form and strongly misshapen. Not only in order to achieve the explicit and obvious meaning of a slender vertical shape. Elongation of figures is also an expression of artistic refinement. Coarse folk sculpture prefers stocky and squat figures. On the other hand court presentations of man accentuate strongly slim figures and elegant gestures. It is not without a reason why the evolution of classical Greek sculpture goes from Polykleitos through Pheidias to Praxiteles.
Paweł Erazmus is a sculptor and only a sculptor. He does not paint like his friends sculptors and very seldom draws instead finding satisfaction in the formulation of a general idea or an outline, at the most, of a future sculpture which is created in combination with the feedback from the material. Only in the sensual contact with wax (almost all the artist’s works are made in wax) the formal concept of a sculpture and its literary plot mature. Erazmus likes stories and knows how to tell them. He tells stories about his heroes but first of all about himself, his fascinations, enchantments and fantasies from the time of his boyhood, for example the series “Warriers” showing figures from different epochs and continents, and from his grown-up years; on the other hand, doesn’t man remain a boy all his life according to the feminist theory which states that a woman grows up and a man grows? Erazmus’s sculptures reflect his boyish interest in old numismatics and ornamental values of fibulas and earrings dating from the bronze age, looking nice and pleasant in their unrestrained ornamentation which is free of the discipline of a rigid beauty canon. Perhaps we should look for the inspiration of the playful suggestiveness of his sculptures in those old patterns? In old awkward-made coins one can see images of rulers who were intended to look dignified but look funny instead due to their overly literal execution which changes portraits into caricatures.
Erazmus started to sculpture or rather model already in his boyhood. He used plasticine which is a soft and ductile material, yielding and obedient to all ideas of a creator. One can do everything in plasticine. And achieve any effect except a sharp edge or an acute angle, everything which does not have to be submitted to the rules of geometry or the precision of technical drawing. In order to avoid sharp geometric forms Emile Gallé, the famous glazier and eminent cabinet-maker, used clay, typified by its properties similar to plasticine, to model in it designs of his sculpture-like furniture.
Thus, Erazmus became a sculptor during his childhood plays. Shortly afterwards, he found his masters – Michelangelo, Rodin, Bourdelle and other impressionists like Medardo Rosso. Particularly impressionists because he was and still is fascinated with light. Both in the context of sculpture and painting.
In the course of his artistic development and improvement he managed not to lose one of the most unique qualities which only very few artists can preserve intact and convey into their adult life and mature work, namely a childish spontaneity and freshness of view, as well as the joy of creation and, typical of the age, keenness for ornamentation and extremely specific, sensual understanding of beauty. Erazmus does not like ugliness in any of its varied forms and recoils from it. His men are handsome and well- or smartly dressed. Their gestures are elegant or even pathetically sublime, and their attributes and accessories fine. Even the walking stick of The Wanderer is artistically carved, not to mention his fancy cap which resembles a hat or a blade of an ice-axe or a late Gothic halberd. Also The Lady looks noble thanks to her posture and the oval line of glittering metal into which her wide hips and rather bandy legs have changed. The dustbins filled with rubbish in the sculpture entitled: In the back-yard impress us as stylish. Erazmus creates his sculptures lovingly (con amore) which means that he sculptures what he likes, and what his liking and imagination can idealize and put on a pedestal.
He is a young artist. We can even call him a very young artist considering the fact that youth is twice longer now than it was in the times of Raphael or the great fin de siecle when thirty years old artists considered themselves almost old men. Erazmus started on his own independent artistic path only seven years ago. Perhaps we should say that it was as long as seven years ago because the artist has covered a fairly long distance since then, literally and figuratively speaking. He moved from rich and complicated forms to simplicity, a synthesis of contents synonymous with it and an adequate shape.
He started from impressionist sculpture with a pronounced texture, shaped with irregular pasted clods of material after the pattern of Giacometti and Rosso. Such a type of sculpture is to some extent limited by its nature. It naturally “catches light”, as they describe the phenomenon in a specialistic jargon, reflecting it in impressionistic fashion in the form of flashes on every swelling and blacking it out on every hollow. Later on, with the passing of years and gaining of experience the artist changed the texture of his works chiselling them with jeweller’s precision into ornament-like forms. Those sculptures started to bear close resemblance to fine-wrought trinkets, so much preferred by chic ladies in the 18th and 19th centuries. They look like precious works from the Far East made of ivory or mammoth tooth, or tiny figures of Dresden or Sevres china, beautiful thanks to fineness of their execution. At that stage also colour appeared. It was based on a subtle contrast between the shade of bronze and exceptionally beautiful willow green patina.
However, opulence becomes boring very fast. It also wakes, perhaps unconscious irritation with its specific anti-sculptural qualities. Particularly when it violates and destroys the elegance of line and form. Consequently, Erazmus went back to synthesis. Again this was a successful move – little wings of The Flying Giraffe are more unusual and decorative than former sculptures composed of far more complicated details. The artist no longer wished to impress viewers with his craft or perfection of cast without junctions. Step by step, sometimes moving backwards in order to move ahead again, he followed the Bauhaus motto: “Weniger is mehr”, that is “less means more”. He limited the number of elements in his sculptures and thus emphasized the significance of the remaining constituents in respect of their composition, structure and purport because he strove to achieve balance between form and narration in his works. Particularly when he gave them allusively droll meaning as, for example, in the case of A Magician or An Elephant.
Progressively forms become more massive. Gravitational attraction increases and the rhythm of horizontal divisions accelerates. The mass of his sculpture begins to come into prominence again. Perhaps it was its come-back to the dominating position because Erazmus had never renounced it definitely. Massiveness is typical of such works as A Hut dating from 1994, A Tower, A Vehicle from 1998 and many others. It seems that mass stands for all sculptors’ inborn yearning for might and all the things which are monumental and grand.
Jerzy Madeyski
Paweł Erazmus, rocznik 1969, ukończył Wydział Rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie z wynikiem bardzo dobrym, co poświadczyli w jego dyplomie magistra sztuki: ówczesny Dziekan Wydziału Rzeźby, artysta rzeźbiarz, Prof. Jerzy Nowakowski i Rektor ASP Prof. Włodzimierz Kunz. Ten urodzony w rodzinie inteligenckiej, przybyły do Krakowa ze Stalowej Woli, z przedwojennego Centralnego Okręgu Przemysłowego, nieśmiały, młody człowiek o urodzie amanta filmowego studiował w latach 1989-1994 w pracowni jednego z najwybitniejszych polskich monumentalistów, rzeźbiarza, Profesora Mariana Koniecznego. Jego talent ujawnił się na wiele lat przed przybyciem do „Mekki polskich artystów”, do Krakowa. W wieku zaledwie kilku lat potrafił wyczarowywać w plastelinie, maleńkimi paluszkami bajkowe postacie i zaskakujące „rzeźbiarskie obrazy” świata oglądanego podówczas z „żabiej perspektywy”.
Podczas studiów, od 1994 r. zaczyna prezentować swoje prace, początkowo w Krakowie, a później w ramach zbiorowych wystaw studentów ASP w niemieckich miastach: w Düsseldorfie i Krefeldzie (1992 r.) oraz w 1993 r. w Maastricht (Holandia) i w Solingen (Niemcy). Unikatowe, perfekcyjne, poetyckie, niewielkie rzeźby z brązu, budziły duże zainteresowanie zarówno krytyków jak i szerokiej publiczności.
W 1994 r. w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie podczas podyplomowej wystawy „świeżo upieczonych” absolwentów ASP, pośród wielu znakomitych prac młodych artystów dostrzegłem niewielką kolekcję rzeźb Pawła Erazmusa. Przyznam, że zrobiły na mnie piorunujące wrażenie, urzekły mnie, wracałem do tej części wystawy wielokrotnie. W kilka dni później poznałem osobiście Pawła Erazmusa, rzuconego w Krakowie na „głęboką wodę”.
Był to początek z jednej strony mojej dyskretnej obserwacji jego artystycznego rozwoju, a z drugiej systematycznego powiększania mojej skromnej kolekcji jego rzeźb, w której pierwszym eksponatem był Łucznik.
W latach 1995-1998, artysta prezentował swoje, jak je nazywał, rzeźbki w różnych galeriach: od Salonu „Rovera” państwa Misiaków w Krakowie (w 1996 r., wspólny pomysł wystawy pt. Dyplomy 1994, 1995 w Samochodowym Salonie, prezesa Wydawnictwa Jagiellonia Wojciecha Taczanowskiego i mój w ramach RC Kraków), poprzez Salon Wiosenny w Pałacu Sztuki TPSP (1966 r.), w galerii „Pod Złotym Lewkiem” państwa Góreckich przy ul. Szewskiej w Krakowie, w Kopenhadze (1997 r.), aż po pierwszą indywidualną wystawę w Galerii Labirynt przy ul. Floriańskiej w Krakowie (1999 r.) W czerwcu 1994 r. na prośbę moją – prezesa Nowodworskiego Klubu Tenisowego przy I LO w Krakowie – Paweł Erazmus wykonał unikatową statuetkę Tenisista, będącą nagrodą dla najlepszych w tenisowych turniejach uczniów Liceum, a nieco później Ptaka-Śpiewaka, będącego nagrodą w konkursie Piosenki Obcojęzycznej w tymże Liceum. Podczas ich realizacji mogłem obserwować proces tworzenia oraz niezwykły talent i umiejętność transmisji z „oczu do rąk” syntetycznych artystycznie filtrowanych informacji o modelu. W recenzjach z siedemnastu wystaw zarówno krytycy sztuki jak i dziennikarze zgodnie podkreślają łatwość, z jaką Paweł Erazmus nawiązuje do historii i legend, ogromną wyobraźnię z jaką przedstawia dynamikę ludzi i zwierząt. Poprzez wyolbrzymianie i deformacji dłoni, nóg i wyrazistość twarzy, kieruje swobodnie wyobraźnią obserwatora, podkreśla anegdotę.
Tworzone w starej, sięgającej starożytnego Egiptu, technice traconego wosku, rzeźby są niezwykle precyzyjne i kameralne, mogące ozdobić zarówno pałace jak i współczesne mieszkania. Rzeźby Pawła Erazmusa przynoszą szczęśliwym posiadaczom oraz ich gościom wiele doznań estetycznych i głębokich refleksji filozoficznych! Bardziej skomplikowane kompozycje, mimo formalnej szarady, są dla wnikliwych obserwatorów dość czytelne.
Po ponad siedmiu latach obserwacji jego dokonań artystycznych uznałem, iż nadszedł czas pokazania jego rzeźb w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie. W styczniu 2002 r. została zorganizowana w Świetlicy Wyspiańskiego w Pałacu Sztuki indywidualna wystawa rzeźby Pawła Erazmusa. Wystawie towarzyszyło wydanie tego oto Albumu oraz po raz pierwszy w historii został zrealizowany przez TPSP film o rzeźbiarzu, o Pawle Erazmusie, w ramach cyklu: „Galeria Artystów Pałacu Sztuki” (reżyser – Stefan Szlachtycz, operator – Jerzy Drużkowski).
Te dwie synchroniczne publikacje towarzyszące wystawie rzeźby Pawła Erazmusa, są totalną, na miarę możliwości intelektualnych i technicznych XXI wieku, promocją jego sztuki, znakomitej polskiej sztuki w Polsce i jednoczącej się Europie.
Zbigniew Kazimierz Witek
, Paweł Erazmus completed his studies at the Department of Sculpture at the Academy of Fine Arts in Cracow with a very good result, which was certified by his title of Master of Fine Arts and Diploma bearing signatures of Prof. Jerzy Nowakowski, Dean of the Department of Sculpture and Prof. Włodzimierz Kunz, Rector of the Academy of Fine Arts at that time. He was born in the family of the intelligentsia in 1969 in Stalowa Wola, known as a centre of the Central Industrial Area in the interwar period. When he came to Cracow he was very young and very shy in spite of his looks of a film star. In the years 1989–1994 he was a student of one of the most outstanding Polish sculptors – an author of monumental sculptures, Prof. Marian Konieczny. Erazmus’s talent, though, had manifested itself years before he entered the Professor’s studio in Cracow – the city which is recognized as the “Mecca of Polish artists”. He was only a few years old when he could create in plasticine fairy-like creatures and surprising images of the surrounding world, seen from the “frog perspective”, in very sculpture-like forms.
He began to present his works to the public in 1991, still as a student at the Academy, from 1991. In the beginning these were exhibitions in Cracow, but later, within the framework of group exhibitions of students of the Academy of Fine Arts, in such German cities as Düsseldorf and Krefeld in 1992, and in Maastricht (Holland) and Solingen (Germany) in 1993. His unique, immaculate, poetic, and small-sized sculptures made of bronze, generated a lot of interest both among the critics and in the common audience.
In 1994 at the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) in Cracow, in the post-diploma exhibition of “young graduates” of the Academy of Fine Arts, I noticed a small collection of Paweł Erazmus’s works among a large number of excellent sculptures of his fellow-graduates. I must admit that I was greatly impressed and truly enchanted by them. I kept returning to take another and still another look at them a number of times. A few days later I met Paweł Erazmus in person. At the time he was struggling to win independence, recognition as an artist and renown in Cracow.
Our meeting, on the one hand, marked the beginning of my discreet observation of his artistic growth, and on the other, a systematic enlargement of my own collection of his sculptures in which the one called An Archer was the first.
In the period from 1995 to 1998 the artist showed his little sculptures (rzeźbki), as he used to call them, in different galleries including: the salon of ROVER of the Misiaks in Cracow in 1996 (it was a common idea of Wojciech Taczanowski, President of the Jagiellonia Publishing House and myself to organize an exhibition entitled The 1994 and 1995 Diplomas at an auto salon), the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts in 1996, the “Pod Złotym Lewkiem” Gallery of the Góreckis in Szewska Street in Cracow, in Copenhagen in 1997, and the “Labirynt” Gallery in Floriańska Street in Cracow in 1999, which was his first individual exhibition.
In 1994, as the President of the Nowodworski Tennis Club at the Secondary School No 1 in Cracow, I turned to Peweł Erazmus with a request to make a unique statue called A Tennis Player which was intended as prize for the winners of the school tennis competitions, and A Bird-Singer (Ptak-Śpiewak) intended as a prize in the Competition of Foreign Songs at the same school. Work on them rendered an opportunity for me to follow the process of their creation and observe at close distance the artist’s unusual talent and ability to transform his observations of models into sculptures by sifting them through artistic imagination and synthesizing.
Both art critics and journalists unanimously stress in their reviews from seventeen exhibitions in which Paweł Erazmus took place, the easiness with which he refers to history and legends, and his colossal imagination visible in the way he presents people and animals. By exaggerating and deforming the limbs and accentuating expressiveness of faces the artist easily manipulates the viewers’ imagination and underlines the anecdote.
His sculptures which are made in very old wax technique, dating back to the times of ancient Egypt, are unusually precise and private, and they can decorate both palace halls and contemporary apartments.
Paweł Erazmus’s sculptures give their lucky owners and admirers many esthetical thrills and reasons for profound philosophical reflection. His more complicated compositions are puzzling in the formal sense but their meaning is still clear to perceptive viewers.
After seven years of very careful observation of his artistic achievements I decided that the time was ripe to show his sculptures in the Pałac Sztuki (Palace of Art) of the Society of the Friends of Fine Arts in Cracow. An individual exhibition of Paweł Erazmu’s sculptures is ready to be presented in the Wyspiański room in January 2002. The exhibition is accompanied by this album and a film on Erazmus’s work, the first made by the Society in the cycle called “The Pałac Sztuki Gallery of Artists” (director – Stefan Szlachtycz, photography director – Jerzy Drużkowski).
These two publications, synchronized in respect of subject and time, serve the goal of a consistent and complex promotion of Paweł Erazmus’s work, and of excellent Polish art in Poland and abroad, at the same time meeting the challenges and intellectual and technological expectations of the 21st century.
Zbigniew Kazimierz Witek
Ponoć Kandinsky wszedł kiedyś do pracowni i stanął olśniony niezwykłą urodą wiszącego na ścianie obrazu. Podszedł do niego i dopiero z bliska dostrzegł, że owym nieznanym mu dziełem jest jego własny obraz, który ktoś, być może on sam, odwrócił do góry nogami. Tak powstała abstrakcja. Przynajmniej w anegdocie, a w jej konsekwencji traktat Ueber das Geistige in der Kunst – o pierwiastku duchowym w sztuce, co nie zmienia faktu, że szczęśliwe wypadki się artystom zdarzają. Oraz – toutes proportions gardees – niekiedy również piszącym o sztuce, tak jak to miało miejsce z niżej podpisanym.
Cóż można bowiem napisać o Juliuszu Joniaku w parę zaledwie lat po ukazaniu się pierwszego dużego albumu jego malarstwa poprzedzonego wstępem Prezesa TPSP Zbigniewa K. Witka, analitycznym tekstem dr Józefa Grabskiego oraz własną impresją? Że jest najwybitniejszym obecnie naszym kolorystą? Oczywisty banał i truizm. Że jest sławny i coraz sławniejszy, że zdobył to, co udaje się tylko najlepszym, a mianowicie podziw i szacunek swych artystycznych przeciwników, nawet tych, którzy odtrącili pojęcie piękna i dobrego smaku z wokabularza swojej sztuki? Znów to samo. Że jest, podobnie jak jego obrazy, najmilszym interlokutorem i kompanionem, o czym wiem z własnego doświadczenia, gdyż również jego pejzaż cieszy moje serce i oczy od lat już dwu, i wspiera mnie w chwilach porannej melancholii i ma mi wciąż coś nowego do powiedzenia. Że wszedł w nowy okres twórczości, której niniejsza wystawa i towarzyszący jej album są widomym dowodem?
Tak, to jest wątek do rozwinięcia, gdyż istotnie, malarstwo artysty wciąż się zmienia i rozwija w rytmie niejako skokowym, zwanym potocznie fazą, bądź też okresem rozwoju sztuki: Juliusz Joniak niejako otwiera jakieś zagadnienie, by je rozpatrywać z wielu aspektów; cieszy się udanymi rozwiązaniami, bo malowanie sprawia mu widoczną radość, bada ich możliwości wyrazowe i doskonali je. Poczem zjawia się w tkance obrazu coś nowego, jakiś, drugorzędny zda się, element i coś się zaczyna rozwijać, pączkować i nabierać sił i prężności, którą emanują skądinąd wszystkie dzieła artysty. Nawet refleksyjne, a niekiedy wręcz zadumane martwe natury.
Właśnie wtedy, już po skrystalizowaniu się pomysłu bądź też jego zarysu tylko, nadbiegł z pomocą ślepy traf w postaci wydruku reprodukcji do albumu, bez których nader trudno by było uporządkować i ująć w jakieś logiczne ramy ogromny, gdyż liczący ponad sto obrazów i trudną do obliczenia liczbę szkiców, akwarelowych notatek i rysunków, plon owych kilku lat. Sęk w tym, że wydruk był czarno-biały. Surowy więc, a nawet ascetyczny, bo pozbawiony świetlistej gry barw i jej magicznego działania, bo barwa wielkich mistrzów jest magią, zaś ich kolorystyczne systemy i rozstrzygnięcia wymykają się wszelkim próbom uchwycenia i zamknięcia w werbalnej analizie. Koloryt Velasqueza, Moneta, Cezannea, van Gogha, Matissea... wszyscy rozpoznają go na pierwszy rzut oka i doceniają dzieło mistrza. Lecz dociec jak, jakim czartowskim zaklęciem wydobył on pełne brzmienie z dwu niepozornych zda się plamek koloru, jak uniknął zgrzytu lub chociażby niemiłego dysonansu tylko w najbardziej ryzykownych kontrastach? – nie, tego żaden, najbardziej nawet wybitny i zadufany w sobie krytyk uczynić nie potrafi, choć może usiłować wmówić to współczesnym i potomnym.
Co innego rysunek. Konkretny i uchwytny. Zwany rozmaicie – również uczciwością sztuki, bo właśnie w nim odbija się i znajduje swój kształt myśl artysty, co Federigo Zuccaro ujął w definicję „rysunek nie jest materią ani ciałem, jest natomiast ideą, porządkiem, terminem, przedmiotem umysłu, jest rozumieniem i pragnieniem...”
Te właśnie przymioty i dążenia ukazały się w czarno-białych reprodukcjach z całą wyrazistością: żelazny ład konstrukcji, wytrwałe badanie struktury świata i przekładanie jej na strukturę obrazu. I konsekwencja apriorycznie założonego ładu, miary rytmu, równowagi precyzyjnie obliczonych ciążeń, budowy perspektywy, piętrzenia brył, okiełzania skosów tak, by ich dynamika nie zachwiała równowagą, by ich energia nie rozsadziła kompozycji, by piękny i uporządkowany w swym nieustannym ruchu kosmos obrazu nie zmienił się w swe przeciwieństwo i zaprzeczenie jakim jest bezład chaosu. Tak, czarno-białe reprodukcje dawnych lat i ich zgrzebnych katalogów miały swe walory, które dopiero dziś z perspektywy świetnych i efektownych reprodukcji barwnych możemy docenić. I porównać czarno-białe reprodukcje sprzed półwiecza bez mała z tymi, które łaskawy los nam podsunął. A porównując – przypomnieć sobie, że Juliusz Joniak studiował – poza malarstwem – również grafikę. Więcej nawet – że ostentacyjnie eksponował rysunek w swoich obrazach, że podporządkowywał pejzaż prostokreślnym układom o mondrianowskiej niemal precyzji i ocierał się o abstrakcję podobnie, jak to był uczynił Kandinsky, mówiąc „coraz częściej odczuwałem, że forma narzuca nieodmiennie artyście pragnienie oderwania się od rzeczywistości”. Takie właśnie, mocno geometryzowane i pragnące oderwać się od bezładnych realiów świata są tamte, wczesne obrazy. Natura, ba, cały widzialny świat wraz z jego nieprzebranym bogactwem form, barw i możliwości, z cała swą beztroską fantazją, został sprowadzony do roli impulsu, bądź też pretekstu nawet.
Lecz czysta geometria była zbyt oschła, nieludzka i pozbawiona wszelkiego sensualizmu, zaś Joniak jest również, a może zwłaszcza sensualistą. Mądrym i myślącym sensualistą, gdyż sensualizm w malarstwie został przez jego fanatycznych wyznawców sprowadzony do instynktownego „malowania bebechami”. A ponadto geometria jest zbyt mało pociągająca: wszak trudno się cieszyć najdoskonalszym nawet sześcianem i głaskać jego ostre krawędzie. Kto jednak wie, czy nie była ona w pierwszym rzędzie dla Joniaka zbyt mało radosna: wszak geometria przedkłada ascezę ponad miły epikureizm. Również w jego malarskim wymiarze. Miękkie, organiczne formy wracają więc do malarstwa Joniaka wraz z ich wesołym rozwichrzeniem i ruchem, będącym wszak synonimem życia i zmian, jakie ono ze sobą niesie. Rysunek ucieka w głąb, lecz trwa, czuwa i decyduje o wszystkim, z rozmieszczeniem, i natężeniem koloru łącznie. Obrazy stają się stopniowo coraz bardziej oszczędne w sumie użytych środków, więc doskonalsze tym samym, lecz w założeniu podobne, gdyż oparte na podobnej siatce podziałów pionowych i poziomych i wyznaczanych przez nie rytmach, skąd wniosek, że sztuka artysty nie rozwija się liniowo, lecz wznosi na kształt spirali wokół osi wyznaczającej osobowość autora i że to ona określa orbitę dopuszczalnych zmian i eksperymentów. Joniak należy bowiem do grona artystów malujących de facto przez całe życie jeden obraz, swój pejzaż wewnętrzny. W różnych wariantach i nastrojach, w pełnym blasku południa, brzasku poranka i – acz z rzadka – zakryty chmurami, zza których jednak zawsze prześwituje słońce, bądź też choćby jego zapowiedź tylko. Takim właśnie malarzem był Cezanne, którego gazetowa reprodukcja autoportretu w meloniku stoi – pośród innych rekwizytów w pracowni artysty dwa razy pojawiła się również w martwych naturach z ostatnich lat. Samotnie i w towarzystwie symetrycznie ustawionego kota. Pozuje z godnym, acz niezbyt mądrym wyrazem twarzy frontem do widza. „Malowałem martwą naturę z Cezannem, a tu nagle kot mi wskoczył w kompozycję i zaczął się gapić, więc go namalowałem...” mówi artysta. I bardzo dobrze, bo jakiś kot zawsze się w uporządkowanym świecie sztuki przyda.
Zaczem zjawia się w malarstwie Joniaka pod różnymi, lecz zwykle uśmiechniętymi postaciami, bo zbytnia solenność i celebra nuży, zarówno widza jak autora. Wszak już Renoir stwierdził, że „obraz powinien być czymś miłym i radosnym, gdyż dość jest rzeczy brzydkich i przykrych na świecie, abyśmy mieli produkować następne”.
W każdym więc niemal obrazie Joniaka zjawia się jakaś niespodzianka, jakiś malarski paradoks, jakieś zaskakujące ujęcie perspektywy, lub zestawienie barw, tego, co abstrakcyjne, na przykład, więc należące do czystego malarstwa z tym, co demonstracyjnie podkreśla swą przynależność do normalnego świata przedmiotów, bo również sztuka potrafi się uśmiechnąć w sobie tylko właściwy sposób. Tyle, że nie wszyscy jej uśmiech potrafią dostrzec.
„Kąpiących się” Cezanne maluje dziewięć razy, „Grających w karty” razy pięć, nieustannie powraca też do alei kasztanowców w Jas de Boffon, do marsylskiej zatoki, góry St. Victoire szczególnie... Juliusz Joniak buduje swe martwe natury zawsze z tych samych rekwizytów, bo na kota nie można wszak liczyć. I powraca rok rocznie na swe ukochane południe, do Prowansji i Hiszpanii, by zanurzyć się więc psychicznym klimacie, w ich joie de vivre i cudownej beztrosce dolce far niente, słodkiego nieróbstwa Arkadii. By znów, po raz któryś z rzędu ujrzeć i malować swe ulubione motywy. Zawsze te same, lecz inne zarazem, boć przecie pejzaż jest, według Zoli „naturą widzianą przez temperament artysty, a temperament jest kapryśny i lubi zmiany”. Nieustannie też zmienia się świadomość i hierarchia ważności, a wraz z nimi wymiar i śmiałość podejmowanych decyzji. A przypomnieć należy, że Joniak maluje podczas swoich wojaży jedynie akwarelowe notatki i rysuje szkice, które później rozwija i przetwarza w swej krakowskiej, a raczej Zabierzowskiej już od pewnego czasu pracowni. I podporządkowuje swej artystycznej prawdzie, która jest zawsze bardziej atrakcyjna i sugestywna od prawdy realnej. Coraz śmielej i bardziej zdecydowanie a niekiedy wręcz radykalnie. Czerwona dominanta pejzażu sprzed lat rozlewa się łuną na całe płótno i rozjarza, obraz płonie, proste linie perspektywy ścierniska unoszą się, żółty trapez ogromnieje i wypełnia niemal całą przestrzeń, drzewa dalekiego planu zmieniają się w kontur zamykający kompozycję. Abstrakcja geometryczna wraca, lecz w nowej, ileż bardziej wyrafinowanej formie.
Obrazy Joniaka stają się coraz bardziej monumentalne, a koloryt lokalny odgrywa w nich coraz mniejszą rolę. Artysta wchodzi zdecydowanie w fazę bardzo osobistego ekspresjonizmu, który skądinąd nigdy nie był mu obcy, tym bardziej niemiły.
Czy artysta przekroczy kiedyś granicę, za którą „u stóp plastyki leży pokonana natura”, jak to ogłosił przed laty Appolinaire z nieukrywanym triumfem?
Raczej nie, gdyż zbyt sobie ceni uroki natury i zbyt mocno jest z nią związany, by chcieć ją widzieć słabą i bezsilną u swych stóp. Bardziej prawdopodobnym, lub nawet pewnym jest, że będzie ją nadal poprawiał. Z niesłabnącą sympatią, lecz coraz bardziej zdecydowanie, bądź też apodyktycznie nawet, bo czyż ekspresjonizm nie zmienił pokornego „ŚWIAT i ja” impresjonistów w dumne „JA i świat”?
Gdyż natura może się mylić. Prawdziwa sztuka nie myli się nigdy.
From all accounts Kandinsky entered his studio one day and stopped dead in his tracks struck with the beauty of a painting hanging on the wall. He came closer and noticed that the unknown work was his own painting which was put upside down on the wall. This is how abstract art was born, at least according to this anecdote which later led to the treatise entitled “Ueber das Geistige in der Kunst” discussing a spiritual element of art, not excluding however the role of lucky incidents in the artist’s experience. Toutes proportions gardees, people who write about art do also experience lucky events. This is my case for instance.
What else can we say about Juliusz Joniak so soon after the publication of the first large album of his paintings, including also an introduction by Zbigniew K.Witek, President of the Society of the Friends of Fine Arts, an analysis by Dr. Józef Grabski and the artist’s own impressions? We could repeat that he is the most outstanding colourist in the present time, which sounds so obvious and banal. We can repeat that his fame is growing, and that he has already gained admiration and respect of even those artistic opponents who have deleted the notion of beauty and good taste from their private glossaries. We can say once again that he is the nicest interlocutor and companion, and that his landscape has been a source of consolation and joy for my soul and eyes for the past two years. We can just as well add that he has entered a new period in his artistic work, the effects of which we can admire at this exhibition and in this album.
Joniak’s art has been developing in phases. He usually chooses a theme, studies its different aspects, enjoys various artistic solutions (painting gives him great joy), studies their different possibilities of expression and improves them. From time to time something new appears in the tissue of his painting, an element which at first seems to have only secondary meaning but which soon starts to develop, to grow, and to gain energy, which emanates from all his canvases, even from his melancholic still lifes.
When the task of organizing in some logical framework Joniak’s huge artistic output, comprising over one hundred paintings and a large number of sketches, watercolours and drawings seemed overwhelmingly desperate, a lucky chance let me find a collection of some reproductions prepared for an album. The only problem was that they were black and white. The prints were severe, even ascetic, since they had no luminosity of colouring or the magic effect that only colour tones can produce. We can easily perceive the magic effect of great master’s colour systems and artistic solutions which are beyond verbal analysis. The colouring of Velazquez’s, Monet’s, Cezanne’s, van Gogh’s, Matisse’s works can be recognized and admired at first glance. On the other hand, how could any art critic, even the most confounded one, discuss black and white prints to present the way the artist managed to achieve complete harmony with the use of two contrasting colours?
It would be easy to do it in the case of drawing, which is clear-cut and tangible. It is sometimes called the most faithful means of artistic expression that reflects and represents the artist’s idea. Federigo Zuccaro is an author of the following definition:” drawing is not the matter or the body, but it is the idea, the order, the term, the object of the mind; it is the understanding and the desire…”. These qualities and intentions are clearly visible in the black and white reproductions, namely: the iron discipline of construction, a persistent study of the structure of the world and their transformation into the structure of the painting. One must also mention the consistent order, the rhythm, the balance, the construction of the perspective, the piling of masses, the taming of the energy of slants in order to protect balance from their dynamics and the whole composition from their power so that the beautiful and orderly motion of the cosmos is not turned into its chaos.
I must admit that those old black and white reproductions and coarsely-edited catalogues had their merits, which can be appreciated now through a perverse comparison with excellent and attractive colour reproductions which are so common nowadays. When speaking about black and white reproductions we can also remember that apart from painting Juliusz Joniak also studied graphic art and that he used to emphasize drawing ostentatiously on his canvases. The artist subjected landscape to systems of straight lines which were typical of Mondrian’s precision, and toyed with abstract art, similarly to Kandinsky. His early paintings are strongly geometric, desperately desiring to break free from the confused reality of the world. Nature and the whole visible world with its limitless wealth of forms, colours and possibilities, saturated with care-free fantasy, were reduced to the role of an impulse or a pretext.
However, pure geometry turned out to be too cold, inhuman and devoid of any sexuality whereas Joniak is a sensualist. It proved to have little attraction for someone who is such a wise and thinking being – it was really difficult to be happy about a cube, even if it had the most perfect shape, or to stroke its edges. We can also suspect that geometry was not joyful enough for Joniak since evenits artistic aspect is characterized by asceticism instead of pleasant epicurism. Consequently, soft and organic form, so full of joyful chaos and motion which are synonymous with life and changes, returned in Joniak’s painting. Still, drawing continued to be present in it although it was shifted into the background. It assumed the function of an element controlling and deciding about other components of a painting, including their arrangement and intensity of colours. The number of artistic measures progressively grew smaller and smaller, thanks to which paintings became more perfect. Joniak’s art has developed in the spiral way around an axis denoting the artist’s personality which has the last word to say regarding admissible changes and experiments. Joniak can be included among artists who, as a matter of fact, create one picture all their lives – this is the picture of their internal landscape. Cezanne was one of them. A reproduction of his self-portrait is among different props in Joniak’s studio and has appeared twice in the artist’s still lifes in the past few years. It appears alone or in a symmetrical composition with a cat. Joniak explains that the cat turned out so unexpectedly and out of nowhere that the artist could do nothing else but paint it. Just as well, because a cat can always be useful in the orderly world of art. Too much solemnity and seriousness tire both the author and viewers, do they not? Renoir commented that: ”a painting should be nice and joyful because there are enough of ugly and unpleasant things in the world and there is no need to produce more of them”.
Almost every Joniak’s painting surprises viewers with some artistic paradox. It can be a startling approach to the perspective, an amazing composition of colours, or a combination of abstract forms with obviously trivial objects. His art ogles the audience and smiles to it. Unfortunately, not all viewers are able to see it.
Cezanne painted his “Bathers” nine times and “The Card Players” five times. He repeatedly used some favourite motifs, like for example: a boulevard with chestnut trees in Jas de Boffon, a bay in Marseille, St. Victoire Mount, and other. Juliusz Joniak does likewise. He constructs his still lifes always using the same props – since he cannot always count on the presence of a cat. Every year he goes back to his beloved regions in the south of Europe, to Provance and Spain, to take in the mood of the proverbial joie de vivre and the wonderfully carefree dolce far niente, and paint again his favourite motifs. They are always the same and different at the same time because, according to Zola, landscape is “nature perceived through the artist’s temperament, and temperament is capricious and unstable”. Similarly, consciousness and the hierarchy of values, together with the importance and boldness of decisions are subjected to constant changes. One must remember that Joniak makes only watercolours and sketches during his voyages, which he later develops and transforms when he returns to his studio in Zabierzów. Then he adapts them to “an artistic truth ”which is always more attractive and suggestive than the truth of the reality. These adaptations are more and more decisive and radical. When we see the red dominant of his landscapes from the past floods the whole canvas which glows and blazes whereas straight lines of the stubble field, the yellow trapezium and contours of trees make frames to the composition we come to realize that geometric abstract art has returned in a new and more refined form.
Joniak’s works are more monumental now. Local colour plays a less important role in them. The artist is entering a phase of very personal expressionism which, by the way, has never been strange or unacceptable.
Will the artist ever overstep the limit beyond which “defeated nature lies at the feet of art” like Apollinaire who announced it triumphantly years ago?
It seems unlikely since Joniak appreciates the beauty of nature too much and is too strongly attached to it to want to see it weak and powerless. It is more probable or certain that he will continue to correct it and that he will do it in a more decisive and apodictic way. Expressionism changed the impressionists’ motto “The World and I” into the expressionists’ proud motto “I and the world”, did it not?
Nature can be wrong. True art never is.
Rok 2004 jest rokiem Jubileuszu 150-lecia powstania Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie, najstarszego w tej części Europy Towarzystwa wspierającego artystów i polską sztukę.
By uświetnić ten piękny Jubileusz zaproponowałem profesorowi Juliuszowi Joniakowi, członkowi Odrodzonego Zarządu TPSP w Krakowie, a od 2001 r. wiceprezesowi tego szacownego Towarzystwa zorganizowanie wystawy jego malarstwa z lat 1998-2003 w Pałacu Sztuki oraz wydanie albumu.
Artysta propozycję przyjął, i tak oto mamy zaszczyt i przyjemność gościć w Pałacu Sztuki znakomitego malarza z przełomu XX i XXI wieku.
Juliusz Joniak opuścił, nie z własnej woli, pod koniec II wojny światowej rodzinny Lwów. Na miejsce kształcenia artystycznego wybrał Kraków.
Na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie ukończył dwa wydziały. Malarstwo studiował u profesora Czesława Rzepińskiego, a grafikę w pracowniach profesorów: Ludwika Gardowskiego, Andrzeja Jurkiewicza i Konrada Srzednickiego.
W 1955 r. rozpoczął karierę akademicką na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Pokonał kolejno wszystkie jej stopnie od asystenta do profesora zwyczajnego (nominację wręczono mu w 1996 r.).
W swej macierzystej Uczelni pełnił zaszczytne i odpowiedzialne funkcje: Kierownika Katedry Kształcenia Ogólnego na Wydziale Grafiki (1971-1975), Kierownika Katedry II Malarstwa na Wydziale Malarstwa (1975-1978), Dziekana Wydziału Malarstwa (1978-1981) oraz Prorektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przez dwie kadencje (1981-1987).
Był Juliusz Joniak aktywnym działaczem Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie pełniąc funkcje: przewodniczącego sekcji malarstwa i wiceprezesa Związku.
XI Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie prof. Karol Estreicher dwukrotnie nagradzał Juliusza Joniaka za osiągnięcia artystyczne. W 1958 r. wręczył mu Brązowy Medal za Salon ’58, a w roku następnym uhonorował Go najwyższym wyróżnieniem – Złotym Medalem TPSP.
Juliusz Joniak uczestniczył w wielu wystawach krajowych i zagranicznych od Wenecji, Berlina, Helsinek po Ateny i Montreal, a Jego obrazy znajdują się w kolekcjach prywatnych i muzeach całego świata.
Po otrzymaniu najwyższej nagrody na VII Międzynarodowym Festiwalu Sztuk w Magné we Francji, w lipcu 1995 r. został Juliusz Joniak członkiem honorowym Academie Européene de Arts w Paryżu.
Obrazy prezentowane na wystawie (1 kwietnia 2004 – 9 maja 2004) i w Albumie Malarstwa Juliusza Joniaka powstały w Jego pracowni w Zabierzowie koło Krakowa i są efektem corocznych podróży artystycznych na południe Francji i do północnej Hiszpanii.
Wpływ na ich piękno i harmonię ma ciepło i niepowtarzalna atmosfera domu Joniaków. Dba o nią kapłanka domowego ogniska, artystka malarka Teresa Wallis-Joniak – żona artysty.
Dziękując Juliuszowi, Teresie oraz córkom Ani i Marcie za pomoc w realizacji Albumu i wystawy życzę Im zdrowia i dalszych sukcesów artystycznych i życiowych.
The year 2004 is a jubilee year for the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) in Krakow. This oldest organization supporting artists and Polish art in this part of Europe, is celebrating its 150th anniversary.
In order to add splendor to the occasion I have proposed Professor Juliusz Joniak who is a member to the reorganized Board of the Society and from 2001 its Vice President, that we organize an exhibition of his paintings from the years 1998-2003 in Pałac Sztuki (Palace of Art) and publish an album.
The suggestion was accepted and now we have the honour and pleasure to admire works of this distinguished painter.
Juliusz Joniak was born in Lvov which he left, not out of his own free will, at the end of World War II. He chose Krakow as a place of his artistic studies. He studied in two departments at the Academy of Fine Arts in Krakow. He was a student of painting in Professor Czesław Rzepiński’s studio and of graphic art under the guidance of three professors, namely Ludwik Gardowski, Andrzej Jurkiewicz and Konrad Srzednicki.
In 1955 his academic career began at the Academy of Fine Arts in Krakow and in 1966 he was conferred on the tile of full professor.
Throughout the years Joniak held different honorable and responsible positions at the Academy. Namely, he was the Head of the Katedra of General Education in the Department of Graphic Art (1971-1975), the Head of Katedra II of Paining in the Department of Painting (1975-1978), Dean of the Department of Painting (1978-1981) and Vice Chancellor of the Academy of Fine Arts in Krakow (two terms of office from 1981-1987). Juliusz Joniak used to be a very active member of the Association of Polish Artist and Designers in Krakow in which he held the position of the President of the Painting Section and the Vice Chairman of the Association.
Prof. Karol Estreicher, the 11th President of the Society of the Friends of Fine Arts in Krakow awarded Juliusz Joniak for his artistic achievements twice. In 1958 he gave him the Bronze Medal for the Salon ’58 and in the following year the Gold Medal of the Society of the Friends of Fine Arts.
Juliusz Joniak participated in numerous exhibitions in the country and abroad (eg. Venice, Berlin, Helsinki, Athens, Montreal, etc.). In July 1995, after he was awarded the highest prize at the 7th International Art Festival in Magné in France, he became an honorary member of the Academie Européene de Arts in Paris.
Paintings presented at this exhibition (1st April 2004 – 9th May, 2004) and in the album of Juliusz Joniak’s paining were created in his studio in Zabierzów near Krakow. They are effects of his yearly trips to the south of France and Spain. Undoubtedly, their beauty and harmony also source from the warm and unique atmosphere of his home in which his artist wife Teresa Wallis-Joniak upholds the values of tradition.
I would like to thank Juliusz, Teresa and their daughters Anna and Marta for their help in the preparation of the album and the exhibition and wish them all success on their artistic path and in private life.
Czy istnieje pedagogika artystyczna, na czym polega? Nie wiem, a w każdym razie nie mam jednoznacznego poglądu na ten temat, mimo iż zajmuję się „uczeniem" od 40 lat, od chwili gdy mój profesor — Eugeniusz Eibisch — zrobił mnie swym asystentem. I oto moi młodsi koledzy, niedawni moi uczniowie, wymyślili wspólną wystawę i postawili mnie przed zadaniem werbalnego określenia co to jest „pracownia" w Akademii, jakie relacje zachodzą pomiędzy uczestnikami tak zgromadzonej — w znacznej mierze na zasadzie przypadku — grupy osób.
Myślę, że uczenie (dla uproszczenia pozostańmy przy tym, jak wykaże dalsza treść, niedokładnym słowie) malarstwa jest sprawą karkołomną zarówno dla pedagoga jak i młodego adepta sztuki. Przyczyn jest sporo: całkowity brak jednolitych kryteriów we współczesnym malarstwie, bo dawniej w jakiejś mierze one istniały (chociaż jest nie-odgadnioną tajemnicą na czym polega fakt, iż na pierwszy rzut oka odróżniamy obrazy na przykład Rafaela od obrazów Leonarda mimo, że powstały w tym samym czasie, w myśl jednakowych w zasadzie kryteriów, podobnych umiejętności i możliwości warsztatowych itd.). Realizując obraz każdy malarz postępował wówczas podobnie: przygotowanie płótna, narysowanie na nim zamierzonego obiektu na przykład postaci, wykonanie podmalówki — było to równoznaczne ze studium światłocienia — i położenie koloru, którego ostatnie warstwy często kładziono rozrzedzoną farbą tak zwanymi „laserunkami". Uczeń w pracowni mistrza był przysposobiony na zasadach trwających do dzisiaj w zawodach rzemieślniczych: najpierw zamiatał podłogę i przeglądał się co i jak robią starsi, potem mył pędzle, czyścił naczynia na farby, przechodził kolejne stopnie wtajemniczenia — napinał płótno na krosnach, sporządzał klej, ucierał farby z odpowiednich proporcji składników, uczył się przygotowania masy gruntowej i nakładania jej na deskę czy płótno. Wreszcie uczono go rysować a podobieństwo do natury było kryterium podstawowym. Dzisiaj nikt tak nie uczy (może szkoda?) a każdy z młodych malarzy, na ogół przesadnie uczulonych na temat swej „indywidualności", uważałby, że łamie się ją przez uczenie takich „sposobów". Zanikła tez niemal całkowicie korekta „manualna" — poprawianie obrazu ucznia dla wykazania mu popełnionych błędów.
Na czym więc polega współczesna pedagogika w dziedzinie malarstwa? Myślę, ze w głównej mierze na dwu zasadniczych wątkach: na stopniowym rozszerzaniu, rozbudowywaniu świadomości malarskiej czyli doprowadzaniu do takich sytuacji, w których uczeń coraz bardziej zdaje sobie sprawę jak wiele jest w malowaniu elementów niejednoznacznych, punktów wyjścia i punktów dojścia, sposobów widzenia i metod realizacji, jak skomplikowane i różnorodne są procesy twórcze. Stary Degas powiedział „malarstwo to prosta rzecz - dopóki się o nim nic nie wie". Doświadczając praktycznie, zmieniając kryteria zamierzeń i ocen własnej pracy, analizując jej wyniki, młody malarz rozszerza krąg swych wiadomości, pogłębia rozumienie zagadnień, bogaci warsztat, doskonali umiejętności manualne. Dlatego tak ważna jest inicjatywa ucznia w trakcie tego procesu, jego chęć współdziałania z pedagogiem ale też i zaufanie, które ten ostatni musi zdobyć. Drugi z dwu zasadniczych wątków wyżej wspomnianych to stopniowe zdanie sobie sprawy (przez studenta) z własnych predyspozycji, osobistych uwarunkowań, możliwości, upodobań i w konsekwencji, zbudowanie własnej postawy, własnego światopoglądu artystycznego. Ten „skutek" przeciąga się oczywiście poza okres studiów i staje się podstawą ciągłego rozwoju i przeobrażeń.
Jaka jest rola pedagoga w takim procesie? Uważam, że ważnym jest aby możliwie szybko rozszyfrował osobowość studenta, jego konstrukcję psychiczną, ocenił jego predyspozycje i w indywidualnych rozmowach (korektach przy pracy) ukierunkował odpowiednio bieg studiów. Czasem — niestety — trwa rok a nawet dłużej zanim uczeń sparaliżowany własnymi nieumiejętnościami lub odwrotnie nawykami wyniesionymi z wcześniejszych nauk, otworzy się w stopniu umożliwiającym „wejście" w jego sposób myślenia, odczuwania i reagowania. Trzeba dodać, ze przeprowadzenie korekty nie jest rzeczą łatwą —język polski jest w tej dziedzinie niesłychanie ubogi i nieprecyzyjny, tradycje znikome. Posługujemy się więc swoistym slangiem malarzy, kombinacją skomplikowanych przenośni, metafor, zapożyczeń z języka innych zawodów, na przykład muzyków (ton, gama, dźwięczność, brzmienie koloru, melodia czy melodyczność, orkiestracja kolorystyczna, rytm, kolor nośny lub głuchy, dysonans, harmonia, itd.). Konstrukcja, stabilność lub ruchliwość, gęstość, matowość, rozwibrowanie — to nieliczne przykłady słów, które w odniesieniu do formy lub koloru zrozumieć można różnie i czasem trzeba szczęśliwego przypadku lub dużego uporu aby między uczniem i profesorem nawiązało się zrozumienie. Przykład twórczości „mistrza" także nie odgrywa już dzisiaj tak ważnej roli jak dawniej, bowiem rozwarstwienie poglądów na sztukę (wspomniany poprzednio zanik jednolitych kryteriów) gdy często trudno sprecyzować co jeszcze jest dziełem sztuki a co nim być przestaje — przyniósł z sobą równoczesny zanik autorytetów. Dla współczesnych społeczeństw autorytetem może być „gwiazda sportu", niekiedy bardzo wybitny naukowiec dokonujący spektakularnego odkrycia, z zawodów artystycznych już chyba tylko ludziom filmu — najwybitniejszym reżyserom o światowym rozgłosie — zdarza się być autorytetem.
Miałem to szczęście, ze w początkach swej drogi malarza zetknąłem się z kilkoma wybitnymi artystami — pedagogami, z których każdy uczył w nieco odmienny sposób: Weiss (którego uczniem byłem zaledwie 3 miesiące) niemal nie robił korekty poszczególnych prac, jego korekta była ogólną „rozmową z pracownią" w trakcie której w pięknie zbudowanych zdaniach, roztaczał przed nami wątki poetycko-filozoficzno-życiowe, zachwyt dla natury, słońca (światła), wplatając w nie oceny czy przypomnienia obrazów dawnych mistrzów, porównania malarstwa z muzyką itp. Jego, nieco egzaltowana, korekta oddziaływała poprzez niezwykłą kulturę osobistą, szerokość horyzontów myślowych, ale prawdę mówiąc byliśmy zbyt młodzi i niedoświadczeni aby odnieść z niej pełną korzyść. Obrazy o których mówił, znaliśmy w najlepszym wypadku z reprodukcji (wiadomo jak błędne pojęcie dają nawet tak zwane „dobre" reprodukcje), bo należące do obowiązku dobrego wychowania wyjazdy młodych dziewcząt i chłopców z rodzicami za granicę i zwiedzanie tam muzeów należały niestety do odległej przeszłości. Odbieraliśmy więc taką korektę w dosyć szczątkowy sposób.
Eibisch (uczeń Weissa) — któremu zawdzięczam zarówno pojęcie o malarstwie jak i od którego — wydaje mi się — przejąłem najwięcej dla swej pedagogiki, prowadził korektę w podobny lecz bardziej konkretny sposób. Najczęściej odbywało się to następująco: przechodząc między sztalugami w milczeniu przyglądał się malowanym aktualnie obrazom i w pewnej chwili zaczynał opowiadać (początkowo wydawało się bez związku z czymś konkretnym), o książce którą właśnie czyta, o przedstawieniu teatralnym niedawno oglądanym, o kimś ciekawym kogo znał dawniej lub poznał ostatnio, o plantach widzianych wczesnym rankiem. I oto w pewnym momencie następowało, zaskakujące zazwyczaj, nawiązanie do ustawionej martwej natury, do wyglądu modelki, do obrazu malowanego przez któregoś ze studentów. Korekta kończyła się konkretnymi uwagami o prowadzonych przez nas obrazach. Malowałem kiedyś programowo ascetyczną martwą naturę: pękata butelka, wędzony śledź o złocistym kolorze, szklanka o kanciastych brzegach. Męczyłem się z tym obrazem dłuższy czas z opłakanymi wynikami. Profesor przychodził, patrzał w milczeniu i szedł dalej robiąc korektę innym.
Kolejnego dnia odezwał się wreszcie: „Co ty robisz? Przestań malować butelkę, śledzia i szklankę, przypatrz się temu! Ta butelka to jest panna z dobrego domu, która się puściła i jest w ciąży, śledź to resztka rodzinnego majątku, o który walczy żeby utrzymać siebie i to dziecko co się urodzi a szklanka to ciotka, jedyna z całej rodziny co się nie odwróciła tylko ją podpiera, pomaga jej!" Olśnienie — jak można było nie zobaczyć, że to panna w ciąży, ciotka i skarb?
Ważnym momentem działania pracowni było, że profesor przychodzi do nas ze swojej prywatnej pracowni sąsiadującej z naszą, że odszedł od własnego obrazu i przenosi do nas swoje własne problemy. W dni kiedy nie zjawiał się na korektę, świadomość, że jest obok, że od świtu stoi przy swojej sztaludze i maluje była także ważnym elementem nauki. Potem zlikwidowano długą tradycję pracowni profesorskich w budynku Akademii — wielki błąd, wielka szkoda. Czasem niektórzy z nas byli zapraszani do pracowni profesora — pokazywał nowe obrazy, mówił o malarstwie.
Trzecim z moich pedagogów był Ludwik Gardowski prowadzący zajęcia liternictwa i projektowania graficznego. Jego oddziaływanie na rozwój świadomości plastycznej studentów było dosyć tajemnicze. Był pedagogiem mającym duży wpływ na studentów i świetne wyniki nauczania mimo, że korekta jego składała się głównie z chrząknięć, poruszania palcami nad omawianym projektem, spojrzeń znad półszkieł okularów i powiedzeń „no wie pan?", „rozumie pan?", „tutaj — widzi pan?" i podobnych. Umiał jednak wytworzyć taki klimat, ze w trakcie korekty otwierały się całe enklawy nowych, nieznanych problemów.
Czwartym był Andrzej Jurkiewicz, wspaniały grafik, który dał początek całej krakowskiej szkole grafiki. Poznałem go w Szkole Przemysłu Artystycznego gdzie uczył w początkowym okresie wojny i zaczął wobec mnie naukę od wspomnianych wyżej sposobów stosowanych w dawnych warsztatach: kazał mi wyczyścić z zaschniętej farby jakieś naczynie, a ponieważ rzecz była niewykonalna więc przez szereg dni obserwował kątem oka moje zmagania aby po tygodniu powiedzieć „no to na całe życie zapamiętasz żeby nie zostawiać zaschniętej farby tylko umyć od razu." W ASP uczył mnie rysunku prowadząc rzeczową akademicką korektę o konstrukcji aktu, proporcjach, charakterystyce modela, jego ruchu itp. Czasem wtrącał zabawne „sposoby" na przykład: „stopa po wewnętrznej stronie jest zawsze zbudowana na wklęsłym łuku po zewnętrznej na wypukłym". Wszystkie uwagi okraszone były pomrukami spod obfitego wąsa. W pracowni grafiki słynne były jego „mowy do szafy"; otwierał szafkę, w której przechowywał swój chałat, cenniejsze materiały do pracy, własne narzędzia i stojąc przed nią mruczał pod nosem jakieś słowa, obwieszczenia w stylu „jutro przegląd końcoworoczny — proszę przynieść wiadro na krew i worek na kości!". Później gdy byłem już asystentem i pracowaliśmy w sąsiadujących ze sobą pracowniach prowadziliśmy wielogodzinne rozmowy o malarstwie (był również bardzo ciekawym lecz nie ujawniającym się na wystawach malarzem), opowiadał co dzieje się w Paryżu, o tamtejszych wystawach a był to szczelny na przenikanie wiadomości okres socrealizmu, słuchałem więc z zainteresowaniem.
Wreszcie przez blisko rok miałem szczęście słuchać wykładów Karola Frycza, nie tyle historii sztuki ile można by je nazwać „zagadnieniami sztuki". Przychodzili na nie czasem Eibisch i niektórzy profesorowie. Były to fascynujące refleksje i wspomnienia na temat tego co widział w muzeach świata, spektakli teatralnych, aktorów i innych artystów których kiedyś znał. Dotyczyły często sztuki wschodu bowiem w bogatym życiu był między innymi w latach 20-tych attache' kulturalnym RP w Tokio. Kontakt z artystami i pedagogami tej miary był dla mnie — wydaje mi się — najlepszą szkołą i starałem się w miarę swych możliwości część przynajmniej z tego co mi dali, przekazać następnym w sztafecie. Myślę, że nikogo nie „złamałem", że nikogo nie usiłowałem zrobić kimś innym niż był i że jeśli nie natychmiast to w dalszej samodzielnej już pracy wyciągnęli korzyść z naszych rozmów, z paru lat pracy w grupie kolegów w naszej wspólnej pracowni. Gromadziła ona prawie zawsze ludzi utalentowanych (wierzę w talent wrodzony), o poważnym stosunku do pracy (talent trzeba bowiem rozwijać) i dzięki temu wyniki bywały niekiedy niezłe.
Podsumowując tę garść refleksji myślę, że dzisiejszy malarz — pedagog może towarzyszyć swemu uczniowi w trudnym zadaniu chodzenia nad przepaścią po linie i chronić go aby nie spadł do dziury, z której nie ma wyjścia, może pobudzać go do ciągłego ponawiania wysiłków, uczyć go szacunku dla pracy, wykonywania jej jak najlepiej, nie powierzchownie, wreszcie uczyć uczciwości wobec siebie i swej sztuki. Natomiast nie wierzę aby można komuś dać wskazówki jak należy malować.
Jan Szancenbach
,
Rozmowa z prof. JANEM SZANCENBACHEM, rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie
URSZULA ORMAN: Malarstwo to bardzo prosta rzecz, dopóki się o nim nic nie wie. Te słowa Degasa zacytował pan na inauguracji roku akademickiego. Czy tak trudno dzisiaj być artystą?
JAN SZANCENBACH: Artystą w ogóle trudno być, nigdy nie było łatwo. Jeśli się popadnie w samozadowolenie, oznacza to koniec rozwoju artystycznego. Podobno ostatnie słowa Renoira brzmiały: wydaje mi się, że robię pewne postępy. Do ostatniej chwili towarzyszy nam w tym zawodzie ogromna niepewność, wewnętrzny niepokój, szamotanie. Tym bardziej się to odczuwa, im mniej zrozumienia i poparcia społecznego.
— Były przecież czasy, kiedy artyści cieszyli się dużym społecznym autorytetem. Matejko, Malczewski otoczeni byli szacunkiem.
— Takich okresów w historii nie było zbyt wiele. Dzisiaj każdy z nas pozostawiony jest samemu sobie, to bardzo obciążające.
— Przemawia przez pana rozgoryczenie, a nie ma pan przecież powodów jako znakomity, uznany malarz, pedagog z czterdziestoletnim stażem, rektor.
— Właśnie jako pedagog mam powody, by tak mówić. Jeśli wiem, że studenci nie mogą zdobyć kawałka płótna czy blejtramu, to trudno mi wymagać od nich wysiłku artystycznego. Widzę przecież, że wiele energii poświęcają na zdobycie materiałów. A start dla młodego artysty... toż to straszna sprawa. Zdobycie pracowni urasta do niebywałego problemu. Nowych prawie w ogóle nie ma, adaptacja strychów przekracza możliwości finansowe młodzieży, to przecież milionowe dziś koszty.
— O ile wiem, pan profesor przez wiele lat także malował w pokoju...
— To fakt, ale skłamałbym mówiąc, że mi to pomogło. Kiedy wreszcie miałem już własną pracownie i dobre warunki do pracy, spostrzegłem ze zdumieniem, że obrazy, które namalowałem w poprzednim miejscu, są z jednej strony jaśniejsze, z tej malowanej bliżej okna. Jako dojrzały malarz musiałem uporać się z takim śmiesznym warsztatowym problemem.
— Mimo tych powszechnych kłopotów ze zdobyciem pracowni, materiałów itp. młodym, wydaje się, że po pierwszej zagranicznej wystawie świat padnie przed nimi na kolana.
— Jako młodzi mają prawo do złudzeń, ale staram się im przekazywać prawdę, o życiu i kondycji artysty, prawdę, do której dochodzi się z biegiem lat.
— Przyjmują te prawdy bez oporów? Jak układają się pana stosunki z młodzieżą?
— Przede wszystkim są coraz luźniejsze. Prowadzę dość liczną pracownię i nie mam — z racji pełnionych obowiązków — zbyt wiele czasu na kontakty ze studentami. Poza tym odczuwam już zmęczenie.
— Jakiego rodzaju? Czysto fizyczne? Obcowanie z młodzieżą podobno oddziałuje korzystnie.
— Do pewnego momentu bez wątpienia tak. Nadchodzi jednak chwila, kiedy się stwierdza, że pozostawanie przez lata na pewnym pułapie, powtarzalność korekt, zniżanie się do stanu wiedzy studentów, to wszystko doprowadza do skostnienia.
— Czyżby pan uważał, że praca, pedagogiczna przeszkadza artyście?
— Mnie nie przeszkadzała. Najlepszy dowód, że pedagogiką zajmuję się już czterdzieści lat. Aż czterdzieści. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że te wszystkie pozaartystyczne zajęcia odbywam kosztem własnej twórczości. Im jestem starszy, tym częściej każdą godzinę odebraną malarstwu uważam za straconą.
— Miał pan jakąś przerwę w pracy pedagogicznej?
— Niestety, nie. Trochę szkoda, że nie miałem takiego okresu wyłącznie dla siebie. Asystentem zostałem bez żadnej przerwy na samodzielną pracę, profesor Eibisch zaproponował mi asystenturę jeszcze przed dyplomem.
— Mehoffer, Axentowicz także pracowali długo...
— Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja uczyłem, o ile to słowo jest odpowiednie, malarstwa z przyjemnością, podobno miałem jakiś talent pedagogiczny, ale ostatnio zbyt wiele pełnionych przeze mnie funkcji sprawia, że staję się niedzielnym malarzem i stąd moje rozterki. A co do naszych wielkich poprzedników, oni zajmowali się pedagogiką 15—20 lat, i to z przerwami jak np. Malczewski.
— Ale to ogromna zaleta naszego szkolnictwa artystycznego, że pracują w nim wybitni artyści, na Zachodzie nie ma takiej praktyki.
— Tam artyści nie mają takiej potrzeby. Istotnie jest to zaleta naszego szkolnictwa artystycznego nie wiem nawet czy uświadamiana przez studentów. Oni chyba nie zdają sobie sprawy z tego ilu wyrzeczeń wymaga od artysty tzw. nauczanie.
— Poprzez stanowisko dziekana wydziału malarstwa, prorektora do spraw nauczania doszedł pan do funkcji rektora. Jak z tych wyżyn widzi pan sprawy własnej uczelni?
— W tej chwili działalność kierownictwa skłania się raczej do ochrony istniejącego stanu niż do rozwoju. Niedobory lokalowe stworzyły taki splot zagadnień i niemożności, że to —20 rzutuje na wiele spraw, nawet na zmiany personalne. Kiedy byłem dziekanem wydziału malarstwa zapraszaliśmy np. artystów, którzy wykładali u nas gościnnie. Na tej zasadzie przez dwa lata pracował na Akademii Andrzej Strumiłło. Ta forma nie dała się utrzymać, u nas jest to niemożliwe. Uczelnia poznańska na Przykład mogła sobie pozwolić na to, by dojeżdżał tam Tadeusz Brzozowski. No, ale to wiąże się właśnie z sytuacją lokalową, organizacyjną.
— Przez kilkanaście lat zasiadał pan w Radzie Szkolnictwa Artystycznego, czy skrócenie studiów artystycznych do lat pięciu korzystnie wpłynęło na przebieg kształcenia?
— Absolutnie nie. Po czwartym roku następuje rekapitulacja zdobytej wiedzy. Piąty rok na nią przeznaczony i szósty dyplomowy, jak to było niegdyś, to dobre rozwiązanie, zaniechane niestety. Dlatego od wielu lat wszystkie u-czelnie artystyczne wnioskują o powrót do sześcioletnich studiów. Na niektórych kierunkach kształcenia muzycznego dało się to zrobić, na uczelniach plastycznych jeszcze nie.
— A programy nauczania rozbudowuje się, młodzież to wytrzymuje?
— Musi, cóż ma robić. To jednak się na studentach niekorzystnie odbija. Młodzież jest zmęczona, traci impet, z jakim wkraczała na uczelnię. Do tego dochodzi jeszcze zmęczenie brakiem jednolitych kryteriów w sztuce.
— Na to już chyba wpływu nie mamy. Tempo dzisiejszego życia powoduje taki chaos i pomieszanie kryteriów, nowe kierunki pojawiają się i znikają, a zmiany zachodzą szybko. Jak w takiej sytuacji kształcić artystów? To chyba niesłychanie trudne?
— Młodzież musi mieć odniesienie do elementów uchwytnych, dlatego musi się kształcić na studiach natury. A pedagog z prawdziwego zdarzenia powinien rozwijać świadomość artystyczną studentów.
— Było ją chyba łatwiej rozwijać wówczas, gdy kontakt mistrz-uczeń istniał naprawdę. Dlaczego zlikwidowano na Akademii prywatne pracownie profesorskie?
— Głównie z powodów lokalowych.
— Szkoda, świadomość, że za ścianą pracuje profesor i w każdej chwili może wyjść i zaprosić do pracowni, niewątpliwie studentom pomagała. Nowoczesna pedagogika bardzo się odhumanizowała.
— Nie tak znów bardzo. Podczas korekt ten kontakt jest zachowany.
— Jakie są pana korekty, profesorze? Czy przejął pan metodę od swoich pedagogów czy wypracował własną?
— Wydaje mi się, że najwięcej przejąłem od profesora Eibischa i to nie tylko jeśli idzie o pedagogikę. Jego korekty odbywały się w ten sposób, że profesor snuł na pozór luźne opowieści, refleksje o tym, co przeczytał, zobaczył itp. i w pewnym momencie przechodził do konkretnych uwag, mających jednak związek z tymi opowieściami.
— Uważa pan, że malarstwa można nauczyć?
— Akademia niewątpliwie daje bardzo dużo, choć osobiście nie bardzo wierzę w to, by móc komuś udzielić wskazówek, jak ma malować. Sugestie profesorskie mogą tylko nauczyć uczciwości wobec siebie i sztuki, rozbudzać świadomość artystyczną. Nauczyć można spraw warsztatowych, ale w malarstwie, w sztuce w ogóle, tak wiele zależy przecież od intuicji.
— Autorytet mistrza w budowaniu własnego światopoglądu artystycznego odgrywa chyba dużą rolę?
— Czy bardzo dobry nawet malarz może być dzisiaj autorytetem? Czasy się zmieniły i przykład profesorski nie oddziałuje już tak wyraźnie na uczniów. W dziedzinie sztuki nastąpił zanik autorytetów. No, może jeszcze w przypadku wybitnych reżyserów to się zdarza, w malarstwie nie.
— Dlaczego? Przecież wśród znanych malarzy jest wielu o niezwykle ciekawych osobowościach.
— Owszem, lecz ten chaos t brak jednolitych kryteriów w ocenie dzieła sztuki, o czym już mówiłem, sprawia, że trudno być uznanym za autorytet. Łatwiej nim być w sporcie, nauce, wszędzie tam, gdzie można zyskać, światowy najlepiej, rozgłos. Jak przy braku jednoznacznych kryteriów ocenić, czy obraz jest dziełem genialnym, wybitnym czy tylko poprawnym? Bardzo trudno. Młodzież to wie i dlatego tak wielu studentów bywa przesadnie wyczulonych na temat własnej „indywidualności".
Tubka farby olejnej jest niewyczerpaną kopalnią osiągnięć, a kolor - odwiecznym, generatorem wzruszeń plastycznych.
Jan Cybis
Płomienna czerwień krabów, soczysty róż rozłupanych arbuzów, mocny oranż chryzantem, jaskrawe żółcienie cytryn, nasycone turkusy wazonów, głęboki fiolet obrusów — barokowy przepych kolorów jest głównym wyróżnikiem sztuki Jana Szancenbacha. Kolor był dla niego środkiem i celem malowania, naczelnym budulcem obrazu, konstruktorem przestrzeni i głównym tematem obrazu. Badacze twórczości artysty jednomyślnie wywodzą jego rodowód od kapistów i osadzają go w nurcie krakowskiego koloryzmu. Na pierwszy rzut oka widać jednak jak daleko odszedł on od przedwojennych kapistowskich reguł, choć uczynił z nich stabilny stelaż swojego malarstwa.
„Jeśli zastanowimy się nad meandrami sztuki XX wieku - pisze Maria Rzepińska - dojdziemy do wniosku, że koloryzm był nie tyle kierunkiem, co postawą. Była to ostatnia postawa, która świadomie nawiązywała do europejskiej nowożytnej tradycji obrazu jako jednolitego organizmu pikturalnego, z zaczepieniem w naturze, a ściślej mówiąc w jej fenomenach kolorystycznych, ale transponującego te fenomeny na autonomiczną strukturę tworu malarskiego". Bycie malarzem kolorystą nie oznacza konkretnego sposobu posługiwania się farbą, operowania taką czy inną plamą barwną. Wystarczy przecież porównać ze sobą obrazy Cybisa i Potworowskiego, aby przekonać się jak bardzo różnią się od siebie choć malowane były przez artystów tego samego ugrupowania. Postawa ta oznacza świadomy wybór wartości kolorystycznych, które jako jedyne kształtują dzieło. Wiąże się z tym przeważnie rezygnacja z narracji, wykluczenie anegdoty z obrazu, co ogranicza artystę do trzech motywów: martwej natury, pejzażu i portretu. I jeszcze stosunek do natury - nieustanny zachwyt nad barwnością i bogactwem otaczającego świata. Jak twierdzi Helena Blum, koloryzm był „ostatnią szkolą wykazującą spoistość ideologii. Bo dzięki swojej jednostronności była ona spoista, choć jednocześnie elastyczna, gdyż dopuszczała ogromną ilość rozwiązań". Właśnie w tej wielości rozwiązań Szancenbach odnalazł i wypracował swój indywidualny styl - oryginalną wersję koloryzmu — o bujnej fakturze, mocnym kolorycie, często na pograniczu abstrakcji.
Zainteresowanie formułą malarską, która zdawałoby się przeżyła swoje apogeum w okresie międzywojennym, nie stanowi zagadki - Jana Szancenbacha jest kolorystą z racji pokolenia i wyboru. Studia rozpoczął tuż po II-ej wojnie, w czasie, kiedy artyści orientacji kolorystycznej mieli bardzo silny wpływ na młodych malarzy, a krakowska Akademia Sztuk Pięknych stała się ich przystanią. Prym wiodły wówczas pracownie Hanny Rudzkiej-Cybisowej, Eugeniusza Eibischa, Jerzego Fedkowicza, Czesława Rzepińskiego. Szancenbach wysoko cenił swoich poprzedników: „Wciąż czytam i słyszę różne przepojone żółcią narzekania i skargi, że w latach międzywojennych koloryści opanowali szkolnictwo artystyczne. No i dobrze, i chwała Bogu, to byli bardzo świetni malarze". O swojej drodze malarza i o artystycznych upodobaniach powiedział: „Nigdy nie robiłem gwałtownych zwrotów. Moje życie artystyczne to spokojna kontynuacja tego, co wyniosłem z pracowni Eibischa. Owszem, był króciutki okres fascynacji malarstwem abstrakcyjnym, ale kiedy po raz pierwszy pojechałem do Paryża, zobaczyłem tam zalew płytkiej abstrakcji i odrzuciło mnie. Abstrakcja nie przylega ani do mojego temperamentu, ani do moich potrzeb — więc wycofałem się. Obserwuję, że im jestem starszy, tym chętniej maluję realistycznie. No i nigdy nie porzuciłem koloru".
Z kapistami łączy Szancenbacha stosunek do natury - naczelnego impulsu powstania obrazu, który wi nien jednak być tworem niezależnym, optycznym przedmiotem. „Malować to nie wytwarzać lecz myśleć, to sprawa postawy - mówiła Rudzka-Cybisowa - Natura jest zawsze taka sama. Obrazu gotowego w naturze nie ma. Obraz się tworzy". A Piotr Potworowski dodaje, że „obraz zaistniał dla człowieka, a nie dla pejzażu, który nie przegląda się w obrazie jak w lustrze". W pracach Szancenbacha następuje więc zamiana świata rzeczywistego na świat, który realizuje się na płótnie. Niezależnie od motywu - drzewa, ogrody pełne kwiatów, krakowskie Planty, wizerunki żony i przyjaciół — obraz jest dla niego przede wszystkim kompozycją kolorystyczną zbudowaną zawsze na tych samych zasadach.
Działanie koloru potęgują jeszcze efekty fakturowe - grube warstwy gęstniejącej farby, która odbija światło i nadaje barwom soczystości. „Malarstwo nosisz w swojej kasecie - pisał Cybis - Cudowną rzeczą jest farba. Dyktuje tak samo swoje prawa, jak je dyktuje natura, która nosisz przed oczami".
Od pierwszego pokolenia naszych kolorystów różni natomiast Szancenbacha stosunek do koloru. Już Pankiewicz zauważył, że impresjoniści ograniczali różnice walorowe — stosowali domieszki białej farby, niwelując w ten sposób zbytnie nasycenie kolorów i w efekcie zubożając warstwę kolorystyczną obrazu. Polscy malarze w znacznej mierze przejęli tę metodę postępowania. Kapiści mieli swoje przykazania jak zrobić dobry obraz -używanie czystych pigmentów, odrzucenie czerni, co w praktyce daje kontrast kolorów ciepłych i zimnych. Ich obrazy są przeważnie starannie i mozolnie obmyśloną tkaniną kolorystyczną, a wszystkie barwy traktowane są z równą uwagą. Szancenbach idzie dalej, dąży do wyzwolenia koloru ze sztywnych ram kapistowskiej doktryny. Zdaniem Marii Rzepińskiej „tym dalszym krokiem jest intensyfikacja chromatyki, nasilenie indywidualnej jakości barwy w obrębie płótna tak, aby przemawiała pełnym głosem". Koloryt jego obrazów jest bardzo charakterystyczny, przeważnie gorący, zbudowany na zasadzie silnych kontrastów, łatwy do identyfikacji - idący ku coraz ostrzejszemu, coraz bardziej napiętemu brzmieniu barw. Szancenbach wykorzystuje chętnie doświadczenia fowizmu, kładzie wyraźny nacisk na ekspresyjne wartości koloru. Jego płótna mają zdecydowanie eksponowane strefy kolorowe. Nasycone turkusowe błękity i płomienne cynobry, które Rzepińska nazywa czerwienią Szancenbacha stanowią często dominantę obrazu. Porównując te obrazy z pracami takich kapistów jak Hanna Rudzka czy Jan Cybis możemy odnieść wrażenie przejaskrawienia. Nie wynika ono jednak z malarskiej nieporadności artysty. Intensyfikacja chromatyki, o której już wspomniałam, to wkład Szancenbacha w rozwój naszego koloryzmu. Z resztą chętnie, i z dużą swobodą, stosuje także barwy przytłumione - piękne są w jego obrazach delikatne różowości, seledyny, rozbielone błękity i fiolety. Włodzimierz Hodys pisze, że Szancenbach „zmusza widza aby widział i słyszał równocześnie tę muzykalność obrazu, która oparta jest na odpowiednich środkach kolorystycznego wyrazu, zestrajanych w harmonię i kontrapunkty plam barwnych. Świat otaczający go przemawia do niego muzykalnością swoich form, a on transponuje je na barwy, szukając odcieni dźwięków". Właśnie za pomocą koloru kształtuje Szancenbach odpowiednią atmosferę swoich płócien: „Mnie w moich obrazach najbardziej zależy na nastroju, klimacie - mówił - Chcę oddać prawdę własnego przeżycia - to jest to".
Powracał wciąż do tych samych motywów - do widoku z okna pracowni, do staranie ułożonej martwej natury, gdzie w nieskończoność powtarzał się ten sam repertuar obiektów: pomarańcze, kawony, kwiaty. A jednak każdy z tych obrazów jest odczuty, przeżyty -jest dowodem na to, że „zawsze sztuka będzie kontemplacją, gdyż inaczej przestałaby być tym czym jest, właśnie kontemplacją".
Małgorzata CZYŃSKA
historyk sztuki
Marzeniem wielu malarzy, nie tylko krakowskich, była przemożna chęć, aby wystawę ich obrazów poprzedził kiedyś wstęp zmarłej nie tak dawno, Pani profesor Marii Rzepińskiej, wybitnej znawczyni sztuki europejskiej, a więc i polskiej zarazem. Tylko nieliczni doczekali się takiego omówienia, do nich należy także i Jan Szancenbach profesor krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, kiedyś jej rektor, artysta związany z tą uczelnią przez całe życie twórcze. Pani profesor pisała o twórczości krakowskiego artysty między innymi tak: "Jan Szancenbach nie wspomaga swojej twórczości żadnym komentarzem, pozostawiając z nią widza sam na sam. Jest on jednym z rzadkich obecnie artystów, którzy nie podbudowują swej sztuki skomplikowaną doktryną. Ileż to razy czytałam introdukcje i manifesty polityków, nadużywające wielkich słów, które w konfrontacji z rzeczywistością wizualnych doznań wykazywały żenującą niewspółmierność. Szancenbach chce przemawiać do widza przede wszystkim swym malarstwem nie pseudouczonym dyskursem."
To stwierdzenie oddaje nie tyle istotę sztuki Jana Szancenbacha, ile jest charakterystyką mało dziś spotykanej postawy twórczej, która zawiera w sobie zarówno pewien rodzaj skromności, jak i nieodzownej dla artysty pewności siebie, a raczej pewności własnej koncepcji artystycznej. Miałem okazję odbyć z profesorem Szancenbachem kilka dłuższych rozmów, zarówno tych, które dotyczyły jego malarstwa bezpośrednio, jak i tych odnoszących się do sztuki w ogólnym znaczeniu. Przyznam, że do tego, co napisała Pani profesor można dodać niewiele. Z profesorem Janem Szancenbachem dużo swobodniej rozmawia się bowiem na tematy ogólne, mówiąc o jego malarstwie napotyka się na rzadko spotykany rodzaj czegoś w rodzaju zażenowania, a przecież jest to malarz ceniony nie tylko na gruncie krakowskim. Wystawy obrazów krakowskiego malarza cieszą się powodzeniem w Londynie, Paryżu i Japonii, gdzie zdobyły sobie uznanie szczególne. Pisząc o powodzeniu i uznaniu najczęściej mamy na myśli to, co o twórczości artysty napisali krytycy, tymczasem w wypadku Szancenbacha uznanie to wyraża się także licznymi zakupami jego płócien.
Jan Szancenbach malarz typowo krakowski jest także twórcą, którego dość precyzyjnie można umiejscowić w artystycznej tradycji europejskiej. Spadkobierca sztuki tworzonej przez polskich "kolorystów" jest także, kontynuatorem kierunków i sposobów konstruowania obrazów do jakich i oni nawiązywali. Jan Szancenbach to także jedna z charakterystycznych postaci krakowskiego świata artystycznego.
Andrzej Warzecha
„W rzeźbach artysty odbija się polski koniec XX wieku: to dążenie do bycia Europejczykiem jak Holender czy Szwed i jednocześnie życie purytańskie. Zakłamanie i odwaga. Głupota ze ślepotą i nowoczesność. Posługiwanie się telefonem komórkowym i wiara w moc medycyny ludowej.
Większość rzeźb R. Wiśniewskiego to prace człekoidalne , przy pomocy których artysta ukazuje polskie paradoksy: „ Punk”, „ Czubek”, „ Mówca ”, „ Podglądacz ”, wykonane z mosiądzu i brązu . Jest ośmieszająca naszych bogaczy rzeźba „ Skąpiec ” z granitu szwedzkiego . Są też dzieła z podtekstem erotycznym , np. „ Taran ”, „ Dedal i Ikar ”. Są i dzieła na pozór niewiele mówiące, w rzeczywistości dogryzające nam wszystkim - bez wyjątku. Romuald Wiśniewski nie tyle zamyka naszą rzeczywistość w szlachetnym metalu, co ją dosadnie aresztuje. Zobaczcie, jacy jesteście, mówi. Z kogo się śmiejecie ? Z siebie, powtarza słowa Gogola. Stąd tytuł wystawy – „ Znaki czasu ”.
Artysta jest zawodowcem, tzn. żyje z tego co sprzeda. Być może to powoduje, że nie tworzy dzieł symbolicznych, ogromnych, możliwych do interpretowania na różne sposoby. Ale czy to jest wada czy cecha pozytywna ? Zdaje się, że R. Wiśniewski dobrze wie, gdzie i kiedy żyje, co i ile potrafi...”
Alfred Siatecki
„The artist ’ s sculptures reflect the end of 20 th century Poland : European in a Dutch or Swedish sense but puritanical at the same time . Breakdown and courage . Naivete and modernity . Use of cellular phones and belief in folk medicine.
Most of R. Wiśniewski sculptures are anthropoids by which the artist shows Polish paradoxes : „ The Punk ” , „ The Tip ” , „ The Orator ” , „ The Peeper ” are made of brass and bronze . A sculpture mocking rich people called „The Miser ” is made of Swedish granite . There are also works of art with implied erotic meaning , i.e. „ Taran ” „ Dedal and Ikar ” . There are also works , which do not seem to say much but do in fact sting each of us – without exception . Romuald Wiśniewski not only encloses reality inside precious metals , he literally arrests it . Look at who you are he says . Whom are you laughing at ? At yourself he repeats Gogol ’ s words . From it also comes the exhibition ‘ s title – „ The Signs Of the Times ”.
The artist is a professional which means he lives on what he sells.
Maybe this is why he is not creating big symbolical works of art that could be interpreted in different ways . It seems that R. Wiśniewski is keenly aware of his time and place in the world , what and how much he can do ...”
Alfred Siatecki
Na początku byt rytm. To on zrodził wszelką sztukę. Muzykę i poezję, i piękne pismo, i rzeźbę, i malarstwo - stwierdzi) autorytatywnie biskup Hippony, Augustyn, święty lecz również esteta niepośledniej miary. I trudno nie przyznać mu racji w tym względzie, bo oczywiście, rytm wprowadza ład w chaos dźwięków, barw i form. Ów ład jest podstawą i conditio sine qua non sztuki. Również jego jawna, lub niejako podskórna obecność leży u podstaw podobieństw, łączących wszystkie dyscypliny artystyczne i na nim też opierają się udane próby przełożenia dźwięków na obraz lub przeciwnie. Tylko na rytm też reagujemy równie silnie, jak na barwy, w czym nic dziwnego, zważywszy, że sami jesteśmy rytmem i w rytmicznym też żyjemy otoczeniu: w jego takt bije nasze serce i rytm dni wyznacza nasze istnienie. Lecz dość już może tego, niezrozumiałego zrazu wprowadzenia do sztuki Teresy Wallis-Joniak, choć w ostatecznej konkluzji wydaje się ono celowe: otóż matka artystki była pianistką. Studiowała zaś w berlińskim konserwatorium o mile brzmiącej nazwie "Sternchen", gwiazdka, z samym Arturem Rubinsteinem, co świadczy o renomie tej szkoły. Teresa Wallis-Joniak rosła i dojrzewała w domu wypełnionym muzyką. Dobrą, lub nawet świetną muzyką, należy dodać, a ta sprzyja rozwojowi wrażliwości na sztukę, o czym wiem, gdyż również moja matka kończyła konserwatorium w klasie fortepianu. Tyle że wiedeńskie, co jednak nie należy do rzeczy. Ojciec Teresy Wallis był dla odmiany znanym etnografem, a dziadek inżynierem - konstruktorem, przyjmowanym na berlińskim dworze Hohenzollernów, a inżynieria była zawsze zaliczana do sztuk. Czasem nawet wyżej od malarstwa stawianych, jak w przypadku Leonarda. Czyż można się więc dziwić artystycznym zamiłowaniom młodziutkiej Teresy Wallis?. Zaczęła więc malować w dziecinnych jeszcze latach. Spontanicznie i con amore i te również - jakże cenne, acz często niedocenione przymioty towarzyszą jej do dziś. Tyle że pomnożone wiedzą, doświadczeniem i świadomością dojrzałej artystki. Niemniej organiczna wręcz potrzeba malowania pozostała nie zmieniona i nie naruszona. Dla siebie tylko, lub głównie i w pierwszym rzędzie. Nie dla sławy zatem lub pieniędzy, jak to się zawsze zdarzało, zdarza i zapewne zdarzać będzie. Sztuka jest bowiem dla Teresy Wallis-Joniak facon d'etre, najbardziej naturalnym sposobem życia i bycia, a przy tym źródłem nieustającej radości i ucieczką od brzydoty w najszerszym tego słowa rozumieniu, o czym wiedział nawet daleki od optymizmu Fiodor Dostojewski, mówiąc, że piękno zbawi świat. A jeśli go nawet zbawić nie może w jego totalnym wymiarze - to potrafi odgrodzić jednostkę i najbliższe jej istoty od wszelkiej szpetoty. Tudzież pozwolić spojrzeć na otoczenie innych życzliwymi oczyma. Zaś te dostrzegą tylko najjaśniejsze strony rzeczywistości.
Z takiego właśnie materiału, z takich spostrzeżeń, uczuć i przemyśleń Teresa Wallis-Joniak zbudowała swą sztukę. Najlepiej zaś przystosowanym i przygotowanym do opiewania urody świata nurtem był, i nadal w naszym przynajmniej stuleciu pozostaje, impresjonizm i jego pochodne. Nurt, który zdobył wstępnym bojem sale wystawowe i salony międzywojennej Polski i wyniósł na akademickie kadry swych najwybitniejszych przedstawicieli, a było ich wielu. W tym zwłaszcza w Krakowie, skąd uczniowie Pankiewicza wyruszyli na studia do Paryża, gdzie zdobyli szlify prawdziwych europejskich malarzy. A to znaczyło wówczas - najbardziej światowych i najbardziej en vogue, boć przecie Paryż był w tamtych latach niekwestionowaną stolicą sztuki, a Kraków pełnił jego rolę w naszym kraju, dla której to przyczyny mówiono do niedawna jeszcze o "krakowskim koloryźmie". Tego właśnie, "krakowskiego koloryzmu" nauczano na Akademii jako jedynego w zasadzie godnego współczesnego malarza sposobu budowania obrazu, lub raczej - "gry barwnej na płaszczyźnie", jak mawiano w kręgach wtajemniczonych. Lecz wówczas, po wojnie, klasyczny krakowski koloryzm miał już swój heroiczny okres poza sobą. Stał się, jak to zostało już powiedziane - przedmiotem nauczania.
A ten musi być ujęty w karby i obwarowany stosowną sumą zakazów i nakazów. Musi - chcąc nie chcąc - zmienić się w regułę, w receptę na malowanie dobrego, czyli pozbawionego błędów obrazu. Brak błędów, jaką jest gatunkowa czystość, oznacza jednak zaledwie poprawność. Czy można się zatem dziwić młodym buntowniczym z racji wieku i powołania adeptom sztuk pięknych, że - z całym szacunkiem dla mistrzostwa swych pedagogów - jęli szukać sobie terenów ryzyka? Tego ryzyka, bez którego nie ma prawdziwej sztuki?
W latach powojennych polem tym była przestrzeń i mocno z nią związana postkubistyczna geometryzacja. Pociągała młodych swą innością, lecz nie tylko: również lekceważeniem największego sacrum postimpresjonistycznej doktryny, jaką była malarska płaszczyzna. Zwrot - "on przedziurawił płaszczyznę", lub krócej - "o, dziura!" dyskredytował obraz i odbierał mu wszelką wartość. Czy można się dziwić, że dziurowanie świętości kusiło młodych nieodpartą mocą zakazanego owocu?. Teresa Wallis-Joniak zaczęła więc od geometrii, nie zapominając jednak o kolorze i jego podwójnej naturze. Emocjonalnej i konstrukcyjnej. Tak właśnie, jak go traktowali artyści z kręgu Sonii i Roberta Dalaunay, a przed nimi Cézanne, zalecający postrzeganie natury poprzez walec, kulę i stożek. No i pragnący uczynić z impresjonizmu coś równie trwałego, jak sztuka muzeów.
Lecz to nie oni jednak stali się jej ulubionymi malarzami. Ulubiony natomiast znaczy w tej szczególnej profesji - bliski duchem, ten, któremu chciałoby się dorównać, zrobić to samo, lecz po swojemu. A jeśli to możliwe - lepiej. Ulubionymi malarzami Teresy Wallis-Joniak są bowiem Tintoretto, Veronese i Goya. Dwu Wenecjan z najgorętszego okresu tamtego malarstwa i Hiszpan o wrzącym temperamencie i poczuciu takiej, ze nie liczącej się z nikim i niczym swobody i niezależności. Bo właśnie poczucie pełnej wolności łączy owych trzech, z pozoru tak sobie różnych malarzy. Nic nie jest w stanie położyć tamy ich wyobraźni. Żadne nakazy, żadne tabu i rygory, poza dobrym smakiem i malarskim instynktem. Oraz lekkość traktowania tematu, owo specyficzne i właściwe tylko dobrym i bardzo dobrym artystom wrażenie, jakoby ich obraz powstawał sam z siebie, bez trudu i mozołu, o czym tak przekonywująco pisał Francesco de Hollanda przed pięcioma już wiekami.
Lecz to nie koniec jeszcze: ulubionym pisarzem artystki jest Dickens, mistrz refleksji, zrodzonej z drobnych, codziennych i zda się - niepozornych spraw, które potrafi podnieść do rangi i poziomu rzeczy najważniejszych i jedynych. Muzyka, wielcy mistrzowie renesansu, z nikim nieporównywalny Goya i - nagle, jak Deus ex machina - trzeźwy, wiktoriański Anglik? Tak, bo tenże Dickens potrafił poruszyć serca ludzi prostotą swej opowieści i trafną interpretacją faktów, i więcej nawet - umiał sugerować, że niczego poza nią nie ma, bo być nie może. A jeśli nawet jest - to nie zasługuje na uwagę, przygniecione przez temat największy i najważniejszy, temat jedyny. W sztuce Teresy Wallis-Joniak jest nim zachwyt nad światem i jego pięknem. Prawdziwym pięknem, a nie jego chłodną i dekoracyjną namiastką, w jaką tak często zmieniał się gorący przecież nurt postimpresjonizmu. Lecz świat oszałamia bogactwem form i barw. Należy więc wybrać z niego to, co najważniejsze, bo rację miał Nitzche pisząc, że artystom nie wolno postrzegać rzeczy takimi, jakimi są naprawdę". Właśnie wybór też i dokonane przez artystę zmiany określają temperament malarza i wyznaczają etapy jego rozwoju.
Teresa Wallis-Joniak wyraża więc swe zauroczenie światem poprzez linie jego budowy, kolor i światło. Na równi, acz z coraz większą przewagą a nawet dominacją koloru i światłocienia, co plasuje ją w kręgu, lub też najbliższych regionach, ekspresjonizmu barwnego. Tym bliższych, że artystka ignoruje często koloryt lokalny, że jej tonacje i dominanty są autonomiczne, dalekie od prostej rejestracji rzeczywistości. Natura, czy szerzej - obiektywny widok - daje impuls, przeżycie i temperaturę emocji. Reszta jest sztuką.
Teresa Wallis-Joniak rozpoczyna pracę od szkiców. Wielu szkiców, z których wybiera motywy i przetwarza je, podkreślając to, co w nich dla niej najważniejsze. "Bawią mnie plamy światła na trawie, czasem pies, czasem linie przecinające się w głębi pejzażu - lecz zawsze wyrażone kolorem. Kiedyś malowałam greckie rzeźby tak pięknie kontrastujące z zielenią... Różnie to bywa, bo nie istnieje żadna reguła. Jestem całkiem nieregularna." - powiada.
A jednak. A jednak w owej nieregularności pewne reguły istnieją. Nie bez przyczyny w tak wielu obrazach Teresy Wallis-Joniak pojawia się architektura. Wyraźna i wyrazista siatka jej pionów i poziomów, okien oraz drzwi, dachów, narożników i gzymsów tworzy dalekie tło, lub scenę, na której artystka rozgrywa swe wielkie theatrum światła i cienia, ciepłych, słonecznych tonów, zestawionych z dźwięcznymi chłodami błękitów i zieleni. Częsty, acz być może - podświadomy wybór architektury świadczy jednak o potrzebie rytmu. Koło się zamyka. Tudzież o aprobacie ingerencji człowieka i jego myśli w naturę. A to niemało, gdyż wielu współczesnych pejzażystów, do których Teresa Wallis-Joniak - mimo podejmowania wielu innych motywów, jak portret czy martwa natura - się w rzędzie pierwszym zalicza, poszukuje i przedkłada ponad nią krajobraz dziewiczy", bo nietknięty jakoby ludzką ręką. Jakoby, ponieważ w Europie pejzaż taki przestał już istnieć przed paroma wiekami.
Architektura, rytm, myśl i emocja zawarta w jej metrum, spokojnym, jak spacerowy krok, szybkim jak bieg lub złamany synkopą jak nagła zmiana nastroju. Kolor wraz z światłocieniem i rysunek, wszystkie złączone ze sobą głoski malarskiego języka mają wyrażać siłę. "Bo obraz - mówi artystka - ma działać, ma oddawać mnie i moje emocje, moje wzruszenia i uczucia. To ważniejsze nawet od klimatu rzeczywistości". Ważniejsze od obiektywnej prawdy zatem.
A my jej wierzymy, bo sztuka ma wielką moc przekonywania.
Suplement.
Należy chyba uprzedzić nieuniknione pytanie, tyczące podobieństw łączących sztukę małżeństwa Joniaków. Bo są podobni, gdyż podobnymi po prostu być do siebie muszą. Wszak dojrzewali w tym samym mieście i środowisku, ulegali więc tym samym fascynacjom i pasjonowali się tymi samymi zagadnieniami plastycznymi. Ponadto działo się to w niepojętej już dla najmłodszych, a zapomnianej często przez starszych, epoce hegemonii czystych kierunków w sztuce. Wyraźnie od siebie odgraniczonych, gdyż różniących się tym, co w dobrej sztuce najważniejsze - w leżącej u ich podstaw filozofii i światopoglądzie artystycznym, wraz z wyznaczoną przezeń hierarchią wartości. Wtedy zatem, gdy twórców nie obowiązywała jeszcze inność za wszelką cenę, bo czułe oko znacznie od demonstracyjnej odrębności wyżej ceniono.
Obecnie państwo Joniakowie podróżują razem, oglądają te same widoki, ulegają podobnym zauroczeniom. I są ze sobą od lat wielu. Również dla tych właśnie przyczyn: dla podobieństwa temperamentów, zainteresowań i stosunku do życia. Jednako życzliwego i pogodnego, co znajduje odbicie w ich malarstwie. Jakże więc mogliby nie być podobni?. Lecz łączące ich związki przypominają dyskurs, toczony przez Niemca i Francuza, w którym pierwszy powiada: z czysto naukowego punktu widzenia, różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną są niewielkie... - na co drugi - ale niech żyją te drobne różnice!
Jerzy Madeyski
In the beginning there was rhythm. It gave birth to all types of art. Music and poetry, and beautiful writing, sculpture and painting - as was authoritatively stated by Augustine, the bishop of Hippona, who was a saint but also a no mean aesthete. We must agree with him in this respect because rhythm obviously introduces order to the chaos of sounds, colours and forms. The orderliness is the principal basis and conditio sine qua non of art. Its either overt or concealed presence lies at the heart of the similarities which link all types of art. All successful endeavours to express sounds in a visual form or vice versa are also based on it. Only to rhythm is our reaction equally strong as to colours, which does not come as a surprise when we consider that we ourselves are the rhythm and that we live in a rhythmical surrounding: the beat of our hearts is rhythmical and the rhythm of days marks our existence. Perhaps, at this point my introduction to the artistic work of Teresa Wallis-Joniak seems to be unclear but in the end its purpose will become obvious when you learn that the artist's mother was a pianist who studied with Arthur Rubinstein at the famous Berlin conservatory "Sternchen". Teresa Wallis-Joniak grew up in the home filled with good and excellent music which was certainly conducive to the development of her sensitivity to art (I know the reaction from my personal experience, since my own mother studied the piano at the Vienna conservatory). Teresa Wallis's father was an ethnographer and her grandfather an engineer-constructor who was received at the Berlin court of the Hohenzollems. Engineering was recognized as an artistic discipline in those days and sometimes was even more appreciated than painting. Thus, we should not be surprised with Teresa Wallis's interest in art. She started to paint when she was still a child. She did it spontaneously and con amore. Those precious objects, so frequently unappreciated, have stayed with her until the present time. They have been sifted through the knowledge, experience and consciousness of a grown-up artist. However, the most essential need to paint has remained unchanged and intact. It is the want to paint only or mainly for herself. Not for fame or money, as it always happened, still happens and will surely happen in the future. Art is facon d'etre for Teresa Wallis-Joniak. It is the most natural way of life and manner and, at the same time, a source of continuous joy and an escape from ugliness, which fact Dostoyevski meant when he said that beauty would save the world. Even if it cannot save the whole of it, beauty can wall off a human being from all the surrounding hideousness. It also enables one to accept everything good-naturedly and perceive only the lightest sides of reality.
Teresa Wallis-Joniak created her art of such a material, from such observations, feelings and thoughts. The artistic trend which in our century is best equipped and prepared to extolling the praises of the beauty of the world is the Impressionism and its variations. It is the trend which stormed exhibition rooms and artistic salons of Poland in the interwar period and elevated its most outstanding representatives to academic posts. Particularly in Cracow where from Pankiewicz's pupils set out to Paris in which in due time they were recognized as accomplished European painters. In those days the group included the most worldly and fashionable painters because Paris was undeniably the artistic capital of the world. Cracow played the same function in Poland and that is why until recently we spoke of "the Cracow Colourism". "The Cracow Colourism" was taught at the Academy as the only right style of painting, or "a colour play on the plain" which was truly worth the interest of a contemporary artist as they used to say in the circle of the insiders.
However, after the war the classical Cracow Colourism had left its heroic stage already behind. It became simply a school subject. As such it was defined by restrictions and limits. It was transformed into a rule and turned into a prescription for a good and faultless painting. However, the generic purity and its lack of faults merely denotes correctness. Consequently, we cannot be surprised that young contesting students of art, while preserving full respectfulness for their teachers' mastery, began to look on their own for the areas of venture. The hazard without which no art can be created.
In the post-war period the space and geometrization, closely related to it, was such an area of venture. It attracted the young not only with its originality but also with its disrespect to the most sacred element of the post-impressionist doctrine, namely the plain. The expression "he has made holes in the plain" or "oh, a hole" used to discredit any painting and its value. This being so, it is not surprising that the making of holes in the sacrum tempted the young with the irresistible taste of the forbidden fruit. Teresa Wallis-Joniak started with geometry not forgetting, however, about the colour and its double nature, i.e. its emotional and constructional aspects. In the same way as the artists from the circle of Sonia and Robert Dalaunay, and Cezanne before them, who recommended the perceiving of nature through the shapes of a cylinder, a sphere and a cone, and who wished that the Impressionism became as lasting as the art exhibited in museums. It was not they, though, who became Teresa Wallis-Joniak's favourite painters. In this extraordinary profession "a favourite painter" means an artist who is spiritually close and the one to whom you would like to be equal, do the same but in your own way or better, if possible. Teresa Wallis-Joniak's favourite painters are Tintoretto, Veronese and Goya. The two Venetians are the most temperamental representatives of their period and the Spaniard was their match as regards the disposition and the feeling of unrestrained liberty and independence. It is the sense of complete freedom which links the three painters who by all appearance seem so different. Nothing, no orders, taboo or rigour but only good taste and an artistic instinct could check their imagination. Another factor which they respected was the lightness of approach to the subject, that special quality which impressed viewers with an apparent effortlessness of the act of creation which was characteristic of only good and excellent artist, as Francesco de Hollanda wrote about five centuries earlier.
Teresa Wallis-Joniak's favourite writer is Dickens, the master of reflection springing out from everyday, trivial matters on which he conferred the status of importance and uniqueness.
Music, the great masters of the Renaissance, the incomparable Goya and a sober Victorian-minded Englishman? Yes, because Dickens was able to move people with the simplicity of his stories and a pertinent interpretation of the facts. What is more, he was capable of suggesting that there was no other explanation beyond his commentary. And even if there were, it was not worth paying attention to.
In Teresa Wallis-Joniak's art this subject is the admiration for the world and its beauty. Its true beauty and not its cool and decorative ersatz into which the Post-Impressionist trend so frequently turned. The world with its wealth of forms and colours is amazing and one should choose from it the most important elements. Nietzche was right in writing that: "artists mustn't see things as they are". It is the choice that an artist makes and the changes he or she introduces into what he or she perceives which define his or her temperament and mark the stages of artistic development.
Teresa Wallis-Joniak expresses her enchantment with the world through its structural lines, colour and light. The growing predominance of the colour and chiaroscuro effects in her paintings places her in the circle of the colour Expressionism. The references become even more evident when we consider that the artist ignores the real colour scheme and instead of the simple registering of reality selects her own colour tones and autonomous dominants. Nature as an objective view gives an impulse, creates an impression and wakes up emotion, whereas the rest is Art.
Teresa Wallis-Joniak begins her works with sketches. She prepares a lot of sketches from which she later chooses motives and transforms them, accentuating the most essential messages. She says: "I enjoy splashes of light on the grass, sometimes a dog, sometimes lines intersecting in the background of the landscape - but always showed in colour. One day I painted Greek sculptures which contrasted beautifully with the verdure... It depends on circumstances because there is no rule. I am completely irregular".
And yet. And yet there is a rule in this irregularity. That is why architecture appears in so many of Teresa Wallis-Joniak's paintings. A clear and sharply outlined net of vertical and horizontal lines of windows, doors, roofs, angles and moldings creates a distant background or a stage on which the artist plays with light and shade, and contrasts sunny tones with the coolness of different hues of blue and green. Her frequent, although perhaps subconscious choice of architecture denotes the artist's need of rhythm. It also shows her acceptance of man's interference in nature. Thus she becomes one of few exceptions among other contemporary landscape painters, among whom she is included despite the fact that she also paints portraits and still lifes. Most of them seek and prefer a "virgin" landscape, as if untouched by the human hand, although such landscapes disappeared a few centuries ago in Europe.
Architecture, rhythm, a thought and emotion are enclosed in her meter, which is slow like a walking pace, fast as a run or fractured by a syncope as if by a sudden change of mood. The colour with the chiaroscuro and the drawing are like the sounds of the artistic tongue. They are joined together to express power. The artist says: "The painting must produce an effect. It must show me and my emotions, my affections and feelings. This effect is more important than the climate of reality". Consequently, it is more significant than the objective truth. And we believe her because art has a great force of persuasion.
Supplement:
One should perhaps anticipate an inevitable question concerning the similarities between the art of the Joniaks. They are similar because they simply must be. They grew up in the same city and environment, and they held the same artistic fascinations. What is more, all this happened in the era of the hegemony of pure trends in art, which phenomenon now seems inconceivable for the young and has already been forgotten by the old. Those trends were clearly distinct from one another and their differences were based on the most essential elements, i.e. their philosophy and the outlook on life that dictated the hierarchy of values. It was the time when creators did not have to be different at any cost because sensitiveness in perception was held in higher esteem than an ostentatiously individual style. At present the Joniaks travel together, see the same views and are subject to the same enchantments. They have been together for so many years also for those very reasons, for the shared similarity of temperaments, interests and their warmhearted and serene attitude to life, which is mirrored in their painting. How could they not be similar?
However, the ties between them resemble a discourse between a German and a Frenchman. The first one says that from the scientific point of view the differences between a woman and a man are slight. The other one comments - long live the slight differences!
Jerzy Madeyski
Pod względem pikturalnym chodzi o oddanie szerokiego światła pleneru; w odczuciu - o czystości pierwszego wrażenia - pisał przed stu trzydziestu laty francuski krytyk Burty o impresjonizmie, a jego spostrzeżenie zachowało do dziś swą pierwotną świeżość, bo istotnie, prawdziwą materią tego malarstwa jest światło i jednaka z nim barwa. Jego drugim kamieniem węgielnym jest siła pierwszej emocji, jest zachwyt nad urodą oglądanego fragmentu rzeczywistości, skłaniający artystę do sięgnięcia po pędzel i zanotowania go na płótnie obrazu. Ów właśnie stosunek artysty do inspiracji został sformułowany w lapidarnej formule ŚWIAT i ja, z naciskiem na dominującą rolę motywu.
Późniejszy o pokolenie ekspresjonizm przeciwstawił mu dumną dewizę JA i świat. W przeciwieństwie bowiem do naukowego w genezie - gdyż opartego na znajomości fizycznych praw rozszczepienia białego promienia światła na siedem kolorów tęczy i płynących stąd zasad budowania malarskiej płaszczyzny impresjonizmu - ekspresjonizm był nową fazą romantyzmu ze wszystkimi płynącymi stąd konsekwencjami. W przeciwieństwie do impresjonizmu, a zwłaszcza jego pointylistycznej odmiany, ekspresjonizm nie dążył do ustalenia reguł formalnych sztuki. Położył nacisk na psychologiczną siłę wypowiedzi i wybuchowość dzieła, pozostawiając artyście pełną swobodę wyboru formy.
Krzysztof Kuliś jest postimpresjonistą z przekonania i studiów w krakowskiej ASP, które odbył pod okiem jednego z koryfeuszy tego kierunku, lecz również ekspresjonistą z temperamentu oraz sposobu myślenia, odczuwania i reagowania, gdyż ekspresjonizm jest w większej mierze cechą osobowości, niż ujętym w jakiekolwiek rygory kierunkiem artystycznym.
Obie tendencje determinują też, określają i definiują jego sztukę - postimpresjonizm swoją kulturą malarską i kultem koloru, zaś ekspresjonizm wybujałym indywidualizmem, swobodą traktowania motywu, emocjonalną temperaturą dzieł oraz sposobem filtrowania i przekształcania inspiracji, gdyż rację miał Zola pisząc, że pejzaż jest naturą widzianą przez temperament artysty, przy czym, w tym konkretnym wypadku, pojęcie pejzażu należy rozszerzyć, gdyż poza krajobrazami, Kuliś maluje również portrety, akty oraz sceny teatralne i rodzajowe.
Poza wymienionymi, dwie jeszcze cechy wyróżniają wymienione nurty - piękno i dążenie do niego jest atrybutem postimpresjonizmu z tej chociażby tylko racji, że jego prawdziwą materią i celem podjęcia „malarskiej gry na płaszczyźnie" są wyrafinowane w urodzie zestawienia plam barwnych, przy czym warto przypomnieć, że to właśnie postimpresjoniści z KP, Komitetu Paryskiego, wprowadzili hegemonię „oka" i „słuchu malarskiego" do naszej sztuki; ekspresjonizm natomiast, oczywiście ten prawdziwy, jest szczery, gdyż wykoncypowany rozumowo ekspresjonizm staje się pospolitą blagą. A blagę w sztuce rozpoznaje się na pierwszy rzut oka.
Jednym z przymiotów rasowego ekspresjonisty, którym Kulis wydaje się być ponad wszelką wątpliwość, jest skłonność podejmowania ryzyka, prowadząca do różnorodności form, organiczna wprost niechęć do wszelkiej maniery. Owszem, jego obrazy są rozpoznawalne na pierwszy rzut oka, owszem, rządzą nimi pewne nadrzędne prawa, lecz brak jakże wśród postimpresjonistów częstej i rozpowszechnionej recepty na nienaganne rozstrzygnięcie malarskiej płaszczyzny, brak bezpiecznego, a nawet asekuranckiego przestrzegania „czystości kierunku" i jego, ustalonych jeszcze przez Cybisa zasad.
Dzieła Kulisia eksplodują kontrastowo kładzioną barwą, płoną czerwienią lub też, przeciwnie, są utrzymane w przestrzennych monochromach błękitów i zgaszonych ugrów, operują giętką jak arabeska linią lub syntetyczną plamą w zależności od nastroju, jakiemu uległ i jaki pragnął wyrazić artysta. Łączy je klarowność decyzji, objawiająca się wyraźnym określeniem formy. Tak mocnym i zdecydowanym, że jego obrazy wydają się być konstruowane z płaszczyzn i brył na geometrycznej niemal zasadzie.
Również emocjonalna rozpiętość jego dzieł jest ogromna, sięgając jednym biegunem epik heroicznych, jeśli tak się można wyrazić, gdyż monumentalnych w założeniu i emanujących skoncentrowaną energią obrazów olejnych, a drugim intymnej liryki subtelnych akwarel. Z pastelami pośrodku, w którym to podziale Kuliś wykazuje świetne zrozumienie możliwości poszczególnych technik malarskich. Kolejną cechą wspólną - gdyż należy powtórnie podkreślić, iż artysta ma styl, choć obca mu jest jakakolwiek maniera - jest naturalne łączenie linii z plamą, rysunku z malarstwem, acz w różnych proporcjach.
Ciekawe, że linia nie występuje najmocniej w malarsko-graficznej - boć przecie pałeczką pastelu można równie biegle malować jak rysować - technice „ołówków w pudrze umaczanych" jak mawiano w XVIII stuleciu, lecz predysponowanym do subtelnych przejść kolorystycznych w malarstwie olejnym. Jednak takie właśnie, graficzne po części rozwiązanie płaszczyzny dzieła sprzyja i służy sile jego wyrazu: linia buduje piony oraz przeciwstawne im poziomy i dynamiczne skosy, kreśli dramatyczne kształty konarów bezlistnych drzew, kłębi się we wnętrzach plam barwnych, sugerując istnienie zamkniętych w nich sił, nie innych - acz nie jest to zapewne nazbyt w krytyce często używana metafora - od siły ściśniętej sprężyny, która może w każdej chwili wyzwolić nagromadzoną w sobie energię.
Rozpiętość emocji obrazów Krzysztofa Kulisia (sam mówi o sobie, że jest malarzem klimatów emocjonalnych) jest więc ogromna, lecz pewne, nadużywane skądinąd przez sztukę współczesną ich regiony są przed nim zamknięte: należy do nich pesymizm, rezygnacja, zło, brud, epatowanie turpistycznymi aspektami świata, te zatem, których synonimem w sztuce jest brzydota. Tej, jednej granicy Kuliś nie chce przekroczyć i nawet chyba nie może tego uczynić, gdyż te właśnie odczucia, ten stosunek do świata jest mu obcy i przez to obmierzły, bo niezrozumiały.
Malarstwo jest pierwszą i naczelną pasją artysty. Drugą jest żyłka rasowego organizatora, przy czym znów trudno opędzić się przed skojarzeniem - zarówno malarstwo, jak organizacja są de facto kreacją, stwarzaniem czegoś od podstaw. Wszak nie bez przyczyny powiada się, że „artysta jest człowiekiem robiącym coś z niczego".
Niemal z niczego też, wyjąwszy to, co najważniejsze, a mianowicie zapał, organizacyjne zdolności i dobrą wolę, powstało biennale pasteli, wpierw krajowe, a od dwu edycji już międzynarodowe.
Impreza, zdobywająca coraz wyższy prestiż, o czym świadczy szybko rosnący poziom oraz liczba nadsyłanych prac i biorących w nim udział państw, co podniesie zapewne już w niedalekiej przyszłości Nowy Sącz do rangi stolicy tej dyscypliny artystycznej. Przesada?
Ależ wręcz przeciwnie! Czyż Rawenna nie stała się tą właśnie drogą, stolicą europejskiej rzeźby miniaturowej? A nie jest odosobniona w świecie.
O Krzysztofie Kulisiu, jego sztuce i działalności można pisać długo. A raczej - można by było, gdyby on sam nie zastrzegł w liście - (który przechowuję jako dowód i dokument) - by we wstępie do jubileuszowej wystawy zbytnio go nie chwalić.
To dobrze, bo świadczy ponad wszelką wątpliwość, że jest co chwalić.
Jerzy Madeyski
,
„Kiedy obraz jest dobry? - zapytał Renoir i natychmiast sam sobie udzielił odpowiedzi - dla mnie obraz musi być czymś przyjemnym, radosnym i ładnym. Jest dość brzydkich rzeczy na świecie, byśmy mieli wytwarzać następne..."
Wiele zmieniło się od jego czasów. Przemineła epoka, zwana dziś „Piękną", la belle epoque, w której przyszło mu żyć. Nadszedł zdyszany wiek 20-sty, w którym nawet radość nabrała nieznanego dotąd tempa i jakby pośpiechu, bo czyż o roztańczonych latach dwudziestych z ich jazz bandem, charlestonem i opętanym ruchem art deco nie mówi się „szalone lata dwudzieste"? Być może cały nasz wiek będzie się kiedyś wydawał szalonym wraz ze Sztuką, która w nim powstała jako widomy przejaw stanu umysłów, czyli, najogólniej rzecz biorąc - świadomości. I dopiero wówczas okaże się, jak niewielu jego twórców zdecydowało się na spontaniczność reakcji, na pełną, niepohamowaną szczerość wypowiedzi. Lub może raczej - pozwoliło sobie na nią i jak wielu z nich wzięło do serca słowa, wypowiedziane z początku kończącego się właśnie stulecia: „Sztuka musi z konieczności stroić minki do wyrafinowanych koneserów i nie może być". Właśnie, jaką nie może być, skoro już wówczas mogła obalać tabu i obrażać uczucia, rzucać wyzwanie wszelkim odmianom piękna, a później, jak w konceptualizmie, nawet konkretnie istniejącemu, materialnemu dziełu?
Otóż wydaje się, że sztuka naszego wieku nie może być spontaniczna, żywiołowa wówczas, gdy nie oskarża i nie grozi, nie chce wstrząsać sumieniami ni wspinać się na piedestał moralności świata.
Krzysztof Kuliś nie chce go osądzać. Przeciwnie chce chwalić lub nawet wielbić jego piękno i wszystkie, nawet te najprostsze, lecz jakże męskiemu zwłaszcza sercu miłe uroki. Pragnie uchwycić i zanotować wszystkie jego barwy i odcienie w sensie jak najbardziej dosłownym. Wszystkie, z wyjątkiem tych ciemnych, mrocznych i przez to niemiłych.
Malarstwo Kulisia jest - chciało by się powiedzieć słowami przedwojennego sloganu - zdrowe i pełne tężyzny, boć przecie „w zdrowym ciele zdrowy duch" i właściwego dla owego połączenia optymizmu. Jest być może nieco pogańskie nawet, bo czyż to nie poganie ukuli w swej żywiołowej aprobacie istnienia powiedzonko: „gdy jesteśmy my - nie ma śmierci - gdy jest śmierć - nie ma nas"?
W sztuce Kulisia nie ma śmierci, a nawet przeczucia jej istnienia i nieuchronności, wraz ze wszystkim, co owo pojęcie w sobie zawiera, a jest ono wszak niezwykle pojemne.
Krzysztof Kulis notuje więc i przetwarza we własnej wyobraźni malarskiej i we własnym temperamencie (czyż to nie Zola powiedział: „pejzaż jest naturą, widzianą przez temperament artysty"?) wszelkie uroki i barwy świata. Zaś kolor i jego zestawienia jest głosem uczucia, lub jego wyższej i bardziej niejako gorącej odmiany, jaką jest emocja.
Również to słowo jest jednak bogate w odcienie. Emocje bywają żywe i wybuchowe, jak zestawienie najsilniej ze sobą kontrastujących barw dopełniających, lub romantyczne i refleksyjne, jak stonowany monochrom. Bywają dynamiczne, jak dukt linii, notującej spontaniczny ruch ręki i rozlewne jak miękka plama. Bywają przepojone równomiernym światłem południa i skąpane w burzowym światłocieniu. Lecz zawsze są przepojone własnym blaskiem, bo czyż światło nie jest jednakie z barwą w tym samym stopniu, w jakim on jest nośnikiem uczuć, w jakim je wyraża i przekazuje?
Obrazy Krzysztofa Kulisia zdumiewają różnorodnością tak wielką, że aż niekiedy odnosi się wrażenie obcowania z kilkoma, nader sobie odległymi, choć równie silnymi osobowościami: z subtelnym lirykiem w wyrafinowanych, lekkich akwarelach wraz z ich skłonnościami do statyki oraz amor vacui i bardzo czasem daleko posuniętej syntezy kształtu i gamy, lub nieprzebierającym w środkach ekspresjonistą z typowym dla tego nurtu horror vacuum, obawy przed pustką, przed pozostawieniem choćby skrawka niepokrytej gmatwaniną plam i linii płaszczyzny.
Mamy więc do czynienia z artystą refleksyjnym i pragnącym skłonić nas do refleksji i tym, który stara się nam narzucić swoje zdanie, wręcz zmusić do spojrzenia na rzeczywistość lub choćby jej wycinek tylko przez pryzmat jego emocji. Mamy do czynienia z artystą, który chce nam powiedzieć - spójrzcie, jak można spotęgować klimat, drzemiący w jednym, banalnym krajobrazie, jak można doprowadzić go do granic eksplozji, do granic rozsadzenia dzieła przez kolorystyczne zestawienia i napięcie kompozycji o sile masy krytycznej.
W takich sytuacjach mówi się na ogół o bogatej osobowości. Istotnie, Krzysztof Kuliś ma bogatą osobowość i potrafi to w swych obrazach wyrazić.
Odrębnym jakby działem, czy też motywem jego twórczości jest cykl teatralny, oraz inne mini cykle o wszelkich cechach inscenizacji (a artysta zna się na teatrze, i to zna go niejako „od wewnątrz") w rodzaju „Ławeczki". Są figuralne i w pewnym sensie monotematyczne, gdyż złączone w całość postacią przewijającej się przez wszystkie dzieła nagiej, lub na pół nagiej dziewczyny o okrągłych biodrach. Jej postać widnieje zarówno w „Dziadach" Adama Mickiewicza jak i „Niemcach" Leona Kruczkowskiego, więc i tam, gdzie jako żywo, w zamyśle autorów nie występowała.
Więc owa, z krwi i kości dziewczyna, zmienia się -z konieczności może - w oczach widza w symbol zmysłów i zmysłowości, w personifikację zmysłowej wszak i niepohamowanej przez żadne, najmniej nawet sprzyjające okoliczności, natury.
I właśnie takie jest malarstwo Krzysztofa Kulisia: niepohamowane, zmysłowe i niezważające na to, czy się komuś podoba, czy nie. To też mieć może, i ma, swych gorących zwolenników i równie nieprzejednanych wrogów, lecz nie pozostawia nikogo obojętnym. I to też chyba najlepiej oddaje jego miarę.
Jerzy Madeyski
"When is a painting good? - asked Renoir and gave himself the answer immediately - for me the picture must be something pleasant, merry and pretty. There are enough ugly things in the world to create new ones..."
A lot has changed since his times. The era called "beautiful7', la belle epoque, the era in which he lived had passed. The breathless twentieth century came, the century in which even the joy developed an unprecedented pace and maybe even a rush; aren't the dancing twenties with their jazz band, Charleston and the frantic art deco movement called "'the crazy twenties"? Maybe all our century will seem some time in the future crazy with its art which developed as a visible sign of the state of people's minds, that is generally speaking - conscience. Only then will it turn out how few of its artists decided to react spontaneously, to make a full, unrestricted and sincere expression. Or maybe in a different way - they could indulge in it and as many of them took to heart the words said at the beginning of the century that is just about to end: "art has to pull faces at sophisticated connoisseurs and cannot be". That's the point, what cannot it be like, as already at that time it was able to abolish taboos and hurt feelings, challenge all kinds of beauty, and then as in conceptualism, even really existing, material creation?
Well, it seems that our century's art cannot be spontaneous or impetuous unless it accuses or threatens, unless it wants to disturb people's minds or climb the pedestal of the world's morality.
Krzysztof Kuliś does not want to judge it. Just the opposite, he wants to praise or venerate its beauty and all, even the simplest charms, which are so precious to his masculine heart. He wants to notice and express all his colours and hues in the most literal sense. All, except for those dark, sombre and as a result, unpleasant ones.
His painting is - if to use the slogan from before the War - healthy and full of stamina, since "healthy spirit in a healthy body" - which is suitable for this mixture of optimism. It is maybe even a bit pageant since weren't they pageants who coined this saying as a sign of their spontaneous approval of existence.- "as long as we are - there is no death - when there is death - we are not there"?
In the art made by Kuliś" there is no death, or even a premonition of its existence and inevitability together with everything that this term implies and it is in fact a very broad one.
Krzysztof Kuliś observes and transforms in his own imagination of a painter and in his own temperament (wasn't it Zola who said: "landscape is nature seen through the artist's temperament"?) all charms and colours of the world. Whereas the colour and its arrangements are expressions of a feeling, or its higher and hotter variant, which is emotion.
Also this word is full of tinges. Sometimes emotions are intense and violent, as the composition of the most contrasting with each other complementing colours, or romantic and reflective, as a toned monochrome. Sometimes they are dynamic as the line's vista, noting a spontaneous hand movement and prolix as a soft spot. Sometimes they are saturated with the uniform light of the south and basking in the stormy light-and-shade effects. Still, they are always saturated with their own brightness, since isn't the light alike the colour to the same degree as it is the carrier of feelings, as it expresses them and passes to others?
Paintings by Krzysztof Kuliś amaze with their variety which is so enormous that sometimes you get an impression of being in the company of a few, extremely distant from each other, although equally strong personalities: of a gentle poet in sophisticated, light water-colours together with their tendency to being static and amor vacui and sometimes very advanced synthesis of shape and scale, or an unscrupulous expressionist with typical of this trend horror vacuum, fear of emptiness, of leaving at least a patch uncovered with a tangle of spots and lines of the plane.
Thus, we have to do with a contemplative artist who wants to make us meditate and such an artist who tries to impose on us his point of view or even force us to look at his reality or at least its fragment through the prism of his emotions. We have to do with an artist who wants to tell us - look how it is possible to magnify the ambience drowsing in one prosaic landscape, how it is possible to get it to the edge of explosion, to the edge of bursting the creation by colour arrangements and tension of the composition with the strength of critical mass.
In such situations we usually talk about rich personality. Indeed, Krzysztof Kuliś has a complex personality and is able to express it in his paintings.
A separate chapter, or a motive in his creation is a theatrical cycle, and other mini cycles of all features of stage-setting (and the artist knows all about the theatre, in a way, he knows is "from the inside") in "Park Bench" style. They are figural and in a way monothematic since linked in one whole by the character of a naked or half-naked girl with rounded hips, appearing in all the works. Her personality appears both in "Dziady" ("Forefathers") by Adam Mickiewicz and in "Niemcy" ("Germans") by Leon Kruczkowski, therefore also there where she was not intended by the authors.
Thus, in the spectator's eyes, this true-born girl changes into a symbol of senses and sensuality, becomes a personification of sensuous nature, unrestrained by any, even the least favourable circumstances.
That's exactly the painting by Krzysztof Kuliś: unrestrained, sensuous and not taking into consideration the fact whether it is going to please anybody or not. That's why is may have, and does have, its fervent supporters and equally uncompromising enemies, but leaves nobody indifferent. And this is what best expresses its calibre.
Jerzy Madeyski
We dwoje - ona i on. Dwie figury. Ona jest wysmukła, zarysowana miękkim konturem. On jest szeroki w ramionach, większy, kanciasty. Są blisko siebie. Prostokąt obrazu wyznacza i ogranicza ich wspólną przestrzeń. Przestrzeni jest tyle, ile na obrazie. Muszą się zmieścić. Skuleni przylegają do siebie, chociaż czasem chcieliby uciec od siebie. Ich ręce, nogi już biegną na zewnątrz.
Nie uciekają. Są razem, są jednością, jedną formą tworzącą podwójny znak. Zawieszeni w spokojnej lub pełnej napięcia równowadze. Linie moich figur przecinają płótno obrazu. Chciałam, by ich kontury wyznaczały przestrzeń, by wydarzenie na obrazie było opowiedziane tylko nimi.
Pomimo stosowanych przeze mnie uproszczeń są tacy bogaci w środki wyrazu. Ręce - na początku jest dłoń, giętka, jej palce, przegub układa się na wiele sposobów, potem jest wyciągnięte ramię, linia prowadząca w głąb ciała. Ręce skulone, przylegające do ciała, podpierają głowę, ubogacają kontur figury. Albo ręce wewnątrz, zakłócają spokój ciała. Ręce mówią. Także głowy, nogi, dążą do siebie lub odpychają się.
Kobieta jest mniej materialna, maluję ją gładko. Mężczyznę maluję piaskiem, ziemią. Jego tors staje się matowy, głębszy. Zyskuje jeszcze jeden wymiar na płaskim obrazie. Jeszcze jeden sposób różnicowania.
Moje figury są również we wnętrzach. Wystarczy zaznaczyć cztery kąty i już jest przestrzeń dla miłości lub dramatu. Wnętrze może być cudownym miejscem spotkań albo klatką bez wyjścia, w której trzeba trwać obok siebie.
Malując cykl "We dwoje" zamknęłam się z moimi figurami w ich świecie. W trakcie pracy nad obrazem przychodził pomysł na następną kompozycję. Każdy obraz był osobną próbą wyrażenia tego, czego jeszcze nie powiedziałam w poprzednim. Pomimo podobieństw w rozwiązaniach malarskich, żyłam z moimi obrazkami i malowałam je oddzielnie.
Jeżeli moje obrazy przekazują pewną treść, to dobrze. Nie uciekam od znaczeń, chociaż w trakcie malowania nie jest to sprawa najważniejsza.
Z tyloma "problemami na płótnie" muszę uporać się po drodze. Treść jest gdzieś na początku, gdy pcha mnie chęć malowania. Projekt jest w zarysie i nigdy określony do końca. Zresztą płótno i farby olejne mają swoje prawa i trzeba im się poddać, gdy używam ich jako środków wyrazu. Maluję obraz i zaczynam z nim obcować jak z żywą istotą. To on mnie gdzieś prowadzi, nie ja jego. Dużo jest problemów z kompozycją, kolorem. Potem wreszcie obraz zaczyna "grać". Zdaje mi się, że jest gotowy, opowiada o czymś już niezależnie ode mnie. Niech ten samodzielny przekaz odbiera widz. Oby mój cykl opowiedział o byciu "we dwoje "jak najwięcej.
Czyż można uciec od treści malując kobietę i mężczyznę ?
Jolanta Johnsson
“The two of them” - him and her, two figures. She is slender, traced in a delicate contour. He is broadshouldered, bigger, angular. They are close to each other. The painting's frame delimits and confines their shared space. There is the same amount of space as there is on the image. They have to fit in. Crouching, they cling to each other, even though they sometimes long to escape.
Their hands and legs are already fleeing. They don 't escape. They are together, they are one, one shape, they form at times a double symbol. They are floating in a calm or tense balance. The lines of my figures are crossing the canvas. I wish that their contours indicate space, that the action on the picture be told by them alone.
Despite used simplifications, they are rich in expression. Hands - at the beginning there is the palm, flexible, her fingers, wrist is positioned in many ways, after there is a stretched arm, it's line leading to the depth of the body. The hands are folded, close to the torso, supporting the head, enriching the figure's contour, or hands inside, disturbing the calmness of the body. The hands talk. Also the heads, legs reaching for each other or pushing each other away.
The woman is less materialistic, I painted her smoothly. The man I painted with sand, earth. His torso becomes matte, deeper. It gains another dimension on the painting. Another way to differentiate.
My figures are also in rooms. It is enough to mark four corners and there is already space for love or drama. The interior can be a wonderful meeting place or a cage without an exit, in which you have to stay together.
While painting the series "The two of them", I shut myself with the figures in their world. During the work on canvas, there came an idea for another composition. Each painting was a seperate try to express what I didn 't show in the one before. Aside from the similarities in the painting techniques, Hived with my paintings and painted them separately.
If my work transmits a certain meaning, that's good. I don't escape from signifance, although while painting this isn 't foremost in my mind.
On the way to creation many "problems on the canvas" must be solved. The meaning is somewhere at the beginning, when I get the urge to create. The project is a sketch, and never defined completely. Anyway, the canvas and the oil paints have their own rules and I have to submit myself when I use them to express myself. I paint an image and I start to live with it like with a real being. It leads me somewhere, not vice versa. There are a lot of problems with the composition and the colors. When I think that it is finished, it tells about something, indepndently. I hope that this autonomous transmission is understood by the public. I wish for it to tell of being "in a couple" as much as possible.
Is it possible to escape meaning while painting a man and a woman?
Jolanta Johnsson
"Czasami czuję się jak widz w opustoszałym teatrze, gdzie na ogromnej scenie rozgrywa się niesłychanie bogate widowisko..." To wyznanie Jolanty Johnsson, opublikowane w szwedzkiej prasie z okazji jej pierwszej indywidualnej wystawy w dalekim Nässjő, nie straciło nic na aktualności, mimo iż tym razem artystka skupiła się wyłącznie na pejzażach wewnętrznych - warto pamiętać o dwoistym charakterze tej wewnętrzności, którą wrażliwy widz odkryje bez trudu, a która mnie, jako przybysza z zewnątrz, oglądającego w jej pracowni niekiedy jeszcze wilgotne płótna, uderzyła z niezwykłą siłą, wręcz zafascynowała.
FASCYNACJA. Nie bójmy się tego słowa. Jakże często przechodzimy obojętnie wobec frapujących zjawisk malarskich, jeśli nie są one "autorytatywnie" potwierdzone.
Malarstwo Jolanty Johnsson poruszyło mnie głęboko. Musiałem je nosić w sobie przez wiele dni, zanim dojrzały we mnie pierwsze słowa. Powściągliwość tej "spowiedzi malarskiej" przymusza do powściągliwości, ważenia słów. Żadne z nich nie powinno unosić się siłą bezwładności...
Szkoda, że nie jestem w stanie odtworzyć większości wypowiadanych przez artystkę komentarzy do pokazywanych prac, które zapoczątkowała we wrześniu 1997. A były one godne zapamiętania! W dodatku nie mam przed sobą nawet czarno-białych odbitek owych "wnętrz", które tak bardzo pobudziły moją wyobraźnię! Dobrowolnie skazałem się więc na chaos, na jaki wydany jest każdy artysta w momencie rozpoczęcia pracy, kiedy nie może mieć jeszcze pewności, powtarzam za Eliotem, czy naprawdę wie, rozumie i czy będzie miał prawo do uśmiechu!
Ale z chaosu, jeśli nie jest zamaskowaną pustką, może się zawsze coś wyłonić! "Postać człowieka we wnętrzu bardzo mnie intryguje: jak on w tym istnieje, linearnie i na głębszym, wewnętrznym planie.." Te rzucone przez nią jakby mimochodem słowa, które dziwnym trafem nie uległy rozproszeniu, pociągnęły za sobą słowa Alberta Gleizesa i Jeana Metzingera, wypowiedziane chyba w roku 1947 (wprawdzie w związku z kubizmem, ale w tym wypadku jest to bez znaczenia): ...RZECZYWISTOŚĆ WEWNĘTRZNA JEST JEDYNĄ ISTNIEJĄCĄ Z PUNKTU WIDZENIA SZTUKI. Zgodnie z tym założeniem - uświadomiłem to sobie w trakcie oglądania prac Jolanty Johnsson - malarka przenosi modelowane przez siebie postaci w przestrzeń plastyczną, która jest zarazem przestrzenią duchową, a ich wartości linearne stają się jakościami daleko wykraczającymi poza wartości czysto malarskie...
Modele brane są ze świata zewnętrznego i w pewnym sensie do niego przynależą, ale usadowione we wnętrzu przechodzą jakby w inny wymiar, stając się modelami wewnętrznymi (Andre Breton mylił się, twierdząc, że jest to możliwe tylko w malarstwie surrealistycznym; tutaj, w miarę odrealniania, nabierają one, o dziwo, coraz większej realności). Nie wiem dlaczego - może przez świadomość głębokich, związków artystki ze Szwecją - nie mogę się oprzeć wrażeniu, pogłębiającemu się w miarę upływu czasu, że modele te biorą udział w swego rodzaju Bergmanowskim spektaklu, gdzie szepty i krzyki wtapiają się w o wiele więcej mówiące milczenie...
Dlatego obawy artystki, która chciałaby, "aby to wszystko było bardziej ostre, zdecydowane, kontrastowe, mniej przygaszone, smutne", nie mają tu żadnego uzasadnienia - światła wewnętrzne mogą być stokroć jaskrawsze od świateł reflektorów, z tym że ich zadaniem jest nie oślepiać , lecz rozświetlać. Na szczęście człowiek poza oczami zewnętrznymi ma jeszcze oczy wewnętrzne. A smutek? Kto to powiedział: "Nie każcie mi się śmiać, bo póki co śmiech jest niedorzeczny!"? Póki co!
W chwili, gdy je oglądałem, obrazy te nie miały jeszcze żadnych tytułów, ale całość została już nazwana. WE DWOJE - a więc powinienem rozwinąć zaznaczoną na wstępie tezę o ich dwoistym charakterze... Nęcące byłoby odwołanie się do geometrycznej zasady dwoistości czy do zjawiska dwoistości kwiatów, lecz myślę, że będzie jednak prościej odwołać się do dwoistości ludzkiej natury, tej cielesnej i tej duchowej, we wszystkich jej możliwych skomplikowaniach, w ściśle wyznaczonych przez los konfiguracjach czy w pożądaniach i tęsknotach będących poza wszelkimi układami, nawet poza świadomością, chyba że w samoudręczeniu odnajdujemy radość życia!
Chwała Bogu, że wbrew twierdzeniu Jeana Cassou rysunek linearny nie zniknął całkowicie z naszej epoki, że obraz może być nie tylko "kolorową powierzchnią", z której jedynie hedoniści mogą czerpać naskórkową przyjemność, czy "kolorową rzeką" z kaskadami wręcz mechanicznie nakładanych farb, toczących się po widzach jak rydwan zwycięskiego wodza, który nie wie, że niewolnikiem, co stoi za nim głosząc znikomość wielkiej sztuki, jest on sam! Chwała Bogu, że istnieją obrazy takie jak te, które rozwiązując najbardziej skomplikowane zadania malarskie nie usiłują nam wmówić, iż są one ważniejsze od problemów egzystencjalnych trapiących człowieka we wszystkich kulturach i czasach...
Janusz B. Roszkowski
"Sometimes I feel as if I were a spectactor in an abandoned theater, where the huge stage serves as the site of a grand spectacle..." confessed Jolanta Johnsson in an article published as a tribute to her first individual exhibition in the far away town Nässjő. Her statement is still the perfect summary of her work, even though this time she has solely concentrated on the inner landscapes. The duality of inner character should be kept in mind - it will be discovered with case by the sensitive viewer.
I, being a person from the outside, having had the chance to admire her paintings even before they were dry was struck hard by this duality, fascinated by it.
FASCINATION. We shouldn't be afraid to use the word. How often do we pass by striking paintings without giving the a second thought, unless they have been "authoritatevely" recognized by someone? Jolanta Johnsson's paintings have moved me deeply. I had to carry the impression they made, hidden within, before uttering my acclaim for them. The continence of this "artist's confession" requires moderation, weighing of words. None should be spoken without contemplation.
It is a shame that I cannot recall all the comments made by the artist as her works went on display, beginning in September 1997. They were worth remebering! Why don't I have black and white copies of those "interiors" that enveloped my imagination? I therefore willingly committed myself to the chaos, to which each artist is subjected when starting his work, when he still can't be sure, as I quote Elliot, wheteher he truly knows, understands and whether he will have the right to smile!
Chaos can always bring about new creation, unless it is an excuse for naught. "I find the inner side of the human being very intriguing: how he exists inside, linearly and on the inner depths..." These seemingly nonchlant words, which somehow did not disperse, were a reaction to the words of Albert Gleizes and Jean Metzinger, which were spoken, I belive in 1947 (in relation to cubism, but even here are relevant) "INNER REALITY IS THE ONLY ONE EXISTING IN ART". And so I was finally aware, while admiring Jolanta's work that she fully realizes this mission satement - she transfers her characters into the artstic plane, the spiritual plane, and thus their linear values become qualities set far beyond the plain painting values...
The models are taken from the outside world and, in a way, are a part of it, but once inside they take on different dimension, thus becoming inner models Andre Breton was wrong in saying that this is only possible in surecal painting; here, as they become more unreal, they gain, imagine that, ever greater realism). I don't know why - maybe because I am aware of the artist's close ties with Sweden - I can't help feeling, which intensifies with time, that these models participate in a kind of Bergmanesque spectacle, where the whispers and shouts are overwhelmed by the more expressive silence...
For this reason the fears expressed by the artist, who wants "everything to be sharper, decisive, contrasting, not so subdued and sad", find no justification here - inner lights may be a hundred - fold brighter than searchlights, with the reservation that their effect is not to blind but to highlight. Fortunately, the human being has the inner eyes of the soul that are complemented by the eyes that view the outside world. And sadness? Who was it that said: "Don't tell me to laught, because as of yet laughter is senseless!"? As of yet!
When I was viewing them, the paintings were still unnamed but the whole had already been christened. THE TWO OF US. I should expand the thesis stated at the introduction about their dual character... It is very tempting to refer to the geometric rule of duality or the phenomenon of the duality of flowers, but I belive that it will be simpler to refer to the duality of human nature, the bodily side ant the spiritual side, in all of its possible entanglements, in the configurations strictly defined by fate or in the nostalgia and yearning that fall outside all possible schemes, even outside counsionsness, unless it is in self-torment that we find our purpose in life!
Glory to the God that in spite of Jean Cassou's statement the linear drawing has not completely disappeared from our era, that a painting may be more than just a "colored plane" from which only hedonists can gain pleasure; or a "colorfull river" with cascades of almost automatically placed plaint, rolling over the viewer like the chariot of a victorious leader, who is unaware that the slave who stands behind him and preaches about the pettiness of great art is himself! Glory to the God that there are paintings like these, which by solving the most complicated painting problems do not attempt to convince us that they're more important than existential problems that have tormented the human being troughout the history and in all cultures...
Janusz B. Roszkowski
Nie często dzisiaj młody malarz szuka w sferze myśli, wystarcza mu paleta lub inaczej zorganizowana wypowiedź plastyczna. Nie częsta jest także, zwłaszcza u młodych kobiet, bardzo silna determinacja uprawiania sztuki. Obydwie te sprawy wyróżniają Jolantę Johnsson z rówieśnego tła. Nie tylko wtedy kiedy jej się udaje, ale i wówczas gdy błądzi, szuka, znajduje, gubi, kiedy uporem pokonuje zwątpienia i słabości, kiedy o tym mówi, jest wyrazista. Jej początki artystyczne dają obietnicę postawy poważnej, a to już bardzo dużo.
Kiedy robiła studia w warszawskiej Akademii, nie malarstwo było jej strefą główną, ale grafika. Konkret i rzeczowość graficznego warsztatu, i prymat rysunku nad kolorem dają o sobie znać i teraz jeszcze, kiedy już zdecydowanie wybrała miejsce przed sztalugą. Nie jest to złe, przeciwnie, to może być rzetelny punkt startu, bo grafika uczy prostoty i rzetelności. Wrażliwość malarską, kulturę malarską można w sobie wzbudzać długo i świadomie. W dużym stopniu waży tu wtedy osobowość i jej wewnętrzne światło. Więc u niej płótno i olej nie dają pokusy zabawy plastycznej, żartu czy prowokacji, czego pełne są młode roczniki malarskie, ani też nie wyosobniają jej w samotnych, ezoterycznych zabiegach. Wydaje się natomiast, że malarstwo spełniać ma dla niej szerszą i ważniejszą funkcję myślenia obrazem o świecie, życiu i śmierci. Że wynika z nie młodzieńczej już jak gdyby potrzeby stałej refleksji i stałego dialogu, który pomaga zrozumieć wszystko wokół. Ten dialog nie koniecznie musi odbywać się w sposób widoczny, czy wobec drugiego, przyjaznego wymianie człowieka. Jolanta odbywa go najczęściej ze wzgórzem, wiatrem, głosami z dna historii, wreszcie z samą sobą. Ona rozmawia, pyta i odpowiada, nie otwierając ust, ruchem pędzla. Oczywiście, to zwiększa oczekiwania i odpowiedzialność malarza, ofiarowuje największą ilość pracy, męki i rozczarowań - ale, kto wie, czy nie liczy się najwyżej. Jolanta chyba wie, że weszła na niełatwe ścieżki, ale ma przecież w sobie upór i ambicje cichych, łagodnych kobiet.
Jej obrazy zwracają się zatem ku formie pierwszej, ku naturze, w jej niewzruszonym kośćcu szukając wskazówek, rady i uspokojenia. Pejzaże mają za przedmiot pewny grunt ziemi syntetycznie zarysowanej i dającej oparcie. Ale ziemia ta oglądana jest jak gdyby z lotu ptaka, z wysoka i stromo, poprzez ogrom szaro-błękitnych przestrzeni. Od jej pewnych gruntów dzieli oglądającego zagadkowy, lekko wibrujący kolor. Jakkolwiek ziemia ta ma swoje zagajniki, pastwiska i krowy, wszystko to jest pochłonięte jednoczącą smugą koloru, który tę rzeczywistość na pewien sposób odrzeczywistnia i zamienia w język symboli. Krajobrazy Jolanty Johnsson, wiele zawdzięczają ( nie wiem na ile świadomie ) dwu odmiennym zjawiskom: naturze północnego światła i sztuce malarstwa czen(zen) w dawnych Chinach. Jest to osobliwe i ciekawe połączenie, mogące ilustrować - trzeba to przyznać - jedynie wyobraźnię oglądającego krytyka. Jakkolwiek by się do tego podeszło, natura w chłodnym, skrótowym obrazie Johnssonowej przejawia się nieco podobnie jak to było praktykowane w monochromatycznych zwojach: jako wycinek kosmosu, z niewidocznym w jego masie człowiekiem. Ten człowiek wszakże zjawia się sam i osobno w rzadkich obrazach jemu tylko poświęconych. Są to portrety - nie portrety osób zazwyczaj pojedynczych, kobiet zapewne, uwydatnionych głównie sylwetą. Tak traktowane stają się bliźniacze w stosunku do portretów ziemi, skupione na sobie czujące i myślące jej fragmenty.
Jolanta Johnsson szuka dopiero swojego miejsca wobec tych dwóch największych w historii malarstwa tematów: pejzażu i człowieka. O tych poszukiwaniach - mimo naporu rozpraszającej codzienności, ale i z jej pomocą - ładnie mówi i pisze. Wydaje się godne podziwu, że w dzisiejszym szalonym świecie młoda kobieta chce, pośród dzieci i domowych obowiązków, sprostać takiemu zadaniu. Sprostać na klasyczną miarę.
Danuta Wróblewska
It is not often today that a young painter is a seeker in the sphere of thought; usually the palette or another means of artistic expression is enough. Another unusual characteristic, especially in young women is a very strong determination to become an artist and persevere at art. Both these features make Jolanta Johnsson stand out from her peers. Not only when she is successful, but also when she errs, seeks, finds, loses, when she conquers doubts and weaknesses with persistency. When she speaks about these things, she is expressively meaningful. Her artistic beginnings are a promise of a serious attitude, and already that is very important.
When she studied at the Warsaw Academy of Arts, it was graphic art and not painting that was her major area of interest. The straightforwardness and honesty of the technique, and the primacy of the drawing over color are still present in her work even now, when she has finally decided that her place is in front of an easel. This is not a fault, quite the opposite, this can be a good and honest stepping stone, because graphic art teaches candor and simplicity. Artistic sensitivity and artistic culture are something which an artist can develop in him or herself through long conscious work on oneself. An important factor in this is personality and its innner light.
For her, the canvas and the oils do not constitute a temptation for playing, joking or provocation, a temptation to which so many of the young painters succumb; neither do they isolate her in lonely, esoteric activities. Instead, it seems that for her painting has a more important and broader function; she uses painting to think of the world, life, and death. It seems that it comes out of a youthful need for constant reflection and a constant dialogue, which helps to understand everything around you. This dialogue does not necessarily have to take place in the open, in the presence of another person receptive to the dialog. Most frequently, Jolanta conducts her dialog with a hill, with wind, the voices from the dark recesses of history, and, finally, with her own self. She talks, asks and answers, without opening her mouth but with the movement of her brush. Of course, this heightens the expectations and responsibility of the painter, requires the largest amount of work, suffering and disappointments - but, who knows, it might the way which is the highest attainable. It seems Jolanta knows that she has chosen a difficult path, but she has the self-will and ambition of many quiet, gentle women.
In their search, then, her paintings turn toward the first form - nature, on its framework seeking directions, advice and peace. The subject of her landscapes is the firm ground of the earth, synthetically drawn and giving support. But this earth is seen from, as it were, a bird's-eye view, through vast expanses of grey-blue space. The viewer is seperated form its firm ground by mysterious, slightly vibrating color. Even though this earth has its groves, pastures and cows, all of them are submerged in this uniting swath of color. And because of this color, reality becomes less real and changed into the language of symbols. Jolanta Johnsson's landscapes owe a lot (I don't how conscious this is) to two different phenomena: the nature of northern light and czen (zen) painting of ancient China. This is a singularly interesting combination, which can illustrate - we have to admit this - only the imagination of the critic beholding the canvas. Whichever way you approach the issue, nature in Johnsson's cool, spare picture is similar to monochromatic scrolls: like a section of the universe, with the human invisible in its mass enormity.
These humans, however, do appear alone and separate in the rare paintings devoted to them. These are the portraits/un-portraits, usually of single people, probably women, who are identifiable mostly by their silhouette. Portrayed in this manner, they come to mirror the portraits of the earth, a focus for its feeling and thinking fragments.
Jolanta Johnsson is still searching for her own place in relation to these two subjects, the most important in the history of painting - landscapes and people. In spite, but also thanks to the constant onslaught of the mundane, she talks and writes well about this search. It seems admirable that in today's mad world a young woman would want to undertake such a challenge amongst the distractions of children and daily routine. All the more admirable since she only undertakes, but also unequivocally succeeds.
Danuta Wroblewska
Powołanie artystyczne jest zaproszeniem do intensywnego życia. W pracy artystycznej ocieramy się o tajemnicę. Można używać słowa podświadomość.
To słowo o mniejszym ładunku jest przydatne, gdy mówimy o sztuce i jej powstawaniu. Lecz nie wystarczy gdy zastanawiamy się nad przyczyną twórczości. Artysta tworząc ma swój współudział w tajemnicy życia.
Sztuka nie daje odpowiedzi, lecz zbliża do tego, co potocznie nazywamy sensem życia.
Jolanta Johnsson
An artistic calling is an invitation to an intensive life. In art we touch the mystery. Another word which can be used here is "subconscious". Being less charged, it comes in handy when speaking about art. But it is not sufficient when we consider the roots of creativity and art. The artist, creating, participates in the mystery of art. Art may not have the answer, but it is closer to what is often called the meaning of life.
Jolanta Johnsson
W szacownych murach liczącego ponad 100 lat Pałacu Sztuki w Krakowie wystawiali swoje prace najwybitniejsi artyści polscy i zagraniczni. To w Pałacu Sztuki w 1983 roku, jakby na podsumowanie pierwszych 20 lat pracy twórczej pokazano szerokiej publiczności wystawę „Manhattan Plantami otoczony" artysty i pedagoga Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, Stanisława Wiśniewskiego, obecnie profesora w swej macierzystej uczelni. Kim jest i jaką drogę przebył ten niezwykły artysta, którego dane mi było poznać osobiście w pracowni prof. Jana Szancenbacha w późnych latach 80-tych XX wieku, podczas realizacji filmu.
Profesor Stanisław Wiśniewski urodzony w Krynicy kilka lat przed II Wojną Światową, przebył niezwykłą drogę życiową. Po ukończeniu Szkoły Górniczej był krótko górnikiem, później chciał być „wilkiem morskim", stąd pobyt w Szkole Morskiej w Gdyni (niestety rozwiązanej w 1949 roku). Po powrocie z nad morza w rodzinne strony ukończył Liceum Plastyczne w Sędziszowie Małopolskim.
Później studia artystyczne w Krakowie, w pracowniach prof. Zbigniewa Pronaszki i prof. Zygmunta Radnickiego na Akademii Sztuk Pięknych, które ukończył w 1960 roku. Prof. Zbigniew Pronaszko dość szybko, bo już na drugim roku studiów odkrył niezwykły talent wszechstronnie uzdolnionego studenta, mającego odwagę wybrać własną drogę artystyczną. Pierwsze publiczne pokazy jego prac odbyły się na I Festiwalu Malarstwa Współczesnego w Szczecinie w 1962 roku. Później zorganizowano mu wystawy w Krakowie, Warszawie, Zakopanym oraz wiele wystaw za granicą: w Belgradzie, Vasteras, Sőderlälje i Malmő.
W Szwecji, w Hässelholm, pokazał pamiętną wystawę „Jesień kawalerii", będącą hołdem złożonym żołnierzom września 1939 roku, a jednocześnie, poprzez sztukę ukazał Szwedom prawdę o nas, obalił mity o walkach polskiej konnicy z niemieckimi czołgami, koń w polskiej armii był dla żołnierzy jedynie środkiem transportu.
Stanisław Wiśniewski, piekielnie inteligentny, dowcipny i nieustępliwy dyskutant, odważny, wrażliwy z „błyskiem w oku" był dwukrotnie stypendystą Fundacji Kościuszkowskiej.
Podczas pierwszego swojego pobytu w Nowym Jorku artysta pochłonięty pasją kolekcjonerstwa, członek elitarnego Stowarzyszenia Przyjaciół Dawnej Barwy i Broni, gościł w słynnej Akademii Wojskowej „West Point" oraz wygłosił szereg wykładów o współczesnym malarstwie polskim dla Polonii. Po raz drugi zaproszono go do Nowego Jorku w 1986 roku. Po wystawach w Nowym Jorku zorganizowano wystawy cieszące się dużym powodzeniem w Lund (1974 r.) w Szwecji, Kolonii (1981 r.) w RFN oraz w Londynie. Na początku lat 90-tych poprzedniego stulecia los zetknął mnie ponownie z prof. Stanisławem Wiśniewskim w pracowni rzeźbiarskiej prof. Mariana Koniecznego. Ku mojemu zaskoczeniu był zajęty rzeźbieniem portretu swojej żony Danuty. Później okazało się, że rzeźb autorstwa prof. Wiśniewskiego było więcej. Znakomity artysta malarz zaprezentował rzeźby swojego autorstwa w Galerii Związku Artystów Rzeźbiarzy na ulicy Brackiej w Krakowie. Były wśród nich rzeźbiarskie autoportrety i portrety przyjaciół, w tym prof. Mariana Koniecznego. Po raz drugi Pałac Sztuki gościł wystawę Stanisława Wiśniewskiego w 1995 roku.
Obecna, trzecia z kolei wystawa w Pałacu Sztuki została zorganizowana z okazji 40-lecia pracy twórczej profesora, ma charakter retrospektywy i przeglądu różnych kierunków w sztuce uprawianych przez artystę: malarstwo, rzeźbę i rysunek. Gratulując dotychczasowych osiągnięć artystycznych, dydaktycznych, kolekcjonerskich i towarzyskich życzę prof. Stanisławowi Wiśniewskiemu zdrowia i dalszych sukcesów.
Zbigniew Kazimierz Witek
, For over a century in the stately walls of Patac Sztuki (Palace of Art) in Krakow works of the most out¬standing Polish and foreign artists have been presented.
In 1983 the exhibition "Krakow Plantami otoczony" ("Krakow Surrounded With the Green Belt") was shown, as if to sum up the output of the 20 years of Stanisław Wiśniewski's work as an artist and a teacher at the Academy of Fine Arts in Krakow. Who is this extraordinary artist whom I had a pleasure to meet in Prof. Jan Szancenbach's studio in the late 1980s?
Professor Stanisław Wiśniewski was born in Krynica a few years before the outbreak of World War II. His vicissitudes were truly unusual and quite complicated. After the completion of the School of Mining he worked as a miner for a short time. Then he had a desire to become a "sea-dog" and applied to the Naval College in Gdynia (which unfortunately was closed in 1949). So he returned to Sędziszow Małopolski where he completed the Secondary School of Fine Arts.
He studied at the Academy of Fine Arts in Krakow as a student of Professor Zbigniew Pronaszko and Professor Zygmunt Radnicki. He completed the Academy in 1960. When he was a second-year student Professor Pronaszko discovered the extraordinary talent of his versatile student who had courage to choose his own artistic path.
His works were presented to the public for the first time at the 1st Festival of Contemporary Painting in Szczecin in 1962. Later exhibitions of his works were held in Krakow, Warsaw and Zakopane, and abroad in Belgrade, Vasteras, Söderlälje and Mälmö. He presented his famous exhibition entitled “Jesień kawalerii” ("The Autumn of the Cavalry"), which was a tribute to the Polish soldiers fighting in September 1939, in Hässelhölm in Sweden. The exhibition helped also to dispel a myth of the Polish cavalry fighting against German tanks. It showed that horses in Polish army served only as means of transportation. Stanisław Wiśniewski, an extremely intelligent, witty and brilliant disputer, and a brave and sensitive man with "a mischievous twinkle" has been a holder of the scholarship of the Kościuszko Foundation twice. During his first stay in New York, being not only an artist but a passionate collector and member of the selective Association of the Friends of the Colours and Arms, he visited the Famous Military College in West Point and gave a number of lectures on Polish painting to the local Polish community. In 1986 he was invited to New York once again. His successful exhibitions in New York were followed by other exhibitions in Lund (1974) in Sweden, Koln (1981) in German Federal Republic and in London.
At the beginning of the 1990s I met Professor Wiśniewski in Professor Konieczny's studio. To my surprise I found him sculpting his wife Danuta's portrait. Later I learned that he made many more sculptures. The splendid painter presented his sculptures in the Gallery of the Union of Polish Sculptors in Bracka Street in Krakow. One could find among them the artist's self-portraits and portraits of his friends, including one of Professor Konieczny. Pałac Sztuki housed Stanisław Wiśniewski's exhibition in 1995 for the second time. The present exhibition has been prepared on the occasion of the jubilee of forty years of Professor Wiśniewski's artistic work. It is retrospective in character and shows a spectrum of different artistic fields in which the artist has been active, i.e. painting, sculpture and drawing. While congratulating Professor Stanisław Wiśniewski on his achievements as an artist, a teacher and a collector, I simultaneously wish him good health and further success.
Zbigniew Kazimierz Witek
Kolekcjoner, znawca barwy i broni z białą na miejscu pierwszym, facecjonista w dawnym, dobrym stylu, erudyta i po części filozof żywcem z zielonobalonikowej bohemy wyjęty i przeniesiony, wbrew własnej woli, chyba w prostacką rzeczywistość naszego przełomu wieków. Stanisław Wiśniewski, jedna z legend Krakowa, profesor ASP, lecz przede wszystkim człowiek autentycznego esprit, obdarzony przez nazbyt hojną naturę również dobrym smakiem. A ten nakazuje mu zachować dystans do wszelkich parweniuszowskich sensacji naszej epoki. Również w kwestiach sztuki, traktowanej przez niego tak, jak traktowana być powinna: jako poważny zawód, nie zaś tor wyścigowy i pole harcowniczych popisów. Dla tej też przyczyny zapewne nie brał i nadal nie bierze udziału w sporach i faktycznych lub pozorowanych bojach kolejnych awangard, bo wie, że teorie mijają, a malarstwo zostaje. Zawsze to samo, choć nieco inne zarazem. To samo, bo nadal jest płaszczyzną pokrytą barwami w określonym porządku i z zamierzonym sensie w rzędzie pierwszym. Inne, bo zmienia się światopogląd, a wraz z nim nasz stosunek do rzeczywistości i przedmiotu tym samym, bo czyż filozofia, której widzialną formą jest, bądź też powinna być sztuka, nie zajmuje się stosunkiem pojęć do zjawisk i ich współzależnościami?
W jego oczach i praktyce sztuka jest środkiem wyrazu, a będąc nim, musi mieć przede wszystkim coś do powiedzenia i zrobić to w sposób inteligentny, bo przecie nikt nie chce słuchać nieskładnego bełkotu debila. Zwłaszcza przez czas dłuższy, a dzieła Wiśniewskiego są z całą premedytacją tworzone do wnętrz mieszkalnych, dla dzisiejszych odbiorców i ich następców w najdalszym pokoleniu. Tak, jak było zawsze, więc choć praktyka ostatniego wieku stworzyła cały przemysł - bo trudno go inaczej nazwać - „sztuki wystawowej", tej, której zadaniem jest zwrócenie uwagi znudzonych, zmęczonych i zblazowanych widzów wielkich przeglądowych ekspozycji i międzynarodowych Biennale.
Wiśniewski ceni więc filozofię i teorię estetyki, lub raczej, płynące z nich nauki i doświadczenia, lecz nie lubi doktryny. Cudzej ani własnej, której nigdy nie starał się sformułować, co u pedagoga, którym jest „od zawsze" należy uznać za ewenement, gdyż podniesiona do rangi kanonu doktryna ułatwia nauczanie i opromienia wykładowcę nimbem wyroczni, znającej prawdę absolutną i niepodważalną, gdyż możliwą do sprawdzenia i udowodnienia. Wszak pojęcie akademizmu nadal nie jest pustym dźwiękiem ani terminem historycznym tylko - jak długo istnieć będą Akademie - będzie również istniał akademizm, bądź też tylko tęsknoty ku niemu.
Wiśniewski jest malarzem. A malarstwo jest pasją i powołaniem, zaś powołanie jest zaborcze i egoistyczne, więc żąda wyłączności. Lecz nie od wszystkich. Wszak historia sztuki zna malarzy-architektów i malarzy-grafików, peintre-graveurów jak ich nazywano i malarzy-rzeźbiarzy, peintre-sculpteurów. Był nim Michał Anioł i Degas, Renoir i - sporadycznie - nasz Michałowski, oraz Dunikowski, który był dla odmiany rzeźbiarzem-malarzem z naciskiem na pierwszą profesję. I Picasso, pokazany w zmienionym w jego muzeum paryskim Hotel Sale w sposób nader przewrotny, lecz i trafny zarazem jako rzeźbiarza, który swe odkrycia dokonane w trójwymiarowej przestrzeni przenosił na płaszczyznę.
Wiśniewski rzeźbi monumentalne głowy i niewielkie medale, bada rzuty, buduje bryłę, przetwarza realny obiekt w równie realny i namacalny przedmiot sztuki. Bo rzeźba jest szczególną dyscypliną: ona jedna nie dąży do iluzji. Jest zawsze konkretem, niczego nie udaje i nie chce udawać. Jest materią uformowaną w określony kształt, ma swe realne ciążenia, namacalne podziały, ma takąż powierzchnię i jej napięcia, podlega prawom fizyki. Jak my, jak otaczający nas świat.
Takie też jest malarstwo rzeźbiarzy: budzi zaufanie logiką konstrukcji i swoistą funkcjonalnością. Te, przydługie zapewne rozważania usprawiedliwia jedna tylko, lecz dostateczna przyczyna: otóż Stanisław Wiśniewski obchodzi czterdziestolecie pracy artystycznej, a czterdzieści lat to więcej niż pokolenie. Czterdzieści lat w życiu sztuki - to epoka. Czterdzieści lat temu istniała jeszcze prawdziwa awangarda, toczyły się prawdziwe boje pomiędzy nowoczesnymi a tradycjonalistami, radykalna Grupa Krakowska urzędowała w kawiarni Warszawianki przy ulicy Sławkowskiej i krzywym okiem spoglądała na „kapistów" okupujących Dom Plastyków przy Łobzowskiej. Odbywały się jeszcze Salony Wiosenne i Jesienne, a każda wystawa była wydarzeniem, bo w mieście działały zaledwie trzy stałe galerie. Wtedy nowość goniła nowość, zaś o lepsze walczyło około 20 orientacji od tradycyjnej figuracji po op, pop, malarstwo materii i rodzący się właśnie konceptualizm, odbywały się happeningi... Możliwości wyboru nie brakowało.
Wtedy każdy młody artysta chciał być „jakiś", należeć do tej lub innej orientacji, najlepiej do najnowszej, więc najbardziej en vogue, wystąpić z jakimś manifestem albo też czymś, co by zadziwiło kraj i dało mu wstęp na Salon Marcowy Tadzia Brzozowskiego. Niewielu tylko młodych chciało być sobą i robić to, co uważali za słuszne. Wśród nich zaś był Wiśniewski. Z tej być może również przyczyny, że jego mistrzem i preceptorem był Pronaszko, artysta niezwykły nawet w czasach, w których mu żyć przyszło; uczeń dwu tuzów Młodej Polski, a mianowicie Malczewskiego i Axentowicza, kubista „z pierwszej ręki" gdyż poznał ów prąd w Paryżu niemal w chwili jego narodzin, następnie jeden z twórców Grupy „Polskich Expresyonistów", zwanych później Formistami, malarz i rzeźbiarz zafascynowany nie tylko futuryzmem lecz również ostro ciętą snycerką naszych twórców ludowych, autor słynnego pomnika Mickiewicza dla Wilna, okrzyknięty w końcu zdrajcą Formizmu, luminarz naszego postimpresjonizmu, o klasycyzujących skłonnościach. Lecz przede wszystkim wielki artysta. Świadomy swych celów, zamierzeń i roli, jaką wyznacza sztuce.
Trudno nie ulec wrażeniu, że Wiśniewski jest nie tylko jego uczniem i pupilem - wszak to właśnie Pronaszko wpadł w zachwyt na widok jego malarskiego studium już na II roku, a ściślej - sposobem operowania światłem swego wychowanka - lecz również kontynuatorem. Nie formy, lecz sposobu myślenia i wartościowania, podejścia do sztuki więc. Z chromatycznością środków na miejscu poczesnym, co oznacza, że w dziele powinny współdziałać wszystkie dostępne danej dyscyplinie tony i akordy, jeśli są tylko potrzebne dla uzyskania zamierzonego wyrazu. Że zatem będące specjalnością awangardy muzykowanie na jednej strunie może, bądź nawet musi doprowadzić do ubóstwa i wyjałowienia każdego prądu, a w efekcie do jego katastrofy, bądź gorszego od niej zapomnienia. Wiśniewski miał również szczególne predyspozycje po temu: był przecie w młodości przeznaczony na skrzypka, bo takie były rodzinne tradycje, zaś skrzypce są instrumentem bogatym w możliwości i uniwersalnym. I są okrutne dla grających na nich zarazem: już pierwszy ton, pierwsze pociągnięcie smyczkiem ujawnia, czy trzyma je w ręce wirtuoz, czy nieudolny rzępoła. Ponadto muzyka to rytm i melodia. W przełożeniu na język plastyki natomiast to język form, to konstrukcja dzieła i melodyjnie prowadzona gama barwna. Muzyka jest również najbardziej abstrakcyjną ze wszystkich sztuk, uczy więc i wymaga operowania wysublimowaną materią swej dyscypliny, nie można w niej podeprzeć się atrakcyjną anegdotą, bo nawet zwykła onomatopeja zaczyna rychło drażnić swą prostacką dosłownością.
Wiśniewski nie był jednak nigdy abstrakcjonistą, nigdy nie zerwał kontaktu z rzeczywistością i przedmiotem, choć pociągały go uroki niefiguratywizmu, polegające na ich malarskiej syntezie i daleko idącym przetworzeniu. Lecz nie był również nigdy realistą. Czerpał impulsy z rzeczywistości i czyni to nadal, lecz bez serwilizmu wobec natury, którą zmienia w zależności od artystycznego zamierzenia, i własnej wyobraźni.
Z kolorytem lokalnym na miejscu pierwszym. Postąpił tak już w młodzieńczym autoportrecie, i później, na studiach, w utrzymanym w błękitno czerwonej tonacji wizerunku „Hanki", ślicznej, jak powiada, dziewczyny, której naturalne walory musiały ustąpić przed imperatywami malarstwa, bo w nim „zawsze musi być wiadomo o co chodzi".
W wypadku „Hanki" - wiadomo. I w innych obrazach również, choć Wiśniewski zmieniał się i dojrzewał w rytmie przemian sztuki, lecz głównie zdobywanych doświadczeń i przemyśleń, boć przecie sztuka jest kwestią dojrzałości psychicznej i umysłowej w stopniu znacznie większym, niż się na ogół przypuszcza. Różne więc przechodził fazy i różnym też fascynacjom ulegał, co opisują zamieszczone w tym albumie wypowiedzi krytyków i samego artysty o wadze spisanego na żywo, w określonym czasie i sytuacji artystycznej, dokumentu. Dziś, w jubileuszowym roku lepiej więc spróbować wyłuskać ze sztuki to, co w niej stałe, co wspólne wszystkim jego dziełom. To zatem, co jest ubraną w kształt widzialny osobowością artysty więc łączy je w logiczną i spójną całość. Poza tym, co już zostało napisane, można chyba wymienić kilka jeszcze cech, a mianowicie romantyzm najczystszej, młodopolskiej próby. Wtedy zaś, w la belle epoque w której Wiśniewski czułby się znakomicie, Nietsche podzielił sztukę na dwa zasadnicze grupy-Rausch i Traum, szał i sen. Rausch, „jako konwulsyjne napięcie bólu żądzy, tęsknoty, przerażenia". Traum, „sztuka jako sen, w którym jak w tafli zaczarowanego jakiegoś jeziora odbija się obiektywnie a syntetycznie złuda życia..." pisał swego czasu Boy, a jego słowa można odnieść do obrazów artysty. Sztuka Wiśniewskiego jest więc liryczna i uczuciowa tym samym, co jednak w niczym nie osłabia jej siły. Skupionej i wyrazistej, jak w kapitalnej akwareli „Widzowie" na przykład, choć nie tylko, gdyż przykłady można by mnożyć niemal infinitum. Kolejną cechą sztuki Wiśniewskiego jest jej organiczność: nawet geometryczne i mechaniczne w swej regularności podziały „Okna" sprawiają wrażenie tworów biologicznych i pulsujących życiem, kaprysu natury zatem w mierze większej, niż chłodnej precyzji liniału i kątomierza, gdyż Wiśniewski buduje formę światłem i jego temperaturą, a są to wartości niemożliwe do ujęcia w matematyczne wzory. Kto jednak wie, czy nie najważniejszą cechą jego sztuki, zarówno malarstwa, jak rzeźby jest jej odruchowa, w pełni naturalna zatem i nie wymuszona elegancja w najlepszym rozumieniu tego terminu, który w teorii sztuki zastępowany jest bliskim mu, lecz uboższym w treści pojęciem kultury. Wiśniewski lubi bowiem dawne, wytworne ex definitione malarstwo i nigdy się go nie wyparł. Nawet w czasach, w których Matejko i Malczewski zostali odsądzeni przez awangardę od czci i wiary, a ich dzieła uznano za pozbawione ambicji i talentu, nawet w tych przedziwnych i fascynujących latach Wiśniewski pozostał zwolennikiem sztuki obu mistrzów, podobnie jak sztuki Wojtkiewicza i całej plejady swych poprzedników. Nigdy też nie chciał być „modern całkiem" i nie podpisał się pod hasłem „nowe jest gatunkowo lepsze od minionego", bo już wówczas przeczuwał bądź już nawet wiedział, że prawdziwie wielcy artyści byli zawsze poza modą. Na ich też wzór nawiązuje kontakt z odbiorcą: wpierw obraz uderza, wabi, przykuwa wzrok, zaciekawia, a później wciąga do rozmowy, tej samej, którą prowadził z nim artysta w czasie malowania, bo Wiśniewski podchodzi do sztalug z generalnym zarysem dzieła tylko, z jego ideą, by później tworzyć na prawach sprzężenia zwrotnego, w nieustannym dialogu z powstającym obrazem. Tym sprzężeniem, w którym skutek oddziaływuje na przyczynę. I kończy, gdy wszystkie niejasności i wątpliwości zostały wyjaśnione. Aż do najdrobniejszego punkcika farby na płaszczyźnie, bo - wszystko inne pomijając - jego płótna są, jak to się eufemistycznie mówi, dopracowanymi, w najdrobniejszym szczególe obiektami estetycznymi, bo są po prostu dekoracyjne, gdyż należy chyba teorii sztuki przywrócić również to, spostponowane praktyką ostatnich dekad i sprowadzone do rzędu trywialnego rękodzielnictwa określenie, o którym Wyspiański miał zgoła odmienne zdanie: „sztuka dekoracyjna – mawiał - takiego pojęcia nie ma, każda dobra sztuka jest ze swej natury dekoracyjna". Wiśniewski ujmuje to nieco inaczej: wolę sztukę, która śpiewa od tej, która prawi kazania, a Gałczyńskiego od wierszy naszych noblistów. I śmieje się jako zwykł, a nie ma ponoć nic bardziej serio, od śmiechu mądrego człowieka.
Jerzy Madeyski
, A collector, an expert at the colours and arms, a joker in the old, good style, an erudite and partly a philosopher as if moved directly and against his will from the Bohemia of the Zielony Balonik (Green Balloon) cabaret to the crude reality of the turn of the century. Stanisław Wiśniewski, one of the legends of Krakow, a professor of the Academy of Fine Arts and, first of all, a man of authentic esprit, endowed also with good taste by generous nature, which makes him keep a healthy distance from all vulgar sensations of our epoch and treat art in an adequate way, namely as a profession not a racecourse or a ground of skirmishers' games. Maybe for this reason he has never taken part in disputes or got involved in real and alleged battles of subsequent avant-garde movements, because he knows that theories pass and painting remains. Painting is always the same and different at the same time. It is the same because it is still a plane covered with colours arranged in a particular order and in accordance with some intention. And different because the view on life changes and therefore our approach to reality and objects alters too. In Wisniewski's opinion and practice art is a means of expression and as such must have something to say and do it in an intelligent way as nobody wants to listen to a halfwit's awkward gibber. Especially for a long time. Wiśniewski creates his works for homes, for contemporary viewers and their followers in next generations. It has always been like this although the practice of the last century created the whole "industry" of "exhibition art" which aimed at catching the eye of bored, tired and spoilt exhibition - and international biennial-goers.
Wiśniewski values the philosophy and theory of aesthetics, or the knowledge and experience sourcing from them, but he does not like the doctrine. He does not appreciate either his own or anybody else's doctrines, which is unusual in the case of a teacher whom he can also be called, because a doctrine treated as a canon makes teaching easier and turns a teacher into an oracle who knows the absolute and unquestionable truth that can be verified and proven. Why not, since the notion of academism is not an empty word or a historical term but still a living phenomenon which will remain so as long as Academies exist. Wiśniewski is a painter. Painting is his passion and vocation. Although this vocation is demanding and egoistic and requires exclusiveness as a rule there have always been painters-architects, painters-graphic artists (so-called peintre-graveurs) and painters-sculptors (so-called peintre-sculpteurs). Michelangelo was one of them, and Degas and Renoir too. Michałowski and Dunikowski likewise, although the latter was a sculptor rather than a painter. Picasso, whose works are exhibited in his museum Hotel Sale in Paris, is presented in a deceitful, yet an accurate way, as a sculptor who used to transfer his discoveries made in the three-dimensional space onto planes. Wiśniewski sculpts monumental heads and small medals. He studies throws and builds a bulk. He transforms a real object into an equally real and concrete object of art. Sculpture is a special discipline. It is the only field of art which does not aim at illusion. A sculpture is always concrete. It never pretends to be something else. It is the matter moulded into a defined shape. It is subjected to gravitation and has its tangible divisions, surfaces and tensions. It is subjected to the laws of physics like all of us and like the surrounding world.
Painting practiced by sculptors has the same qualities. It inspires confidence in viewers with the logic of its construction and a special functionality. These slightly prolonged divagations can be, I believe, justified with the following explanation. Namely, Stanisław Wiśniewski is celebrating the jubilee of 40 years of artistic work. Forty years is more than one generation. Forty years in art is an epoch. Forty years ago there still existed a true avant-garde, there were true battles fought between the modern and the traditional, and the radical Krakow Group would occupy cafe Warszawianka in Sławkowska Street and would scowl upon the Capists sitting at tables at Dom Plastykow (Artists' Centre) in Łobzowska Street. Spring and Autumn Salons would be held. At that time every exhibition was an important art event because the city had only three permanent galleries. The time abounded in novelties. There occurred about twenty different trends which ranged from traditional figuration through op-art, pop-art, painting of the matter, conceptualism to happenings. The choice was very ample.
At that time every artist wanted to be a part of some movement, possibly the latest and most fashionable one, prepare his own manifesto to astound the nation and be admitted to Tadeusz Brzozowski's March Salon. Very few young artists wanted to be themselves and do what they believed right. Wiśniewski was one of them. Perhaps because his master and teacher was Pronaszko, an unusual artist in the time he happened to live. Pronaszko was a student of two big wigs of the period of Młoda Polska (Young Poland), namely Malczewski and Axentowicz. He was one of the first Cubists having come into contact with the trend in Paris almost at its birth, then one of the originator of the Group of "Polish Expressionists" who were called the Formists later, a painter and a sculptor fascinated not only with futurism but also with sharpedged wood-carving of folk artists, an author of the famous statue of Mickiewicz in Vilnius, accused of betraying formism, and called a luminary of Polish post-impressionism with classical tendencies. But first and foremost he was a great artist aware of his goals, intentions and the role of art.
It is hard not to be under an impression that Wiśniewski was not only his pupil but also a favourite. It was Pronaszko who first went into raptures over Wisniewski's study, and more precisely over the way he used light, when Wisniewski was a second-year student. Wiśniewski is Pronaszko's continuator in the sense that he follows the older artist's way of thinking and valuation, and shares his view on art. The most essential is the choice of chromatic means of expressions which means that all tones and accords available in a given field of art should act jointly in order to produce the intended result. Similarly to playing music on one string only, which was a specialty of modernism. It could lead to impoverishment or emaciation of every trend, and finally to its end or to oblivion. Wiśniewski showed particular predispositions towards this tendency because as a young boy he was studying to become a violinist thus following a family tradition. The violin is a beautiful and universal instrument. But at the same time it can be very cruel for a musician, showing at once whether he is a virtuoso or an inapt fiddler.
Music stands for rhythm and melody whereas when it is translated into the language of plastic arts, it becomes a structure and a melodious colour range. Music is the most abstract of all art disciplines. It is impossible to refer to an attractive anecdote in it because even an ordinary onomatopoeia quickly irritates with its simplicity. However, Wisniewski has never been an abstract artist and has never lost touch with reality or an object although at times he was tempted with the charms of non-figurative art, relying in painterly synthesis and profound transformation. On the other hand, he has never been a realist either. He would draw stimuli from reality but without being servile to nature that he would transform depending on his artistic plans and his own imagination. This is what he did with his early self-portrait and later with the image of "Hanka" who was a pretty girl but whose natural beauty had to give way to imperatives of painting and the permanent need to make the idea clear to viewers. In the case of "Hanka" the thought is clear and so it is in other canvases in spite of the fact that Wiśniewski, who was changing and growing up parallel to the rhythm of changes in art, was also influenced by his experiences and meditations. Art is more close¬ly related to emotional and intellectual maturing than it is generally believed.
The artist has gone through different phases and has had various fascinations. Today, in the year of his jubilee, it is fitting that we should try to discover permanent elements in his art and features shared by all his works. It is the artist's personality presented in a visible form which links all his works in a logical and compact whole.
Apart from what has already been said, some other features of his works can also be mentioned. For example, romanticism of the purest type, characteristic of the period of Young Poland when Wiśniewski would have felt completely at home. It was in la belle epoque when Nietsche divided art into two essential groups - Rausch and Traum, madness and dream. Boy-Zeleński's words defining Rautsch "as a convulsive tension of the pain of craving, longing and horror", and Traum "as the art understood as a dream in which the illusion of life is reflected objectively and synthetically like in a sheet of the lake..." can be interpreted as a reference to the artist's paintings. Wiśniewski's art is lyrical and emotional but these features do not weaken its power. It is compact and suggestive like, for example, his watercolour "Viewers" and numerous other works. Its other trait is its organic character. Even geometric "Windows" with their mechanic regularity of divisions look like biological formations, pulsating with life. They are more like caprices of nature than precise linear compositions due to the fact that their author creates their form with the use of light and temperature which, by nature, are difficult to express in mathematical formulas. Perhaps the most important characteristic of Wiśniewski's paintings and sculptures is their instinctive, fully natural and unaffected elegance which can simply be termed "culture". The artist likes the old, refined painting and he has always admitted it. Even in the time when Matejko and Malczewski were totally rejected by the avant-garde and their painting considered to be lacking ambition and talent, Wiśniewski remained an admirer of their works and those of Wojtkiewicz and of his many predecessors. He never wanted to be completely modern and never believed in the motto: "the new is better as regards its quality than the old" because he felt or knew that truly great artists never follow fashions. He establishes contact with viewers like they used to do: his canvases first strike them, then enchant them, draw their eyes, interest them and later draw them into a dialogue which is the same that the artist himself conducted during the act of creation. Wiśniewski approaches the easel with a general ideal of a painting only and he gradually develops it in a continuous dialogue with the canvas. In this feedback mechanism the effect influences the cause. The artist completes his work when all doubts are clarified and the tiniest dot of paint on the plane is perfect. His canvases are truly polished up and can be called decorative. Contrary to the trivial opinion popular in the last few decades that decorative art is a craft, Wyspiański believed that “there is so such notion as “decorative art” because good art is decorative by nature”.
Wiśniewski phrases his view in a slightly different way: “I prefer art which sings to art which preaches, and Gałczyński`s poems to poems written by Nobel prize winners.”
And he laughs because allegedly nothing is more serious than a wise man`s laughter.
Jerzy Madeyski
Wedle obecnie obowiązujących standardów obrazy Stanisława Wiśniewskiego, obecnie wystawiane w salach Fundacji Kościuszkowskiej (15 E. 65th St, Manhattan) mogą wydawać się jakby niemodne, odrobinę passe. Gdy jednak weźmiemy pod uwagę panujący w rodzinnym kraju Wiśniewskiego i urzędowo zaaprobowany styl malarski, w którym proporcje postaci nawiązują do herosów, mając za zadanie idealizowanie i gloryfikowanie robotników, uznamy, że obrazy tego artysty są w rzeczywistości bardzo obiecujące.
Wiśniewski został zaproszony do Nowego Jorku, jako jeden z kilku wybranych artystów, przez Fundację Kościuszkowską, która zorganizowała tutaj jego debiut artystyczny „w celu zapoznania się z tym, co robią obecnie Amerykanie, nawiązania kontaktów i wymiany myśli".
I chociaż jego pobyt tutaj nie był planowany jako wizyta robocza, to jednak ponad 30 z jego płócien, akwareli i rysunków przedstawianych na wystawie, powstało w Ameryce.
Wszystkie one charakteryzują się pewną witalnością i energią. Wiśniewski komponuje swoje abstrakcje przy pomocy odważnych form i mocnych kolorów, często na dużych powierzchniach. W przypadku kilku z nich, takich, jak „Konflikt", „Inauguracja", „Inauguracja V" i „Konflikt II", kształty przypominają wyglądem formy przemysłowe. Można poczuć ciężar stali i ruch maszynerii. Być może tematy te odzwierciedlają doświadczenia i poglądy artysty od chwili przybycia do Ameryki.
Wiśniewski z łatwością posługuje się zarówno farbami olejnymi jak i akrylowymi, kładąc farbę ze swobodą, operując pędzlem w sposób zbliżony do abstrakcyjnych ekspresjonistów sprzed dziesięciu lat lub więcej. Mimo to, daje się w jego pracach zauważyć także dyscyplinę. Mocne czerwienie zestawiane są z czystymi błękitami, lecz delikatne szarości i mleczne odcienie bieli łagodzą ich ostrość.
Praca zatytułowana „Inauguracja III" jest nadzwyczaj wyrazista. Czerwone, koliste formy w centrum obrazu wydają się wirować od środka na zewnątrz, rozrzucając inne kształty na powierzchni. Równowagę oraz napięcie między nimi tworzy kilka grubych przekątnych, które przebijają ten wir rozpraszając ruch. Czernie i brązy stanowią przeciwwagę dla czystej czerwieni i różnicują koncentryczne rytmy. W niektórych płótnach daje się dostrzec lekki, żartobliwy ton. Jednak prace te, tak jak „Inauguracja II", nie należą do najlepszych osiągnięć artysty. Zaciekawiony powtarzającym się tytułem „inauguracja", zapytałem Wiśniewskiego o implikacje tego słowa. Wyjaśnił, że termin ten dla niego oznacza „początek, ferment, miejsce wyjścia". Pod tym względem, jeszcze bardziej zbliża się do abstrakcyjnych ekspresjonistów. Dla wielu z nich także nie istniał z góry wyobrażony temat. Obrazy powstawały z ich osobistych, często nieświadomych reakcji na własne przeżycia.
W niektórych obrazach Wiśniewskiego dają się zauważyć aluzje do orfizmu i wortycyzmu, dwóch kierunków w malarstwie XX-wieku, które były następstwem kubizmu i Delauney'a. Jednak prace Wiśniewskiego mają swój własny, odrębny charakter. Wiele przedmiotów, pojawiających się głównie na akwarelach i rysunkach, posiada pewne cechy nawiązujące do natury lub martwej natury. Lecz w procesie artystycznego przetwarzania, pozostają po nich jedynie organiczne ślady. Są nimi istota życia, rozwój i zmiany, pozbawione szczególnie nakreślonych nawiązań. W pewnym sensie, akwarele te mają silniejszą wymowę, są swobodniejsze i bardziej szczere.
Stanisław Wiśniewski to malarz utalentowany i obiecujący. Należy przyklasnąć wysiłkom Fundacji Kościuszkowskiej, które zaowocowały umożliwieniem temu artyście i innym, jemu podobnym, zapoznanie się ze sztuką poza granicami własnego kraju i uczestnictwa w niej. Można mieć nadzieję, że gdy ci młodzi ludzie wrócą do domu, choćby samo tolerowanie ich pomysłów przez kręgi oficjalne w konsekwencji doprowadzi do ich ogólnej akceptacji. Wystawa otwarta do środy.
Malcolm Preston
By current standards, the paintings of Stanisław Wiśniewski, now on view at the Kosciuszko Foundation (15 E. 65th St., Manhattan) may appear somewhat dated, a bit passe. But when one considers the prevailing, officially accepted style of painting in Wiśniewski's native Poland, with its heroically proportioned figures idealizing and glorifying the workers, his canvases are promising indeed. Brought to New York within the past year by the foundation, which is host to his American debut Wiśniewski is one of several artists selected "to see what Americans are doing, to talk with them, to exchange ideas."
Although his visit was not essentially planned as a working one, all of the 30 or more canvases, water-colors and drawings in the exhibition were completed during his stay in the U.S.
They possess a certain vitality and energy. In bold forms and strong colors, often on large surfaces, Wiśniewski organizes his abstractions. In several, including "Conflict," "Inauguration," "Inauguration V" and "Conflict II," the shapes are reminiscent of industrial forms. One feels the heaviness of steel and the movement of machinery. Perhaps these themes reflect his experiences and views, since coming to America.
He works easily in both oil and acrylic, applying the paint with a freedom and movement not unlike the Abstract Expressionists of a decade or more ago. Yet there is discipline here, too. Powerful reds are just a posed with pure blues, but soft grays and milky whites temper their strength.
"Inauguration III" is an explosive composition. The red, circular form near the canvas center seems to spin outward, thrusting a burst of other shapes about the painting. These are balanced and held in tension by several heavy diagonals that cut through the vortex and interrupt the motion. Blacks and browns offset the pure red and add variety to the concentric rhythms. At times there is a playful, light quality in these canvases. But on those occasions, as in "Inauguration II," he is not at his best.
Curious about the repetition of the word (inauguration) as a title, I asked Wiśniewski its implications. He described its meaning to him as "a beginning, a ferment, the starting place." In that sense he comes even a bit closer to the Abstract Expressionists. For many of them, too, there was no preconceived theme of subject. The painting grew from their personal ferment, from their highly subjective, often unconscious, reactions to their experiences.
In some of these paintings there are hints of Orphism and Vorticism, two early 20th Century movements that followed Cubism, Delauney, in particular, comes to mind.
Still there is an individual character in Wiśniewski's work. Many of his things, especially his watercolors and drawings have some elements of nature or still life in them. But as he develops his forms, only an organic vestige remains. It is the essence of life, growth and change, without specifically delineated references. In some ways these watercolors are more successful, freer, less studied and more direct. Stanisław Wiśniewski is a painter of talent and promise and the Kościuszko Foundation is to be applauded for its effort in providing him, and artist like him, with the opportunity to see and take part in the art beyond the Polish borders. And as these young people return home, hopefully the mere tolerance of their developing ideas will give way to a genuine acceptance in official circles. The exhibition will continue through Wednesday.
Malcolm Preston
Szanowni Państwo!
Korzystając z gościnności Teatru S.I. Witkiewicza w Zakopanem pozwalam sobie, już po raz drugi, zarekomendować wystawę malarstwa, które (tak sądzę) powinno być w tym miejscu prezentowane. Chodzi nie tylko o poziom obrazów, lecz o fakt, że są one nieobojętne i nie pozwalające na obojętność, a więc trafiają w miejsce wymarzone do sporów, zważywszy na żywą, duchową obecność Patrona tego Adresu - Witkacego.
Renata Bonczar nie należy do żadnej szkoły w regionalnym, wyrazowym, czy klasyfikacyjnym sensie, podąża własną drogą i mniej uwagi zwraca na powszechnie błogosławione szukanie, a częściej znajduje. To zaś co znalezione, po swojemu rozwija, udoskonala, uszlachetnia i pozwala, jak winu, dojrzewać. Powiedzenie, że "sztuka nie znosi pośpiechu" odnosi się najpełniej do twórczości Renaty Bonczar.
Pragnę w tym momencie zwrócić uwagę Państwa na znakomity warsztat, którym autorka
dysponuje. Jest to ważne, gdyż dzisiaj, w cywilizowanym świecie, zaczyna się na powrót mówić o wartości "kuchni malarskiej", a u nas, na peryferyjnym kartoflisku, zakompleksiałej sztuki braci mniejszych z Ost - Europy, analfabetyzm warsztatowy bywa cnotą równoważną z procesem tworzenia, często - wyznacznikiem apostolstwa awangardowego.
Renata Bonczar, już w czasie studiów, a więc kilkanaście lat temu, co warto podkreślić, podjęła próby rehabilitacji warsztatu i tu upatrywałbym fundamentalnej odrębności jej malarskich działań. Przez związki rodzinne i codzienne obcowanie z technologią (mąż - Adrian Poloczek, jeden z najznakomitszych konserwatorów polskich średniego pokolenia) autorka w sposób naturalny, wprowadza do swojego malarstwa te elementy, które mimo współczesnego wyrazu formalnego, sytuują je znakomicie w spiralnym postępie sztuki, jak chce prof. J. Nowosielski. Pewne zjawiska wyrazowe pojawiają się w tych samych punktach, odnosząc się do swoich wielkich poprzedników, lecz na różnych poziomach.
Czyni to malarstwo Renaty Bonczar, harmonijnie wplecionym w postęp i rozwój sztuki, opartej na mocnym fundamencie kontynuowania tradycji.
Jeszcze słowo interpretacji, lub raczej "refleksji na temat", bo interpretacja jest sprawą każdego z Państwa, oglądających wystawę.
Myślę, że nie warto zawierzać optycznemu wrażeniu, że obrazy Renaty Bonczar imitują naturę; Niebo, Ziemię, Wodę, Kamienie, Drzewa.
Przy bliższym obcowaniu z tymi obrazami, a nie tylko ich oglądaniu, możemy znaleźć się np. w strefie rekonstrukcji snu widomymi, materialnymi znakami. Możemy przeżyć niepokój z jakim myślimy o reinkarnacji, byłem tu, przeżyłem to już, myślałem kiedyś tak...
Te obrazy poprowadzą nas bliżej wewnętrznego "pejzażu" duszy i rozumu, w stronę wysiłku dotyczącego formułowania prawd o wiecznych sprzecznościach zawartych w człowieku.
Zdarza się, że w atmosferę i nastrój ciepłej, lirycznej Tęsknoty, gorącej Namiętności lub złocistego majestatu Wieczności (Spokoju) wdziera się brutalnie i zamaszyście, chropowata struktura geologiczna, jakieś Niby-Ziemie, Niby-Kamienie a bywa, że i Niby-Drzewa.
Nie jest to oczywiście, powtórzmy, notacja zewnętrznych przemian, czy dysharmonia oglądanej natury, lecz arytmia obrazów wewnątrz.
Pasowanie się rozumu z emocjami, chłodnej, analitycznej obserwacji z nieodpowiedzialnymi
sentymentami kobiecych tajemnic. Wszystko to jednak, już unieruchomione, zastygające, odciśnięte, zatrzymane w czasie, materii i na płaszczyźnie.
Zaklinając stany wewnętrzne na obrazach, Renata Bonczar dokonuje mozolnego i uporczywego wysiłku, o którym Canetti mówił, że: "najtrudniej odkrywać na nowo, prawdy już dobrze znane".
Jerzy Duda-Gracz
Dear Sirs
(...) Renata Bonczar does not belong to any school in regional, verbal or classification meaning. She goes it alone and pays attention in a less degree to commonly blessed search but she finds more often. That found she develops, improves and ennobles after one 's own mind and she " allows" it to mature like a wine. The adage:
"Art does not tolerate the haste" completely refers to the works of Renata Bonczar.
The authoress has the splendid brush-work. Now a days it is very important because almost in all over the world it is said again about "kitchen of painting" value (...)
Renata Bonczar during her study - a few years ago - had a try at "rehabilitation" of a workshop and this is where I perceive the fundamental separateness of her art of painting. The artist, through her family connection and commune with technology (her husband-Adrian Poloczek - is one of the best Polish conservators), introduces in a natural manner such elements to her painting which, in spite of modern and formal
expression, placed them splendidly in the spiral progress of art as professor Jerzy Nowosielski wants.
Some expressional occurences appear in the same points and they relate to their great predecessors but on the different levels.
It makes that the painting of Renata Bonczar harmoniously belongs to progress and development of art basing on the continuation with one's tradition.
And these are only my reflection because I leave the interpretation to YOU. In my opinion it is no good to undergo to optical impression that the pictures of Renata Bonczar imitate nature: the Sky, the Earth, Water, Stones, Trees. After close study with those pictures we can find ourselves e.g. as the outward, substantial signs in reconstructive zone of dream: We may feel such anxiety which we think about reincarnation: I was here, I experienced it before then, there was a time when I thought so...
Those pictures will lead us into "a landscape" of the soul and reason and to cast of the truth about the eternal discrepancies existing in human being.
It so happens that a rough geological structure - Some Kind of Earths, Stones and Trees force and entrance into the atmosphere of warm and lyric Hankering, hot Passion or golden Eternity (Calm) - majesty.
It is not, of course, a notation of the external transformations or disharmony of nature but it is an internal arrtiythmy of the pictures.
It is rational struggling with the excitements of an analytic observation and with the irresponsible sentimentality of woman's arcana. And yet all this is already brought to a standstill and impressed on time, matter and plane.
Enchaining the inner frame of mind on her pictures Renata Bonczar accomplishes the toilsome effort about which Canetti said: "it is most difficult to rediscover the best-known truths".
Jerzy Duda Gracz
Malarstwo Juliusza Joniaka jest równie znakomite co trudno poddające się werbalizacji. Obrazy te należą do kategorii zwanej przez Francuzów: peinture-peinture, a więc malarstwa pozbawionego anegdoty alegoryzmów czy odniesień do bieżących wydarzeń zewnętrznych. Zasobów motywów prof. Joniaka należy do kanonu postcezanowskiego, a więc: głównie martwa natura i pejzaż, rzadziej portret. Ale typologia ta staje się w tym przypadku mało ważna. Wszystkie obrazy Joniaka wyrastają z oglądu realności, substancjonalności otaczającego świata, ale elementy realne zostają przetransponowane na autonomiczne struktury. Mamy tu do czynienia ze specyficznymi właściwościami żywiołu malarskiego, z transpozycją wyglądów rzeczy na substancje farby, ze spotkaniami form, barw, pociągnięć pędzla, których różnorodność wymyka się wszelkiemu schematowi. Gęstość, a czasem barokowa niemal bujność niektórych płócien, ujęta jest w karby wrodzonej, a pogłębionej latami dyscypliny i niezawodnego smaku. Satysfakcja odbioru tych obrazów płynie z pewnego rodzaju zaskoczenia, że oto stanęło przed nami coś, co jest zarazem pięknym przedmiotem i zjawiskiem, które mobilizuje nasz umysł. Jest ono swoistą kreacją, powołaną do istnienia, a zarazem odsłania nieznane w świecie niby to dobrze znanym. Moment zaskoczenia, niespodzianki, który występuje zawsze, gdy patrzymy na prawdziwe twórcze dzieło malarskie, pojawia się wraz z uczuciem biegunowo przeciwnym. Można by je naiwnie sformułować: „Ach tak, to tak właśnie jest, to święta prawda”. Dla mnie takim wstrząsem były pejzaże artysty z Grecji, a przede wszystkim z Hiszpanii. Uchwycenie tej „świętej prawdy”, kwintesencja danego obrazu, polega przede wszystkim na przekazie jego esencji kolorystycznej. Aurę pejzaży hiszpańskich wyznaczają czerwone ochry, brązy, czerwienie, oscylujące między tymi biegunami, małe fragmenty wapiennej bieli, szare przestrzenie nieba, które tylko na hiszpańskim płaskowyżu ma ten popielaty, głuchy ton. Artysta zapytany przeze mnie, czy podczas swych podróży robi jakieś notatki kolorystyczne, odpowiedział, że nie. Polega na swojej pamięci, w której kolor nie funkcjonuje nigdy jako coś oderwanego, lecz jako konkretny odcień, ściśle związany z materią rzeczy. Kolor Hiszpanii zapamiętał jako rzemień z surowej skóry, jako cenny wytłaczany kurdyban, czy jako cygański kociołek miedziany. W ostatnich latach powstało nieco mnie nowych pejzaży, natomiast kontynuowane są martwe natury, coraz bardziej szlachetne i dojrzałe. Martwa natura, nazywana pięknie przez Holendrów „cichym życiem” była zawsze ulubionym polem doświadczeń malarskich Joniaka. Doświadczenia te rozgrywane są od 30 lat w tej samej pracowni, a pewien repertuar obiektów stale się powtarza: dzban z szafirowego szkła, ciemna, omszała, stara flaszka, wysoki dzbanek z białej porcelany, siatka zawierająca zeschłe owoce, kilka draperii, bynajmniej nie kosztownych – występują w wielu obrazach. Nie jest to czymś wyjątkowym, gdyż tę powtarzalność rekwizytów obserwujemy już u dawnych mistrzów holenderskich. Ale ich optyczny realizm nie dopuszczał transpozycji. Z kolei u artystów współczesnych wyglądy rzeczy ulegają takiej redukcji, że stają się nierozpoznawalne, a więc mogłyby w ogóle nie istnieć. Ale są jeszcze malarze, dla których przedmioty mają swoistą egzystencję, a zarazem „różne sposoby istnienia” zależne od kontekstu, co stanowi niewyczerpalne źródło rozwiązań. Do takich artystów należy Juliusz Joniak, a różnorodność i wynalazczość jego rozstrzygnięć – kompozycyjnych, kolorystycznych, fakturowych sprawia, że każde płótno staje się całkiem odmiennym zjawiskiem.
Maria Rzepińska
Juliusz Joniak painting is as remarkable as it is difficult to describe in words. His paintings belong to the category known to the French as peinture-peinture, that is painting devoid of anecdote, allegory or references to current outside events. Professor Joniak's supply of motifs belongs to the post-Cezanne cannon, thus mostly still life and landscape, more rarely portraiture. In this case, however, the typology becomes unimportant. All of Joniak's pictures spring from observation of reality, the substantiality of the surrounding world, but real subjects are transformed into autonomous structures. Here we are dealing with specific characteristics of the painter's force, with the translation of appearances into paint, with the meeting of forms, colours, and brush strokes whose variety defies any possible schematisation.
The density and sometimes baroque luxuriance of some canvases is curbed only by the artist's innate discipline, which has increased over the years, and his unerring taste. The satisfaction of beholding these pictures comes from a certain astonishment that here we are face to face with something that is a beautiful object but at the same time a phenomenon which mobilises our intellect. It is an individual creation called into existence, but at the same time reveals the unknown in a supposedly well-known world. The moment of astonishment, of surprise, which always occurs when we see a truly creative work of art, appears together with a feeling which is its polar opposite. One could naively express it: "Oh yes, that's exactly how it is; that's the gospel truth."
For me, the artist's landscapes of Greece, and especially of Spain, were such a thunderbolt. Capturing this "gospel truth," the quintessence of a given landscape, relies, above all, on the delivery of its colouristic essence. The aura of the Spanish landscapes is delineated by red ochres, browns and blacks oscillating between their poles, small fragments of lime-white, and grey expanses of sky which only on the Spanish plateau has that ashen, dead tone. The artist, when I asked him if he takes some sort of colouristic notes on his travels, answered in the negative. He relies only on memory, in which colour never functions as a separate entity, but as a concrete shade closely bound to the matter of the object. He remembered the colours of Spain as a strap of raw leather, as the precious embossed cordovan, and as a gypsy's little copper kettle.
In the past few years somewhat fewer landscapes have come into being, however the still lifes continue, increasingly refined and mature. Still life beautifully named by the Dutch, has always been Joniak's favourite field for painterly experiments. These experiments have been taking place in the same studio for thirty years, and a certain repertoire of subjects constantly repeats itself. A sapphire-blue glass jug, a dark, timeworn old flagon, a tall, white porcelain pitcher, a net bag containing shrivelled fruits, and a few tapestries, by no means costly, appear in many pictures. This is not anything exceptional, as we may observe this repetition of props already with the Dutch old masters. But their optical realism did not permit transposition. Next, among modern artists the appearance of objects undergoes a kind of reduction, so that they become unrecognisable, and thus in general could not really exist. There are still painters, however, for whom objects have their own existence, but at the same time have different manners of being depending on their context. This serves as an inexhaustible source of solutions. Juliusz Joniak is one of these artists, and the diversity and inventiveness of his decisions, of composition, colour and treatment, cause each canvas to become a wholly distinct phenomenon, though we may after a more lengthy viewing note a few of the same repeated objects.
Juliusz Joniak's remarkable painting has always been too little known here and the present exhibition is the first such large showing of his works in Poland. Professor Joniak exhibits and sells abroad, primarily in Germany, where he has many ardent enthusiasts. This all began when the famous German sculptor, Thomas Duttenhofer, acquired Still Life with a White Vase from an exhibition of Cracovian artists held in Darmstadt in 1985. The owner of an art gallery in Mainz, enchanted by this canvas, travelled especially to Cracow in order to propose a one-man show to the artist. Contact with German galleries developed and stabilised. It is unfortunate that many of Professor Joniak's loveliest works are not found in Polish museums, but abroad.
Maria Rzepińska
Sztuka ostatniego wieku wacha się między dwiema skrajnościami. Pierwszą euforyczną i triumfalną, gdy - ufna w swe możliwości - rusza, by odkryć nieznane prawdy i zbudować z nich podwaliny przyszłej epoki. Wówczas „nowe" staje się synonimem „dobrego" , a przymiotnik „awangardowy" starczy za tytuł i najwyższy znak jakości. Wtedy przeszłością się pomiata, zarzucając jej - w najlepszym przypadku - niemożność wyrażenia czasów innych jak własne, skostnienie, naiwność, brak wyobraźni i smaku, przerost warsztatu, tudzież wszelkie możliwe błędy i wypaczenia. Wejście sztuk pięknych w stan owej skrajności obwieszcza radosna wrzawa kategorycznych sądów.(...) Potem przychodzi czas obrachunku łupów i strat własnych i okazuje się, że bilans krąży wokół zera. Owszem, po stronie „ma" pojawiły się nowe wartości, owszem, sztuka zdobyła planowane pozycje i przetarła nowe drogi, lecz za swe zwycięstwo zapłaciła drogo, bowiem po stronie „winien" zjawiły się nie znane dotąd pozycje: spłycenie zagadnień, pośpiech i wynikająca z niego powierzchowność sprzyjająca artystycznym oszustwom, brak kryteriów wartości, zaś przede wszystkim izolacja od społeczeństwa.
(...) lstnieją jednak twórcy zbyt dojrzali, by bezkrytycznie wejść w powstały na ich oczach nurt małej awangardy poszerzonego pola sztuki z jego paraplastycznymi działaniami. Należy do nich Stanisław Wiśniewski, malarz i - chciałoby się powtórzyć - tylko malarz, bez żadnego przymiotnika określającego jego przynależność do jakiejś formacji artystycznej, nie obciążony więc żadnymi regułami gry na płaszczyźnie.
Proste, jakby się zdawało, słowo „malarz" oznacza jednak wypowiadanie się
głównie poprzez kolor, będący w ludzkim kodzie porozumienia synonimem emocji. Tylko emocja też łączy jego kolejne wystąpienia.
Wiśniewski odwołuje się w sposób niemal ostentacyjny do Młodej Polski i jej filozofii, jej refleksyjności lecz i ozdobności zarazem, jej zadumy i świadomości przemijania. Cóż, widać i nam przyszło przeżywać własny fin-de-siecle, z jego chandrą i poczuciem bezsensu, czemu zresztą zbytnio dziwić sie nie należy. Młodopolski witalizm natomiast przetrwał u Wiśniewskiego jedynie w kolorze, żywym i nasyconym, w jasnej palecie o śmiałych, lecz nigdy nie dysonansowych kontrastach. Bo na wzór swych prekursorów również Wiśniewski jest estetą i jak każdy esteta dąży z całą premedytacją do piękna.
(...) U Wiśniewskiego dzieło jest, jak się wydaje, wobec pomysłu aposterioryczne, przemyślane i poprzedzone stosownymi przygotowaniami. Właśnie tak tworzy się dla wymagających odbiorców, a Wiśniewski świadomie dla nich maluje. Mało tego: chce im się podobać. W stwierdzeniu tym nie ma śladu negatywnego zabarwienia: któryż z wielkich mistrzów przeszłości nie tworzył dla odbiorców i nie chciał im się podobać?
I bodaj czy ten fakt, o coraz większym zasięgu, nie świadczy najdobitniej o zmierzchu awangardy i pogodzeniu się sztuki z tradycją, o porzuceniu typowej dla czasów naporu pogardy dla bezrozumnego i nieruchawego w swych gustach profana, zdolnego dopiero za lat kilkadziesiąt pojąć geniusz nowatorów? Tak właśnie, wśród zygzakowatej wędrówki między skrajnościami, toczą się dzieje sztuki i toczyć się zapewne będą w ciągłym poszukiwaniu utopii idealnych i trwałych wartości, zaś każdy, nawet kaleczący ją zwrot przynosi wymierne korzyści. Pulsując między awangardą a tradycją sztuka posuwa się jednak naprzód: bez zdobyczy awangardy
malarstwo Wiśniewskiego i jego generacji byłoby zwykłym epigonizmem.
Tak jednak nie jest. Ten typ sztuki będzie zapewne rozwijać się przez czas pewien, przyznając rację Ceazanne'owi, który chciał „zrobić z impresjonizmu coś tak solidnego jak sztuka muzeów".
Jerzy Madeyski
The 20th century art balances over two extremes. One of them is euphoric and triumphant when - confident in its possibilities - sets out in search of unknown truths out of which foundations of the future epoch are to be laid. This is when "new" is synonymous to "good", and the word "avant-garde" is good enough for a title,
and is a sign of the highest quality. This is also when past is held in contempt and is accused, in the best instance, of incapability to express times other than present fossilisation, naivety, a lack of both imaginations and taste or just any possible mistakes and distortion. When art enters this extreme it is usually announced by a jolly noise of categorical opinions. (...) Later on the time of evaluation comes
and it seems that the balance is around zero. Indeed, new values have emerged and art made its way through to something new but its victory has been costly and resulted in the emergence of value criteria and, most of all, isolation from society.
(...) There are, however, artists, who are too mature to incritically enter the recently created trend of little avant-garde, an extended artistic field with its semi-artistic creations. One of them is Stanisław Wiśniewski, a painter and, one would like to emphasise, just a painter, without any adjective describing his belonging to an artistic
trend, thus free from specific rules which govern the way he creates.
It seems that a very simple word "painter" means, however, expressing himself mainly by colour, which is - in a human code of communication - a synonym of emotion. And this is just emotion which is common to all his paintings.
Wiśniewski, in an almost ostentatious way refers to Młoda Polska (a trend in Polish art and literature between 1890-1918) and its philosophy, its reflectiveness but also ornamentation, its thoughtfulness and awareness of time passing away. Well, it seems like we are also to face our own fin-de-siecle (the end of the century) with its despondency and a feeling of nonsense, which is not surprising at all. Młoda Polska - like vitality, however, is noticeable in Wiśniewski's painting only in the form of colour which is vivid and deep, and in a palette of bright but never dissonant contrast. Because Wiśniewski, like his forerunners, is an aesthete, and as every aesthete aims
deliberately at beauty.
(...) Wiśniewski's works of art seem to have been well thought over and preceded by appropriate preparations. This is how you create a piece of art for a demanding customer and Wisniewski paints just for them. What is more, he cares about their approval and there is nothing negative in this statement: which one of the big masters of the past did not create for the customer and did not want them to like his creations?
So let us wonder, if this is not a certificate of avant-garde's end and reconciliation between art and tradition. This is how, during a zigzag-like journey between extremes the history of art is carried on in a permanent search of ideal Utopia and everlasting values; and its every turn, even a twisted one, brings about some measurable
advantages. However art, having pulsated between avant-garde and tradition, continues to move on: without the blessings of the avangarde Wiśniewski and his contemporaries painting would have been just a mere epigonism.
This is, however, not the case. This kind of art would most likely develop for some time, giving right to Ceazanne who wanted "impressionism to become ever present in museums".
Jerzy Madeyski
Pisanie o twórczości artystycznej jest zajęciem dość specjalnym i muszę wyznać, że na tym gruncie nie czuję się najlepiej. Pisanie, jak każda działalność ludzka ma swoją specyfikę, swoją odrębną materię. Pisanie o malarstwie jest zajęciem dla poetów - to też moja wypowiedź będzie chropawa, a może nawet sękata.
W historii, teoretyków sztuki byto wielu, może nawet ilością nie ustępują
twórcom. Rzecz prosta, większość z nich pozostanie w mrokach zapomnienia.
Nie inaczej los obchodzi się z artystami. Trud pracy podejmują tysiące - pamiętamy o nielicznych. Byty epoki, kiedy rozważania o twórczości należały do obowiązków artysty. Renesans włoski jest tu nie do pobicia - choć trzeba przyznać, niewiele lat temu pisanie „manifestów" przez twórców było swego rodzaju modą. Wywoływało to często efekt humorystyczny. Wszystkie te działania - przy odrobinie miłosierdzia - wydają się zrozumiałe a nawet usprawiedliwione. Czasem udało się z kalectwa uczynić cnotę.
Z drugiej strony, gdyby bezkrytycznie przyjąć Teorię Winckelmana, który twierdził, że możemy tylko zbliżać się do Greków - nie mielibyśmy Picassa. Trzeba jednak pamiętać, że sama przekora to za mało. Recepty z XVI a nawet XVII wieku przypominają niekiedy książki kucharskie. Wskazania w rodzaju: „jeżeli chcesz namalować pogodne niebo to weź..." i następowało wyliczenie jaką wziąć miksturę, z czym rozetrzeć i jak położyć na płótnie czy desce. Trzeba przyznać, że wiele można wyciągnąć pożytku z tych recept, choć do sztuki ciągle daleko. Artysta to zwierzę niepokorne, niecierpliwe i spieszy się do sukcesu.
No więc jak to jest z tą sztuką? Pewnie łatwiej jest odpowiedzieć co sztuką nie jest, gdzie w sztuce jest błąd. Jeżeli przy stoliku bridgowym ktoś znienacka melduje „sześćdziesiąt", to wywołuje zdumienie. To nie ta gra. Czy ostre przestrzeganie reguł czyni z bridge'a zajęcie nudne? Bridgiści tak nie sądzą. Więcej! W zgodzie z regułami można grać odkrywczo. Może i od malarzy należałoby więcej wymagać. Reguły są po to, żeby je przekraczać - no pewnie - należy być ponad nimi. Poniżej jest tylko czcza naiwność albo cyniczne szamaństwo. Ale malarstwo to nie gra w karty.
Zawsze malowano tak samo. Po prostu kładzie się farbę na płótnie. Ważne tylko, żeby właściwą farbę położyć na właściwym miejscu. Tu wchodzi w grę niezwykła ilość elementów. Nie sposób wszystkie wyliczyć. Przyjmijmy więc, że mamy ciało i duszę, która ciągle się kształtuje, zmienia. Czasem z godziny na godzinę. Wszystko zaczyna się komplikować. Wróćmy jednak do rzeczy prostszych. Jest opowiadanie - wszystkim znane - o tym jak Pan wziął glinę, ulepił Adama i tchnął w niego ducha. Opowiadanie proste i „prawdziwe". No cóż gliny wokół mnogość, tylko brać i lepić. Toteż lepimy na potęgę Adamów, aż gęsto. Najgorzej z tym duchem - rzadko bywa. Na wielu wystawach a nawet w muzealnych kolekcjach po prostu gliniane Adamy.
Bardzo eleganckie, przystojne często uczesane zgodnie z obowiązującym właśnie szpanem, tyle że po prostu gliniane. Czy to znak czasu? - Nie. Zawsze tak było.
Jeżeli już jesteśmy przy rzeźbieniu albo lepieniu - to wystarczy porównać wymuskane neoklasyczne posągi do stosunkowo topornych rzeźb Rodina. Rzeźby Rodina tętnią życiem, a to jest zaraźliwe. Życie jest pociągające. Jak to się osiąga? Tego nie wiem. Tego nie można po prostu wiedzieć. Myślę, że walor sztuki polega na podobieństwie do życia. Trzeba po prostu być sobą. To niewiele, a może aż tak wiele.
Czy istnieje sposób na sukces? Przecież fundamentem naszych wszystkich działań jest chęć odniesienia sukcesu. Te przysłowiowe trzy medale -trzy pudła -trzech wieszczów (o trójkącie jeszcze wspomnimy). Walka może być fair, ale także się fauluje. Myślę, że maksyma: „Nie o to chodzi, by wygrać, chodzi o to, żeby grać" - coś z sobą niesie! Sama walka jest sukcesem. Ponosimy porażki, po czym znowu zrywamy się do walki. To może być pociągające. Z narażeniem życia wspinamy się na górę, pomimo, że wiemy, że za niewielką opłatą można się tam dostać koleją linową. Wiele zależy od tego, na jakie wspaniałe życie nas stać. Jeszcze ten trójkąt, w którym świeci oko opatrzności. „Bóg kocha trójkąt" - mówią Rosjanie. Są trzy kolory (de la Croix). Jest tajemnicza niedotykalna rzeczywistość, artysta i jest odbierający relację artysty odbiorca ze swoją wrażliwością i wyobraźnią. W tym trójkącie może narodzić się misterium nazywane sztuką.
Stanisław Wiśniewski
Wieczór pachnie rozlaną rzeką...
Wspomnienie znad Sanu, a raczej wspomnienia. Wiele wspomnień i wiele obrazów - pejzaże zapamiętane. San w różnych porach roku i o rożnych porach dnia. San zielony, San niebieski… Rzeka i jej żywioł - trochę groźna, piękna, majestatyczna. Piękna, bo jak lustro odbija w sobie cały świat. Groźna, bo nieprzewidywalna, zmienna. Niewyczerpany pretekst to malowania światła, do zapisu kolorystycznych zachwyceń.
Na obrazach Anny Schumacher wieczór pachnie rozlaną rzeką. Woda zagarnia krajobraz i niesie tajemnicę - na dnie musi być czarna, gęsta jak smoła, na powierzchni błyszczy turkusem, malachitem.
Właśnie - zagadka, tajemnica - zamiast przejrzystej tafli wody, chmury jak spiętrzone pieniste fale na morzu. W oddali wzgórza, łąki, łany zbóż. Czas się zatrzymał, znieruchomiała nagrzana słońcem ziemia – leniwe lato, niespieszne kontemplowanie krajobrazu. A prawdziwe niebo jest szare, puste. Została na nim tylko żółta smuga a la Czapski.
Zachwyt samotny...
Kwiaty jak z pięknych teatralnych dekoracji. Wiosna – kolejny sezon, kolejna odsłona – i przed pracownią znowu zakwitają magnolie. Duże, jasne, pachnące. I Anka znowu je maluje. Potem będą irysy, hortensje. Pojedyncze kwiaty wypełniają sobą ramy obrazów. W serii „Ogrodów” bogactwo już bez ograniczeń.
Podobnie jest w innych martwych naturach artystki: jeden jedyny bakłażan czy krzesło zastawione wieloma przedmiotami – temat jest pretekstem do gry barwnej, do komponowania małych światów, do budowania nastroju. Józef Czapski mówił, że w malarstwie właściwie nie da się nic wymyślić, że można tylko patrzeć. Być może coraz bardziej upraszczam, ale gdybym mógł jeszcze żyć, by malować, to jestem pewien, że malowałbym martwe natury, w które usiłowałbym się wkopać aż do granic możliwości – pisał – bo tylko na tej drodze można coś odkryć. Natura sama jest odkryciem.
Martwe natury Anny Schumacher to właśnie takie malarskie odkrycia, piękno dostrzeżone w skromnych przedmiotach, w najbliższym otoczeniu. To, co nazywam zbyt pompatycznie wizją – pisze Czapski – bo nie umiem znaleźć innego słowa, to jest ten zachwyt samotny, nieoczekiwany, poczucie, że my jedni widzimy cud piękności niepowtarzalny.
Małgorzata Czyńska
Jestem niezmiernie zaszczycony możliwością napisania tekstu wprowadzenia do katalogu wystawy Prof. Juliusza Joniaka, organizowanej przez Galerię ZPAP Sukiennice, mieszczącą się w samym sercu Krakowa. Moim odczuciom niepewności i zakłopotania towarzyszy świadomość, iż zaliczając się w pewnej mierze do uczniów Profesora nie mogę i z pewnością nie będę w stanie spojrzeć na malarstwo Prof. Joniaka zdystansowanym i chłodnym okiem krytyka, który w swych zapędach do formowania ocen i wyroków zawsze jednak powinien zadbać o precyzję i konsekwencje proponowanej skali wartości, a jednocześnie musi być otwartym na wartości wypracowane w innych orbitach artystycznych.
Jednym z pierwszych moich tekstów o malarstwie opublikowanym w prasie była recenzja z wystawy Prof. Joniaka zaprezentowanej w 1991 roku przez galerię „Piano Nobile". W recenzji tej pisałem będąc generalnie pod jednym wrażeniem, że obrazy Profesora są malowane jak gdyby „z nut", tzn. z niebywałą swobodą i ekspresyjnym polotem. Upłynęło kilka lat. Nie było wtedy i nie ma teraz w obrazach Prof. Joniaka wątpliwości, zawahań, i rzecz bardzo ważna, nie ma też elementów niepotrzebnych, zbędnych, czyniących obraz mniej klarownym a tym samym mniej przekonywującym. Nie ma „rozgadanych" detali - a przecież często kusi do tego „picturalność" kolorystycznej konwencji. Malarskie tradycje „koloryzmu", jakim Prof. Joniak pozostaje wierny przez całe życie, nie ograniczają i nie unifikują Jego osobistego piętna, jaki wywiera na swoich obrazach, malując najczęściej klasyczne motywy: martwe natury, pejzaże, portrety, a również obrazy zbliżone do rozwiązań li tylko abstrakcyjnych lub aluzyjnych, jak choćby niezwykłe płótno z 1971 roku zat. „Pejzaż z tęczami".
Pamiętam jedno ze spotkań z Profesorem w pracowni krakowskiej ASP, kiedy wyświetlał nam (studentom) slajdy z podróży do Hiszpanii, kiedy opowiadał o niepowtarzalnych zjawiskach świetlnych, zestawieniach kolorystycznych i kontrastach charakterystycznych tylko i wyłącznie dla ojczyzny Velasqueza, Goyi, Picassa. Tłumaczył i przekonywał jak mocno może oddziaływać na malarza otoczenie, atmosfera pejzażu, kąt padania promieni słonecznych, brunatne nasycenie koloru ziemi i drastycznie wykrojone, ciemne cienie na jasnych ścianach domów i zabudowań. Później ustawiał duże martwe natury i w bardzo lapidarny sposób otwierał nam oczy, opisując w kilku słowach malarską jakość, atrakcyjność i charakter podejmowanego motywu.
Kiedy dzisiaj spoglądam na obrazy Prof. Joniaka odnoszę wrażenie, że artysta z wiekiem, z biegiem
czasu, młodnieje. Nie angażując się już w sprawy artystycznej pedagogiki może malować bardzo dużo i czyni to jak gdyby z młodzieńczą zadziornością, świeżością i dynamiką. Tego elementu otwartości, swobody i wręcz brawury mogą mu pozazdrościć najbardziej zadufani w sobie i obsesyjni malarze. Kolorystyczny słuch, wyczucie przestrzeni i światła, wrażliwość na niuanse faktury, wewnętrzna koherencja w locie jak gdyby poukładanych elementów kompozycji obrazu, nie zabijana zbyt napastliwym i beznamiętnym rygorem - oto klarowne zalety malarstwa Prof. Julisza Joniaka, które zapewne dostrzega nie tylko były uczeń, ale także każdy artysta pamiętający o podstawowym alfabecie i źródle z jakiego czerpie od tysiącleci magiczna sztuka malowania obrazów.
Wszystkie obrazy Prof. Joniaka prezentowane na wystawie w Galerii ZPAP Sukiennice namalowane zostały w 1997 roku. Są to wyłącznie martwe natury i pejzaże. W rozświetlonej wrześniowym słońcem pracowni artysty stoi ustawiona na małym stoliku martwa natura z szafirową butelką, z suchymi kwiatami w szklanym
wazonie na tle wzorzystej draperii. Na wielu obrazach, w przeróżnych konfiguracjach ze zmieniającą się scenografią draperii i obrusów, występują ci sami aktorzy: dzbany, butelki, karafki, tace, talerze, półmiski, koszyki, wazy, donice, flakony z kwiatami. Obok nich (lub na nich) akcentują się cytryny, jabłka, gruszki, pomarańcze, pocięta cukinia, papryka, ananas... Potrzebne w każdej chwili naczynia stoją poustawiane na
półce pod sufitem lub na parapecie okna. Przypomina to trochę wnętrze pracowni Giorgio Morandiego, który przez całe życie malował kilkanaście naczyń przechowywanych w pracowni jako najwierniejsze modele. W takim ograniczeniu właśnie Morandi odnalazł cały kosmos i pełnię malarskich możliwości.
Wspomniane pejzaże, które Prof. Joniak namalował w tym roku, pochodzą z okolic południowej Francji. Szczególnie malarz upodobał sobie małą nadmorską miejscowość Coullioure, którą często kiedyś odwiedzali fowiści, oraz St. Remy, gdzie za odrapanym murem w szpitalu łagodził swoje szaleństwo Vincent van Gogh. „Coś tam w tym miejscu jest intrygującego, albo mnie się wydaje że to jest" - mówi artysta. Mur odgradzający szpital od urokliwej okolicy pojawia się na obrazach jako element zmysłowego pejzażu. Biały dom otoczony platanami, aleje i polne drogi, krzewy i odległe zabudowania, fragmenty zatoki morskiej z sylwetką latarni - wszystko rozedrgane słonecznym blaskiem, mieniące się świetlistą zjawiskowością i ulotnym powiewem orzeźwiającego wiatru. W tych obrazach przeniesiony zostaje w naszą rzeczywistość oddech południa Francji, wrażeniowe piękno tamtego pejzażu oraz jego powietrzne brzmienia soczystych zieleni i dźwięcznych błękitów, piaskowych pasm skręcającej drogi, gdzie drzewa rzucają swój głęboki cień.
Stanisław Tabisz
Żyjemy w erze podejrzliwości. To określenie „era podejrzliwości" - wymyśliła w połowie naszego wieku Nathalie Sarraute, wybitna francuska pisarka i eseistka. Podejrzliwość to inaczej nieufność, niewiara, wątpienie. Nie ufamy sobie i światu, cywilizacji i sztuce, bo nie ufamy życiu, że jest logiczne i sensowne, jasne i świadome. Tyle budowaliśmy, a prędzej czy później okazywało się pożywką dla ciemnych i niszczycielskich instynktów. Więc zwątpiliśmy, że cokolwiek jest dane na pewno. Nawet sztuka, która miała być przecież emanacją lepszej strony naszego bytu, z czasem przestała wierzyć, że jest wstanie cokolwiek ocalić albo chociaż utrwalić. Z energią godną lepszej sprawy mnoży komentarze do samej siebie - podpórki kruchej egzystencji, jeszcze nigdy w dziejach sztuki nie powstało tak wiele tekstów mających sztukę objaśnić, wyjaśnić, udowodnić i uzasadnić.
Na tym oceanie zwątpienia i podejrzliwości - wysepka o nazwie Jan Szancenbach. Nie jedyna, to prawda, ale jakże wyraziście świecąca własnym, niezwykłym światłem. Wyspa Jan Szancenbach nie podlega dokładnie niczemu, co zostało wyżej opisane. Żadnemu z żywiołów, które usiłują podmyć jej niewzruszone brzegi.
Składa się cała z pewności, jasności, wiary i zaufania. Najmniejszemu wahaniu nie podlega jej sens i kształt. Jej życie wewnętrzne to nieustannie zapełniane farbami prostokąty płótna, które zdają się mnożyć tak spokojnie, jakby życie na ziemi powstało tylko po to, by przenieść się prędzej czy później w barwny dwu wymiar okolony solidną ramą.
Szancenbach nigdy bowiem nie zwątpił w sztukę malowania, co oznacza, że nie zwątpił w tradycję będącą przenoszeniem zasad, a nie pytaniem o ich sens i cel. Jego malarstwo jest swoistym pamiętnikiem optymisty, dla którego widzialny świat jest godny utrwalenia na płótnie, a sztuka jest godna sprostać wspaniałości świata. Cud natury i cud sztuki powinny być siebie warte, zdaje się mówić Szancenbach każdym obrazem. Dlatego istotą jego malarstwa jest przede wszystkim harmonia.
Antenatów tej twórczości rozpoznawano na pierwszy rzut oka, zresztą z pełną akceptacją artysty. A więc szkoła francuska od Cezanne' a, Moneta, Gauguina i Bonnarda po fowistów. I polscy uczniowie tej szkoły: kapiści z Pankiewiczem, Cybisem, Nachtem. Nie przypadkiem był Szancenbach uczniem Mehoffera, Weissa i Eibischa. Ale w jego malarstwie widać, że przyszedł po nich wszystkich. Nie tylko dlatego, że wyciągnął - twórczo - wnioski z ich
doświadczeń. Także dlatego, że nie musiał już, jak oni, walczyć o swoje widzenie, swoją koncepcję sztuki. Oni konstruowali idee i programy, poszerzali miejsce dla siebie pośród innych, silniejszych wtedy zasad i tendencji: impresjoniści wobec akademizmu, kapiści wobec matejkizmu. W tej walce musiały zaostrzać się stanowiska ideowe i decyzje artystyczne, w starciu z przedmiotowością symptomatycznym wykrzywieniom ulegała widzialna rzeczywistość, w sporze z tematycznością historyzmu ginął głębszy sens obrazu, zamieniając się w półabstrakcyjną feerię środków czysto malarskich.
Szancenbach, który, jak wielu, przyszedł na gotowe, mógł już korzystać z całej wolności, jaką pozostawili po sobie starzy mistrzowie. Nie musiał już niczego wybierać przeciwko czemuś, wystarczyło zdecydować się na kontynuowanie tej właśnie drogi w sztuce. Harmonia między światem widzialnym a materią malarską mogła więc sięgnąć pełnej równowagi. Już niczego nie trzeba było udowadniać; Cezanne nie musiałby już wydłużać talerzy i pochylać drzew, Gauguin deformować postaci, a Cybis nakładać równomierną warstwę impasta tak na wazon z kwiatami, jak na tło.
Dlatego przedmioty na obrazach Szancenbacha są takie, jakimi stworzyła je natura albo człowiek. Kolor nie jest przywiązany do żadnej doktryny: jak trzeba, może być lokalny, ale nie koniecznie. Skrzypce mogą być czerwone, choć cytryna zawsze pozostanie żółta, a arbuz różowy z czarnymi, a nie zielonymi pestkami.
Pejzaż ( morski brzeg, górski stok, jezioro, miejska ulica), martwa natura ( kwiaty, owoce, muszle, kraby), wnętrze (pracownia, okno i stół), portret ( kobieta, pies) nigdy nie przestają być tym, czym są, po prostu obrazem rzeczy świata. Malarskiej pychy dokładnie tam tyle, co pokory wobec natury.
Obrazy Szancenbacha nie są dramatyczne, pragnienie harmonii wyklucza dramatyzm. Może niektóre ... gdzie sama aura pejzażu sprzyja gwałtowniejszym nastrojom ( fiordy norweskie, śniegi i deszcze w Tatrach ) albo nagłemu spiętrzeniu ulega gama barwna, jak się to zdarza poniektórym martwym naturom w czerwieniach i fioletach.
Inna sprawa, że Szancenbach mógł znaleźć harmonię raczej w sztuce niż rzeczywistym świecie. Nie przypadkiem najbardziej harmonijne są martwe natury - układane ręką i wolą malarza ... każdy z obrazów upiększa więc poniekąd realną rzeczywistość, podnosi ją ze zwykłości codziennej egzystencji ku odświętności malarskiego wizerunku. Ogród jest kolorowszy, wnętrze jaśnieje, owoce w koszyku promienieją blaskiem wiecznej świeżości. Nawet ciemne obrazy, w umbrach, ugrach, mrocznych zieleniach świecą wewnętrznym światłem, intensywniejszym niż świat w naturalnym mroku.
Wszystko to nie tylko dlatego, że Szancenbach lubi jaskrawe barwy, czyste zestawienia, czasem brawurowe, na granicy krzykliwej jarmarczności, choć nigdy nie przekraczające niewidzialnych, a wyczuwalnych reguł dobrego smaku. Też dlatego, że sztuka, po prostu, ma być lepsza, piękniejsza i mądrzejsza od świata. To jest oczywiście czysty banał. Ale banał sztuki - czy banał języka? Jakiej odwagi dziś trzeba, by za Norwidem powiedzieć te jakże banalne słowa, że sztuka kształtem jest miłości?
Szancenbach wciąż ten kształt maluje.
Tadeusz Nyczek
We live in an age of suspicion. The appellation, "age of suspicion," was coined in the middle of this century by Nathalie Serraute, the distinguished French writer and essayist. Suspicion is otherwise distrust, disbelief, doubt. We trust neither ourselves nor the world, neither civilisation nor art. This is because we do not trust life to be either logical or sensible, clear or conscious. It became apparent that all that we were building only becomes nourishment for dark and destructive instincts. Thus we doubted the certainty of any given. Even art, which after all is supposed to be the emanation of the superior side of our being, has with time ceased to believe that it is in a position to save or even strengthen anything. With an energy worthy of a higher cause, it has multiplied commentaries about itself— as supports to a fragile existence. Never in the history of art have so many texts appeared which are supposed to
interpret, elucidate, substantiate and justify art.
In this ocean of despair is a tiny island by the name of Jan Szancenbach. Not the only one, it is true, but indeed, it distinctly shines with its own extraordinary light. The Jan Szancenbach island is by no means subjected to any of that which is described above — to any of the elements which attempt to undermine its unyielding shores.
The whole of this island is composed of certainty, lucidity, faith and trust. Its sense and form do not undergo the slightest vacillation. Its internal life consists of canvas rectangles, continually being filled in with paint. They appear to multiply so peacefully, as though life on earth came into being simply to be, sooner or later, transferred to colourful two-dimensions enclosed by a solid frame.
Thus Szancenbach never lost hope in the art of painting, that is to say, he never lost hope in tradition as the transmission of rules, and not as questioning of their sense and purpose. His painting is the private diary of an optimist, for whom the visible world is worthy of reservation on canvas, and art is a fitting counterpart for the earth's splendour. With every picture, Szancenbach seems to say that the wonder of nature and the wonder of art should be deserving of one another. Thus the essence of his work is, first and foremost, harmony.
The antecedents of his creativity can be recognized at first glance, and were corroborated by the artist. This is namely the French School, from Cezanne, Monet, Gauguin and Bonnard to the Fauvists, as well as Polish adherents of this school: Colourists (or Capists) Pankiewicz, Cybis, and Nacht. It was no accident that Szancenbach was a pupil of Mehoffer, Weiss and Eisbisch, but in his painting it is apparent that he came after all of them. This is not only
because he creatively drew conclusions from their experimentation, but also because he, unlike they, no longer had to struggle for his vision, his concept of art. They constructed ideas and programs, carved out a place for themselves among other rules and tendencies which were stronger at the time: Impressionists against Academism, Colourists against the school of Matejko. In this struggle, ideological positions and artistic decisions had to become more
stringent. Due to the altercation with objectivity, visible reality underwent systematic distortions. During the dispute with Historicism's thematic emphasis, the deeper sense of the picture was lost, changing into a half-abstract and fabulous spectacle of pure-painterly techniques.
Szancenbach, like many others, came when everything was in readiness. He could immediately take advantage of complete freedom, which the older masters left as their legacy. He didn't have to make choices in regard to an opposition; it was sufficient to choose to continue along his own artistic path. Harmony between the visible world and the painter's material could thus reach total equilibrium. There was no longer anything to prove: Cezanne no longer had to elongate plates or tilt trees, nor Gauguin deform figures, nor Cybis spread the same, uniform layer of impasto on a vase of flowers as on the background.
Thus the subjects in Szancenbach's pictures are just as though they were formed by nature or man. Colour is not bound by any doctrine: when necessary, it can be localised, but not imperatively. A violin can be red, however a lemon always remains yellow, and a watermelon pink with black, not green seeds.
Landscapes (seashore, mountain slope, lake, city street), still lifes (flowers, fruits, shells, crabs), interiors (studios, window and table), and portraits (woman, dog) never cease to be that which they are: simply pictures of worldly objects. In regard to nature, there is as much painterly conceit as humility.
Szancenbach's pictures are not dramatic; the desire for harmony precludes drama. Perhaps certain ones ... where the very aura of the landscape is conducive to more impetuous moods (Norwegian fjords, rain and snow in the Tatra Mountains), and certain still lifes with unexpected accumulations of reds and purples.
Another matter is that Szancenbach managed to find harmony in art rather than in the real world. It is no accident that his still lifes are the most harmonious — composed by the hand and will of the painter. Each of the pictures thus, to some extent, embellishes reality; raising it up from the commonness of everyday existence to the ceremonial character of the painted likeness. A garden is more colourful, an interior brightens, fruit in a basket glows with the radiance of eternal freshness. Even dark paintings, in umbers, ochres and murky greens shine with an internal light, more intensely than the world in its natural gloom.
All of this is not only because Szancenbach preferred vivid colours, clean, sometimes daring, compositions on the border of flamboyant vulgarity, though never crossing the invisible, but palpable bounds of good taste. For art simply ought to be better, lovelier and wiser than the world. This is obviously pure banality, whether banality of art - or banality of language. What kind of courage is needed today to echo the very banal words of Norwid, that art is a form of love?
Szancenbach painted this form continually.
Tadeusz Nyczek
W wypadku tej twórczości należy odstąpić od uświęconych tradycją obyczajów. Nie pisać o malarstwie Jerzego Świecimskiego zatem, lecz o Jerzym Świecimskim i jego malarstwie jako soczewce skupiającej wszystkie, nader rozległe i niekiedy biegunowo sobie odległe elementy jego bogatej osobowości.
Bo też Jerzy Świecimski jest postacią niezwykłą: ukończył studia biologiczne, co sugeruje zainteresowanie życiem w całej różnorodności jego postaci: a także ścisły, skłonny do systematyzacji umysł. Potem wstąpił jednak do Akademii Sztuk Pięknych, co nie wymaga komentarza, gdyż w tamtych czasach krok taki był wyrazem romantyzmu w jego skrajnej postaci. Równolegle zajmuje się humanistyką w jej najgłębszym, filozoficznym znaczeniu, w tym muzeologią; jest poliglotą, mówiącym paroma językami, i muzykiem, gdyż jeszcze w latach okupacji uczęszczał do Konserwatorium Warszawskiego działającego pod nazwą szkoły zawodowej. A czyż nie miał racji Witruwiusz, pisząc przed dwoma tysiącami lat, że „sztuka nie może istnieć bez zrozumienia muzyki, gdyż ona sama jest muzyką, jest harmonią,
którą się widzi"?
Sztuka jest również językiem wypowiedzi - precyzyjnym jak mowa i jak ona sposobnym do formułowania racji, co jest dla odmiany domeną poszukującej wielkich syntez filozofii.
Wiedza też i wrażliwość, lub też odwrotnie - wrażliwość i wiedza, stopiły się w jedno w sztuce artysty. Oraz właściwa filozofii dyscyplina myślowa i systematyczność, wraz z dążeniem do porządku, będąca cechą wszystkich nauk. Dość, by opierając się na tych cechach, namalować pod każdym względem nienaganny obraz. Zbyt mało, by stworzyć dzieło sztuki.
Na szczęście, hojna natura obdarzyła Świecimskiego również talentem, dobrym smakiem i kulturą, i tym, czego niepodobna zdefiniować ani ująć w słowa, lecz dzięki czemu obraz żyje, przemawia i potrafi nas wzruszyć i przekonać do swych jakże subiektywnych i emocjonalnych rysów.
Z pozoru outsider i samotnik, Świecimski jest nieodrodnym dzieckiem swojego czasu i miejsca; z krakowskiej Akademii wyniósł właściwy dla niej, solidny, postimpresjonistyczny warsztat, czyli de facto receptę na wykonanie poprawnego obrazu lub ściślej - nienagannej płaszczyzny malarskiej, pozbawionej „dziur", dzięki równowadze walorów i przepojonej własnym, wewnętrznym światłem, uzyskanym poprzez naprzemianległe położenie barw ciepłych i zimnych.
Potem, w czasach wojującej awangardy, zajął się strukturą obrazu, jego matematycznym niemal podziałem. W tym samym czasie hasłem dnia była abstrakcja i bezprzedmiotowość lub niefiguratywność, jak zwano dalekie przetworzenie rzeczywistości.
Świecimski porzuca więc przedmiot na rzecz daleko posuniętej syntezy lub innego sposobu odkształcania rzeczywistości, zawsze gorącego, zawsze więc służącego wyrażaniu wewnętrznych odczuć, nastrojów i skojarzeń.
I wtedy zachodzi w sztuce Świecimskiego dziwna i nader rzadka przemiana: porzuca zatłoczony trakt obrazoburczej awangardy wraz z jej hasłem: „nowe jest lepsze", by spojrzeć wstecz, w głąb historii. By sięgnąć - kilkanaście lat przed twórcami transawangardy i post-modernizmu - do jakże emocjonalnej i mięsistej tkanki baroku, zwłaszcza holenderskiego. Tej sztuki, która (czy nie jako jedyna w historii dziejów) potrafiła jednocześnie mówić o radości życia i śmierci, o bogactwie i nicości, połączyć początek i koniec, światło i mrok, cielesność i mistykę.
Przekorny w swej naturze Świecimski odchodzi jednak od holenderskich motywów, by malować pejzaże miejskie jako impresje z licznych, wyłącznie zawodowych podróży, a zwiedził w swej muzeologicznej kwerendzie ładny kawałek świata.
Zaczyna od monochromów, od „muzealnych" tonacji i „sosów" malarstwa „stimmungowego" minionego stulecia, dowodząc, że rację miał Goethe w swej opinii o „mistrzu, którego poznaje się w ograniczeniach", zaś stokrotną rację miał Picasso, mówiąc, że „naprawdę maluje się niewielką ilością kolorów; wrażenie, że jest ich dużo, wywołuje ich właściwe rozmieszczenie na płaszczyźnie". W wypadku Świecimskiego znakomite operowanie światłem i cieniem sprawia, że materia dzieła potrafi być gęsta i zwiewna zarazem, materialna i przejrzysta, jak zabarwiona kolorem przestrzeń.
Potem, stopniowo i krok po kroku, paleta się rozjaśnia i wzbogaca, tu i ówdzie pojawiają się drobiny świecącej czerwieni, by w końcu, w pejzażach paryskich rozbłysnąć feerią lotnych błękitów i różów w radosnym wyznaniu, że również temu artyście, podobnie jak tylu innym
w dalekiej i mniej odległej przeszłości, to miasto „przemyło oczy". Jasna, eksplodująca barwami paleta jest zapisem pogody ducha artysty, w jaką wprawiła go atmosfera ta ville lumiere.
Świecimski maluje jednak swój pejzaż wewnętrzny, skutkiem czego jego sztuka jest kroniką intymną. I właśnie atmosfera autentycznego przeżycia i jego zapisu tworzą w niej zjawisko niezwykłe w krajobrazie naszego merkantylizującego się malarstwa.
Jerzy Madeyski
In this case of art the fixed traditional habits should be forgotten. Not the painting of Jerzy Świecimski should be considered but Jerzy Świecimski himself and his painting as the lens focusing all, very vast and sometimes diametrically distant elements of his rich individuality.
Because Jerzy Świecimski is an extraordinary person: he has graduated in biological sciences, which suggests both the interests in all variety of forms of life and the precise and systematic brain. Then, he attended the Academy of Fine Arts, which does not need any comments. In those years it was an extremely romantic decision. Simultaneously he has been dealing with humanities in their deepest, philosophical sense, including theoretical museology; he is a polyglot, speaking several languages and also a musician. During the Second World War he attended the school of music in Warsaw. Was not Vitruvius right, when he wrote two thousands years ago: „the Art cannot exist without understanding of music, because the Art itself is the music, it is a harmony in a visible form"?
But the Art is also a language of expression - precise as the speech and similarly appropriate for precise formulation of arguments, which on the other hand is also a domain of philosophy searching for generalizing syntheses.
So, in the art of this Author both knowledge and sensitivity or rather better: sensitivity and knowledge have fused together. Moreover also the discipline of thought, characteristic for philosophy and orderliness, typical for all sciences are involved. It is enough to paint the
faultless pictures, but too little to create the piece of art.
Luckily, the generous Nature has presented Jerzy Świecimski with talent, good taste and culture - undefinable features, difficult to express in words. Thanks to them, however his painting is alive, appealing, moving and convincing to its so subjective and emotional arguments.
Apparently the outsider and loner Świecimski is a worthy son of his time and place. He took from the Academy in Cracow the solid, postimpressionistic technique of painting, characteristic for this trend. That means - the recipe how to make a correct painting - or what is more precise - the faultless plane of painting, free of „holes" due to the balance of values and full of its own, intrinsic light, obtained by alternate laying the cold and warm colours.
Then, at the times of fighting avant-garde he was dealing with the structure of painting, it`s almost mathematical division. At his time abstraction and configure art", as transformation of reality was called, were a hit.
Thus, Świecimski abandoned the object, changing it into its far reaching synthesis, or other deformation, always hot and always expressing internal emotions, moods and associations.
And then a strange and very rare change in Jerzy Świecimski's art happened: he left the overcrowded track of the iconoclastic avant-garde, together with its slogan: „new is better",
to go back into historical past. To touch - more than ten years before the artists of so called Transavant-garde and Postmodernism - so emotional and essential tissue of the Dutch baroque. This art, which as may be the only one, was able to tell simultaneously about the joy
of life and death, about richness and nihilism.
Świecimski, of somewhat contradictious character, left, however, the Dutch motifs to paint city landscapes as impressions from many exclusively professional travels. In his museum
inquiry he has visited a good piece of world.
He began with monochromatic painting and „museum" gradations and „sauces" of „stimmung" painting of the previous century, proving that Goethe was right writing about „the Master in his limitations" and even more was right Picasso, saying that „real painting uses a small number of colours; the impression of their multiplicity may be gained by the proper location in the plane". In the case of Świecimski - it is a perfect handling light and shadow, which causes that the matter can be both dense and airy and at the same time substantial and transparent as the space touched with colour.
Then gradually and step by step his palette was brightening and enriching, and here and there were appearing red blushes to have flared up finally with the feerie of airy blue and rose colours in landscapes of Paris, a joyful confession that this city „had washed the eyes" of
this artist, similarly as so many others in a long ago and closer past.
The bright, exploding with colours palette of the Artist is only a record of his joyful mood, caused by the atmosphere of fa ville lumière. Świecimski is painting however his internal landscape, so his art is a form of intimate chronicle.
And this is the atmosphere of the authentic experience and its record that make of this art the phenomenon unusual in the landscape of our mercantilizing painting.
Jerzy Madeyski
I znowu jak przed kilku laty wychodzę na któreś tam piętro budynku Polskiej Akademii Umiejętności | przy ulicy Sławkowskiej, by l w maleńkim pokoiku-pracowni patrzeć na obrazy Jerzego Świecimskiego. Kiedy mam pisać o malarstwie kogoś bliskiego, a tak jest właśnie w tym przypadku, chcąc nie chcąc, zaczynam wspominać. Zaczynam wspominać nie ze względu na jakieś sentymenty czy nawyki, jakie niesie z sobą upływający czas.
Bardzo często wspomnienia łączą się z dniem, który właśnie trwa, a rozmowy, refleksje dotyczące malarstwa, muzyki, ludzi pozwalają uważniej i głębiej patrzeć na obrazy.
Obrazy te bowiem, szkice, rysunki powstają przecież z podobnych przeżyć i wzruszeń, rodzą się z wnikliwych analiz rzeczywistości, ale również ze wspomnień właśnie. Z zobaczonych i zapamiętanych krajobrazów, domów, drzew, wnętrz, ale i z zobaczonych obrazów, z zapamiętanych rozmów.
Wspominam więc wspólne z Jerzym spacery po Norymberdze, ale i wzruszenie katedrą w Bambergu, oglądanie monachijskich muzeów i rozmowy nie tylko o obrazach, ale i o tym, jak są eksponowane, mówiąc najprościej - jak się je ogląda.
Rozmowy z Jerzym to krótkie nieraz uwagi o czymś właśnie zobaczonym, to jakieś ironiczne żarty, ale i w najwyższym stopniu profesjonalne opinie i refleksje wybitnego muzeologa, filozofa, przyrodnika, autora licznych książek, wykładowcy polskich i zagranicznych uniwersytetów.
I teraz, tak jak dawniej rozmawiamy o profesorze Ludwiku Gardowskim, o profesorze Makarewiczu, wspominamy krakowską ASP, Jerzy mówi o swych wspomnieniach z przerażających dni powstania warszawskiego.
Ale wspomnienia w przypadku Jerzego Świecimskiego to nie tylko podróże, praca naukowa czy dydaktyczna.
Te wspomnienia to przede wszystkim droga malarza i rysownika, praca twórcza obejmująca różne obszary artystycznych działań. Trzeba tu przypomnieć, że to właśnie Jerzy Świecimski był jednym z tych artystów, którzy podjęli ryzyko realizacji malarstwa sakralnego przed wielu laty. Trzeba dziś przypomnieć, że taka decyzja zauważana przez ówczesne władze komplikowała życie artystom. Aby więc zadecydować o współpracy z Kościołem - trzeba było być odważnym i liczyć się z najróżniejszymi skutkami takiej decyzji. Ale była też sprawa następna, może ważniejsza. Zarówno duchowieństwo, jak i wierni nie dostrzegali w swej wyobraźni potrzeby zaistnienia we wnętrzach kościołów tego, co nazywano sztuką współczesną czy współczesną sztuką sakralną.
Jerzy Świecimski realizuje wspólnie z kolegą architektem Lubosławem Dormusem wnętrze Kaplicy Adoracji Najświętszego Sakramentu w Bazylice Ojców Jezuitów przy ulicy Kopernika.
We wnętrzu kościoła, do którego jedno z wejść zwieńczone jest znakomitymi rzeźbami Xawerego Dunikowskiego, w bocznej kaplicy nasz artysta realizuje ekspresyjne sgraffito, niejako „doprowadzające" wchodzących tu do przeżywania modlitwy.
Mimo szeregu „interwencji", mających zresztą na celu odczyszczenie wnętrza kaplicy - dzieło Świecimskiego po wielu latach nie straciło wyrazu. Warto tu wspomnieć nieżyjącego już ojca Jana Popiela, inspiratora nie tylko tej realizacji, ale jednego z najbardziej zasłużonych dla współczesnej sztuki sakralnej w Polsce duchownych. Tak więc od pracy naukowej, do wielostronnej wiedzy o muzealnictwie, obok dydaktyki, malarstwa monumentalnego - dochodzimy do Jerzego Świecimskiego malarza, mającego ogromny dorobek twórczy, którego niewielkie fragmenty oglądaliśmy kiedyś w Pałacu Sztuki, a teraz, w roku 2007 w Galerii Piano Nobile.
Patrząc w maleńkim wnętrzu przypominającym raczej zakonną celę niż pracownię na obrazy artysty - uświadamiam sobie rzecz może najważniejszą.
Twórczość Jerzego Świecimskiego to jedna z nieczęstych ostatnio manifestacji wiary w sens malarstwa.
Kiedyś rysownik i malarz, ale i znakomity nauczyciel Adam Hoffmann zaproponował w gronie przyjaciół dyskusję pod tytułem: „co malować i po co?".
Otóż patrząc na duże, małe i średniej wielkości płótna, kartony, płyty, na których maluje Swiecimski - widzę, co maluje. Dostrzegam inspiracje, pokrewieństwa i to, co najbardziej własne i niepowtarzalne.
Ale też słuchając krótkich, nieraz dramatycznych i pełnych wątpliwości wypowiedzi malarza, dowiaduję się, po co maluje. Sądzę, że to malarstwo jest znakiem więzi ze światem, ale i przeżywaniem tego, co zobaczone.
Krajobrazy inspirowane podróżą po Anglii i Holandii, warszawskie wspomnienia wojenne zwane „zimnymi ruinami", wreszcie wzruszające w swej prostocie „Epitafium dla kota".
Świecimski malując - pisze swój pamiętnik, odnajduje słowa, które są tonacją barwną płócien, gęstością materii malarskiej, nagłymi błyskami czerwieni, błękitu i bieli.
„Chciałbym w życiu namalować choć jeden dobry obraz" - tak powiedział mi malarz, pokazując wiele świetnych płócien.
To wyznanie, tak proste, tak zwyczajnie wyrażające pragnienie każdego malarza, nie towarzyszy wszakże często rozmowom przy sztaludze. W każdym z nas jest raczej odrobina nadziei, że to, co robimy, chyba jednak ma sens.
„Chciałbym w życiu namalować choć jeden dobry obraz" — to wyznanie jest przecież niczym innym, jak tylko pragnieniem towarzyszącym tajemnicy malarskiej roboty.
Może właśnie dlatego sądzę, że praca naukowa, teoretyczne rozważania o ekspozycjach muzealnych, refleksja filozoficzna czy dydaktyka Jerzego Świecimskiego zaczyna się i kończy przy sztaludze, w maleńkiej pracowni, na którymś tam piętrze w samym sercu Krakowa. Po co malować niezwykłe wnętrza w czerniach i brązach, pejzaże angielskie z szeregami domków i bielą nieba, zielonkawe przebłyski holenderskich miast?
Po co fotografować krajobrazy, które są - jak mówi Jerzy Świecimski „przywoływaniem konkretu wtedy ważnego", ale już wówczas, gdy zaczyna się praca nad płótnem?
Sądzę, że po to, by utrwalać przeżycia, poszukiwać własnej drogi do prawdy o sobie, swoich wzruszeniach, goryczach, wspomnieniach, ale i o swoim zachwycie światem, obrazami starych mistrzów, niebem, sylwetami katedr i domów.
Tak więc malować nie po to, by wydziwiać i „nadążać za współczesnością", malować nie po to, by kłamać, lecz po to, by mówić prawdę o sobie i swoim życiu.
Po to, by zapisywać pamiętnik obrazami, by robić postępy (jak pisał stary Cézanne), by - co przecież podobno tak banalne - być sobą. Witold Lutosławski zapytany u schyłku swego życia przez dziennikarza, czego oczekuje od nadchodzącej „Warszawskiej Jesieni", powiedział: „W chwili obecnej czujemy zmęczenie swoistą tymczasowością muzyki współczesnej, demonstracją środków, za którą niewiele idzie. A główną sprawą w muzyce jest przecież nie „jak", lecz „co". To „jak" jest konieczne, ale najważniejsze jest przesłanie. I na nie właśnie czekamy". To, co w słowach Lutosławskiego dotyczy muzyki - w równym stopniu odnosi się do malarstwa.
Sądzę, patrząc na malarstwo Jerzego Świecimskiego, że poświęcił się bez reszty przesłaniu, a jest nim uparte dążenie do „JAK", ale tylko po to, by emocje i intelektualna refleksja połączone w obrazie emanowały siłą prawdy myślenia i przeżycia.
To jest właśnie sens tego „jednego obrazu", jaki od lat maluje Jerzy Świecimski.
Stanisław Rodziński
Pejzaże są wypełnione przestrzenią określaną geometrycznym układem drzew lub kop pachnącego dzieciństwem siana - mówiła podczas wernisażu Małgorzata Maćkowiak. Galeria "Kancelaria" zaprasza do zwiedzania ekspozycji "Wspomnienia z podróży" autorstwa Małgorzaty Maćkowiak. Ciepłe w tonacji obrazy, pejzaże pachnące dzieciństwem pozwolą na chwilę zapomnieć o zimowej, zakopiańskiej aurze. Kancelaria Małgorzaty Górbiel i Andrzeja Wróbla na Łukaszówkach działająca pod patronatem Urszuli Kenar tym razem prezentuje prace krakowianki Małgorzaty Maćkowiak. Artystka jest absolwentką Wydziału Malarstwa Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (pracownia prof. Jana Szancenbacha). Zajmuje się malarstwem monumentalnym oraz malarstwem sztalugowym, rzeźbi, rysuje, tworzy grafiki (odręczne i komputerowe). Była stypendystką Ministerstwa Kultury i Sztuki. Jest członkiem ZPAP oraz Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Twórczego "Wiklina". Jej prace uczestniczyły w licznych wystawach w kraju i za granicą. Lubi podróżować, a wspominająca swe wojaże Małgorzata Maćkowiak przywiozła do Zakopanego kilkanaście prac wykonanych głównie w żółtych i brązowych kolorach. Świat na nich przedstawiony emanuje ciepłem, rozbudzając w widzu pragnienie lata. Jej malarstwo to poszukiwanie człowieka, dla którego tworzone są pełne uroku i poczucia bezpieczeństwa miejsca - zaznaczyli goście wernisażu.
(RAV) Artykuł udostępniony przez Dziennik Polski
Rockowy zespół TSA śpiewał kiedyś o tym, że po świecie chodzą ludzie „przestraszeni, zagubieni - chodzą spodnie, buty szelki". Kiedy popatrzyłem na obrazy Małgorzaty Maćkowiak, tekst ten natychmiast stanął mi przed oczami. Bo tacy właśnie zdają się być bohaterowie jej obrazów. Mamy tu leżące obok siebie pary, które mimo fizycznej bliskości zdają się odległe od siebie o lata świetlne. Jest także tłum kłębiący się w supermarkecie - masa ludzka nie zauważająca istnienia drugiej osoby. Jest wreszcie rycerz zagubiony wśród ludzi - choć jemu akurat się nie dziwię,bo przystrojony w XVI-wieczną zbroję konną, a rumaka nigdzie w okolicy nie widać. Malarstwo Maćkowiak - uczennicy Jana Szancenbacha - dalekie jest jednak od prostego moralizatorstwa. Subtelne barwy i niejednoznaczne sytuacje nadają płótnom senny klimat i wypychają je poza określone ramy czasowe. Jest tu tęsknota za człowiekiem i próba zrozumienia go, bez ferowania wyroków o "człowieczej naturze". Dobrze, że te postaci "odnalazły się" na płótnach.
Stanisław Gieżynski
Malarstwo Małgorzaty Maćkowiak nie jest do końca z tego świata, któremu - nie zawsze dobrowolnie - przyglądamy się na co dzień.
To taka zdrapka, pod którą kryje się bonus - rzeczywistość bardziej świetlista i moralna, w którym dla wszystkich chętnych wystarczy bezkolizyjnych ścieżek okalających wybujałe przestrzenie.
Mimo całej bajkowości przedstawień, nie jest to lukrowanie świata i pozbawianie go istotnych pytań, tak jak w aspekcie fizycznym - nie jest to papka pigmentów z tubki, do których przyzwyczaiła nas współczesność.
Prawdziwie solidnym fundamentem...wielką wartością...malarstwa Małgosi Maćkowiak, jest fakt, że zanim odnajdziemy w nim anegdotę i własną narracja, to widzimy kawałek płótna pokrytego pulsującym laserunkami, szlachetnym kolorem i chcemy na nie patrzeć bez końca.
A za to przecież - przede wszystkim - kochamy dobre malarstwo.
Katarzyna Krzykawska
, The work by Małgorzata Maćkowiak shows few signs of earthy provenience, bearing as it does almost no relation to the common environment that, no matter whether we approve or resist, forces itself upon us. It can be compared to a collection of samples, scrapped off from reality, and causing it to radiate energy and valour. The world appears here as a infinite space full of traces left by people of good will with no menacing danger and conflict.
Maćkowiak’s performances show no lack of the fairy story element. In spite of it, we won’t find here either any beautification of the world or shirking from fundamental questions. And the material aspect of this art has nothing to do with squeezing out of pigment pulp from the tube.
The real corner-stone and the decisive value of Maćkowiak’s paintings, is the sort of perception that it offers. Before the observer starts looking in her works for the anecdote and narratives, he will have noticed a piece of canvas covered with throbbing trails of glaze, the noble colours. One finds it difficult to leave the exposition.
And, after all, this is what matters.
Katarzyna Krzykawska
Myślę, że Małgorzata Maćkowiak wierzy w wartości ponadczasowe malarstwa. W uwzględnienie w obrazie egzystencji światła i światłocienia, i wiązanie z tym wartości barwnych. Ta wiara, to indywidualny kształt plamy malarskiej i własne w sposobie dotknięcia pędzla, które można by porównywać do charakteru pisma.
Malarstwo takie wymaga wytrawności oka i sprawności warsztatowej.
Należy dodać, iż odwołując się do metody klasycznej, malarstwo to swobodnie operuje wszystkimi barwami pryzmatu, zachowując jednak swoje preferencje w ciepłych gamach kontrastowanych do srebrzystych szarości budujących światło w obrazach i dodających im charakterystycznego blasku. Taka opozycja stanowi często dominantę obrazu i poprzez swoją dźwięczność w jakimś sensie staje się malarską wizytówką autorki.
Pozostawmy zatem widzowi przyjemność smakowania i rozszyfrowywania wątków tematycznych prezentowanych na wystawie prac i osiągania tą drogą możliwie, mam nadzieję, najpełniejszej satysfakcji.
Roman Łaciak
„Zagubieni” to tytuł wystawy malarstwa Małgorzaty Maćkowiak organizowanej od 27 marca do 22 kwietnia b.r. w warszawskiej galerii sztuki współczesnej Farbiarnia na Pięknej. Obrazy artystki po raz pierwszy od dłuższego czasu „zaludniły się”: Małgorzata Maćkowiak – choć w sposób celowo niedopowiedziany – snuje opowieść o ludziach, dla których świat zaczął się kręcić za szybko i którym z powodu natłoku wrażeń i doznań trudno skupić się na istotnym szczególe czy naprawdę dostrzec drugiego człowieka.
„Malarstwo Małgorzaty Maćkowiak nie jest do końca z tego świata, któremu - nie zawsze dobrowolnie - przyglądamy się na co dzień. To taka zdrapka, pod którą kryje się bonus – inna rzeczywistość bardziej świetlista i moralna, w której dla wszystkich chętnych wystarczy bezkolizyjnych ścieżek, okalających wybujałe przestrzenie. Mimo całej bajkowości przedstawień, nie jest to lukrowanie świata i pozbawianie go istotnych pytań [Katarzyna Krzykawska].
Wydaje się, że będąc uczennicą Jana Szancenbacha (dyplom z wyróżnieniem w 1984 roku) prawdziwym wyzwaniem jest oparcie się pokusie powielania wzorców swojego mistrza. Szancenbacha nie pociągały nigdy eksperymenty awangardy, a za prawdziwą wartość uważał solidny warsztat: do jego doskonalenia wystarczała martwa natura i pejzaż jako temat obrazu. Małgorzata Maćkowiak docenia zarówno kompozycję płótna jak i umiejętność budowania napięcia kolorem. Swoim ostatnim cyklem prac chce nam jednak powiedzieć coś więcej, chce opowiedzieć o ludziach, dla których świat zaczął się kręcić zbyt szybko, którym z powodu natłoku wrażeń i doznań trudno skupić się na istotnym szczególe czy naprawdę dostrzec drugiego człowieka. Czują się zagubieni. Jak my sami? Jak Adam i Ewa z prac o tym samym tytule? Jest to malarstwo celowo niedopowiedziane, pozwalające każdemu na jego własną interpretację.
„Prawdziwie solidnym fundamentem… wielką wartością... malarstwa Małgosi Maćkowiak, jest fakt, że zanim odnajdziemy w nim anegdotę i własną narrację, to widzimy płótna pokryte pulsującymi laserunkami, szlachetnym kolorem i chcemy na nie patrzeć bez końca.”[Katarzyna Krzykawska].
Jest artystką o wielu zainteresowaniach: zajmuje się malarstwem sztalugowym, rysunkiem, grafiką, grafiką komputerową, rzeźbą. Miała dłuższą przygodę z wikliną artystyczną, wystawiając swoje prace wielokrotnie wraz z członkami Stowarzyszenia „Wiklina”. W czasie kilkuletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych zainteresowały ją murale i malarstwo iluzoryczne. Ale malarstwo na płótnie i desce było dla niej zawsze najważniejszym środkiem wyrazu. Obrazy wykonane są techniką olejną. Posiadają grubą warstwę niezliczonej ilości laserunków, którymi pokrywana jest pierwotnie namalowana olejna struktura.
(M.D.S)
Zatrzymane na taśmie filmowej ślady rzeczywistości przywołują minione sytuacje niczym pocztówki z podróży po egzotycznych krajach, ożywiają wspomnienia, wzruszają, próbują żyć na nowo. Nadaremnie...
Julita Malinowska z równą pasją filmuje rzeczywistość, co rysuje na papierze i maluje obrazy na płótnie. Autorka posiada wyjątkową wręcz spostrzegawczość w dostrzeganiu ludzkich gestów i szczegółów otaczającego nas świata.
Podpatrzona, utrwalona w pamięci, zarejestrowana kamerą lub fotograficznie ta intymna rzeczywistość zjawisk w pracowni Julity poddana zostaje obróbce, przetworzeniom i selekcji.
Po wielu próbach i testach jakości wybrany, z przepływu niezliczonych momentów, wycinek zostaje dopuszczony do swoich „pięciu minut na scenie”. Formaty płócien są zwykle ogromnych rozmiarów; a postacie tam występujące mogą pojawiać się w rozmaitych, często większych od przeciętnego człowieka, wymiarach. Kolory też rosną w swej intensywności, próbują zawładnąć naszymi emocjami.
Grupka dzieci bawi się na plaży w pobliżu błękitnego pontonu. Turkusowa, krystalicznie czysta woda, światło tak intensywne, że chwilami ich ciała stają się prawie czarne, szkliste niczym pociemniała fotografia. A może wspomnienie?
A może marzenie?
Tak, marzenie... Czyż utrwalenie marzenia nie wiązało się z najciekawszymi zjawiskami w sztuce? W „epoce” ostatnich lat, gdy szuka się inspiracji w internecie, metod na „robienie dzieła sztuki” i przenosi na płótno fotografie za pomocą rzutnika, próba utrwalenia marzenia jest rzadkością. Stwarzanie pozytywnej iluzji jest dużo bardziej znaczącą odpowiedzią na rzeczywistość niż tak powszechne dziś komiksy od spraw społeczno-politycznie ważnych.
Trudno przecież zobaczyć malarstwo Julity w oderwaniu od modnej, od kilku lat, tendencji w malarstwie tzw. figuratywnym.
Ale czy figuratywne czy nie, w obu podejściach, ważność sztuki i jej jakość polega na tym samym...Jest to wyzwanie, przed którym stoi Julita i którego jest świadoma.
Zatrzymane na płótnie sytuacje zapraszają nas do obejrzenia ich teraźniejszości, ich malarskiego warsztatu, precyzji ale także zmysłowości ukrytej w syntetycznych formach i w spontaniczności malarskiego gestu. Utrwalone na płótnie notatki, przy których można oderwać się od anegdoty obserwując zależności między tonami, pomiędzy partiami matowych bieli i błękitów; a lśniącymi, czerniejącymi partiami obrazu.
Czasami są to zacienione ciała postaci, czasem zacienione liście palmy z egzotycznego kraju lub też rytmy fal zostawione na wodzie przez płynącą postać kobiety będącą zaledwie i aż, tylko śladem malarskiej intuicji.
Malarstwo Julity Malinowskiej znajduje duże grono odbiorców i porusza ich wrażliwość.
Jak w każdej prawdziwej twórczości kluczową sprawą staje się próba wyniesienia tego co osobiste na poziom uniwersalny.
Paweł Dutkiewicz
The traces of reality frozen in a film frame recall past situations as do postcards from travels to exotic countries, they refresh memories, emotions, try to live anew. All for nothing...
It is with such passion that Julita Malinowska records reality, she draws it on paper and paints it on canvas. The artist possesses an almost unique perception in detecting peoples' gestures and details of the world which surrounds us.
Intimate stolen glimpses of everyday phenomena, are committed to memory, captured on film or photographed and worked on in Julita's studio, processed and selected.
After many trials and tests, chosen from an innumerable flow of moments, the selected frame is allowed its “five minutes of fame”. The format of the canvases is usually huge; and the size of the figures which appear on them varies, though they are often larger than normal. The colours also increase in intensity, trying to seize our emotions.
A group of children is playing on the beach near a blue dinghy. Turquoise, crystal-clear water, a light so intense that at times their bodies become almost black, glass-like, almost a darkened photograph. Or perhaps a memory?
Or perhaps a memory?
Yes, a memory... Has not the recording/strengthening of memory been connected with the mot interesting phenomena in art? During the “epoch'' of the last few years, when we search for inspiration in the internet, methods of “making works of art”, when photographs are transferred onto the canvas via a projector, attempts to record memory are rare. The creation of a positive illusion is a far more meaningful response to reality than the socially-politically important comics which can be found everywhere today.
It is difficult to view Julita's painting away from the so-called figurative trend in painting which has become modern in the last few years.
But whether figurative or not, in both approaches, the importance of this art and its quality depend on the same... It is a challenge, which Julita faces head-on and is well aware of.
The situations frozen on canvas invite us to look at them in the present, the handling of the paint, the precision but also the sensuality hidden in the synthetic forms and in the spontaneity of painterly gestures. Notes, preserved on the canvas, through which we can break away from anecdote by observing the relationship between tones, between areas of matt white and blue and the glistening blackening parts of the painting.
Sometimes these are areas of the bodies in shadow, sometimes they are palm leaves from an exotic country in shadow or the rhythms of the ripples left on the water by a woman swimming past who is merely but also more than, a trace of painterly intuition.
The painting of Julita Malinowska reaches a wide audience and touches their sensitivity. As with every true creative endeavor the key issue is the attempt to make something personal universal.
Paweł Dutkiewicz
Wystawa obrazów jest dla ich autora wydarzeniem ważnym, któremu towarzyszą zawsze duże emocje, zamyka pewien etap pracy i poddaje jej efekty publicznej ocenie. Autor wierzy, że jego wysiłki twórcze znajdą zrozumienie i akceptacje u odbiorców. Dzieło, które przez długi czas powstawało w odosobnieniu staje się dostępne odbiorcy, jego autor poddany publicznej konfrontacji, zaś jego wrażliwość trudnej próbie. Wydawać by się mogło zatem, że każdy malarz weźmie to wcześniej pod uwagę i tak pokieruje swoim działaniem aby oczekiwania odbiorcy zadowolić. Nie dzieje się tak chociażby dlatego, że zadowolić oczekiwania innych to tak naprawdę ich rozczarować.
Nie jest powinnością sztuki spełnianie oczekiwań. Powinna dawać nam to nie oczekiwane. Tak się dzieje już na etapie tworzenia obrazu lub innego dzieła. To właśnie malarz, twórca obrazu pierwszy uczestniczy w tym ekscytującym procesie dziania się, tworzenia się czegoś nowego, odkrywania, również przez niego nie znanej do końca jakości. I nie ma znaczenia jak długą do tej pory przeszedł drogę, jakie są jego doświadczenia warsztatowe, jaka skala wrażliwości, czy z jakich źródeł czerpie inspiracje. Ważnym natomiast jest by nie dać się uwieść pozorom łatwego efektu i w ten sposób zagubić prawdę o tym co jest przedmiotem tworzenia.
Każdy malarz czerpie z innych źródeł inspiracje do swych dzieł i każdego cechuje inna skala wrażliwości. Dlatego mamy tak różnorodne malarstwo. Jest jednak w tym rzecz wspólna - to co chce wyrazić poprzez swój obraz, musi być wiarygodne dla niego i dla odbiorcy. Nie może zatem ulec żadnym kompromisom, ale pozostać wierny inspiracji. Jest to proces jednakowo trudny jak fascynujący. Podążanie za tym ledwo wyczuwalnym śladem i nadawanie mu właściwego kształtu daje uczucie satysfakcji i spełnienia. Nie ma tu miejsca na chęć przypodobania się komukolwiek. Jest w tym natomiast zawarte ryzyko, że nie zostanie się właściwie zrozumianym ale jest to cena jaką trzeba ponieść.
W moim malarstwie inspiracje do obrazów czerpię z natury. Wystarczy jednak chwilę popatrzeć, aby pojąć, ze jej nie odzwierciedlam. Byłoby to dla mnie niemożliwe i bez sensu. Ale cóż znaczy - "czerpię inspiracje"? Dla mnie znaczy tyle, że patrząc na otaczającą mnie rzeczywistość nie wyróżniam z niej poszczególnych przedmiotów a poddaję się urokowi ich wzajemnego na siebie oddziaływania. To znaczy, że dostrzegam w tym zjawisku jego kolor, ciężary waloru, arabeskę linii; że w mej świadomości tak ustawiam kadr obrazu aby dla mnie był interesujący. Już na tym etapie w mojej świadomości pewne elementy kompozycji są bardziej eksponowane a inne - niepotrzebne, eliminowane całkowicie. Nie jest to proces chłodnej kalkulacji ale wielkie zawirowanie emocjonalne. To właśnie nazywam inspiracją. Pojawia się wtedy potrzeba utrwalenia tego wydarzenia a równocześnie dłuższego w nim przebywania. Trzeba wówczas podjąć wysiłek tworzenia i nie pójść na żaden kompromis w wydobywaniu prawdy. W takim rozumieniu tworzenia obrazów, niepoważnym wydaje mi się ciągłe zmienianie stylu i uleganie modom. Bo tak postępując nie byłbym wiarygodny.
Każdy z nas ma zawarty w sobie swój własny kod estetyczny, którego obecność ujawnia się w czasie działania. Dzięki temu wielcy mistrzowie są tak łatwo rozpoznawalni, tak jednorodni w swych dziełach a tak różni względem siebie. To ich dzieła pozwalają nam zaglądnąć w ich osobowość, poznać ich ludzką wielkość, odnieść to ich doświadczenie do siebie. Naśladowanie ich nie miałoby jednak żadnego sensu na równi z uleganiu modom. Dlatego z szacunku do innych i do samego siebie malarz powinien zaproponować tylko to, co sam reprezentuje, ale właśnie to może być dla innych interesujące i warte poznania.
Kazimierz Wilk
Wystawa prezentowana w krakowskim Pałacu Sztuki jest pierwszym większym pokazem malarstwa Anny Kostenko, młodej malarki, która przed paru laty przyjechała do naszego miasta z Kijowa i podjęta studia na Akademii Sztuk Pięknych.
Pochodzi z rodziny architektów, a więc już od dzieciństwa spotykała się z problemami rysowania i malowania, które zresztą uprawiają wszystkie dzieci na całym świecie. Zainteresowania plastyczne mijają jednak u większości z nich, gdy mija ich bezpośrednie i dziecięco naiwne dostrzeganie spraw i rzeczy otaczającego świata. Niektóre, posiadające prawdziwy talent, zachowują te zainteresowania i kształcą swoje zdolności, ich wyobraźnia rozwija się i dojrzewa wraz z nimi samymi. Równolegle z tym dojrzewaniem - upodobania młodych utalentowanych osób i wybór drogi artystycznej - stają się coraz bardziej wyraziste i oczywiste, jeśli towarzyszy im sita charakteru, szczerość przekonań i pracowitość.
W przypadku Anny Kostenko dojrzewanie artystyczne i wybór drogi malarskiej nastąpiły wyjątkowo szybko i wyjątkowo wcześnie. Powiedziała mi kiedyś, że przychodząc do Akademii, nie miała już żadnych wątpliwości jakiego rodzaju malarstwo ją interesuje i w jakiej pracowni chce się kształcić.
Duża część polskiej krytyki, a także sporo malarzy mego oraz młodszych pokoleń z wytrwałością godną lepszej sprawy wyznaje pogląd, iż nieszczęściem polskiego szkolnictwa było opanowanie go po 1945 roku przez kolorystów. Osobiście nie widzę alternatywy bowiem - poza wyjątkami zupełnie sporadycznymi - ówcześni „awangardziści" to pokolenie dopiero zaczynające kształtować swe postawy artystyczne. Myślę więc, że nie mogli uczyć innych, jeśli własnych dojrzałych dokonań jeszcze nie posiadali. Pokolenie moich profesorów (czyli kolorystów właśnie) stanowili artyści już dojrzali, a jeszcze w pełni sił twórczych i możliwości artystycznego rozwoju.
Preferencje malarskie Ani byty zapewne wyraźnie sprecyzowane, jeśli wybrała mnie - niedobitka malarstwa kolorystycznego - jako swego perceptora.
Obserwowałem rozwój jej osobowości, rozwój jej talentu i pogłębianie się świadomości malarskiej z ogromną satysfakcją. Byt to (nie tak znowu częsty) przypadek, gdy pomiędzy pedagogiem a uczniem panuje atmosfera wzajemnego zrozumienia podczas ich wspólnych poszukiwań najwłaściwszej drogi mającej prowadzić do pełnego ujawnienia predyspozycji i talentu ucznia.
W pedagogice artystycznej, która nie rządzi się żadnymi właściwie raz na zawsze ustalonymi prawami, ważne jest właściwe zrozumienie przez uczącego talentu ucznia, zdobycie jego zaufania, a równolegle zrozumienie przez nauczanego, że musi pozostać stroną inicjatywną, że musi wciąż stawiać kolejne propozycje rozwiązywania problemów malarskich. To uczeń, bogacąc doświadczenia i doskonaląc ich wyniki, powinien znajdować się stale o „pół kroku" przed pedagogiem, którego rolą zaś jest podtrzymywanie ucznia w momentach wątpliwości lub zbaczania przez niego z najlepszej i najprostszej drogi prowadzącej do zamierzonego celu. Talentowi Anny Kostenko, jej wrażliwości kolorystycznej, umiejętności wywołania w obrazie klimatu malarskiego zdarzenia, które obserwuje i które skłania ją do jego malowania (postaci, pejzażu, martwej natury) - towarzyszą niezmiennie energia, śmiałość decyzji, wyrazistość koloru. Obrazy jej są interesująco i różnorodnie komponowane, zawierają udzielającą się widzowi rytmikę: wyważenie wielkości i mas, kierunków i ich napięć, pionów, poziomów i skoków - jak w dobrym utworze muzycznym, gdzie zróżnicowanie rytmu, sity i barwy dźwięku tworzą linię melodyczną stanowiącą o całości artystycznego wyrazu. Obrazy jej to radosne (ale nie „przesłodzone") wizje świata, ruchliwych ludzi w kolorowych strojach, przedmiotów pochłoniętych swym codziennym, ale niezwykłym bytem. Są to obrazy przychylne temu, co nas otacza i tym, którzy je oglądają.
Jestem przekonany, że wystawa którą oglądamy to jeden z pierwszych kroków młodej malarki na drodze do malarstwa, które będzie się nadal rozwijać i przekształcać, ale które zawsze będzie nas zachwycać i cieszyć.
prof. Jan Szancenbach
The exhibition in the
Coming from a family of architects she was initiated into drawing and painting at an early age which is a common pastime for most children at a certain age. But when the innocent childish perception of the world changes the interest in arts disappears.
Nevertheless, if this interest is truly profound and is accompanied by a true talent it develops.
In the case of Anna Kostenko the maturity of her imagination combined with the determination and the strength of character in her artistic choices have emerged very early. Her artistic way and decisions are the fruits of a laborious process and the flowering of personal growth.
She once told me that when she was applying for the Academy she had no doubt what kind of painting interested her most and which studio she had wanted to join.
The majority of the polish art critics and some of the painters of my generation and younger alleged that the crisis in polish pedagogy was caused by the Colourists who overwhelmed the Academy after the year
Anna Kostenko must have been quite certain about her preferences if she chose me - the last remnant of the Colourists as her guide. I felt a great amount of satisfaction observing the development of her personality, talent and artistic consciousness. We had (what is rather rare) a special sense of understanding between us on our way to the full blossom of Anna's talent.
In artistic pedagogy in which there are no fixed rules the most important things are to recognise the students talent, to gain their confidence and to maintain the awareness that they are the ones to have the initiative in answering the artistic questions. The role of the professor is to support the student in their moments of confusion and side-tracking whilst the student ought to gather the experiences and conclusions always trying to reach one step ahead of their mentor.
The talent of Anna Kostenko, her sensitivity to colours, her ability to create remarkable visions on canvas (a figure, a landscape, a still life) is backed with energy and the distinctiveness of colouring. In her pictures an interesting, vivid composition brings together a certain rhythm of weights, directions and their tensions, verticals, horizontals and slants - as in a good musical composition when the diversity of the rhythms, tones and the strength of the sound create the melody becoming an artistic expression.
Her visions of the world are joyful (but not maudlin) full of active people wearing colourful clothes, ordinary objects "living" their extraordinary lives (absorbed in their extraordinary existence). These are the positive visions, kind towards the human environment and those who perceive them.
I feel certain that this exhibition is only the first of many steps on Anna's way to painting which will keep on transforming and developing but always will fascinate and delight us.
Professor Jan Szancenbach
Magazyn "Art & Business" zorganizował konkurs, który zrazu wydał mi się dziwaczny. Trzyosobowe międzynarodowe jury (pod przewodnictwem znanego krytyka francuskiego Pierre'a Restany'ego) wybierało z prac malarskich powstałych w ubiegłym roku w Polsce jedną. Już się to odbyło. Nagrodę Ewy i Mariusza Świtalskich, właścicieli pisma (w wysokości 100 tys. zł), otrzymał jako Obraz Roku „Monolog” Mikołaja Kasprzyka. Przedstawia kilka gestykulujących sylwetek rytmicznie rozmieszczonych na płaszczyźnie. Należy do popularnej obecnie tzw. sztuki krytycznej. Mówi - jak uznało jury - o braku zrozumienia między ludźmi, którzy nie słuchają się wzajemnie, lecz tylko monologują. Nic nie wskazuje, by praca ta, całkiem niezła zresztą, była najlepszym obrazem, jaki został u nas w minionym roku namalowany. Można też wątpić, czy w ogóle dałoby się taki obraz wyłonić w drodze konkursu, na który dzieł swoich nie przysłali (poza wyjątkami) najbardziej znani malarze w Polsce. A jednak zgłoszono blisko 1200 obrazów i to jest zjawisko godne uwagi. Świadczy ono, że - wbrew temu, co głoszą propagatorzy nowych form artystycznych jak instalacje i happeningi - malarstwo żyje, tworzenie barwnych obrazów na płaszczyźnie wciąż jest ludziom potrzebne, jak było sto, pięćset, dwadzieścia tysięcy lat temu. Magazyn "Art & Business" fakt ten ujawnił, za co, sądzę, jego redaktorom należy się uznanie. Jak to jednak było technicznie rzecz biorąc możliwe? Jak trójka jurorów, przebywając w różnych miastach Europy, mogła oceniać takie mnóstwo obrazów? Oczywiście za pośrednictwem internetu, przynajmniej w pierwszym etapie. Prace zostały bowiem zgłoszone jako przesyłki elektroniczne. Przeglądając reprodukcje na ekranach swych komputerów, jurorzy wytypowali sto obrazów, które pokazano im później w oryginale i wtedy wydali werdykt. Publiczność zaś, już tylko poprzez internet, wyłoniła w drodze głosowania inny obraz, który otrzymał nagrodę publiczności. Dzieła nagrodzone oraz wszystkie inne, które brały udział w konkursie, zobaczyć można na strome internetowej: www.artandbusiness.onet.pl.
Grażyna Smalej, której praca znalazła się wśród wspomnianych wyżej stu obrazów finału, ma obecnie (wraz z Paulina Karpowicz) wystawę w galerii Schody na Nowym Świecie (nr 39) w Warszawie. Do dwóch niewielkich pomieszczeń w oficynie idzie się w dół po schodkach. Obie artystki są wychowankami krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Obie malują obrazy figuralne, jednak nie tak, jak się w naszych akademiach malowało 30, 40 lat temu. Nie są to studia aktów w gęstej zawiesinie "polskiego koloryzmu" według zasad Rudzkiej-Cybisowej lub Pronaszki, gdzie starano się osiągnąć przede wszystkim dźwięczność barwnej płaszczyzny, zaś wszelkie ujawnianie uczuć modela było rzeczą naganną. Jeden z obrazów Pauliny Karpowicz nosi tytuł, .Dziewczyna porzucona przez kochanka", lecz dzięki zwięzłemu, zdecydowanemu modelunkowi i szlachetnej powściągliwości barw jest to malarski kształt miłości i rozpaczy, nie zaś historia literacka. Grażyna Smalej osadza figury w przestrzeni wibrującej kolorem, emocjonalnej. Między postaciami tworzą się napięcia - przyciągania, odpychania, intrygi. Cały czas, zarówno u jednej, jak i u drugiej artystki, chodzi przy tym o uczucia wyrażone rysunkiem i barwą, utrwalone w materii obrazu. To materia wolna od konwencji, bez piętna postimpresjonizmu, ekspresjonizmu, pop-artu. Na szczęście żadna konwencja teraz w malarstwie nie dominuje, o czym można się przekonać, przeglądając choćby stronę internetową "Art & Business". Z tymże - myślę sobie, chodząc po wystawie w galerii Schody - sztuka w internecie jest niczym bez istnienia prawdziwych obrazów w realnej przestrzeni.
Andrzej Osęka
Po raz drugi mamy przyjemność i radość oglądania w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego obrazów Kazimierza Wilka. A to oznacza jedno: Mistrz w ciągu ostatnich lat dopowiedział w swej sztuce myśli, tematy i formy ważne, doskonalsze, wyższe w swych filozoficznych i artystycznych gamach.
Ponieważ doskonale znamy tego artystę, tedy tylko krótko przypomnę kilka faktów z jego biografii. Urodził się 22 stycznia 1943 roku w Bieżeniu koło Częstochowy, w rodzinie, w której praktycznie wszyscy malowali i rysowali, ale nikt poza Kazimierzem nie uwierzył mitowi sztuki, jakoby mogła zapewnić chleb. Niemniej trudno wątpić, że świat dzieciństwa zamknięty linią zielonego widnokręgu, wypełniony tradycyjnymi wartościami, mógł nie mieć wpływu na wybór drogi artystycznej chłopca z wiejskiej chaty.
Do krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Kazimierz Wilk trafił prosto z zasadniczej służby wojskowej. Zdał egzaminy i w nagrodę armia pożegnała się z nim wcześniej, niż przewidywały regulaminy. W latach 1965-71 studiował malarstwo w pracowni Jonasza Sterna, artysty awangardowego, współzałożyciela Grupy Krakowskiej.
Uczeń nie poszedł jednak drogą swego mistrza. Jak sam podkreśla, od Sterna nauczył się tolerancji wobec świata i poglądów bliźnich, bliźnich wobec sztuki - pokory. Poszedł własną drogą, o której Jolanta Antecka pisała: "Ktoś, kto określił obrazy Kazimierza Wilka jako ostoję malarstwa tradycyjnego, niewątpliwie ma rację. Artysta, który 30 lat temu uzyskał dyplom w pracowni prof. Jonasza Sterna, ważnej postaci w dziejach krakowskiej awangardy, jest w prostej linii kontynuatorem kapistów. Kontynuatorem konsekwentnym formalnie i tematycznie, dochowującym wierności czterem uznawanym w postimpresjonizmie motywom: pejzaż, martwa natura, akt i portret".
Swoistym mottem twórczości Kazimierza Wilka jest stwierdzenie, że sztuka nie lubi zmian. A to znaczy, że naturalną drogą rozwoju sztuki jest ewolucja. Podobnie do życia na tej planecie. Musi wychodzić z tradycyjnych systemów wartości, przejmować od mistrzów doświadczenia uchodzące za aksjomaty, na tych fundamentach budować nowe wizje i formy. Poszerzać widnokręgi światła, dobra i piękna, ale nie negować ich i odrzucać. W końcu każda rewolucja pożera swój własny ogon. I każda awangarda, wnosząc świeżość i odwagę w przewracaniu tradycyjnych porządków, w końcu pozostaje zbiorem nowinkarskich eksperymentów. Bo o akceptacji sztuki decyduje odbiorca. On daje jej legitymację uniwersalizmu i trwania zgodnie z łacińską maksymą, że ars longa - vita brevis.
Krytyka lubi włożyć artystę do odpowiedniej szuflady, żeby sztuka była uporządkowana. Więc Kazimierza Wilka wkłada się do przegródki z napisem: kapizm (a zatem koloryzm) i postimpresjonizm. Mistrz nie protestuje, bowiem przyznaje się do duchowego pokrewieństwa z Rzepińskim i Bonnardem. W polskich doświadczeniach artystycznych to właściwie jedność poprzez rolę światła w malarstwie. Tylko że w twórczości Wilka nie chodzi jedynie o światło, ale o... światłość, ową metafizyczną aurę, którą emanuje krajobraz, martwa natura, człowiek.
Fundamentem malarstwa Wilka jest wierność tradycyjnym kanonom sztuki, która musi być radosna, tajemnicza, promująca piękno i dobro, w pewnym sensie święta (sakralna). Tworzywo też musi być tradycyjne, solidne, trwałe, bo dzieło może pokonać czas w imię ulotności ludzkiego żywota. Figuratywność w tym kontekście jest prostym kodem języka sztuki, która buduje filozofię artysty na aurze światła i koloru jak Jezus swoje nauki na przypowieściach. Historia zwykła zataczać koło. W swym pojmowaniu świata i przesłaniach - sztuka również. Czyż nie jest znamienne zjawisko, że w dystyngowanej Anglii i pariasowskiej Ameryce następuje renesans malarstwa wręcz naturalistycznego? A realistyczne malarstwo Flamandów do dziś z nie rozkodowaną symboliką?
Malarstwo Wilka dalekie jest od symbolizmu. W swej warstwie emocjonalnej i myślowej najbliżej mu do romantyzmu, który przejawia się w umiłowaniu polskiego pejzażu i natury, we wręcz archetypicznym związku człowieka z przyrodą, w nadawaniu naturze poprzez środki malarskie znamion Wielkiej Tajemnicy. Jerzy Madeyski pisze, że (...) krajobrazy artysty zapraszają do wejścia w ich ciszę, do wgłębienia się w prześwity drzew, dotarcia na brzeg spokojnej wody, dotknięcia wysokiej trawy nieskoszonej łęki. Zapraszają do czystej, zmysłowej radości obcowania z naturą w sensie najbardziej fizycznym, bo radosny sensualizm jest jednym z walorów tej sztuki.
Można by rzec, że chodzi o pewien rodzaj sybarytyzmu, polegającego na fizycznym chłonięciu natury i animalistycznej radości życia. Trudno się zgodzić z taką interpretacją malarstwa Wilka. Jego rozświetlone (W jesiennym słońcu, Pejzaż z Krzywaczki, Ogród w Sułkowicach, Świt na łące) krajobrazy, w których światło i kolor współgrają w idealnej symfonii, są swoistym modlitewnym westchnieniem nad dziełem Wielkiego Reżysera, Twórcy profesjonalnego theatrum z pięknie wyeksponowaną scenografią. Jego mroczne (Wieczór na Krzemionkach, Wczesny śnieg, Przybrzeżne skały, Pocztówka z Londynu) oleje kojarzą się z nokturnami, których minorowa kolorystyka zdaje się być kontrapunktem i odniesieniem do radosnej światłości dnia, życia, nadziei.
Nie zamierzam budować metafizycznej nadinterpretacji malarstwa Mistrza Kazimierza. Pierwsze wrażenie towarzyszące kontemplacji jego obrazów są natury czysto estetycznej. Ta kolorystyczna konsekwencja, która buduje nastrój, jest oczywista. Tak ją postrzegałem kilka lat temu i zdania nie zmieniłem. Więc pozwolę sobie na odwołanie się do opinii, którą kiedyś sformułowałem: "W każdym z nich dominuje jedna tonacja, która sugeruje nie tylko porę roku czy dnia, ale przede wszystkim stan emocjonalny i uczuciowy. Chłodne zielenie i błękity, ciepłe jesienne brązy, szarości zmierzchu nad wodą, mgielność świetlnych poświat - to wszystko układa się w harmonijnie piękne malarskie definicje natury. Ale oto nagle z tego kolorystycznego monolitu wyłania się jakiś szczegół, jakiś błysk - refleks zachodzącego słońca, czerwone punkty kwiatów na niebieskiej toni, niebieski masyw Wawelu, złote punkty jaskrów, czerwone plamy domów - który wprowadza do harmonii nastroju niepokój, burzy barwny porządek. I oto jest ów znak tajemny, malarski wykrzyknik, który eksponując detal, szczegół - mówi o pięknie i złożoności świata, Kosmosu. Szczególnie to przesłanie malarstwa pana Kazimierza widać w cyklu „Bodiaki", w którym niepozorne, suche osty na tle wielkich przestrzeni mówią o pięknie najwięcej". W tej konsekwencji Wilk dochodzi do perfekcji, wręcz idealnie komponując barwne gamy ze światłem. Mistrz jest w tej kompozycji elementów malarskich coraz lepszy, co goście naszej Galerii niechybnie zauważą, porównując dobrego Wilka sprzed lat ze znakomitym Wilkiem dzisiaj.
Trudno być romantykiem i równocześnie eliminować z dzieła sztuki pierwiastki duchowe. Trwać przy czystej fascynacji przyrodą, nie wychodząc poza twierdzenie, że jest piękna, istnieje i budzi emocje. Myślę, że Wilkowe malowanie budzi nad wszystko refleksje, które wzmacniane z obrazu na obraz siłą przeżycia, w końcu prowadzą do ekstazy, do przeżyć metafizycznych. Bo malarstwo Mistrza Kazimierza nie jest jedynie olśnieniem i artystycznym zapisem wrażenia. Przy pomocy światła i koloru twórca wyłuskuje z krajobrazu jego duszę, ową niedostrzegalną okiem aurę. Działanie malarskie staje się działaniem magicznym. Pejzaż z Trzemeśni usłany jest ciepłymi barwami kwietnej łąki, płonie. Potem stygnie w ciemnej linii drzew i biegnie ku niebu uwarstwionemu w szarawe błękity i szczeliny nieokreślonej światłości. W mglistym poranku cała płaszczyzna rozmywa się w szarościach. Ale czerwone kwietne ogniki prowadzą dialog ze światłością przenikającą przez horyzont. Wierzby w Niezdowie wychodzą ze światłości łąki, przecinają sinawo-szary horyzont i dotykają kremowego nieba. Jaki jest kod tych przenikających się kolorystycznych dysonansów? Przemijanie? Ludzki los pełniony w radości i cierpieniu? Dowód na geniusz Stwórcy? Nie wiem. Nie muszę tego wiedzieć. Ważne, że te obrazy budzą we mnie ciepłe, radosne uczucia, że przenoszą mnie w świat piękna i harmonii, łagodnego wyciszenia.
Kazimierz Wilk uprawia głównie olej. Ale bywa, że próbuje sil w rysunku, pasteli, gwaszu. W latach 70. zmierzył się z muralizmem. Do dziś tworzy sporo malowideł ściennych i dorywczo zajmuje się konserwacją sztuki. Przez ten wybór technik (zwłaszcza oleju) Mistrza można również uznać za tradycjonalistę. Podobnie jak z przyczyny wierności kanonom tematycznym postimpresjonizmu. Jest to wybór konsekwentny, a nade wszystko świadomy. Co to jest abstrakcja i eksperymenty Wilk wie doskonale. Nasłuchał się swego mistrza Sterna. Ale w nim zostało coś z dzieciństwa, coś z tradycyjnych wartości, klarownych antynomii: dobro - zło, piękno - brzydota, światłość - ciemność. Prochu już się nie wymyśli. Żaden z błyskotliwych i bełkotliwych awangardzistów nie będzie Tycianem, Renoirem czy Chełmińskim. Dzieło sztuki powinno zachwycać i olśniewać, powinno przetrwać wieki. Tako mówi i tworzy Kazimierz Wilk.
Na pierwszym miejscu w skromnym wyborze tematów Mistrz Kazimierz stawia pejzaż. A więc najpiękniejszy walor tego świata. Przy ogromnym bogactwie gatunkowym, biologicznym, kolorystycznym i emocjonalnym najbardziej skłaniający do poszukiwania Tajemnicy. Jest to pejzaż przeżywany, czego dowodzi Jerzy Madeyski: „romantyzm, oscylujący od łagodnej liryki po euforię niemal, gdyż sztuka Kazimierza Wilka również pod tym względem daleka jest od rutyny, od muzykowania na jednej strunie, od mechanicznego już tylko powielania pewnych schematów kompozycyjnych i kolorystycznych. Przeciwnie, jest bogata w niuanse i rozstrzygnięcia malarskie, ma więc wzloty i upadki, bo tych pozbawiona jest tylko poprawna w swej nijakości przeciętność”. Dla Mistrza nie ma krajobrazów banalnych. W każdym potrafi odnaleźć duszę, światłość i piękno. Z równym upodobaniem maluje góry, ogrody, łąki, morze, jak również wyłuskuje z natury jakiś szczegół, np. w Bodiakach, co zauważa Beata Salomon: "Nadnaturalnej wielkości oset ma przypomnieć o wyjątkowości wszelkiego istnienia, a przede wszystkim o tym, że natura jest żywym organizmem". Krajobraz dla Wilka jest czymś w rodzaju ołtarza Ziemi, nie skażonej odrobiną smutku świątynią.
Z równą maestrią i upodobaniem Kazimierz Wilk maluje martwe natury, które ja osobiście traktuję jako czyste doświadczenie malarskie, prowadzące do perfekcyjnego stosowania światła i koloru, do eksperymentów kompozycyjnych. Motywy wybiera artysta niewyszukane. Najczęściej kwiaty, owoce, pisanki, tkaniny... Dzięki zamkniętej w tych martwych naturach liryce o ich emocjonalnej i estetycznej wymowie decyduje nastrój uzyskiwany przez wysublimowane gamy kolorystyczne.
Natomiast portrety Mistrza Kazimierza porównywalne są z jego pejzażami. Nie ma mowy o wiernym przenoszeniu osoby na płótno. Pani B. jest tym samym podmiotem w Portrecie pani B. i w Toalecie. Ale jakże różny jest nastrój, kolorystka i techniki kładzenia farby na obu obrazach. W pierwszej wersji pani B. w kwietnej sukni, siedząca w fotelu, dostojna, jakby celebrująca swoją ekspozycję, w drugiej - w koszulce nocnej przy miednicy z wodą i dzbanie, zaskoczona, z rękami przygotowanymi do zdjęcia bielizny, jakby wyczekiwała, kiedy odwrócimy od niej wzrok. Faktura malarska postaci wynika z faktury tła, światło wypełnia całą płaszczyznę.
W pierwszym spojrzeniu na portrety Wilka nie interesuje nas fizyczność postaci, jej uroda, ubranie, wiek, powierzchowność, ale nade wszystko nastrój, stan psychiczny, wnętrze, owa charakterystyczna w pejzażach aura. Bo prawdy o świecie, krajobrazie i ludziach Mistrz Kazimierz nie szuka w zewnętrzności. Jego interesuje... światłość, którą można postrzec może jedynie przez to trzecie mityczne oko.
Prace Kazimierza Wilka można oglądać w wielu galeriach i prywatnych kolekcjach w Polsce i na świecie. Jest on jednym z najciekawszych polskich kolorystów współczesnych, przy tym twórcą skromnym i wobec sztuki i Tajemnicy - pokornym. I uznanym. Już w 1978 roku ówczesny prezes TPSP Karol Estreicher wręczył Wilkowi Medal Stanisława Wyspiańskiego, jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień w środowisku plastycznym. Od 1971 r. Mistrz Kazimierz jest członkiem ZPAP, od 1986 - Stowarzyszenia Marynistów Polskich. W 1997 roku jako trzeci z krakowskich artystów otrzymał Norymberskie Stypendium Twórcze. Wówczas powstało wiele jego znakomitych płócien zamku Almoshof (gdzie wystawiał) i krajobrazów niemieckich.
Współczesna sztuka specjalnie nas nie rozpieszcza. Lubi szokować, prowokować, drażnić, jak twierdzą artyści - pobudzać do myślenia. Z tym pobudzaniem różnie bywa, bo jeśli zamiast głębszej refleksji dzieło wywołuje w nas instynktowne oburzenie na próbę wciskania nam ewidentnej ciemnoty, wówczas trudno w ogóle mówić o sztuce. Kazimierz Wilk należy do tych artystów, którzy praktycznie nie myślą o reakcji odbiorcy. Jego malarstwo jest osobiste, świetliste, kolorystycznie bogate i radosne.
To romantyczna apoteoza życia i piękna. Jesteśmy zaszczyceni, że w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego znów możemy gościć tego znakomitego artystę. Mam nadzieję, że za kilka lat znów powtórzymy tę ucztę...
Jerzy Skrobot
Kazimierz Wilk nie ukrywa swoich artystycznych sympatii ani powinowactw zrodzonych z temperamentu i ze świadomego wyboru. Nawet dla człowieka, który swoje kontakty ze sztuką ograniczył do obowiązkowych lekcji w szkole średniej takie tytuły jak Ogród Moneta czy Impresja brzmią całkiem jednoznacznie (jeśli nie są tylko zamierzoną prowokacją wobec publiczności cokolwiek znudzonej konkretnością i precyzją słowa w instrukcjach obsługi elektronicznych gadżetów - a w tym przypadku nie są). Mistrz najczęściej uprawia malarstwo olejne, ale nie stroni również od rysunku, pasteli i gwaszu. Jako temat wybiera zwykle sielankowe pejzaże w wielorakim tego słowa znaczeniu - od rozległych, wieloplanowych krajobrazów, czasem wzbogaconych jakimś motywem urbanistycznym poprzez romantyczne zakątki dające się ogarnąć wzrokiem człowieka odpoczywającego w miłym cieniu na parkowej ławeczce aż po kilka krzewów i kępek bujnej, nie koszonej trawy, widocznych z perspektywy lotu motyla. Z równym upodobaniem przenosi na płótno martwe natury - kwiaty, naczynia, owoce, morskie muszle, tkaniny, książki, kalendarze. Nieco rzadziej maluje portrety, przy czym mało interesują go fizyczne cechy postaci, a znacznie bardziej - jej aktualny stan psychiczny i charakter. Tworzy sporo malowideł ściennych, z powodzeniem ima się prac konserwatorskich. Gdyby przyszedł na świat kilka wieków wcześniej, byłby zapewne filarem zacnego cechu szklarzy witrażystów, rzeźbiarzy i malarzy, majstrem z którego pracowni wychodzą obrazy aprobowane przez poważanych mieszczan i ich rodziny, obrazy malowane przez utalentowanego człowieka dla innych ludzi. Bo - jak często powtarza - „sztuka nie lubi zmian", czyli jej rozwój powinien mieć charakter ewolucyjny.
Zacznijmy od określenia, czego artysta metodycznie unika. Przede wszystkim - nie usiłuje widza w żaden sposób zaszokować. Nie umieszcza na swoich płótnach elementów tragicznych, okrutnych lub po prostu obrzydliwych, nie ma tam miejsca na pamiętny z mickiewiczowskiego koncertu Jankiela:
„...akord rozdąsany, przeciwko zgodzie tonów skonfederowany."
Wszystkie tony łączyć musi harmonia, brzmieniowa jedność.
Tym bardziej, nie czyni z cierpienia głównego motywu, nie epatuje grozą, kośćmi ze skrawkami mięsa, wnętrznościami wyprutymi bronią sieczną lub palną albo choćby rdzeniem powalonego drzewa wydobytym uderzeniem siekiery - czyli detalami budowy wewnętrznej fizjologicznie potrzebnymi, lecz jakże słusznie przysłoniętymi przez Naturę skórą lub szorstką korą. Nie czyni tego ani w sposób dosłowny, ani wysublimowany - bo u mistrzów pędzla na ogół twarz ścięta grymasem bólu lub podniesione w gniewie ręce przemawiają silniej niż stosy trupów i kałuże wpół zakrzepłej krwi.
W moim, być może błędnym domyśle takie podejście do aktu twórczego nie jest wyłącznie kwestią przyjętych kanonów estetyki, lecz także efektem pewnej konkretnej, logicznej filozofii. Z biologii wiemy, że równowaga w przyrodzie stanowi sumaryczny wynik niezliczonej ilości śmierci; w podniesionej ku słońcu na dłoni rolnika małej bryłce ziemi giną w każdej sekundzie miliony bakterii, kos miarowymi ruchami dzioba połyka miękką, różową dżdżownicę, aby za chwilę zginąć w pazurach kota, a niebawem jego pozostawione bez opieki pisklęta zaczną pożerać żywcem rozmaite owady - chyba, że wcześniej padną one łupem drapieżnika większego niż larwy much i ich męczarnie potrwają znacznie krócej. Powój oplata krzew i odbiera mu światło, huba bezszelestnie toczy pień dębu, jemioła wysysa soki z topoli.
Ale skoro to wszystko i tak wiemy, czy musimy do znudzenia powtarzać, skoro ostatecznie wypadkową owych bez wątpienia smutnych dla naszej ludzkiej wrażliwości zdarzeń jest harmonia? Czy koniecznie powtarzać powinniśmy, skoro wędrując niespiesznie między kolumnami majestatycznych drzew po wysokiej, przetykanej kwiatami trawie trafiamy nad brzeg czystego jeziorka, na którym wśród nenufarów wdzięcznie ślizga się stadko dzikich kaczek? Co prawda, nie są to pewnie te same ptaki, które widzieliśmy dwa lub trzy lata temu; tamte zjadł lis lub jastrząb, albo skonsumowały zaproszone nie bez podtekstów na kolację w eleganckim hotelu panienki. Przeminęły pokolenia traw i pszczół, my również dążymy do swego kresu - lecz owo bolesne dla każdej jednostki przemijanie z ogólniejszego punktu widzenia należy traktować jako abstrakcję, skoro nienaruszone pozostało to samo kameralne lub monumentalne piękno świata. Piękno, które przenika i wypełnia wszystkie obrazy Kazimierza Wilka do ostatniego skrawka płótna.
Świat jest bardzo bogaty i w swym bogactwie złożony - co artysta znakomicie rozumie i w wielu obrazach konsekwentnie podkreśla - na przykład w poetyckim cyklu Bodiaki, gdzie suche osty umieszczone na pierwszym planie każą domyślać się istnienia tysięcy innych, równie skomplikowanych morfologicznie roślin w każdej mikroskopijnej plamce zieleni na planie dalszym. Do wyrażenia tego bogactwa i tej złożoności wystarczają jednak zdaniem artysty tradycyjne środki malarskie: kolor, kształt, światło - bez dodatkowych udziwnień. Właśnie do wyrażenia, a nie tylko do przedstawienia, bo obrazy Kazimierza Wilka są próbą wydobycia z ożywionej i nieożywionej natury ciągle się nam wymykającej istoty rzeczywistości. Wdarliśmy się śmiało w głąb mikro - i makrokosmosu, w strukturę atomu i przepastne otchłanie galaktyk. Pod koniec XIX wieku profesorowie przestrzegali co zdolniejszych studentów, że wszystkie ważne prawa fizyki zostały już odkryte i kolejnemu pokoleniu uczonych przypadnie w udziale „poprawianie w pomiarach trzeciej cyfry po przecinku". Rzeczywistość spłatała im figla: w badaniach gwiazd i cząstek elementarnych solidna, dziewiętnastowieczna wiedza (do dziś aktualna w „zwykłym" świecie) okazała się równie mało przydatna, jak pensjonarskie wykształcenie Alicji po przekroczeniu tafli lustra. Trafiliśmy do Krainy Czarów, gdzie aby pozostać w tym samym miejscu należy biec naprzód tak szybko, jak się potrafi. Mimo wojennych kataklizmów w wieku XX zebraliśmy i ujęliśmy w eleganckich równaniach matematycznych więcej informacji niż do chwili rozpoczęcia XX wieku od samych początków cywilizacji, od skrzesania ognia i świadomego rzucenia w ziemię pierwszego ziarna na przyszły plon.
Duszę, boskość, tajemniczą aurę, wieloznaczność świata wciąż jednak poznajemy w obcowaniu z prawdziwą sztuką. Przed słynnym obrazem Moneta Impresja - wschód słońca pradziadek stawał w podobnej zadumie jak prawnuczek staje przed Impresją pędzla Kazimierza Wilka. Nie ze snobizmu, nawet wbrew krytyce. Przypomnijmy, że pierwsza wystawa impresjonistów urządzona w roku 1874 w paryskim atelier fotograficznym Nadara (właściwie Felixa Tournachon, francuskiego fotografa, rysownika i pisarza, żyjącego w latach 1820-1910) przyjęta została wrogo, a sama nazwa „impresjoniści" to sarkastyczne określenie grupy artystów sformułowane przez krytyka Leroy'a w piśmie „Chiarivari", właśnie jako aluzja do płótna Moneta. Dziś obrazy impresjonistów osiągają bajeczne ceny - ale do współczesnych kontynuatorów koloryzmu, impresjonizmu et cetera spora grupa bywalców tak zwanych „artystycznych kawiarenek" odnosi się z lekceważeniem. Oni na pewno by nie malowali jabłka i wachlarza obok wazonu z irysami ani morskiego pejzażu, lecz tworzyli dzieła postępowe i epokowe. Gdyby tylko potrafili...
Dodam w tym miejscu, że o nieznajomość awangardowych trendów Kazimierza Wilka posądzić nader trudno. Wyszedł z pracowni wieloletniego profesora i prorektora ASP Jonasza Sterna, w okresie międzywojennym współtwórcy tak zwanej Grupy Krakowskiej, reaktywowanej w roku 1957. Osobom jako tako w naszej powojennej historii zorientowanym data reaktywacji podpowiada właściwie wszystko: po październikowej „odwilży" w roku 1956 takie motywy malarskie jak Lenin w Poroninie, trójka murarska na budowie i traktorzystka wśród dorodnych kłosów przestały obowiązywać w malarstwie jako kanon politycznej poprawności i artyści zachłysnęli się abstrakcją, potępianą do tej pory jako „przejaw degeneracji sztuki zachodniej". Jonasz Stern nie malował wprawdzie jakiejś tam żółtej kuli na czerwonym stole, ale był autorem drastycznych etycznie i estetycznie kolaży, metaforycznych zestawień elementów, które w połączeniach tych zyskiwały symboliczne, odbiegające od realnego znaczenie. Kazimierz Wilk tę skądinąd znakomitą szkołę przeszedł bez problemów, po czym zdecydował, że bliżsi są mu polscy kapiści, Pierre Bonnard i Czesław Rzepiński. Więc zaczął malować po swojemu i maluje tak do dnia dzisiejszego - ku nie skrywanej radości wielbicieli jego sztuki.
Mniejsza o nazwy, klasyfikację i szufladkowanie. Można oczywiście zapełniać całe tomy fachowymi uwagami o zerwaniu z perspektywą linearną na rzecz zaznaczania głębi kompozycji za pomocą barwy, rozwodzić się nad wpływami japońskiego drzeworytu oraz rzeźbiarskiej sztuki Czarnej Afryki na siłę reakcji przeciwko akademickiemu realizmowi i tak dalej, można nawet czytać te wywody z podziwem dla erudycji krytyków - ale dla mnie osobiście ważniejsze jest wrażenie, jakie sztuka wywiera na wrażliwym odbiorcy. Julian Tuwim twierdził, że „na poezji zna się tyle, co ptak na śpiewie" i przy pisaniu wierszy jakoś mu teoretyczne luki w literackiej wiedzy nie przeszkadzały.
Od wielu lat, kiedy po raz pierwszy miałem okazję zetknąć się ze sztuką Kazimierza Wilka, niezmiennie cieszy mnie i dodaje mi ducha jego niepohamowany optymizm. Niepohamowany, ale nie powiedziałbym nigdy „witalny". Dzięki jego obrazom złota myśl carpe diem nabrała dla mnie całkiem nowego znaczenia. Bo nie każda podsuwana przez kolejny dzień okazja warta jest schwytania. Oczywiście nawet na operowej scenie nie da się bez chwili przerwy wyciągać „wysokiego c" i nie ma takiej konieczności; w wyważonych proporcjach potrzebne są nam przyjemności przaśne i wysublimowane – a do obu należy odnosić się z właściwym dystansem. Kazimierz Wilk poucza, że złożoność i tajemniczość nie tylko nie wykluczają piękna świata, lecz są jego trwałym atrybutem. W krótkiej chwili zwanej życiem szkoda czasu na scholastyczne rozważania na temat sensu czy bezsensu istnienia, na egzystencjalne cierpienia, na Włeltschmerz. Dzieło Stworzenia powinniśmy kosztować bez zastrzeżeń, kierując się jedynie dobrym gustem. „Życie jest cennym skarbem, a jam z tego skarbu najpiękniejsze potrafił wybierać klejnoty" - wyznaje sienkiewiczowski Petroniusz. Właśnie: wybierać. Mistrz Kazimierz posiadł tę trudną umiejętność dokonywania wyboru i za pośrednictwem swych obrazów przekazuje nam jej zasady.
W jednym z moich ulubionych wierszy Sergiusza Jesienina siostra poety „otwiera jak Biblię pękaty Kapitał", zaczyna rozprawiać o Marksie i Engelsie - a poeta wyznaje czytelnikowi, że „niezależnie od pogody nie czytał tych książek". Na odwrót, malarstwo Kazimierza Wilka jest dobre na każdą pogodę. Rozświetli dzień ponury, doda specyficznego blasku słonecznemu. Posmakujcie Państwo, bo warto - i przy smakowaniu tym nie zapominajcie o uwadze, jaką kiedyś zrobił profesor Karol Estreicher Wiktorowi Zinowi, który jeszcze wtedy profesorem nie był: „nigdy nie zrozumiesz malarstwa van Gogha, ty za szybko patrzysz".
Jerzy Skrobot
„Ulica le Pelletier nie ma szczęścia. Po pożarze Opery nowa klęska spada na tę dzielnicę. U Durand Ruela otworzono wystawę, o której mówi się, że jest wystawą malarstwa... pięciu czy sześciu szaleńców, w tym jedna kobieta, wystawia tam swoje dzieła... Przerażający widok próżności ludzkiej doprowadzonej do demencji. Wytłumaczcie panu Pisarro, że drzewa nie są fioletowe, że niebo nie jest koloru świeżego masła... Spróbujcie przemówić do rozsądku panu Degas; powiedzcie mu, że w sztuce istnieje rysunek, kolor, wykonanie, wola; roześmieje się wam w nos i powie, że jesteście reakcjonistami. Spróbujcie wytłumaczyć panu Renoirowi, że tors kobiety to nie jest kupa rozkładającego się mięsa z zielonymi i fioletowymi plamami... Wczoraj przy ulicy le Pelletier zatrzymano biedaka, który wyszedłszy z wystawy pogryzł przechodniów..." pisał Albert Wollf w opiniotwórczym Le Figaro o wystawie impresjonistów w 1876 roku. Nieszczęsny! W siedem lat później musiał zmienić zdanie: impresjonizm szedł jak płomień przez Europę. Już nie oburzał lecz dziwił i zachwycał feerią barwnego światła z jakiej budował swe dzieła. I wewnętrznym blaskiem, promieniującym z płaszczyzny obrazów.
Kto wie, czy urok i moc przyciągania tego prąciu nie leżały jednak głębiej od pokrytej energicznymi przecinkami powierzchni płótna, bo w pokładach ludzkiej wrażliwości? I właściwej człowiekowi tęsknocie do pogody i dobra ucieleśnionego w świetle i jego mistycznym działaniu? Do niesionej przez światło radości życia i optymizmu, jaki jego promienie w nas budzą? Wszak właśnie przed światłem pierzchają wszelkie złe moce by skryć się w mroku, będącym ich naturalną niejako domeną.
Bo światło grało w naszej kulturze rolę szczególną. Zawsze więc było w sztukach pięknych stosowane. Lecz tylko pośrednio, poprzez zestawienie go z cieniem, na zasadzie kontrastu i walki przeciwieństw, bądź też jako metafory, alegorii lub personifikacji. Od Boga światłości, Apollina - Feba, czyli „błyszczącego" poczynając, zaś na barokowym „Królu Słońcu" i jego naśladowcach kończąc. Impresjonizm był światłem w czystej i wysublimowanej postaci, jego malarskim ekstraktem i ucieleśnieniem. Nie potrzebował więc pośredników. Był samowystarczalny.
I pozostał nim w swych późniejszych wcieleniach, bo potomstwo wydał bogate: z pnia klasycznej „sztuki światła" wyrośli wszak pointyłiści, fauviści i wszyscy następcy Cezanne'a, który chciał przecież „zrobić z impresjonizmu coś równie solidnego, jak sztuka muzeów", i orfizm i cala plejada innych nurtów, dla których ukuto pojemny termin postimpresjonizmu. W tym również dla jego polskiej odmiany, znanej pod nazwą kapizmu, bądź też równie mało precyzyjnej „koloryzmu" z przymiotnikiem „krakowski". Lecz cóż, precyzja terminów nie jest silną stroną teorii i historii sztuki. Ważnym natomiast jest, że postimpresjonizm stał się niejako naszym narodowym stylem malarskim od chwili swego pojawienia się na terenie kraju, czyli od powrotu Grupy „K.R" z Paryża. Oraz to, że Kazimierz Wilk jest jego nieodrodnym przedstawicielem. Wiernym jego ideałom, gdyż - jak powiedział - „sztuka nie lubi zmian".
Rzeczywiście, nie lubi ich w tej zwłaszcza orientacji. A jeśli nawet - to raczej pozorne, gdyż rację miał Renoir, mówiąc pod koniec życia „nie jestem tak naiwnym, by sądzić, że w sztuce istnieją nurty lub kierunki całkowicie nowe. To, co zwykliśmy brać za nowość w sztuce jest zazwyczaj tradycją mniej lub bardziej uwspółcześnioną".
Sztuka nie lubi zmian... Ulegają im natomiast nasze gusta, bo każde pokolenie niesie ze sobą własne poczucie piękna.
Zaś faktem jest, że żyjemy w latach wielkich przemian świadomościowych, że znów - po raz który już w mijającym wieku - przewartościowujemy nasze pojęcia, dokonujemy rewizji ich hierarchii, że gwałtownie desakralizujemy sztukę i poddajemy w wątpliwość jej aspiracje oraz funkcję w naszym życiu. Zwłaszcza tę, która ją determinowała w czasach hegemonii awangardy: sztuka nie musi już być sumieniem i moralnością świata, nie musi demaskować, wstrząsać, ani wytyczać nowych dróg, a nawet tworzyć form nigdy dotąd nie widzianych, nie musi zdumiewać, zaskakiwać i wstrząsać straszliwością wyobrażeń, choć może to czynić, gdyż wolno jej wszystko. Lecz nie wyłącznie i nie pod sankcją wykluczenia z artystycznego Parnasu, tak jak to do niedawna bywało. Wolno jej znów być tradycyjną, co oznacza - wolno jej znów wzruszać, zachwycać, cieszyć oko, a nawet tworzyć życzliwe otoczenie człowieka. Nade wszystko wolno jej znów być piękną. I poszukiwać piękna. Wolno jej zatem aprobować świat i przedstawiać go z tej właśnie strony, bo sztuka, a raczej wrażliwy artysta potrafi odnaleźć piękno w każdym, najmniejszym choćby i najbardziej pospolitym fragmencie rzeczywistości. Zwłaszcza zaś badająca relacje, zachodzące pomiędzy przedmiotem a zmiennym oświetleniem sztuka impresjonizmu i jego pochodnych.
Kryzys awangardy doprowadził również do innego skutku. Tego, o którym przed niewieloma jeszcze laty nie wypadało nawet mówić: do rehabilitacji malarstwa salonowego, które potępiono równie kategorycznie, jak bezsensownie, bo sztuka salonowa cieszyła się niezmiennym powodzeniem również w erze hegemonii nowoczesnych; zarówno w secesji, jak latach międzywojennych i późniejszych nawet, co świadczy o jej niezmiennej, potrzebie i aktualności. Tworzono ją więc, wystawiano i chętnie kupowano, bo - drogą paradoksu, w jakie obfituje sztuka - tylko nazwa została wyklęta, a nie to, co się pod nią kryło, a mianowicie ostentacyjne oderwanie od brudów zdyszanej rzeczywistości. Bo salonowe malarstwo - to w swej najgłębszej istocie sztuka nienagannych manier, to takt, to brak konfliktów, to życzliwość, to dobry smak, to po prostu komfort psychiczny, to przeniesienie w świat malarstwa salonowych właśnie manier, które czynią życie łatwiejszym i piękniejszym. Zwłaszcza - piękniejszym. Malarstwo salonowe to w końcu pewna odświętność i ograniczenie się do spraw miłych i przyjemnych. Sztuka impresjonizmu i postimpresjonizmu natomiast spełniała wszystkie te wymogi. Jak żadna inna, bo - jak to już zostało powiedziane w innym kontekście - materia światła, z jakiej buduje swe obrazy jest ekstraktem wszystkich wymienionych cech.
Postimpresjonizm jest wprost organicznie niezdolny do wyrażania uczuć smutnych i niemiłych, a tym bardziej drastycznych z tej choćby racji, że motyw go nie interesuje, bądź czyni to w minimalnym stopniu. Istotą prądu jest gra barw na płaszczyźnie. Właśnie gra toczona w myśl pewnych zasad. Z możliwością przegranej zatem.
Rasowy postimpresjonizm uznaje tylko cztery motywy, a mianowicie pejzaż, martwą naturę, akt i portret. Neutralne więc z anegdotycznego punktu widzenia i nie zakłócające niczym czystego malarstwa, jego bezinteresownej, bo niczemu poza malarstwem nie podporządkowanej formy. Kazimierz Wilk czuje się najlepiej w dwu pierwszych motywach, w tym zwłaszcza bezludnym i pozbawionym śladów istnienia człowieka krajobrazie, wyjąwszy fragmenty architektury. Lecz to jedyna dopuszczana przez artystę ingerencja: dom, schronienie ludzkie. Na równi z przyrodą, bo krajobrazy artysty zapraszają do wejścia w ich ciszę, do wgłębienia się w prześwity drzew, dotarcia nad brzeg spokojnej wody, dotknięcia wysokiej trawy nieskoszonej łąki. Zapraszają do czystej, zmysłowej radości obcowania z naturą w sensie jak najbardziej fizycznym, bo radosny sensualizm jest jednym z walorów tej sztuki. I romantyzm, oscylujący od łagodnej liryki po euforię niemal, gdyż sztuka Kazimierza Wilka również pod tym względem daleka jest od rutyny, od muzykowania na jednej strunie, od mechanicznego już tylko powielania pewnych schematów kompozycyjnych i kolorystycznych. Przeciwnie, jest bogata w niuanse i rozstrzygnięcia malarskie, ma więc swe wzloty i upadki, bo tych pozbawiona jest tylko poprawna w swej nijakości przeciętność. Oglądając jego obrazy odnosi się wrażenie, że unika on jak ognia maniery, że wręcz od niej ucieka wiedząc, że teoria postimpresjonizmu podsuwa - jak żadna chyba z licznych teorii sztuki naszego wieku - gotowe recepty na wykonanie obrazu, że wystarczy opanować pewne techniczne metody rozwiązania płaszczyzny, by stworzyć nienaganne dzieło. Podpowiada, że w sztuce nie ma ryzyka, że sztuka może istnieć bez jego podejmowania. Nieprawda. Sztuka pozbawiona ryzyka zmienia się w rzemiosło. I Kazimierz Wilk o tym wie.
Z tej też zapewne przyczyny eksperymentuje. Zmienia kadr z dalekiego planu na bliski poprzez wszystkie fazy pośrednie, podobnie, jak perspektywę, choć nie stosuje nigdy jej odmiany „z lotu ptaka", z wyeliminowaniem nieba z obrazu zatem, podobnie, jak perspektywy „żabiej" z jego dominującą przewagą. Patrzy na wprost, w naturalny dla człowieka sposób. Również w tym względzie nie chce bowiem widza zaskoczyć. Chce mu natomiast przedstawić swój punkt widzenia, ukazać krajobraz na swój sposób, przekonać go, że nie ma banalnych widoków, lecz są tylko banalni widzowie, że jest banalny sposób widzenia. Płytki i nie wnikający w klimat pejzażu, w jego koloryt, w bogactwo układów barwnych i świetlnych.
Drugą cechą wspólną pejzaży, lub raczej - pejzażowych motywów Kazimierza Wilka, boć przecie trudno nazwać krajobrazem pojedynczego bodiaka, które z upodobaniem maluje - jest ich spokój. Wręcz sielankowa atmosfera słonecznego dnia lub zachodu słońca jak w obrazach Rapackiego, świetlistość łąk i stawów jak z Moneta rodem, bo Wilk odwołuje się w sposób oczywisty do swych wielkich poprzedników i nie ukrywa łączących go z nimi więzów. „Bodiaki" są przecież hommage dla używającego tej właśnie kresowej nazwy Stanisławskiego, zaś „Impression" - dla Moneta, a może całego prądu, który od jego obrazu ,,L`impression ou soleil levant" (Wrażenie, albo wschód słońca) wziął swą nazwę. Tyle, że poza motywem i tytułami obrazy Wilka mają niewiele z dziełami Stanisławskiego i Moneta wspólnego. Bo - jak to już zostało powiedziane - impresjonizm jest przedziwnym nurtem i rządzi się swymi prawami, w których motyw gra rolę drugorzędną lub całkiem nieistotną.
0 dziele decyduje wyłącznie osobowość i oko artysty, który dostrzegł wschodzące słońce swojej „Impresji" w lotnej gamie srebrzystej poświaty, a nie różach jutrzenki, jak to uczynił Monet, natomiast bodiaki wtopił w tło jako akcent pionowy kompozycji i jego oś, nie zaś - jak Stanisławski - dominujący i wyraźnie nakreślony temat.
W ogóle przedmiot gra w pejzażach Wilka umowną rolę. Niekiedy więc w ogóle z niego rezygnuje dla wydobycia czystej i lotnej gry świateł i barw, niekiedy przemienia drzewa w pionowe rytmy. Widzi otaczające go formy i kolory. Reszta ma mniejsze znaczenie. Również w budowie obrazu.
Z tej przyczyny odchodzi niekiedy od kolorytu lokalnego lub wzmacnia go bądź osłabia dla uzyskania harmonijnych połączeń barwnych, niekiedy przesuwa gamę obrazu w stronę tonów ciepłych lub chłodnych, czasami zbliża się do monochromów z akcentami kontrastujących z nimi barw dopełniających, lub nawet plamami czerni, uważanej przez doktrynę postimpresjonizmu za „dziurę".
Bardziej konkretne i przedmiotowe są jego martwe natury, budowane w tradycyjny sposób, na tle wzorzystej draperii. Również widziane „na wprost", bez zaskakujących skrótów perspektywicznych i bez typowej dla tego motywu vanitatywnej symboliki, acz z użyciem tradycyjnych, więc symbolicznych rekwizytów. Dla Kazimierza Wilka muszla nie jest jednak symbolem kobiecości, ani śmierci, jak dla malarzy XVII zwłaszcza stulecia, lecz atrakcyjną plamą, kwiaty nie mówią o przemijaniu, a cytryna o marności świata, jego martwe natury maja być piękne i dekoracyjne. I są nimi, podobnie, jak całe malarstwo tego artysty, tworzone z myślą o wnętrzu mieszkalnym i jego mieszkańcach, którym ma dać radość i wytchnienie. Oraz wiarę w życie, bo malarstwo Kazimierza Wilka wielbi uroki świata, te proste i każdemu dostępne, bo leżące w zasięgu ręki. Oraz zasięgu oczu, z których nie zawsze czynimy dobry użytek.
Jerzy Madeyski
19 lutego kończy osiemdziesiąty szósty rok wiernego malarstwu życia. Jest krajanem sławnego śpiewaka Jana Kiepury. Urodził się w Sosnowcu, ale ledwie ucichły ponure odgłosy wojny, przywędrował do Krakowa, gdzie w latach 1945-50 studiował malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Zbigniewa Pronaszki. I w tym mieście już pozostał. Zostawił za sobą świat młodości, wchodząc przez czas i estetyczne kryteria coraz głębiej we własny świat odczuwania i wyobraźni. Stawał się malarzem nowoczesnym czyli - przekładającym tajemnice i urodę świata na język indywidualnie pojmowanej sztuki.
Wójcik zachwyca i fascynuje mnie od lat przez to, że należy do artystów nieustannie poszukujących własnych środków wyrazu i rozwijających krąg zainteresowań formalnych oraz treściowych. Henryka Wójcika krytycy postrzegają w gronie kolorystów. Wskazywałby na to życiorys artystyczny tego malarza. Pokoleniowo należy do tej pierwszej powojennej grupy absolwentów ASP, z której wielu znakomitych kolorystów się wywodzi. To samo można powiedzieć o wybitnych profesorach Wydziału Malarstwa tego okresu, przyznających właśnie kolorowi pierwsze miejsce wśród elementów języka malarskiego.
Sztuka Henryka Wójcika rzeczywiście jest nasycona duchem koloryzmu, ale artysta w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników poszedł własną drogą, uprawiając malarstwo nowoczesne i osobiste, stosując w przekładzie filozoficznej i treściowej materii sztuki - swój indywidualny język estetyczny. Przy całej konsekwencji stosowanych środków malarskich w twórczości Wójcika nie trudno dostrzec różnorodność sposobów podejścia do tematu, do problemu filozoficznego.
Daruję sobie dygresje na temat pokrewieństwa malarstwa Wójcika z innymi artystami, bo od kiedy istnieje sztuka krytycy zawsze doszukują się wpływów i fascynacji w omawianych dziełach, sugerując delikatnie, że historia sztuki to właściwie historia epigoństwa. Tymczasem istnieją podstawowe kanony i konwencje, formy i język sztuki, ale ich zastosowanie zależy od indywidualnej wyobraźni, wiedzy, wrażliwości artysty. I w tym kontekście każdy prawdziwy artysta jest twórcą oryginalnym, idącym własną drogą wyboru środków i interpretacji świata. Warto zwrócić uwagę na istotne rozróżnienie w malarstwie Wójcika dwóch konwencji - jednej, bliższej abstrakcjonizmowi, metaforycznej, wynikającej z intelektualnego podejścia do tematu, i drugiej - bliskiej postimpresjonizmowi, powstałej w bezpośrednim kontakcie z naturą. Prozaizując problem, można mówić o płótnach powstałych w pracowni i w plenerze. U podstawy pierwszych, śmiem twierdzić, jest intelektualna i filozoficzna analiza, prowadząca do malarskiej metafory, u podstawy drugich - olśnienie kolorem, kształtem, tajemnicą natury.
Co łączy te dwa zbiory tematów - muzykę i filozofię? Myślę, że przede wszystkim poetyckość, głębia intelektualna i praktyczna nieprzekładalność na rozumowe i realistyczne formy. Muzykę można opowiedzieć słowem, ale na słowo nie można jej przełożyć. Można próbować uczucia i wzruszenia doznawane pod wpływem muzyki przestawić w postaci kompozycji kolorystycznej, ale przekładalność dźwięków jest możliwa jedynie w przenośni. To samo dotyczy pytań filozoficznych i egzystencjalnych, na które przecież nie ma konkretnej odpowiedzi. Przynajmniej my jej nie znamy. Natomiast prawdą jest, że sztuka może nas do niej zbliżyć.
Oczywiście można opisywać słowem, co widzimy na obrazie, podobnie jak w przypadku dzieła literackiego zadajemy sobie wypracowanie pod hasłem: co autor chciał w utworze powiedzieć. Obraz przemawia językiem przenośni, a więc trafia do uczuć, podświadomości, intuicji. Jeśli zatem próbuję werbalnie charakteryzować płótna Wójcika, mam świadomość, iż nie jest to przekład, a jedynie zasygnalizowanie w jakim kierunku idą filozoficzne poszukiwania artysty. Jest to bowiem malarstwo, które oscyluje pomiędzy gamą dźwięków a gamą barw, między szumem Ziemi a szumem Kosmosu. Malarz przy pomocy znaków malarskich przedstawia swoje wnętrze, swoje intelektualne i intuicyjne odbieranie sygnałów życia, śmierci i po śmierci. Nie ma w tym malarstwie buntu, kreacji nowych światów, eksperymentu - jest natomiast dążenie do znalezienia choć cząstki odpowiedzi na pytania, na które owej odpowiedzi nie ma, do ładu, spokoju wewnętrznego. Dwoistość świata jest oczywista - forma i treść, światło i cień, dobro i zło, duch i materia. W tym kręgu się poruszamy, w tę dwoistość jesteśmy wpisani i w niej rodzi się sztuka Henryka Wójcika.
Jeśli obrazy zdradzające pewne pokrewieństwo z abstrakcyjnym, symbolicznym traktowaniem tematu artysta sygnuje słowem „kompozycja", tak w przypadku drugiego zbioru tematycznego stawia przy tytule konkretny znak - „pejzaż". I w tym przypadku uprawia przede wszystkim malarstwo olejne, ale również chętnie - akwarelę i gwasz. Są to dzieła będące formą swoistego zapisu wędrówek artysty, ale bez szczególnego faworyzowania któregokolwiek z regionów. Znajdziemy tu zarówno pejzaże z Cetniewa, Krynicy Morskiej czy Sztutowa, o wyraźnym szacunku dla morza, jak również krajobrazy z Beskidów, Podgórza, terenów nad Bugiem, nad Pilicą, krainy tysiąca jezior czy Śląska. Morze, ulice, chaty, woda, kopy wierchów, drzewa, architektura - praktycznie nie ma krajobrazu, który nie byłby dla Wójcika tematem godnym pędzla i zwykłego zachwytu. Z reguły są to krajobrazy polskie, czasem z byłych Kresów Rzeczypospolitej, sygnowane nazwą topograficzną. Znaczy to, że malarzowi zależy na konkretnym określeniu miejsca będącego inspiracją i źródłem barwnych kompozycji. W ten sposób z jednej strony zostawia ślad swego wędrowania, z drugiej - podkreśla więź psychiczną z naturą, z przyczyną artystycznego zachwytu.
Napisałem kiedyś, że jest to forma oryginalnego pamiętnika. Lecz dziś, po wielu rozmowach z mistrzem Wójcikiem i wizytach w jego romantycznej pracowni przy ul. Wenecja, muszę podkreślić jedno: to malarstwo nie jest zapisem obrazów natury, przeniesieniem pejzażu z Łomnicy, Ciężkowic czy Limanowej na płótno, ale - formą rejestrowania przeżyć i wzruszeń, jakich natura była przyczyną w duszy, wyobraźni i wrażliwości artysty. Wprawdzie na tych płótnach nie ma już charakterystycznej dla muzyczno-symbolicznego nurtu metaforyki, tajemnicy skojarzeń, ale trudno nie zobaczyć w nich podobnej metafizycznej głębi i traktowania obrazu jako bytu niezależnego. Zarówno w pejzażach jak i w martwych naturach, których Wójcik sporo maluje, widać tę charakterystyczną dla artysty, skłonność do harmonizacji barw, do ładu kompozycyjnego i unikania ekspresji aranżowanej środkami malarskimi. Niebo i wąskie zagony pod Czorsztynem mają w tej samej tonacji kolorystykę. Tkwią w żółciach przetykanych pasemkami zieleni czy fioletu, ale ogólne brzmienie na przeciwstawnych krańcach płótna zakomponowanych płaszczyzn jest tak samo łagodne, ciepłe. W centralnej części pojawiają się czerwone płaszczyzny dachów, zimne plamy na zboczach Podzamcza, lecz nie są to akcenty zdecydowane i kolorystycznie czyste. One współgrają z całą atmosferą i muzycznością barw namalowanego pejzażu. Nie ma tu ostrych zderzeń w kolorze, linii czy plamie. Można powiedzieć: zarejestrowany obraz został przesycony jednym motywem barwnym, ten motyw zdominował pozostałe, które choć „mają coś do powiedzenia", to jednak jedynie dopełniaj ą tę charakterystyczną dla Wójcika linię melodyczną.
Niekiedy odnoszę wrażenie (pewnie to wynik sugestii związków malarstwa Wójcika z muzyką), że artysta rzeczywiście zastosował w swoim malarstwie ścisłe rygory brzmieniowe obowiązujące w kompozycjach i gatunkach muzycznych. Po prostu - żadnego fałszu. Przy całej polifonii barw - podstawowy motyw muzyczny - kolorystyczny nie ginie nigdy. Pejzaże Wójcika są równie jednorodne i konsekwentne w wyborze środków malarskich jak kompozycje. Są, rzecz jasna, bardzo różne w ogólnym wyrazie, w zestawieniach rekwizytów. W swych realistycznych skojarzeniach, ale wszędzie znać tę samą rękę i myśl. To wygląda trochę tak, jak pisanie przez jednego autora tradycyjnego wiersza z rymem i rytmem oraz wiersza - metafory, białego, współczesnego. Ten tradycyjny - to odpowiednik malarstwa pejzażowego, w którym świetnie się czują najlepsze osiągnięcia estetyczne postimpresjonizmu. Faktura pejzaży i martwych natur składa się z niepoliczalnej liczby muśnięć, mgnień, drobinek kolorystycznych. Te z kolei, tak różne w odcieniach, tak gęsto nizane na małej płaszczyźnie, sprawiają wrażenie migotliwości i drżenia światła. Tu nie chodzi o wierność oglądanemu autentykowi, ale o kompozycję brzmień. Muzyka kolorów u Wójcika współbrzmi. I jeden zbiór drugiemu nie przeczy. Uzupełniają się wzajem. Bo artysta - co już wielokrotnie podkreślałem - jest wierny obranej poetyce malarskiej, w której współistnieją obok siebie głęboka refleksja nad tajemnicą życia i zachwyt nad tego życia pięknem. Ten sam warsztat, ta sama ręka, to samo rozumienie tworzywa i celów sztuki, tylko różne zainteresowania filozoficzne i różne próby patrzenia na świat.
Obie wszechobecne i idealnie prosto przystające do każdego człowieka. Jesteśmy przecież złożeni z niepokojów i fascynacji, z cierpienia i radości życia, z wiedzy i tajemnicy. I dokładnie na tych samych filarach dwoistości opiera się sztuka Henryka Wójcika, jednego z najlepszych współczesnych malarzy krakowskich i polskich.
Aby w tej ostatniej opinii nie być gołosłownym, podam kilka szczegółów z artystycznej biografii malarza. Wójcik wziął udział w ponad 60 wystawach krajowych oraz 20 wystawach zagranicznych (m. in. w Norwegii, Austrii, Włoszech, Francji, Szwecji, Niemczech, Grecji). Pierwszą wystawę indywidualną 30 pejzaży pokazał w 1958 roku w Pałacu Sztuki w Krakowie, potem były jeszcze Łódź, Sosnowiec, Bytom, Krynica, Tarnów i Kraków wielokrotnie. Jego prace mają Muzea Narodowe w Krakowie i Toruniu, Muzea Regionalne w Tomaszowie i Tarnowie. Muzeum Książąt Pomorskich w Szczecinie, Urząd Miasta w Poznaniu, ale także prywatni kolekcjonerzy w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, we Włoszech, w Szwecji, Paryżu, Ottawie, wreszcie w Australii. Wójcik jako malarz debiutował w 1951 roku, pokazując na Wystawie Okręgowej ZPAP swoje jedno płótno. Potem jest coraz gęściej. Wystawia na terenie całego kraju, na wystawach okolicznościowych, jubileuszowych, Salonach Sztuki, muzycznych, grupy „15 kolekcji" i grupy „Zagłębie", pejzaży, akwarel... Myślę, że biografowie zajmą się listą nagród, sukcesów artystycznych, wystaw i podróży artystycznych Henryka Wójcika. Wybrałem tylko niektóre liczby i fakty, które dowodzą, jak wielkiego formatu to malarz.
Rysując ostatnie kreski portretu Wójcika, pragnę zwrócić jeszcze raz uwagę na wielowymiarowość jego malarstwa, na równie dobrą sztukę intelektualnych poszukiwań oraz uogólnień jak kolorystycznie wyciszony, a jednocześnie utkany z gęstych plam - pejzaż. Jest w tej dwoistości artysta wierny tradycyjnemu językowi malarstwa, a jednocześnie - na wskroś nowoczesny. Tym samym Wójcik udowadnia, że w pierwszym rzędzie ważne jest to, co sztuka chce powiedzieć, a potem dopiero twórca może się zastanawiać: jak? Wystudiowana, wysublimowana i ekscentryczna forma, przez którą z trudem przebija się treść i myśl - najczęściej nie mówi nic, lub zgoła pozuje i kłamie. Pewnie dlatego dzisiaj osiemdziesięciosześcioletni malarz chętniej tworzy pejzaże, bo choć nigdy nie był wyznawcą formizmu, to mimo wszystko dochodzi do wniosku, iż w swoich kompozycjach metaforycznych powiedział już właściwie wszystko. To właśnie radość koloru w pejzażu najlepiej się przekłada na radość tworzenia i odbioru dzieła. Dla mnie to jest jedna z najbardziej optymistycznych prognoz na temat rozwoju współczesnej sztuki, jaką udało mi się na płótnach ostatnio zobaczyć.
Nigdy nikomu nie udało się słowem opisać obrazu tak, że opis byłby jak obraz doskonały, możemy tylko Państwa w imieniu Znakomitego Artysty długoletniego pedagoga Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie Profesora Henryka Wójcika zaprosić do Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego na wielką ucztę dla oczu i uczuć.
Jerzy Skrobot
On 19 February he turned eighty five and he has been faithful to painting through all his life. He is a fellow citizen of the famous singer Jan Kiepura. He was born in Sosnowiec, but as soon as the grim sounds of the war died down, he moved to Krakow, where between 1945 and 1950 he studied painting at the Academy of Fine Arts in the studio of Professor Zbigniew Pronaszko. And he stayed in this city for good. He left behind the world of youth entering by means of time and aesthetic criteria further and further into his own world of feelings and imagination. He started to be a modern painter, that is such one who transforms mysteries and the beauty of the world into the language of art understood individually.
Wójcik has delighted and fascinated me for years, because he belongs to the artists who relentlessly search for their own means of expression and who broaden their range of interests both with regard to form and content. Critics perceive Henryk Wójcik as a colourist. His artistic biography would indicate this. From a generational point of view, he belongs to this first postwar group of the graduates of the Academy of Fine Arts, from which a lot of outstanding colourists originate. The same can be said about the eminent professors of the Faculty of Painting from this period, who granted the very colour the first place among the elements of the language of painting.
The art of Henryk Wójcik is actually imbued with the spirit of colourism, but the artist - unlike a lot of his contemporaries - chose his own way, going in for modem and personal painting and applying his individual aesthetic language in the process of translating philosophy and content of his art. Although he is consistent in the use of painting means, it is not difficult to notice in his works the diversity of approaches to a theme or philosophical problem.
I am not going to make digressions on similarities between paintings by Wójcik and paintings by other artists, because since the beginning of art critics have always searched for influences and fascinations in analysed works, suggesting mildly that the history of art is in fact the history of imitativeness. Even though there are fundamental canons, conventions and forms and there is a language of art, their application depends on artist's individual imagination, knowledge and sensitivity. In this context every real artist is a unique artist who goes his own way when choosing his means and the interpretation of the world. It is worth noticing that there are two significant conventions in paintings by Wójcik - the first one is metaphorical, closer to abstractionism and arises from an intellectual approach to a theme, and the second one is close to postimpressionism and arises from direct contact with nature. Putting it simply, one can talk about works painted in the studio and in the open air. The first ones, I dare to say, are based on an intellectual and philosophical analysis that leads to a pictorial metaphor, the second ones are based on enchantment with colour, shape and the mystery of nature.
For instance, Wójcik has always been fascinated by music. It is enough to look at the titles of his works - "Oratorio", "J.S. Bach's Concerto", "Music of Silence", "Concert of Flames", "Music by Niemen", "Sonata", "Dancing Tears", "Saxophones", "Song of Songs" - to find the confirmation of his interest in music. There are also other intriguing titles: "Reverie over Time", "I am leaving into my own Reflection", "Mystery", "Song of a Moth", "Stone and Anguish", "Epochs", "Astral Composition", "Composition - Reflections of Light" etc. Thus in the overtones of these titles one can notice a clear suggestion: a painting is a metaphor, a poetic transformation of abstract notions not having specific referents into the language of pictorial signs.
What connects these two sets of themes - music and philosophy? I think that above all a poetic mood, intellectual depth and in practice untranslatability into rational and realistic forms. Music can be expressed in words, but it cannot be translated into words. One can try to depict feelings and emotions felt under the influence of music in the form of a colouristic composition, but the translatability of sounds is possible only metaphorically. The same refers to philosophical and existential questions, which, obviously, cannot be answered precisely. Or at least we do not know the precise answer. However, it is true that art can bring us closer to it.
Thus the quoted titles signal the perception of the world far from realism, the use of the symbol, the metaphor of the colour, the configuration of light and shadow. It is not, however, abstract painting. It is rather cosmic. For example, the magnificent "Oratorio according to J.S. Bach" presents a mysterious circle that consists of hundreds of figures forming harmonious rows above which there is a suspended horizon made of colourful rectangles - pipes. And above this circle dense with music a conductor's slim figure is standing. Or maybe it is the Conductor! The Master of the Music of the Celestial Spheres.
Of course, one can describe in words what can be seen in a picture, similarly as in the case of a literary work when we set ourselves a task to write an essay on: what did the author want to express in his work. A picture speaks using the language of the metaphor, so it appeals to feelings, subconsciousness and intuition. That is why if I try to characterize paintings by Wójcik verbally, I am aware that this is not translation, but only a way of signalling in what direction the artist goes in his philosophical search. Because it is painting which oscillates between a range of sounds and a range of colours, between the hum of the Earth and the hum of the Cosmos. The painter by means of pictorial signs shows his inner life, his intellectual and intuitive reception of life signals, death signals and afterlife signals. There is no rebellion in this painting, there is no creation of new worlds, there is no experimenting - what one can find in it is a quest for at least part of an answer to the questions to which there is no answer, a quest for order and inner peace. The duality of the world is obvious - form and content, light and shadow, good and evil, spirit and matter. We move inside this circle, we are inscribed within this duality and the art of Henryk Wójcik is born in it.
This type of paintings by Wójcik which is characterized by a subtle choice of colours from delicate grey shades to white, pink and violet shades, weaved in openwork chiaroscuro, painted with almost composer's perfection, can be described as symbolic. Their ambiguity allows every member of an audience to interpret them individually, to understand the metaphor personally and to be emotionally affected by them. Artist's technical brilliance was very well characterized some time ago by Ignacy Trybowski who wrote: “Wojc Wójcik ik immerses his imagination and creative instinct in the element of pictorial matter, out of which with great skills he forms pictures having vivid, imbued with light textures in which the light shimmers on the surface. Light - it is a whole chromatic range of colours arranged in either subtly sophisticated or disconcerting harmonies. No wonder if one takes into account the fact that Wójcik has always been fond of music and its experience has often been a direct creative stimulus. And not only has music provided artistic inspiration, but, even more importantly, a special interpretation and transposition of feelings into a purely pictorial form of expression. This is reflected in sonorous colourful patches in his watercolours painted by means of one and the only one stroke or touch of a paintbrush and the infallible confidence of his hand is coupled with softness that is often almost ethereal and with colouristic aptness. Musical references in paintings by Wojcik are extremely frequent and deliberate...”
If the pictures showing a certain similarity with the abstract, symbolic treatment of a theme the artist entitles using the word "composition", in the case of the second thematic set he puts near a title a specific sign - "landscape". And in this case he first of all does oil painting, but also readily - watercolour painting and gouache. These works are a form of a peculiar record of artist's wandering, but without special consideration for any of regions. We will find here both landscapes from Cetniewo, Krynica Morska or Sztutowo showing clear respect for the sea and landscapes from Beskidy, Podgórze, lands on the Bug, on the Pilica, the land of thousand lakes or Silesia. The sea, streets, cottages, water, ranges of peaks, trees, architecture -practically, there is not a landscape which would not be for Wójcik a theme worth painting and ordinary admiration. As a rule, these landscapes are Polish, sometimes from the former Borderlands of the Republic of Poland, and they are entitled with a topographical name. This means that it is important for the painter to exactly specify the place which provided inspiration and was a source of colourful compositions. In this way on the one hand he leaves a trace of his wandering, on the other hand - he emphasises a psychological bond with nature, with a cause of artistic admiration.
Once I wrote that it was a form of an original diary. But today, after many conversations with the master and visits in his romantic studio on Wenecja street, I must emphasise one thing: this painting is not a record of images of nature, a transfer of a landscape from Łomnica, Ciężkowice or Limanowa to canvas, but it is a form of recording experiences and feelings which were caused by nature in his soul, imagination and sensitivity. Although on these canvases there are not now metaphors, there is not any more a mystery of associations, which is characteristic of a musical and symbolic trend, it is difficult not to notice on them similar metaphysical depth and the treatment of a picture as an independent entity.
Both with regard to landscapes and with regard to still lifes, which are often painted by Wójcik, one can notice this characteristic of the artist tendency to harmonize colours, to achieve composition order and to avoid expression obtained by painting means. The sky and narrow patches near Czorsztyn have colours in the same shades. They are placed in yellows interwoven with the strips of green or violet, but the general expression of the planes arranged on the opposite ends of the painting is identically gentle and warm. In the central part there are red planes of roofs, cold patches on the slopes of Podzamcze, but these are not distinct and colouristically clear features. They harmonize with the whole atmosphere and the musical character of colours in the landscape. There are not here clashes of colours, lines or patches. One can say: the recorded image was imbued with one colour motif, this motif dominated the others which although 'have something to say', yet only complement this melody that is characteristic of Wójcik.
I am sometimes under the impression (it is probably a result of a suggestion that there are connections between paintings by Wójcik and music) that the artist actually applied in his works strict sound rules binding in musical compositions and genres. Just - no false notes. The artist uses the whole polyphony of colours, but the basic musical and colouristic motif is never lost.
Landscapes by Wójcik are as homogeneous and consistent with regard to the choice of painting means as musical compositions. They are, of course, very different in terms of their general expression, the arrangement of elements and their realistic associations, but the same hand and thought is recognizable everywhere. It is a bit similar to writing by the same author a traditional poem with the rhyme and rhythm and a metaphorical, modern poem in blank verse. This traditional one can be perceived as an equivalent of landscape painting which is the most appropriate for applying the best aesthetic achievements of postimpressionism. The texture of landscapes and still lifes consists of the countless number of touches, flashes and colour specks. These ones in turn, so varied in shades, so densely strung on a small surface, give the impression of glimmering and flickering light. It is not about fidelity to the original that was watched, but it is about the arrangement of sounds.
The music of colours in paintings by Wójcik is harmonized. And one set does not contradict the other. They are complementary to one another. Because the artist -what has been emphasised by me many times - is faithful to the pictorial poetics he chose, in which there are side by side a deep reflection on the mystery of life and the admiration of the beauty of life. There are the same painting skills, there is the same hand, the same understanding of the material and the aims of art, only philosophical interests and ways of perceiving the world are different. Both are omnipresent and ideally suitable for every man. It is obvious that there are in us anxieties and fascinations, anguish and the joy of life, knowledge and mystery. The art of Henryk Wójcik, one of the best contemporary Kraków and Polish painters, is based on exactly the same pillars of duality.
I will give a few details from his artistic biography to confirm his eminence as a painter. Wójcik has taken part in over 60 national exhibitions and 20 exhibitions abroad (for instance in Norway, Austria, Italy, France, Sweden, Germany and Greece). He showed the first individual exhibition consisting of 30 landscapes in the Palace of Art in Kraków in 1958, then he had exhibitions in Łódz, Sosnowiec, Bytom, Krynica, Tarnów and repeatedly in Kraków. His works are in the National Museum in Kraków, the National Museum in Toruń, the Regional Museum in Tomaszów, the Regional Museum in Tarnow, the Pomeranian Dukes' Museum in Szczecin, the City Hall in Poznań, but they are also owned by private collectors in the USA, Germany, Italy, Sweden, Paris, Ottawa and finally Australia.
Wójcik made his debut as a painter in 1951 showing one of his paintings at the Regional Exhibition of the Association of Polish Painters. Then he frequently took part in exhibitions. He presented his works up and down the country at occasional, jubilee, musical, landscape, watercolour exhibitions, Art Salons, "15 Collections" Group and "Zagłębie" Group exhibitions. I think that biographers will deal with the list of awards, artistic successes, exhibitions and artistic journeys of Henryk Wójcik. I have chosen only some of the facts and figures which prove how eminent this painter is.
Drawing the last lines of Wójcik 's portrait, once again I would like to direct your attention to the multi-faceted character of his painting: it is very good both with regard to intellectual quests and generalizations and with regard to the landscape that is colouristically calmed and at the same time woven from dense patches. This duality shows an artist who is faithful to the traditional language of painting and simultaneously thoroughly modern. Thus Wójcik proves that what is important in the first place is what art wants to say and only then an artist is allowed to think how to do this. A studied, refined and eccentric form through which content and thought are barely visible very often says nothing or, even, poses and lies. Probably because of this today the eighty-five-year-old artist paints landscapes more willingly, as, although he has never been a follower of formism, he nevertheless comes to the conclusion that in fact he has already said everything in his metaphorical compositions. It is the joy of colour in a landscape that best translates into the joy of creation and reception of a painting. For me this is one of the most optimistic forecasts concerning the development of contemporary art which recently I have been able to see on canvases.
No one has ever been able to describe a painting in words in such a way that the description would be as perfect as the painting itself, that is why the only thing we can do is to invite you on behalf of the eminent long-standing teacher at the Academy of Fine Arts in Kraków, Professor Henryk Wójcik, to the AG Gallery on 10 Sławkowska Street in Kraków for a great feast to the eyes and feelings.
Jerzy Skrobot
Lecz „bycie sobą" oznacza również wyniesienie swojego JA do najwyższego poziomu, równoznacznego z przyznaniem sobie prawa do osądzania świata. Oraz - drogą swoistego paradoksu, w jakie obfituje sztuka - osądzania siebie poprzez - jak powiada artysta - „baczne przyglądanie się sobie przez doświadczenia wielu namalowanych płócien".
Koło się zamyka. Sztuka stała się celem i miarą; zwierciadłem, odbijającym światopogląd artysty w całej rozciągłości tego pojęcia. I powodem zachodzących w nim zmian.
Między Batruchem i jego obrazem zachodzi więc to, co kiedyś, w czasach peinture active zwykliśmy określać mianem sprzężenia zwrotnego, w którym skutek oddziaływuje na przyczynę. Tyle że w jego wypadku zjawisko nie ogranicza się do powierzchni obrazu. Sztukę Batrucha można zaliczyć lub raczej wyprowadzić ją z nurtu postimpresjonizmu - starej, dobrej krakowskiej szkoły, dominującej w naszym malarstwie do dziś w swych rozlicznych odmianach i odpryskach.
Rasowy „kapizm", jak go niegdyś zwano, bądź „koloryzm", dążył jednak wyłącznie lub niemal wyłącznie do prawidłowych „rozstrzygnięć malarskich",
do których droga wiodła przez skomplikowaną i obwarowaną licznymi rygorami „grę barwną na płaszczyźnie".
Batruch przejął wiele przykazań postimpresjonizmu, w tym zwłaszcza wysoką kulturę malarską i właściwy mu sensualizm. Bogata materia jego obrazów wręcz zaprasza do jej dotknięcia, do czysto zmysłowego kontaktu z dziełem, odbieranym za pomocą wzroku i dotyku. To nie iluzyjność malarskiej powierzchni, odbicie i złudzenie przedmiotu. To rzeczywistość. Konkretna, bo namacalna właśnie. Rzeczywistość, przed którą muszą skapitulować najbardziej nawet nieufni niewierni Tomasze.
Klasyczna „gra barwna" została wzbogacona i pogłębiona. Obraz przestał być fascynującą rozrywką dla wzroku, efektem działania zespołu „oko - ręka", o którym kiedyś, przed przeszło stu laty, powiedziano w kontekście jednego z najwybitniejszych impresjonistów - „to tylko oko, ale jakie oko!" widząc w wizualnej atrakcyjności wystarczający powód powstania dzieła.
Batruch opowiada. I maluje swoje myśli i wnioski. Z pełną premedytacją tworzy sceny i stara się, by były zrozumiałe i dostrzegalne dla wszystkich, obdarzonych nieco tylko od przeciętnej większą wrażliwością.
Z tej też przyczyny w jego sztuce pojawiają się symbole o złożonej naturze. Na wzór starych mistrzów zatem stosuje kod symboli barwnych, w których odwiecznym, bo ustalonym jeszcze przez Innocentego III obyczajem błękit oznacza spokój, zieleń - nadzieję, czerń - smutek, lecz czerwień - agresję i dramat, a nie życie i dostojeństwo. W owej deprecjacji czerwieni tkwi, być może, spuścizna minionych lat. w których wszechwładna czerwień źle się nam wszystkim kojarzyła.
W tamtych też jeszcze latach Batruch stosował również symbolikę przedmiotową, bądź raczej przedmiotowo-barwną, a mianowicie bariery pomalowane w narodowe, biało-czerwone pasy. Wyraźny znak osaczających nas wówczas ograniczeń fizycznej i mentalnej natury.
Potem bariery zniknęły z obrazów Batrucha. Lecz nie zniknęli z nich ludzie. Nie są już jednak niczym ograniczani, zmuszani przez biało-czerwone szlabany do szamotania się na wyznaczonym im terenie.
Przeciwnie. Pole ich działalności rozciąga się aż po daleki horyzont niekiedy: czasem stoją na szczycie czegoś, jakiejś góry w jej metaforycznym znaczeniu, czasem idą przez puste miasto lub trwają, właśnie - trwają - w bezruchu w jakimś bliżej nieokreślonym miejscu.
Lecz nigdy nie ma w ich sylwetkach euforii lub choćby tylko radości. Wręcz przeciwnie nawet: są jakby wyzuci z sił. I zrezygnowani. A może tylko zmęczeni tym specyficznym znużeniem, jakie daje zrozumienie otaczającego ich świata i miejsca, jakie w nim zajmują, czyli tym, co nazywamy doświadczeniem, a niekiedy mądrością nawet?
Czasami ludzie znikają z pejzażu. Lecz w sensie fizycznym tylko, gdyż on zachowuje ich pamięć w swym spokojnym i pięknym, lecz zwykle smutnym, a zawsze zadumanym wyrazie.
Bo przedziwny jest koloryt Batrucha: jednocześnie dźwięczny i nieco zgaszony. I przez to poważny. Oraz zjawiskowy i tajemniczy tą specyficzną tajemniczością skłaniającą do zastanowienia się, do refleksji.
Nad czym? Chyba nad własnym życiem i jego kolejami, którym sztuka Batrucha nadaje wymiar monumentalny.
Jerzy Madeyski
Kto pragnie zrozumieć artystę, powinien poznać jego kraj. Johan Wolfgang Goethe napisał wprawdzie nie „artystę", tylko „poetę" - ale dokonane tu uogólnienie z pewnością nie kłóci się z myślą zawartą w jego sławnym dwuwierszu. Zagórz rodzinne miasteczko profesora Stanisława Batrucha leży w pobliżu Bieszczad, pasma szerokich, kopulastych, niezbyt wysokich grzbietów górskich, urokliwych pięknem przyjaznym człowiekowi. Tych gór nie zdobywa się, nie walczy z nimi, lecz kontempluje niepowtarzalne widoki, wzbogacone harmonijnie wpisanymi w pejzaż dziełami rąk ludzkich.
Potem był Sanok, jako gród warowny wzmiankowany już w połowie XII wieku, lokowany na prawie magdeburskim przez Kazimierza III Wielkiego, prastara siedziba kasztelani, stolica bogatej świetnymi tradycjami Ziemi Sanockiej. Na sanockim zamku mieszkała owdowiała królowa Bona, stąd wywodził swój ród mistrz Grzegorz, polsko-łaciński poeta, historyk, mecenas literatury, propagator renesansowych ideałów, humanista i myśliciel w najdoskonalszym tych słów znaczeniu, późniejszy arcybiskup lwowski. Oprócz czternastowiecznego, przebudowanego w wieku XVI zamku są w Sanoku stare kościoły, cerkiew Świętej Trójcy, Muzeum Historyczne z największą w Polsce kolekcją ikon i najbogatszy park etnograficzny budownictwa rustykalnego. O atmosferze Krakowa rozpisywać się nie ma sensu; jeśli ktoś sam jej nie odczuł, najbardziej kompetentny wykład mu w tym nie pomoże, a jeśli odczuł, wszelkie dywagacje są zbędne.
Czy w takim otoczeniu można nie wyrosnąć na artystę lub przynajmniej miłośnika sztuki? Oczywiście, że można. Są osobnicy genetycznie uodpornieni na intelektualne wzruszenia. Człowiekowi wrażliwemu „kraj lat dziecinnych" pomaga natomiast kształtować późniejszą twórczość, stanowi dlań źródło inspiracji, często kreuje go na popularyzatora i kronikarza piękna małej ojczyzny. A przy tym - wartości uniwersalnych, które we wszystkich czasach i pod wszystkimi gwiazdozbiorami rodziły się z serdecznego poznania i zrozumienia rzeczy najbliższych i dotykalnych.
Stanisław Batruch już we wczesnej młodości marzył o karierze artystycznej. Rodzina widziała w nim przyszłego nauczyciela. W lokalnych tradycjach zawód pedagoga uchodził za prestiżowy: w II Rzeczypospolitej do kręgów inteligenci awansowało się także poprzez ukończenie prawa, seminarium duchownego, medycyny, farmacji. Nieco innego rodzaju prestiż przynosił mundur oficerski. W trakcie edukacji w rzeszowskim SN zrodziło się naturalne pytanie, czego właściwie chciałby uczyć. Wybrał kształcenie młodzieży w poznawaniu cudów świata widzianych oczyma artystów i w kreowaniu własnych wizji.
Studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych rozpoczął jako człowiek może jeszcze nie w pełni dojrzały, ale też nie jako ledwie wypierzony młokos - a mianowicie w wieku lat dwudziestu pięciu. Szczęśliwie trafił do pracowni wielkiej damy polskiego malarstwa, profesor Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Pani profesor miała za sobą studia w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie i u Józefa Pankiewicza w krakowskiej ASP, zaś w roku 1924 wyjechała do jej paryskiej filii (tak zwanego Komitetu Paryskiego), skąd wywodziła się jej przynależność do grupy kapistów. W zakresie stosowanych środków była mniej rygorystyczną niż inni przedstawiciele tej polskiej szkoły koloryzmu, jej twórczość w fazie dojrzałej cechowała swoista łagodność, a zarazem bogactwo barwnych zestawień.
Wymieniliśmy zatem dwa filary kształtowania twórczej osobowości Stanisława Batrucha: urok rodzinnych stron i królewskiego Krakowa oraz wpływ zmodyfikowanych rodzimymi klimatami wiatrów znad Sekwany, korzystnej przeciwwagi dominującej u nas przez wiele lat szkół wiedeńsko-monachijskiej i petersburskiej. Należy wspomnieć na koniec o równie ważnym trzecim filarze - amatorskiej, półprofesjonalnej i w pełni profesjonalnej twórczości studenckiego i powiązanego ze studenckim środowiska artystycznego Krakowa.
W latach sześćdziesiątych ówcześni studenci nie karmili się już mocno wyblakłymi wspomnieniami o socrealistycznej monokulturze i popaździernikowym, często dość jałowym i naiwnym buncie przeciw jej rygorom. Przyszedł czas na autentyczne kreowanie nowej sztuki, na głębsze niż żałosne „picassy" zainteresowanie światową awangardą artystyczną. O „Piwnicy pod Baranami", teatrze „Cricot", klubie „Pod Jaszczurami" oraz wielu (jak się po latach okazało) efemerycznych teatrzykach i kabaretach studenckich głośniej było wtedy w kraju niż o wielu zawodowych instytucjach kulturalnych, także zresztą wchodzących okres burzliwego rozwoju, zwykle nie całkiem zgodnego z oficjalną linią wytyczoną przez socjalistyczne władze. Student ASP Stanisław Batruch czuł się przecie wszystkim związany z teatrzykiem „Sowizdrzał" i klubem „Żaczek", ze szczerym wzruszeniem wspominany przez wielu aktualnych koryfeuszy sztuki. Dziś owi koryfeusze toczą między sobą spory o szczegóły takiego czy innego wydarzenia, co automatycznie pozwala uznać je za doniosłe: nicość lub miałka powszedniość nie obrasta legendą.
Nigdy nie przywiązywałem głębszego znaczenia do zaklasyfikowania malarza jako realisty, surrealisty, postimpresjonisty - i tak dalej. Po pierwsze, malarstwo podobnie jak wszelkie inne przejawy artystycznego dialogu ze światem dzieli się na złe, przeciętne, dobre i genialne; znajomość nazw kierunków wprowadza pewien ład, pomaga sprecyzować przedmiot rozmowy, ale jej rola niknie wobec radości obcowania z wybitnym dziełem. Po drugie, dla każdego wielkiego artysty klasyfikacyjna szufladka okazuje się zbyt ciasna - po cóż więc starać się go w niej na siłę upchać?. Nie będę zatem zastanawiał się czy dostrzegalna w obrazach Stanisława Batrucha geometryzacja form zbliża go do kubizmu, czy może czyni go realistą fakt, iż ramy rozpoznawalności przedstawianego obiektu przekracza niezbyt często i zwykle nie na całym płótnie, lecz tylko w jego fragmentach, wpisując tu i ówdzie przekreślenia, „iksy", wyraźnie wyodrębnione kolorystycznie plamy. Nie spróbuję również oceniać czy doskonalej wypowiada się w „bezludnych" pejzażach i martwych naturach, czy przy prezentowaniu ludzkich postaci - dominujących na płótnie lub zagubionych wśród innych elementów kompozycji. Podzielę się jedynie z Państwem kilkoma własnymi, czysto prywatnymi refleksjami na temat tego znakomitego malarstwa - bez akcentowania, że właśnie ja mam tutaj absolutną rację lub choćby trafiłem w samo sedno sprawy. Przy komentowaniu zjawisk artystycznych mieć kilkanaście procent słuszności oceny to sukces, „bezwzględna większość" jest co najmniej podejrzana.
Moje spostrzeżenia dotyczą w głównej mierze belferskiego pytania, stanowiącego zmorę kolejnych pokoleń uczniów: „co autor chciał nam powiedzieć?". Człowiek dąży do uporządkowania świata - i czyni to bardzo różnymi drogami, spośród których najmniej kontrowersyjną etycznie jest unifikacja urządzeń technicznych. Innego rodzaju porządek wprowadzają religie, innego rodzaju nauki przyrodnicze, wreszcie najbliższe ideału, choć wysoce abstrakcyjne uporządkowanie zapewnia matematyka. Podejrzewam, iż popularność kryminalnych powieści bazuje między innymi na tym, że na ostatniej stronie wszystko się wyjaśnia, z chaosu różnorakich wątków nagle wyłania się ten jedynie prawdziwy. Wiemy wszystko, doznajemy błogiego uczucia spełnienia.
Urok malarstwa Stanisława Batrucha leży na przeciwnym biegunie - interpretacyjnej dowolności, niedopowiedzenia. Dowolność ta mieści się w nieprzekraczalnych ramach: z całą pewnością można stwierdzić, że autor nie afirmuje przemocy, tępego rygoryzmu, bezwzględnego dążenia do triumfu własnego ego bez oglądania się na ponoszony przez innych koszt zwycięstwa. Jest autentycznym humanistą - co wypływa jednocześnie z rozumu i serca. Z jego obrazów nie emanuje kult zła, przepływającego kolejnymi falami przez naszą rzeczywistość - ani strach przed złem. Są to jednak ramy na tyle szerokie, że zmieścić się w nich może nieprzeliczalna ilość wszelakich refleksji na zadany przez autora temat, zależnych nie tylko od osoby odbiorcy, lecz także od jego chwilowego nastroju, od dnia, pory roku, od pogody. Zaleta czy wada? Jednoznaczna odpowiedź nie istnieje, są ludzie, którzy w braku otrzymania konkretnego rozkazu czują się bezradni i zagubieni, są też indywidualiści wrogo nastawieni do ograniczania ich wolnej woli.
Równie ogólnikowym wydaje się być stwierdzenie, iż Stanisław Batruch konstruuje swoje obrazy z koloru i światła, choć nie przejął impresjonistycznej bądź postimpresjonistycznej metody zagospodarowania płaszczyzny, typowej dla Rembrandta maniery wyłaniania się postaci z głębokiego cienia et cetera. Trzeba jednak ów ogólnik sformułować - celem podkreślenia, że akurat na tym polu odnalazł najwyraźniej własną „kreskę Apellesa", czyniącą jego dzieła łatwymi do rozpoznania wśród prac wielu innych artystów, także budujących kompozycje z tych dwóch fundamentalnych przecież dla malarstwa elementów.
Ze spostrzeżenia tego wynika kolejna uwaga: tworzyć obrazy rozpoznawane na pierwszy rzut oka to marzenie każdego malarza - i niestety pokusa do pójścia na łatwiznę. Jeśli (oczywiście upraszczam) na wszystkich obrazach będzie zielona elipsa z dwiema czerwonymi gwiazdkami, to bezsprzecznie w pewien sposób te obrazy wyróżni, ale na podobnej zasadzie, co piktograficzny podpis. Między tego rodzaju prostackimi sztuczkami a odnalezieniem albo raczej skonstruowaniem niepowtarzalnego stylu rozciąga się długa, wyboista droga czasem udanych, a czasem chybionych prób i poszukiwań. Stanisław Batruch świadomie uczynił ją jeszcze trudniejszą, gdy od intrygującego, zagadkowego przedstawiania ludzkich sylwetek przeszedł do pejzaży, w których człowiek jest zwykle obecny jedynie jako postać domyślna, ponieważ oglądamy różnorakie efekty jego działań - od najzwyklejszych kopek siana po klejnociki architektury. Artysta pozostał przy tym sobą, choć z naturalnym zastrzeżeniem, że nasz dobry znajomy od lat kilkudziesięciu jest wciąż tą samą, aczkolwiek nie dokładnie taką samą osobą. No, ale to sekret mistrzów jak malować podobnie i zarazem zupełnie inaczej.
Obrazy Stanisława Batrucha w harmonijny sposób łączą również dwa inne przeciwieństwa: podążanie za impulsem natchnienia i rozsądnym, konsekwentnym planowaniem całości płótna. Już Federico Zuccaro postulował, aby w każdym obrazie dało się wyczuć „podskórną" obecność grafiki. To, co oglądamy dziś w Galerii KBS wydaje się początkowo bardzo odległe od „inżynierskiego" wyważania konstrukcji, dopiero po chwili spostrzegamy, że wszelkie improwizacje zostały dokładnie przemyślane nie tracąc walorów improwizacji. Cóż, balet na lodzie zdaje się zaprzeczać prawom fizyki, chociaż stanowi mistrzowskie tych praw wykorzystanie...
Stanisław Batruch przez całe dojrzałe życie był nauczycielem - najpierw licealnym, potem akademickim. Uczył i nadal uczy, jak malować, jak kształtem i kolorem można wypowiedzieć swoje myśli. Właśnie: swoje. Z jego obrazów wynika bowiem, że nie chciał i nie chce nadal nikomu narzucać, jakimi kategoriami myśleć należy. Jego malarstwo nie służy moralizatorstwu ani subtelniejszym formom dydaktyki, pobudza do refleksji bez nadawania jej sztywno sprecyzowanego kierunku. Postrzeganie świata to jedynie skromny wstęp do kreacji dzieła sztuki. Wystarczy rozejrzeć się po naszej galerii, aby samodzielnie wyciągnąć wniosek, jakiej rangi kreatorem jest profesor Stanisław Batruch - i moje dalsze podpowiedzi w tym zakresie mogą jedynie sprawę niepotrzebnie zagmatwać.
Jerzy Skrobot
Pełna i ostateczna dojrzałość artysty to nie tylko świadomość twórcza budowana dziesiątkami lat pracy i przemyśleń, ale przede wszystkim uzyskana pewność i swoboda malarskich sformułowań, owo specyficzne i niepowtarzalne „pismo", dukt pędzla świadczący o indywidualnym mistrzostwie w używaniu obranego języka sztuki. Malarstwo Stanisława Batrucha, krakowskiego artysty o ustalonej renomie, olbrzymim doświadczeniu i dorobku twórczym, należy do zjawisk rozwijających się stopniowo i ewolucyjnie, tak jakby każdy okres pracy i zaangażowanej praktyki był należycie i dogłębnie przez malarza spożytkowany. Przyglądam się temu malarstwu już ponad 25 lat i odnoszę wrażenie, że pewien upór i nieustępliwość, a co za tym idzie - konsekwencja, pozwalają na coraz głębsze jego interpretowanie i delektowanie się choćby tylko wysmakowanymi niuansami strukturalnych rozwiązań. Stanisław Batruch w swoim malarstwie potrafi być delikatny i liryczny, ale także potrafi wydobyć z natury, ze skomplikowanego układu form figuralnych czy pejzażowych, jakąś swoiście zaszyfrowaną syntezę, która tworzy jednocześnie kompozycyjną topografię motywu w obrazie i jakiś archetypiczny, prosty znak podbudowany kolorystycznym nastrojem plamy barwnej, kładzionej z rozmachem, dynamicznie i żywo.
Połączenie widzenia i myślenia syntetycznego, niemalże konstruktywistycznego, z kolorystycznym wysmakowaniem - to cechy nie zawsze łatwo dające się pogodzić w jednym obrazie. Batruch to potrafi i wygląda na to, że całe życie poświęcił na to, aby znaleźć tę równowagę, tę ustawicznie odkrywaną i sobie właściwą proporcję pomiędzy tymi kontrastowymi elementami, potrzebującymi w każdym dziele sztuki jakieś spójności i logiki, jakiegoś nośnego fundamentu i tchnienia. Z biegiem lat, malarz w swoim subiektywnym obserwowaniu, przeżywaniu i kreowaniu, stara się kumulować coraz więcej energii i kręgów tajemnicy uzyskując to zdawałoby się w lekki i swobodny sposób, jakby nic nigdy nie stało mu na przeszkodzie, jakby nie było tych długich połaci czasu, kiedy nie wszystko szło dobrze i opór twórczej materii oraz kres swoich możliwości prowokował do pokonywania siebie i odnajdywania wolności jak i dalszej perspektywy, krok po kroczku, kropla po kropli, sekunda po sekundzie. Kiedyś już pisałem, że w obrazach Stanisława Batrucha zawarta jest mocna wiara w malarstwo, pasja wysiłku codziennego oraz możliwość dotarcia, dotknięcia nienazwanej, niewyrażalnej tajemnicy dotyczącej człowieka i jego otoczenia. Batruch wierzy w instynkt, ale i w racjonalną miarę porządku twórczego...
Pisząc o malarstwie Stanisława Batrucha na przełomie 2005 i 2006 roku czuję potrzebę, a nawet konieczność nawiązania do retrospektywnej wystawy obrazów artysty otwartej w czerwcu 2000-ego roku w Pałacu Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Na tej wystawie Batruch udowodnił, że jest znakomitym pejzażystą mając wcześniej opinię malarza raczej figuratywnego. operującego aluzyjnymi scenami i sytuacjami z ludźmi oraz znakami sprowadzonymi w niektórych partiach obrazów do czystej abstrakcji (słynne przekreślenia, iksy czy plamy o bogatej fakturze i zaakcentowanej odrębności). Retrospektywna wystawa obrazów olejnych, akrylowych, gwaszy i pasteli Stanisława Batrucha zadziwiała jednorodnością stylistyczną (pomimo eksponowania na wystawie prac z lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia) oraz wiernością obranej przez artystę drodze. Malowanie wielu motywów pejzażu i urokliwych zakątków w Polsce, Niemczech, na Węgrzech i we Francji stało się dla Batrucha wyznaniem malarskiej wiary i bodźcem do snucia coraz bardziej swobodnych, emocjonalnych interpretacji widoków m.in. z Bieszczad.
z Zagórza, Powroźnika, Tylicza, Harendy, Auerbacher, Odenwaldu, Puszty, Ardeche, St. Laurent, Mirabel. Wystawa Batrucha w Patacu Sztuki TPSP to niewątpliwie uczta malarska, ale niestety nie doceniona przez krytykę tak, jak na to zastugiwata. Kontynuacja europejskich tradycji w malarstwie nie jest aktualnie w Polsce na tzw. „topie", a i dość zawity życiorys artysty nie utatwiat odbioru jego sztuki, chociaż Batruch doceniany bywał i nagradzany zagranicą (prestiżowa nagroda Heitland Fundation w 1990 roku).
Najnowsze obrazy Stanisława Batrucha są konsekwentną kontynuacją motywów, wątków i artystycznej problematyki, którą artysta drąży od dziesięcioleci. Atmosfera pracowni przy ul. Szpitalnej w Krakowie niewiele różni się od tej przy ul. Szewskiej. Batruch zapraszał nas czasami ze Zbysławem Maciejewskim do tej pracowni położonej bliżej Rynku Krakowskiego i pokazywał swoje obrazy prowokując do dyskusji. Potrzebował, jak każdy artysta, konfrontacji i towarzystwa ludzi siedzących po uszy w sztuce. Mówił o tej rozwojowej linii, którą także lansował w akademickiej dydaktyce: „od obserwacji do kreacji". Mówił o solidnej konstrukcji obrazu, przemyślanej kompozycji, wzbogacanej fakturze oraz nastrojowości koloru. Mówił o napięciu, ciężarach, emocjach i nie tłamszonej naturalności gestu pędzla. Przyglądając się obrazom Stanisława Batrucha, prezentowanym na sztaludze w pracowni artysty, dotarło do mnie jeszcze silniej to wrażenie, że doświadczony i wytrawny malarz stale coś przemyca, coś chce powiedzieć więcej w tych zdawałoby się zwyczajnych scenach z ludzkimi postaciami. Czy chodzi tu tylko o ludzi idących w deszczu, krzątających się wokół straganów na targowisku, spotykających się na ulicy, spacerujących na wiosnę wśród świeżych powiewów wiatru, podążających ku światłu, odpoczywających na plaży czy także o ich wzajemne relacje, dążenia, dramaty, impet działania lub demonstrowaną bezsilność w zastygającym bezruchu...? W tym kalejdoskopie obrazów, przekładanych podczas pracownianego pokazu, zwracam uwagę na scenę, która przedstawia ludzi niosących jakieś pudła, płótna, ramy czy prostopadłościany. Niestety nie mogę od razu odczytać przesłania tego obrazu. Czy jest to symboliczna alegoria pojedynczych losów, syzyfowych starań i wysiłków każdego z nas, czy pokazanie przez malarza absurdalnej gonitwy ludzi na ulicy, którzy nie wiadomo po co i w jakim celu gdzieś uparcie podążają...?
Pamiętam, z poprzednich lat, niektóre grupowe sceny wykreowane na obrazach Stanisława Batrucha, opatrzone tytułami: „Wielka gala", „Karnawał", „Szklanka piwa", „Frakcje", „Przed i za barierą", ale pojawiały się także motywy bardziej kameralne, z jedną lub dwiema postaciami, np.: „Walka o fotel", „Para", „Uzależniony", „Zaduma", „Utrudzony", „Zalotnica", „Kokietka", „Dama", „Wróżka". W pracowni, zwracam uwagę na trzy małe obrazki, portrety, namalowane z kolorystyczną nadwrażliwością i swobodą Artura Nachta - Samborskiego. Na ścianie wisi piękny, rozległ pejzaż z Mirabel. Na sztaludze, w najdalej położonym pomieszczeniu pracowni, stoi motyw kapliczki z czerwonym, ukrzyżowanym Chrystusem. Staram się smakować kremowo-różową tonację węgierskiego targu w Ciongrad. W polu, w słońcu i deszczu, na ulicy i plaży, na targu i na tle fragmentów architektury rozgrywa się zagadkowa intryga pomiędzy ludźmi podbudowana kolorystyczną sublimacją oraz wypracowaną pewnością i lekkością gestu doświadczonego malarza. W opustoszałym od ludzi pejzażu są jeszcze porozrzucane kamienie, ostańce, skały, roziskrzona kopa siana, są krzewy, winnice, drzewa, brzeg rzeki Osławy, jakby jakieś zatarte zabudowania, młyny, zamki, oberża w Alpach, jest niebo ulotne z białymi, kłębiącymi się chmurami...
Stanisław Tabisz
,Kobalt, ceruleum - błękit nieba, piowozielone grzbiety wzgórz, opozycja ugru i szmaragdu. Krajobraz Toskanii. Ta ziemia od dawna fascynuje malarzy z północy. Kolejnym tego dowodem są obrazy z włoskiego cyklu Iwony Fischer-Zuziak. Starannie wybrane, chciałoby się rzec wyreżyserowane kadry przywołują odległe echo widoków towarzyszących renesansowym Venus. Spoglądamy na nieruchomy pejzaż z oddalonego punktu: z okna, wyniosłości lub samolotu jak na obiekt, doznając przy tym osobliwego wrażenia podobnego temu, jakie znamy z marzenia sennego, kiedy to nagle znajdujemy się w nieznanej okolicy. Jest to wrażenie nierzeczywistości. Artystka przyznaje, że owa nierzeczywistość jest zamierzona, że stara się tropić ją i odkrywać swym malarstwem, bowiem odnosi ona świat widzialny do innego porządku, który możemy jedynie przeczuwać. Znakami kierującymi ku niemu może być najbardziej autentyczny trójkąt wyciętego lasu, jak równie geometria wytyczonej przez wzgórza drogi, samotne drzewo. W malarstwie Iwony Fischer-Zuziak, podobnie jak w sekretnym dzienniku, zawiera się pamięć miejsc i zdarzeń zamknięta w formie obrazu.
Jednak pod tą z pozoru spokojną, liryczną narracją odnajdujemy malarski nerw i, co nie najmniejsze, osobiste wyznanie.
Jerzy Kałucki
The cobalt, the cerulean sky, the yellowish green hill ridges, the opposition of ochre and emerald. The landscape of Tuscany. This land has always fascinated painters from the North. Another proof of this fascination can be found in the paintings of the Italian series by Iwona Fischer Zuziak. Carefully selected, as if preset framed images form a distant reminiscence of the scenery accompanying the Renaissance images of Venus. We take a view of the still landscape from a distant point of view - from a window, a hill or a plane - we perceive it as an object, and simultaneously we have this strange impression resembling the one from our dreams, when we suddenly find ourselves in an unknown area. It is an impression of unreality. This unreality is intended, and the artist aims at chasing it and discovering it through her paintings. She refers the visible world to a different order which we can only sense. Signs directing us to this different order may take the shape of an authentic. Triangle of a felled forest, or a similarly real geometry of a road crossing the hills, or a lonely tree. The paintings by Iwona Fischer Zuziak, just as a secret diary, enclose the memory of places and events in the form of an image. However, under this seemingly calm, lyrical narration, we may find the artist's fortitude, as well as a personal confession.
Jerzy Kałucki
Twórczość Teresy Wallis-Joniak, jej ewolucję tematyczną i warsztatową dane mi byto obserwować przez lat kilkanaście, tj. tyle, ile trwa moja, zrazu znajomość, a później przyjaźń z małżeństwem artystów Teresy i Juliusza Joniaków.
Nasze spotkania odbywały się prawie zawsze we troje, a ja zadawałem sobie wówczas wiele pytań: jak pracują i jak rozstrzygają swoje malarskie problemy, jaki wpływ na to co robią mają z jednej strony różne temperamenty, a z drugiej wspólne podróże artystyczne tej nierozłącznej pary twórców?
Czy to dobrze czy źle, gdy oboje zmagają się tuż obok siebie z problemami artystycznymi i pedagogicznymi? Czy są i jak wiele punktów stycznych; czy to łączy czy dzieli ich twórczość? Dzisiaj mogę stwierdzić, iż ta ich twórczość dopełnia się wzajemnie, w języku matematyki, a dokładnie teorii zbiorów nosi to nazwę dopełnienia zbiorów, w tym wypadku chodzi o dopełnienie np. pejzażu innym punktem widzenia, inną grą barwną i innymi akcentami figuratywnymi.
Jak mało kto mam szczęście i możliwość długiego obcowania z pracami Teresy Wallis i moja fascynacja nimi wciąż wzrasta.
Nie sposób jednak nie wspomnieć o okolicznościach i warunkach tak istotnych dla bardzo wrażliwych artystów,
a kobiet-artystek w szczególności.
Teresa Wallis-Joniak jest przedstawicielką pokolenia, któremu przyszło żyć w niełatwych czasach. II wojna światowa była dla tej patriotycznej, inteligenckiej rodziny, żyjącej na terenach przyłączonych do Rzeszy dramatem nie tylko w wymiarach materialnych ale i psychicznych. Na ich oczach niszczono muzeum w Chorzowie, powstałe w 1925 roku dzięki przekazaniu na cele społeczne prywatnych i zbiorów etnograficzno-historycznych przez Łukasza i Stanisława Wallisów - dziadka i ojca Teresy. Ojciec Teresy, Stanisław, etnograf, był dyrektorem tego muzeum w latach 1937-1939, a później w latach 1945-1957 dyrektorował i odtwarzał ze znakomitym skutkiem Muzeum Ziemi Bytomskiej. Ponieważ przedwojenna inteligencja w okresie istnienia PRL była „obca klasowo", a więc traktowana z dużą dozą nieufności, więc ich życie było usłane niechcianymi przygodami: a to wyrzucano ich z dawniej zajmowanych mieszkań, stłaczając ludzi i gromadzone przez nich pamiątkowe rzeczy czy zbiory biblioteczne w klitkach, uniemożliwiając często w ten sposób korzystanie z nich, a to przekwaterowywano ich czy dokwaterowywano innych. Tej klasie społecznej nie przysługiwały stypendia podczas studiów, trudny to więc był okres w życiu Teresy, a czary goryczy dopełniła przedwczesna śmierć ojca w roku 1957. Wszystko to spowodowało, że bardzo niechętnie wraca do tamtych lat, mimo iż okres studiów bywa najmilej wspominany.
Pewną satysfakcją dla niej było wydanie, co prawda dopiero w 1995 roku, powstałego w latach 1919-1953, „Zielnika roślin leczniczych i magicznych", autorstwa jej ojca, badacza kultury ludowej Górnego Śląska. Jak pisze we wstępie do Zielnika pani Daniela Sawicka-Oleksy, dyrektor Muzeum w Chorzowie, „...w zdewastowanym ekologicznie środowisku człowiek oczekuje pomocy od medycyny profesjonalnej, ale przecież kiedyś Chorzów był zdrojem a tutejsze zioła leczyły i odpędzały «złe moce»...".
Po raz pierwszy, dość przypadkowo, trafiłem na wystawę jej obrazów (ok. 20 prac) w 1981 roku w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie - zapamiętałem wówczas nastrój tych prac i nazwisko autorki.
Druga, większa indywidualna wystawa obrazów Teresy, powstałych w latach 1992-1996, odbyła się w galerii „Pod Złotym Lewkiem". Wówczas to postanowiłem, aby w niezbyt odległej przyszłości zorganizować Jej wystawę w Pałacu Sztuki. Ostatecznie, decyzję o wystawie podjęliśmy wspólnie w maju 1998 roku przed Ich wyjazdem na wakacje artystyczne do Francji i Hiszpanii.
Napisałem tych kilka zdań w nadziei przybliżenia postaci artystki, kobiety spokojnej i eleganckiej, myślącej nowocześnie, ale osadzonej w polskiej i rodzinnej tradycji, cieszącej się każdym najmniejszym sukcesem i umiejącej godnie pokonywać przeciwności losu, przyjaznej dla ludzi i świata, będącej dobrym duchem swojej Rodziny.
Teresko, życzymy Ci dalszych sukcesów artystycznych oraz zdrowia i dalszej pomyślności dla Całej Twojej Rodziny.
Zbigniew Kazimierz Witek
I have been happy to observe Teresa Wallis-Joniak's artistic output, her gradual development through different subject-matters and artistic skills for several years or so, since the time I became an acquaintance and then a friend of the Joniaks. Our meetings which in the beginning were held in Żelechowskiego Street and later at Zabierzów were almost always attended by only the three of us. I always wondered how the couple worked and solved the problems they came across in their painting, how their different artistic temperaments, on the one hand, and shared artistic travels, on the other hand, influenced this inseparable couple of artists? Whether it was good or bad that they both struggled side by side with their artistic and pedagogical problems? I wondered whether there were points of tangency between their artistic work and what these were. Did this phenomenon link or divide their works? Today I can say that their paintings are complementary to one another in the sense that, for example, a landscape is complemented with a different point of view, a different play of colours and different figurative accents. I am one of few people who is lucky to have an opportunity to see frequently Teresa Wallis-Joniak's works.
My fascination with them is growing.
When speaking about a sensitive woman-artist one should not forget about the circumstances and conditions which have had an influence on her.
Teresa Wallis-Joniak is a representative of a generation that grew up in very hard times. World War II was for her patriotic family, existing on the territories which had been annexed by Nazi Germany, a drama both in the material and psychological sense. They were witnesses to the destruction of the museum in Chorzów which was founded in 1925 thanks to Łukasz and Stanisław Wallis (Teresa's grandfather and father) who donated to it their private collection of ethnographic and historical exhibits. Teresa's father Stanisław, an ethnographer, was a director of the museum in the years 1937-1939. After the war he regenerated the Museum of the Bytom Region and was its director in the years 1945-1957. The existence of this family was very difficult during the years of the communist government in Poland. The family was "alien" as regards their social background and as such was mistreated by the authorities. They were evicted from bigger apartments into smaller ones, parts of their living quarters were assigned to other people, and their access to their family library was made difficult. Teresa as a member of her social class was not entitled to a scholarship, so her student years were hard. On top of that, her father died prematurely in 1957. All of this is the reason why she does not remember the time of her studies with pleasure. It was a kind of a compensation when as late as in 1995 they published the "Herbarium of Medicinal and Magic Plants" written by her father, a researcher of the culture of the Upper Silesia who gathered the materials for it in the years 1919-1953. Mrs. Daniela Sawicka-Oleksy, Director of the Museum in Chorzów, wrote in her introduction to the "Herbarium..." that "in the damaged ecological system man expects medical help from traditional medicine whereas there was a time when Chorzów was a spa and its herbs could cure diseases and repel «evil powers»...".
I came across an exhibition of Teresa Wallis-Joniak's paintings (about 20 of her works) quite accidentally the first time. It was in 1981 when I visited the Municipal Centre of Culture in Kraków. I stored in my memory the mood of her paintings and her name.
Another artistic event which drew my interest was Teresa's individual exhibition held at the "Under the Little Golden Lion" gallery between the years 1992-1996. It was then that I decided to prepare her exhibition at the Palace of Art. We made the final decision together in May 1998, before the Joniak's departure for holidays in France and Spain.
I have written those few words hoping that they would let you know better the artist who is a quiet and elegant woman, modern and, at the same time, rooted in Polish and family tradition, a person whom even the tiniest success makes happy, who copes with reverses of fortune with dignity, who is kind to people and who is the good spirit of her family.
Dear Tereska, we wish you further success in your artistic career and health and everything the best to you and your whole family.
Zbigniew Kazimierz Witek
Gdy w czasach dorożek i telefonów na korbkę nieznany wcześniej w towarzystwie pan Igrekowski po raz pierwszy przekraczał progi arystokratycznego lub mieszczańskiego salonu miał tę miłą bądź niemiłą świadomość, że najdalej w kilka minut po oficjalnym przedstawieniu go przez gospodarza obecnym na spotkaniu osobom najszacowniejsza spośród starszych wiekiem dam zapyta go niewątpliwie: „A z których to Igrekowskich pan się wywodzi?". Ton głosu damy, z gracją balansujący po niewidzialnej linie pomiędzy aprobatą a dystansem nabierał ciepła albo polarnego chłodu zależnie od treści odpowiedzi.
Zwyczaj raczej niesympatyczny i na szczęście zanikający - a zresztą i tak nie znalazłby zastosowania na naszym wernisażu, bo chociaż Pan Profesor Juliusz Joniak nigdy wcześniej nie wystawiał swoich obrazów w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego, to przecież jego artystyczne dokonania uczyniły zeń niezwykle popularną postać wśród zawodowych i amatorskich koneserów współczesnej sztuki europejskiej. Podobno któryś kompozytor, bodajże Verdi, przedstawił się kiedyś jako najwybitniejszy na świecie, a ganiony za brak skromności stwierdził, iż musiał powiedzieć prawdę zeznając w sądzie i pod przysięgą. Nie napiszę zatem, iż Juliusz Joniak jest najwybitniejszym spośród żyjących kolorystów, aby uniknąć posądzenia o lizusostwo - ale pokornie proszę, pokażcie mi lepszego! Skądinąd, spośród rozmaitych wyobrażalnych powinowactw i koligacji ma dla nas znaczenie tylko twórczy rodowód Mistrza - nie z pustej ciekawości, lecz przez wzgląd na myśl wyrażoną w aforyzmie Goethego: „Kto chce zrozumieć poetę, powinien odwiedzić jego kraj" (w oryginale jest to dwuwiersz spięty marnym wobec geniuszu Goethego gramatycznym rymem verstehen/gehenn, co jednak nie umniejsza merytorycznej celności).
Zacznijmy od daty i miejsca urodzenia: 19 listopada 1925 roku, Lwów. Scalone z trzech rozbiorów państwo zdążyło już obronić suwerenność i nieco okrzepnąć. Starszy o pokolenie profesor Czesław Rzepiński, akademicki nauczyciel, a potem życzliwy opiekun młodego asystenta Juliusza Joniaka, jako nastolatek bronił Lwowa przed nawałą ze Wschodu - Juliusz po prostu przyszedł tam na świat. Czy zatem należy go nazwać kresowiakiem z pochodzenia? No, niekoniecznie. Wprawdzie dzisiaj myślimy zwykle o Lwowie jako o kresach Rzeczypospolitej, ale to ponury cień mentalności jałtańskiej. Miłośnicy rodzimych dziejów i starych map doskonale wiedzą, a ci, do których mędrca szkiełko i oko przemawia silniej niż czucie i wiara mogą sprawdzić za pomocą cyrkla i linijki, że w wielonarodowej monarchii Jagiellonów i w okresie międzywojennym Lwów był „miastem kresowym" w podobnym sensie jak Warszawa, czyli wyłącznie historycznym. W granicach Polski znalazł się nieco wcześniej niż nasza aktualna stolica, wcześniej także odgrywać zaczął ważką rolę w polskiej kulturze.
Od urodzin Juliusza Joniaka do wybuchu wojny minęło czternaście lat. Dość, aby wrosnąć w niepowtarzalny klimat ziemi bogatej pięknymi ludźmi, obyczajami i krajobrazami - chociaż we Lwowie zdążył ukończyć jedynie trzy lata Szkoły Przemysłu Artystycznego. Ów trudny do zdefiniowania, ale przecież realny nastrój określany w łacinie jako genius loci jest wciąż wyczuwalny w jego malarstwie, także w egzotycznych pejzażach - i chwilami ulegamy złudzeniu, że Lwów leży nad Sekwaną, nad Ebro...
Kompromis trójki pogromców III Rzeszy sprawił, że Juliusz Joniak nie musiał wahać się między wyborem krakowskiej i lwowskiej szkoły malarstwa. Lwów odcięła od macierzy najeżona zasiekami kolczastych drutów „granica przyjaźni". Rywalizacja tych znakomitych ośrodków artystycznych nigdy zresztą nie zdegenerowała się do poziomu niskiej wrogości: wielu malarzy tworzyło swe dzieła w obu miastach, oba ulegały także wpływom tradycji monachijskiej, wiedeńskiej i petersburskiej. Powie ktoś: „Zgoda, ale jak owe czcigodne tradycje mają się do obrazów Juliusza Joniaka; co łączy, dajmy na to, monumentalne płótna Siemiradzkiego z Lawendą w Senaque albo z Pejzażem z Bonnieux?". Na pierwszy rzut oka zgoła nic. Wystarczy jednak chwilka zastanowienia, aby dojść do wniosku, że istnieje tu pewne podobieństwo wręcz fundamentalne: dbałość o szczegół, o pieczołowite wykończenie, o szacunek dla odbiorcy, któremu nie wypada przedstawić swoich impresji in statu nascendi. Dbałość jakże różna od aktualnej mody na niefrasobliwe rozchełstanie i nonszalancję, których urok nader szybko nudzi, a potem zaczyna irytować. Sposób przekazania własnych emocji, mozolnego dopracowanie dzieła pod względem formalnym są nie miej ważne niż same emocje - o czym wiedział już Jan z Czarnolasu pisząc Treny. „Znam się na poezji tyle, co ptak na śpiewie" - powiedział Tuwim. To kokieteria; bliższy prawdy jest inny cytat tegoż autora: „patrz, jak się rodzą ze mnie te słowa w męczarni". Co nie neguje trafności aforyzmu Owidiusza: „Sztuką jest ukrycie wysiłków sztuki". W tańcach na lodzie mimo woli podziwiamy wyłącznie lekkość, płynność ruchów i grację, wysiłku włożonym w treningi możemy się jedynie domyślać. Ta sama uwaga dotyczy obrazów Juliusza Joniaka; piękno tworzone było w pocie czoła, choć zapewne nie bez własnej przyjemności i poczucia satysfakcji. Żonglerka jaskrawymi kolorami we właściwy jedynie temu artyście sposób prowadzi do harmonii - zda się niemożliwej do osiągnięcia.
Jako się rzekło, Juliusz Joniak studiował na krakowskiej ASP Malarstwo pod kierunkiem Jerzego Fedkowicza i Czesława Rzepińskiego, grafikę u Andrzeja Jurkiewicza, Ludwika Gardowskiego i Konrada Strzednickiego. Dyplom otrzymał w roku 1950. Tu rodzi się pytanie, czego właściwie mógł się tam nauczyć w czasach brutalnej ofensywy socrealizmu. Za odpowiedź niech posłuży pozornie błaha anegdota sprzed niemal wieku. Profesor Jacek Malczewski staje w drzwiach studenckiej pracowni, ale zamiast wejść do środka i przeprowadzić korektę, pyta zadziornie: „Macie mnie w d..., prawda?". Po kilkakrotnym powtórzeniu pytania któryś ze studentów decyduje się przytaknąć mistrzowi. „To dobrze, a teraz malujcie tak, aby Polska była wielka" - stwierdza Malczewski i zamyka drzwi. Mało ważny incydent? Pozornie, tylko pozornie... Otóż, po pierwsze, możemy się dowiedzieć, iż wykładowcy Akademii (dla porządku dodam, iż oficjalna nazwa uczelni ulegała kilku zmianom) nigdy nie narzucali studentom „jedynie słusznych" opinii. Dzielili się z nimi bogactwem własnych doświadczeń, ale nie traktowali kandydatów na malarzy, rzeźbiarzy i grafików jak angielskiego trawnika, codziennie walcowanego i przystrzyganego blisko ziemi. Nie zastanawiali się, jak najlepiej realizować wytyczne władz socjalistycznego państwa, tylko jak je najskuteczniej omijać. Po drugie, nawet w najcięższych czasach przetrwała tam ciągłość tradycji - i trwa do dzisiaj. Anegdotę o Jacku Malczewskim usłyszałem od profesora Bandury, który usłyszał ją od profesora Pronaszki. „Arki Przymierza między dawnymi a nowymi laty" żadnemu wandalowi zatopić się nie udało.
Po ukończeniu studiów Juliusz Joniak rozpoczął pracę na macierzystej uczelni, a jego akademickie sukcesy uwieńczył w roku 1996 tytuł profesora zwyczajnego. Pełnił funkcje dziekana Wydziału Malarstwa i prorektora ASP - nie zaniedbując wszelako własnego rozwoju artystycznego. Kapizmu Pankiewicz nie przywiózł do Polski w puszce ani nawet w teczce; zetknięcie z francuskim postimpresjonizmem zrodziło nurt interesujący i w pełni oryginalny. Poprzez wariacje na temat Renoire'a oraz obrazów Goyi, Dalecroix i Velazqueza, poprzez analizę płócien Cezenne'a i geometryzację kształtów dotarł do efektów, które możemy dziś podziwiać. W moim mniemaniu spośród współczesnych mistrzów jest Juliusz Joniak najbliższy Janowi Szancenbachowi, z którym zresztą serdecznie się przyjaźnił i wspólnie podróżował po Europie. Podobny nie znaczy oczywiście identyczny. Niech Mistrz daruje mi zoologiczną analogię: każdy zauważy podobieństwo mustanga do zebry, ale nikt ich ze sobą nie pomyli. Oglądając obrazy Joniaka i Szancenbacha w obu przypadkach nie mamy wątpliwości, że to nie jakieś tam circle albo after, lecz sam master.
Malarstwo tego rodzaju Francuzi nazywają peinture-peinture: nie przedstawia ono ważnych wydarzeń historycznych i monumentalnych budowli, nie zagrzewa do wiekopomnych czynów, nie ucieka w symbolizm ani nie rejestruje z fotograficzną dokładnością przedstawianych obiektów. Martwe natury i pejzaże, rzadziej portrety, służą artyście do utrwalenia nastroju chwili. Smakując je wspominam fragment dzieła Leonarda: dłoń Damy z łasiczką. To nie próba płaskiego komplementu pod adresem Gościa, który uczynił nam zaszczyt przyjmując zaproszenie na wernisaż w Galerii KBS. Dłoń podtrzymująca ruchliwe zwierzątko jest miękka, aksamitna - ale pozwala odgadnąć kryjący się wewnątrz niej szkielet, który determinuje kształt. Analogicznie, w obrazach Juliusza Joniaka wyczuwa się obecność grafiki; o jej dyscyplinującej roli Federigo Zuccaro pisał tak wnikliwie, że uwagi te przytacza niezliczona ilość esejów o sztuce. Daruję sobie zatem cytat, przypominam samą regułę.
Jeszcze przed kompletną korozją „żelaznej kurtyny", a potem po jej anihilacji Juliusz Joniak sporo podróżował po Europie - czego możemy się domyślić oglądając nieobecne w polskim krajobrazie oliwki i kwitnące agawy. Choć odwiedził również kraje chłodniejsze, najczęściej inspiruje go Hiszpania i południe Francji - w czym podziela poglądy innego znakomitego gościa naszej Galerii, światowej sławy tenora Wiesława Ochmana. Wzorem swego mistrza Czesława Rzepińskiego nie maluje jednak natury, lecz z natury. Swe wrażenia utrwala na gorąco w szkicowniku, także w akwarelach, natomiast gotowe obrazy olejne powstają w podkrakowskiej pracowni.
Na koniec - sugestie mało oryginalne, lecz istotne. Odnalezienie właściwych proporcji między osobistym a uniwersalnym, kompromisu między nienaruszalnymi zasadami a prawem do indywidualnych poszukiwań decyduje o wielkości sztuki. Jak nasz Gość poradził sobie z tymi problemami? Lepiej zobaczyć niż przeczytać...
Jerzy Skrobot
Teresa Wallis urodziła się i spędziła szczęśliwe dzieciństwo w inteligenckiej rodzinie w Chorzowie na Górnym Śląsku, w odrodzonej po 123 latach niewoli Polsce.
Wybuch II Wojny Światowej zniszczył ich świat, dorobek życia rodziny, a stosunki w zniewolonej po wojnie przez Sowietów Polsce (nie bez udziału naszych obywateli) doprowadziły do przedwczesnej śmierci ojca Stanisława, etnografa, twórcy muzeum w Chorzowie. Wszak miał rację Cyprian Kamil Norwid pisząc w XIX wieku, że „unicestwić żadnego Narodu nikt nie zdoła, bez współdziałania obywateli tegoż Narodu" ...
Tymczasowość egzystencji, a po tzw. wyzwoleniu w 1945 r. uciążliwości dnia codziennego w Polsce Ludowej, przez dziesiątki lat nazywane „trudnościami przejściowymi", ograniczoność środków materialnych, a nawet prześladowania inteligencji „obcej klasowo", np. odmawiano im stypendiów, nie zdołały zahamować realizacji marzeń młodej panienki.
Po przedstawieniu teczki z pracami i pomyślnym zdaniu egzaminu została studentką Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studiowała malarstwo wybierając pracownie legendarnych profesorów: Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Czesława Rzepińskiego, a grafikę u Andrzeja Jurkiewicza i Ludwika Gardowskiego. Dyplom uzyskała pod kierunkiem Hanny Rudzkiej-Cybisowej, a dyplom magistra sztuki w 1954 r.
Dwa lata wcześniej, po I etapie studiów wyszła za malarza, kolegę z ASP Juliusza Joniaka rodem ze Lwowa.
W sposób absolutnie nadzwyczajny Teresa Wallis-Joniak potrafiła pogodzić życie rodzinne z wychowaniem dwóch córek Anny i Marty włącznie, pracę pedagogiczną w czterech renomowanych krakowskich liceach (uczyła wychowania plastycznego), praktyki pedagogiczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, naukowe sekretarzowanie w Olimpiadach Artystycznych dla młodzieży licealnej z malowaniem, choć jak wspomina malowała z małymi przerwami, bo: choroby, dzieci, praca...
I jeszcze jedno pytanie, jakie artystka, która w swoim życiu musiała zmierzyć się z dwoma totalitaryzmami, niemieckim i sowieckim, z narodzinami i upadkiem komunizmu w 1989 r. poradziła sobie z tym emocjonalnie? Radość i nadzieja z wolnej Polski z końca XX wieku jest mącona nowymi sytuacjami: lawinowym rozwojem technologii informacyjnej z jednej, a narastaniem zamętu w różnych dziedzinach naszego życia z drugiej strony. Jak terroryzm fizyczny i psychologiczny wymierzony w wartości cywilizacji śródziemnomorskiej, naszej cywilizacji opartej na greckiej kulturze, rzymskim prawie, religii judeochrześcijańskiej wpływa na jej twórczość?
Jerzy Madeyski, znakomity, niezastąpiony krytyk sztuki, w filmie o twórczości Teresy Wallis-Joniak trafnie scharakteryzował jej drogę artystyczną twierdząc: „... Przeszła przez surową szkołę awangardy z jej surowymi podziałami, a później zajęła się postimpresjonizmem zwanym ówcześnie koloryzmem krakowskim, łącząc te dwie dziedziny, a mianowicie: piękno i estetykę z emocjonalnym stosunkiem do świata. Żywy i emocjonalny ponieważ ówczesny postimpresjonizm był na pewno prądem gorącym ze skłonnościami do porządkowania wszystkiego
co dojrzałe i to pozostało w jej obrazach.
Przecież w jej obrazach w przeciwieństwie do większości postimpresjonistów występuje architektura, a więc pejzaż nienaturalny, nawet nie udający naturalnego, ponieważ także w Europie nie ma go co najmniej od stu lat, lecz pejzaż stworzony ręką ludzką i ludzkim umysłem przede wszystkim.
Po drugie, to co również jest niezbyt częste w tym nurcie, pojawiają się ludzie, którzy są szalenie istotnym elementem, nie jako sztafaż ale jako plamy barwne niejako uzupełniające i nadające pejzażowi uzasadniający jego istnienie.
Maluje południe, najchętniej ale nie a vista a na podstawie szkiców, które robi podczas podróży. Zatem pejzaż, to co zobaczyła, natura jest dla niej wyłącznie tworzydłem, materiałem przekształconym później, w pracowni w obraz. Czyli wszystko na dobrą sprawę poza impulsem jest nią samą, jest stworzone przez nią właśnie. Logiką wzbogaconą o emocje, ewentualnie odwrotnie, emocją przetworzoną przez logikę w jedną znakomitą całość, której zaletą równie znaczną jak wszystkie formalne rozgrywki na płaszczyźnie. Jest również aprobujący życzliwy, bardzo gorący stosunek do świata"...
Teresę Wallis-Joniak interesował zawsze kolorowy pejzaż, który poznawała wędrując z mężem-artystą po Europie.
I tu dochodzimy do trwającej od zawsze i nadal pasji rodziny Joniaków, do podróży. Najchętniej po Europie, tam gdzie jest „dobre światło", czyli na południe, do Grecji, Włoch, Francji i Hiszpanii, choć i północną nie pogardzali wędrując do Szwecji i Norwegii.
Po roku 1989, gdy runęła „żelazna kurtyna" zaczęli teraz już komfortowo, bezpiecznie podróżować śladami Van Gogha, Salvadora Dali do południowej Francji i północnej Hiszpanii.
Wakacyjne wyprawy to „ładowanie akumulatorów" nowymi doznaniami, widokami i ich rejestracją wszelkimi możliwymi technikami: od manualnych rysunków i akwarel po najnowsze cyfrowe rejestracje kamerą czy aparatem fotograficznym - a często na wymarzone nowoodkryte piękne pejzaże prowadzi ich GPS.
Odpowiedź na zadane pytania nie jest łatwa, lecz wydaje się, że wszelkie te niełatwe przeżycia pokonuje artystka dzięki wartościom przekazanym jej przez rodziców, dzięki pracowitości, wierze oraz „sceptycznemu optymizmowi".
Te wartości są przekazywane nam, oglądającym jej piękne obrazy i oby ich namalowała jak najwięcej, tego jej życzę, licząc na zorganizowanie następnych wystaw w Pałacu Sztuki w XXI wieku.
Zbigniew Kazimierz Witek
Teresa Wallis was born in Chorzow in the Upper Silesia in Poland, which had just regained its independence. A child to parents belonging to the circle of the intelligentsia, she had a happy childhood.
When World War II destroyed a peaceful existence of her family and deprived it of its entire possessions, the conditions in the country under the Soviet occupation after the war (to which our citizens infamously contributed) caused a premature death of her father Stanisław, an ethnographer and a founder of a museum in Chorzów. Cyprian Kamil Norwid was right writing the following words in the 19th century "nobody will manage to annihilate a Nation without cooperation of members of that Nation"...
A temporary character of existence and the hardship of everyday life in the People's Republic, called "transient difficulties" for decades after the liberation of the country in 1945, limited funds, and the ongoing process of the persecution of the intelligentsia, which was looked upon as "a class of strangers", for example, through refusal of scholarships, did not manage to make the young girl give up her dreams.
After the presentation of her works and passing of an entrance examination, she became a student of the Department of Painting at the Academy of Fine Arts in Kraków. She studied painting, having such legendary professors as her teachers as Hanna Rudzka-Cybisowa and Czesław Rzepiński, and graphic art under Andrzej Jurkiewicz and Ludwik Gardowski. She prepared her diploma work under the guidance of Hanna Rudzka-Cybisowa and was conferred on the title of master of fine arts in 1954.
Two years earlier, after the first stage of her studies, she married her student friend, Juliusz Joniak of Lvov.
Teresa Wallis-Joniak was an absolute master when it came to the reconciliation of the bringing up of her two daughters, Anna and Marta, with her work as a teacher in four prestigious secondary schools in Kraków, pedagogic training courses in the College of Pedagogy in Kraków, the role of a secretary in Artistic Competitions for secondary-school pupils and painting (the latter one with some breaks caused by health problems, children and work).
One more question which needs to be asked is how the artist, who in her life had to face two totalitarian systems, the German and the Soviet one, and witnessed the birth and fall of communism in 1989, handled her emotions. The joy and hope connected with the freedom of Poland at the end of the 20th century must have been disturbed by new phenomena such as rapid development of advanced information technology on the one hand and the increase of confusion in other spheres of life on the other one. How does a physical and psychological terrorism aimed against the traditional values of the Mediterranean civilization based on Greek culture, Roman law, and Jewish-Christian religion influence her artistic work?
Jerzy Madeyski, an outstanding and irreplaceable art critic, in a film discussing Teresa Wallis-Joniak's works aptly described her artistic path stating that: ".. .She moved from the strict avant-garde school with its severe divisions to Postimpressionism called the Krakow colourism, combining the two trends, i.e. the beauty and aesthetics with an emotional approach to the world. It was a lively and emotional Postimpressionism showing a tendency to subdue everything which was mature - and that is visible in her paintings.
Her works, contrary to works of the majority of Postimpressionists, occasionally depict architecture, that is an unnatural landscape, not even pretending to be natural because there has been no natural landscape in Europe for at least one hundred years; it is a landscape created by man's hand and the human mind.
Secondly, which is not so frequent in that trend, human beings also appear in them, constituting their extremely important elements. They do not play the role of a staffage but act as supplementary colour spots, as if justifying the existence of the landscape.
She paints the south usually basing on sketches brought from her trips there. The landscape and nature she sees are only materials which she transforms into paintings in her studio later. So, everything except for an impulse, is her and her creation. Logic enriched with emotions, or vice versa, an emotion processed by logic into an excellent self-contained whole with still another virtue as valuable as all formal operations visible on canvases, that is, her approving, kind and full of passion attitude to the world"...
Teresa Wallis-Joniak was always interested in the colourful landscape which she saw during her trips with her artist husband around Europe. Travelling is still another passion of the Joniaks. They would travel around Europe to places which offer "good light", that is to the south, to Greece, Italy, France and Spain. On the other hand, they also travelled to the north, to Sweden and Norway.
After 1989, which witnessed the fall of the Iron Curtain, their journeys around southern France and northern Spain, where they followed the steps of Van Gogh and Salvador Dali, became more comfortable and safer.
Holiday escapades enabled them to "charge batteries" with new experiences and views, which they registered with any available techniques: from drawings and watercolours to pictures made with state-of-the art digital cameras. They were frequently guided to beautiful, newly discovered and dream landscapes with GPS.
An answer to the question asked above is not easy but it seems that the artist is able to overcome any difficulties thanks to values which her parents taught her and by her industry, faith and "sceptical optimism".
She conveys these values to viewers of her beautiful paintings. I wish her many more of them, hoping for more exhibitions of her works at Palace of Fine Arts in the 21st century.
Zbigniew Kazimierz Witek
„Pokazywane dzisiaj dzieła Krystyny Sieraczyńskiej są wynikiem pracy ostatnich lat. Odznaczają się nieodpartym urokiem, promieniuje z nich artystyczna dojrzałość. Widać to szczególnie, gdy porównamy dwie wersje obrazów przedstawiających śmieciarzy, które powstały w odstępie czternastu lat. Temat obu obrazów identyczny, jakże widoczne są jednak różnice w technice malarskiej i wyrazie!
Starszy obraz wydaje się prostszy, jakby plakatowy; redukuje temat do form nieco zbliżonych do kubistycznych. Młodszy obraz jest bardziej ekspresyjny, szczegółowy. Uderza zestawienie faktury i kolorów zamkniętych w tej samej konwencji - zdecydowanej i pełnej siły, której trudno się spodziewać po takiej drobnej, delikatnej jak artystka osobie. Wyraźniejsza staje się przez to dojrzała technika malarska. Obserwując obraz z daleka, można dostrzec coraz więcej detali - raz jest to zwierzę, drugim razem susząca się bielizna. Z bliska są one jedynie punktami. Są to jednak przedmioty przedstawione z wielkim pietyzmem.
Motywy swoich obrazów pani Krystyna znajdywała podczas licznych podróży m.in. do Izraela, Francji, Anglii, Norwegii. Na jej obrazach odnajdziemy przedstawiane w odcieniach ochry miasteczka z kręgu śródziemnomorskiego, zaułki uliczne, norweskie fiordy.
Mocne w kolorze i pełne harmonii są obrazy o tematyce morskiej; grę kolorów i światła widzimy na przedstawieniach górskich pejzaży. Kolor jako element centralny znajdujemy również w pastelach, przedstawiających w większości azalie i rododendrony, kwitnące w jednym z angielskich parków. Pewność w kładzeniu koloru i prowadzeniu pędzla świadczy o mistrzostwie techniki i dojrzałości artystycznej.
Pragnę wspomnieć jeszcze o obrazach norweskich, w których formy wydają się być trójwymiarowe. Fascynująca siłę wypowiedzi osiąga pani Krystyna poprzez swoją suwerenną technikę, swoje wyczucie koloru, a także poprzez umiejętność uchwycenia nastrojów. Jest to szczególnie widoczne na obrazach „Gracze" („Gra w szachy") i „Wypadek". W „Graczach" widzimy pełną koncentrację postaci, każda twarz jest napięta i skupiona. Seria z wypadkiem ukazuje scenę z psem, która znajduje odbicie w pełnych wyrazu twarzach osób. W wielu obrazach dochodzi do głosu miłość artystki do zwierząt i natury, także malowanym przez nią postaciom natura nie wydaje się być obojętna".
dr. Tomas Gretscher
„Krystyna Sieraczyńska studiowała w pracowni wybitnej polskiej malarki prof. Hanny Rudzkiej-Cybis w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom uzyskała w roku 1953.
Były to szczęśliwe lata dla młodych adeptów sztuki, bo pomimo tego, że przedwojenni profesorowie: Wojciech Weiss, Ignacy Pieńkowski oraz Władysław Jarocki i Fryderyk Pautsch znani ze swych huculskich tematów, nadal prowadzili swoje pracownie - pojawiła się plejada młodszych profesorów, którzy po studiach w Paryżu pod kierunkiem prof. Józefa Pankiewicza już przed wojną w latach 30-tych w Polsce robią furorę. Trzon tej kolorystycznej tendencji stanowili „Kapiści" z Janem Cybisem, Hanną Rudzką-Cybis, Józefem Czapskim, Zygmuntem Waliszewskim i Piotrem Potworowskim.
I właśnie szczęście dopisuje Krystynie Sieraczyńskiej, bo pracownia Hanny Rudzkiej-Cybis rozwija świadomość i rozumienie budowy obrazu, a kolor jest jego głównym składnikiem. Jej malarstwo od początku samodzielnej drogi nie było obciążone manierą profesora, a obrazy są nasycone kolorem i autentycznością motywów.
Po 1971 roku podróże artystyczne przynoszą bogaty plon. Podróże do Włoch, gdzie pod wrażeniem Sieny, tego legendarnego miasta malarzy, powstaje seria pejzaży. Jakimś cudem zachował się obraz z 1974 roku, będący świadectwem tamtego okresu twórczości. Była malarzem szczęśliwym, bo obrazy powstające z zachwytu i pasji znajdowały akceptację nabywców. Do kraju wracała z nielicznymi płótnami. (...)
Autorka wystawiając w Londynie, Chicago i wielokrotnie w Niemczech, większość wystaw miała jednak w Krakowie. (...)
Obrazy pochodzą z różnych okresów, świadczą jednak o stałej fascynacji oglądanym światem i wielkiej powadze w traktowaniu płótna. Piękne kolorem, przedstawiają świat całkiem zagadkowy i bardzo osobisty. (...)
Leszek Dutka
„Niewątpliwie malarstwo Krystyny Sieraczyńskiej mieści się w nurcie koloryzmu, którego podstawy wyznaczyli w latach 30. kapiści. W niektórych pracach może nawet odnajdziemy powierzchowne pokrewieństwo z malarstwem Hanny Rudzkiej-Cybisowej. Inspiracja naturą jest fundamentem dla działań artystki. Definiowanie Jej malarstwa, jako rezultatu zachwytu nad oglądanymi krajobrazami i poszukiwania środków ekwiwalentnych, którymi ów zachwyt można odtworzyć na płótnie, nam jednak nie wystarcza. Malarstwo kolorystyczne - takie określenie jest tutaj w pełni zasadne, bo właśnie przede wszystkim przez barwę artystka przenosi swoje uczucia - nie do końca wyczerpuje jednak to, co w obrazach Krystyny Sieraczyńskiej możemy zobaczyć. (...)
Wydaje mi się, że jest w tym malarstwie również inna wartość - poruszający ładunek ekspresji. Czy jest to zabieg świadomy, którego celem jest zaburzenie naszej czysto zmysłowej przyjemności poprzez wprowadzenie w niektóre kompozycje dyskretnego, lecz uporczywego napięcia? Może raczej artystka zupełnie podświadomie wyraża pewne emocje, które w niej tkwią, mimo konsekwentnego poszukiwania uroku oglądanego świata?
Kilka obrazów z kolekcji opatrzonych jest tytułem Wypadek. Domyślamy się, że chodzi tutaj o przejechanego pieska. Są to obrazy figuratywne przedstawiające grupkę postaci „rozważających" zaistniałe wydarzenie. Są one malowane wyraziście, długimi pociągnięciami pędzla, skupiają naszą uwagę na psychologicznej atmosferze. Materia tych obrazów jest ruchliwa, szorstka i daleka od powierzchownej estetyzacji. Odczuwamy niepokój, który stawia nas, widzów, pomiędzy przyjemnością delektowania się pięknem harmonijnie zorganizowanej całości, a napięciem wyrażonym tyleż samym tematem, jak i metodą jego zaprezentowania. Ten dualizm odnajdziemy również w niektórych pejzażach miejskich z rytmiką domów i dachów, nieraz w zgaszonych tonacjach zrealizowanych przez gęstą, naładowaną emocją materię. W dorobku artystki znajduje się kompozycja zatytułowana Zagłada, która jest jednoznaczną deklaracją po stronie malarstwa dramatycznego. Jesteśmy świadkami jakiegoś niszczącego żywiołu, który pozostawił po sobie rozpacz uniesionych ramion, trupy ludzkie, powyrywane drzewa. Te elementy o charakterze literackim wkomponowane są w dziką, nieujarzmioną malarską lawę, rozedrganą i groźną. Jednak nawet i ten obraz, jednoznacznie ujawniający ekspresyjne skłonności artystki, nie przesłania nam głównego wątku jej twórczości, tak bliskiego całemu nurtowi kolorystycznemu - radości, jaką daje wyrażanie swoich odczuć poprzez medium, jakim jest malarstwo. (...)
Jest to twórczość zdeklarowana po stronie wyrażania piękna w stosunkach barwnych. Z całą żywiołowością demonstruje przyjemność malowania pojmowaną jako używanie farb, barw, faktur - całego tego materialnego bogactwa, jakim jest malarstwo - do spontanicznego wyrażenia tego, że obraz jest niezależnym przedmiotem zorganizowanym przede wszystkim przez kolor."
Wiesław Banach
Trzy lata temu w kwietniu 1996 roku miałem już okazję i przyjemność napisać kilkanaście zdań o malarskiej twórczości Teresy Wallis-Joniak. Zacznę więc może od cytatu ze wstępu do katalogu, który towarzyszy) ekspozycji prac krakowskiej artystki w galerii „Pod Złotym Lewkiem": „Jest rzeczą zaskakującą, że w obrazach tych dominują raczej kolory chłodne, choć wydawałoby się, że powinny być raczej nasycone ciepłą kolorystyką związaną z klimatem portretowanych miejsc...". Bowiem tak jak i poprzednio Teresa Wallis-Joniak przedstawia publiczności w roku 1999 głównie martwe natury oraz pejzaże, w których dominują krajobrazy i architektoniczne motywy śródziemnomorskie. Tym razem jednak artystka mocno rozjaśniła paletę proponowanych nam barw.
Wiele prac zostało na tę wystawę wypożyczonych od prywatnych kolekcjonerów, a przecież są to w przeważającej większości obrazy nowe, powstałe już po wzmiankowanej przeze mnie wystawie. Fakt ten stanowi dowód, że krakowska malarka ma liczne grono kolekcjonerów swych obrazów. Prywatne kolekcje w przeciwieństwie do zbiorów muzealnych powstają nie z potrzeby urzędowego dokumentowania najciekawszych zjawisk pojawiających się w sztuce, lecz z chęci codziennego obcowania z dziełem sztuki, w tym wypadku z obrazem. Taki obrót sprawy można więc z całą odpowiedzialnością nazwać artystycznym sukcesem.
Zarówno pejzażowi, we wszelkich jego odmianach, jak i martwej naturze wróżono raz po raz ostateczny schyłek. Tymczasem oba te sposoby malarskiej wypowiedzi mają się, jak do tej pory, całkiem nieźle. Artyści nie zrezygnowali z ich uprawiania, a odbiorcy z ich kolekcjonowania. Można więc przypuszczać z dużą dozą prawdopodobieństwa, że obecny pokaz prac Teresy Wallis-Joniak będzie mieć liczną publiczność. Teresa Wallis-Joniakowa jest absolwentką krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych i uczennicą wybitnej przedstawicielki polskiego koloryzmu Hanny Rudzkiej-Cybis. Ta informacja dowodzi, że delektując się sztuką krakowskiej malarki, obracać się będziemy w kręgu zagadnień związanych z artystyczną koncepcją budowy obrazów stworzoną przez kapistów.
Nierzadko słyszy się dziś głosy, że powojenna dominacja koloryzmu w sztuce polskiej, na artystycznych uczelniach naszego kraju, ma się ku końcowi. To jednak sąd przedwczesny, a związany niestety ze smutnym faktem, iż większość czołowych, w tym i krakowskich kolorystów już nie żyje. Nie jest jednak na szczęście tak, że poszczególne trendy artystyczne umierają wraz z ich twórcami. Wręcz przeciwnie, żyją w pracach i artystycznym myśleniu ich uczniów. Czasami na zasadzie paradoksu, z którym w życiu i w sztuce obcujemy prawie codziennie, odejście prekursorów kierunku powoduje erupcję ich malarskich koncepcji.
Malarstwo Teresy Wallis-Joniakowej ma więc swój początek w specyficznym dla kapistów podejściu do sprawy zestawienia kolorów na płaszczyźnie obrazów. Tyle że krakowska malarka bardzo osobiście traktuje wskazówki swych mistrzów. Pozostając wierna ich niezłomnym zasadom, jednocześnie wierna jest także swej indywidualnej wizji artystycznej. Teresa Wallis-Joniakowa, jak już napisałem, chętnie maluje pejzaże i martwe natury - ulubione przez kolorystów tematy. Jednakże u niej inaczej niż u czołowych kapistów, a także wybitnego przedstawiciela wspominanego kierunku Juliusza Joniaka - jej męża - istotną rolę w komponowaniu obrazu ma nie tylko specyficzne zestawienie kolorów w taki sposób, aby uzyskać zaskakujący i całkowicie nowy efekt kolorystyczny, lecz również, kiedy trzeba, kolor podporządkowany zostaje tematowi obrazu. Wiele prezentowanych na tej wystawie płócien ma właśnie znakomicie wyszukaną tematykę, wyszukaną podług malarskiego myślenia, wyszukaną dla potrzeb konkretnego obrazu, bo tak Bogiem a prawdą, Teresa Wallis-Joniakowa maluje ciepłe śródziemnomorskie widoki. A my, odbiorcy jej obrazów, do tego ciepła lgniemy, jak ćmy do światła. Przytłoczeni jesiennymi szarugami, zimowymi pluchami, okutani w stosowne na te pory roku okrycia, tęsknimy za słońcem, przewiewnym strojem, za ciepłym wieczorem i nocą spędzoną w kafejce na morskim nadbrzeżu.
Tak jak i na poprzednim pokazie obrazów krakowskiej artystki, także i teraz, na jej obrazach w rozmaitych konfiguracjach i ujęciach pojawia się motyw śródziemnomorskiej architektury. To od jej ścian odbijają się promienie słoneczne, wrażliwy odbiorca czuje także jak mury domów oddają wieczorem ciepło, jak to ciepło przymila się do nas. Częstym motywem obrazów Teresy Wallis-Joniakowej był i jest widok ulicznej kawiarenki ocienionej przez rozłożyste drzewo. I prawie na każdym obrazie są ludzie. Pojawiają się w grupkach, pojedynczo, częściej gdzieś na drugim planie, o wiele rzadziej jako główne elementy obrazu.
Teresa Wallis-Joniakowa jako artystka ma i tę zaletę, że potrafi lekkim pociągnięciem pędzla, drobną aluzją, wprowadzić swe ludzkie postaci w ruch. Ruszają się one jednak leniwie, wolno przechodzą zaułkiem lub ulicą wypełnioną ciepłem. Tak więc zbiór prezentowanych obrazów jest nie tylko popisem kolorystycznych zestawień, tajemniczych przebłysków promieni słonecznych przez liściaste konary drzew, czy ich załamań w uroczych zaułkach miast południa Europy, jest nie tylko wypełnieniem artystycznych zaleceń mistrzów koloryzmu, ale jest również nastrojową opowieścią znad śródziemnomorskich wybrzeży i miast Francji, Italii i Hiszpanii.
Patrząc na obrazy artystki, siłą rzeczy porównując je z dokonaniami polskich kolorystów, można dojść do wniosku, iż dobrze się stało, że Teresa Wallis-Joniakowa nie do końca pozostała wierna przykazaniom kapistów, że używa ich do własnych artystycznych celów, że prócz zaskakujących zestawień kolorystycznych interesuje się także związkiem człowieka z jego naturalnym otoczeniem, że potrafi stwarzać nastroje, do których odbiorca jej obrazów będzie musiał powracać. Można ją zatem, bez obawy o popełnienie jakiegoś błędu, nazwać kolorystyką niepokorną.
Andrzej Warzecha
Three years ago, in April 1996,1 had an occasion and pleasure to write a few sentences about the paintings by Teresa Wallis-Joniak. I will start, perhaps, with a citation from the introduction to the catalogue which accompanied the exhibition of the works of this Kraków painter in the gallery "Under the Little Golden Lion". "It is surprising that dominant colours in the paintings are rather cool, whereas, as it seems, the paintings should be rather saturated with warm colours, characteristic of the climate of the portrayed places..." ...Also now, in 1999, Teresa Wallis-Joniak presents us mainly still lifes and landscapes in which the Mediterranean scenery and architectural motifs are dominant. This time, however, the artist has strongly brightened the palette of the proposed colours.
Many works have been borrowed from private collections on the occasion of the exhibition. And these are mostly new works, painted after the exhibition I have just mentioned. This fact proves that this Kraków artist has a numerous circle of the collectors of her works. Private collections, contrary to museum collections, are created not because a collector wants to document the most interesting phenomena occurring in art, but because he wants to be in contact with works of art, in this case with a painting. Such situation can be certainly regarded as an artistic success.
There have been expressed opinions that the landscape, in its all varieties, as well as still life, are on the wane, whereas, as it seems, both means of artistic expressions have been in a fairly good condition so far. Artists have not given them up and they are still acquired by collectors. It seems quite probable that the current presentation of the works of Teresa Wallis-Joniak with attract a large public. Teresa Wallis-Joniak graduated from the Kraków Academy of Fine Arts. She was a student of Hanna Rudzka-Cybis, an outstanding representative of the Polish Colourism. This information guarantees that when admiring the works of the Kraków artist we shall approach the phenomena related to the artistic concept of the painting's composition created by the Capists.
Today we often hear opinions that postwar dominance of Colourism both in the Polish art and in schools of fine arts, is coming to an end. This is, however, rather premature opinion, and, unfortunately, associated with the sad fact that most of the leading Colourists, including the Kraków ones, are no longer alive. But, luckily, particular artistic trends do not die with their creators. Just the opposite, they live in the works and artistic thinking of their followers. Sometimes, paradoxically, the death of the progenitors of a given trend causes erruption of their artistic concepts.
The paintings by Teresa Wallis-Joniak have their origin in her approach to the problem of colour scheme, typical of the Capists. The Kraków painter, however, treats the hints given by her masters very personally. Remaining true to their unshacable principles, she is, at the same time, also faithful to her individual artistic vision. As I have already mentioned, Teresa Wallis-Joniak likes to paint landscapes and still lifes, which were also favourite themes of the Colourists. In her works, however, unlike in the works of the leading Capists and also her husband, Juliusz Joniak, an outstanding representative of the above-mentioned trend, the important role in the painting's composing does not only consists in a special colour arrangement meant to achieve a suprising and completely new effect as regards colours, but also, when it is necessary, the colour becomes subordinate to the painting's subject. Many of the paintings presented at the exhibition have these carefully selected themes, searched out and chosen for a given painting according to her painterly vision, for in fact, Teresa Wallis-Joniak paints warm, Mediterranean landscapes. And we, the viewers, need this warmth just like moths need light. Overpowered by autumn grey skies, winter rains, muffled up in graments appropriate for the season, we long for the sun, sheer clothes, warm evenings and nights spent in a cafe on the sea-shore.
As in the previous presentation, also this time, the motifs of the Mediterranean architecture appear in her paintings in various configurations. The walls reflect the sun rays and a sensitive viewer can feel that the walls of buildings "return" the warmth in the evening and the warmth is so enticing. Frequent subjects of Teresa Wallis-Joniak's paintings are street cafes, overshadowed by shaggy trees. People are present in almost all paintings. They appear in groups or individually, most often in the background, and much more rarely as the main elements of the painting. Teresa Wallis-Joniak, thanks to her artistic skills, can put her figures in motion with a gentle stroke of the brush or a brief allusion. But the figures move lazily, walking slowly along an alley and a street filled with warmth. Therefore the collection of the presented paintings is not only a spectacle of colour arrangements, mysterious flashes of the sun rays seen through leafy branches of trees, or their refractions in charming alleys in the towns of the Southern Europe, and it is not only the fulfillment of the artistic programme of the masters of the Colourism, but also a romantic tale from the Mediterranean coast and the towns of France, Italy and Spain.
Looking at the paintings by Teresa Wallis-Joniak and comparing them, naturally, with the achievements of the Polish Colourists, we can come to the conclusion that it is a good thing that the artist has not remained totally faithful to the Capists, using their ideas for her own artistic aims. It is also a good thing that apart from surprising colour schemes, she is also interested in man's relationship with the natural environment and she can create moods which the viewers will have to recall. Therefore, we can call Teresa Wallis-Joniak, with much dose of certainty, an unsubmissive Colourist.
Andrzej Warzecha
Słowami z wierszy Artura Rimbauda chciałoby się opisywać obrazy Juliusza Joniaka. Między tymi dwoma światami - malarskim i poetyckim - istnieje wiele podobieństw. Jest w nich ten sam kult nieba, morza, promieni słonecznych. Nie darmo artysta wyjeżdża co roku do Francji w okolice Coullioure, gdzie rezydowali fowiści. Żar, wigor tych obrazów - owa elan vital, tak istotna w twórczości, choć nie zawsze ujawniająca się bezpośrednio - prawdziwie wyróżnia twórczość Joniaka. Jego martwe natury, jego pejzaże dodają oglądającemu energii.
Fenomen tej twórczości wynika też z postawy, która mówi: wystarczy otworzyć się dla doznań i wyrazić obrazem to, co przekazują zmysły, nie próbując dokonać stówami wyrozumowanej interpretacji, jakiejkolwiek interpretacji. Opowiedziałam Artyście o swoich wrażeniach z wystawy jego obrazów i był zdziwiony. Był zaskoczony tym, jak daleko można dojść...
Na parapetach pracowni stoją butelki: zielona, biała, niebieska. Butelki i inne skromne akcesoria, jakże niepodobne do tych, które się widzi na obrazach. To jest właśnie ów cud malarstwa, cud sztuki w ogóle, że z banalności tworzy rzeczy godne uwagi. Martwe natury Juliusza Joniaka są tak imponujące, a jego przedmioty - we wzajemnych nieprostych formalnie relacjach - posiadają świetność prawdziwie królewską. Artysta mówi, że wszystko może być pretekstem do namalowania obrazu - jeśli malarz obdarzony jest wyobraźnią. Wyobraźnią, czyli „...zdolnością przeżywania nie wiadomo czego, wszystkiego, co się może zdarzyć". Współczuje tym, którzy ugrzęzną w jakiejś fobii, którym jest obca otwartość. Być w drodze! Malarz wierzy, że otwartość jest ogromną siłą sprawczą sztuki. Bo tylko wówczas „malarska robota" posuwa się naprzód.
Mój podziw budził zawsze rozległy pejzaż ziemski, w polskim malarstwie realizowany świetnie przez mistrza Malczewskiego. W obrazach Jacka Malczewskiego panuje niesłychany rygor organizacyjny, polegający na śmiałym i harmo¬nijnym zarazem rozwiązaniu proporcji: góry do dołu, lewej strony obrazu do prawej. Podobnie jest z pejzażami Juliusza Joniaka - ich siła tkwi w niebywałej konstrukcyjności. Pod tym względem Artysta poszedł o parę dobrych kroków dalej od swego profesora, Czesława Rzepińskiego, którego malarska odwaga jest kontrolowana. Pejzaże Joniaka ogląda się zawsze trochę z lotu ptaka - z pozycji kogoś, kto do ziemi zbliża się z odległych przestrzeni, zdumiony urodą świata, bogactwem form i kolorów. Jest w nich ruch cieni i ruch świateł. A nawet coś więcej! Nieokreślony, naprawdę trudny do nazwania podskórny puls...może gotowość do dalszych transformacji? Kolory, jak motyle, drżą przywiązane do kształtów, gotowe w każdej chwili ulecieć w malarską przestrzeń.
Zgadzam się z nieufnością Profesora do wszelkiej werbalizacji, bo bywa w opisie, że wszelkie słowo marnieje w zderzeniu z przeżyciem obrazu. I właśnie tego doświadczyłam. Obrazy Juliusza Joniaka namalowane w ostatnich miesiącach pomnażają jego artystyczny dorobek. Pomnażają ten świat, który w Krakowie i w Polsce jest bardzo ważny.
Barbara Ziembicka
One would like to describe Juliusz Joniak's paintings with the above words from the Arthur Rimbaud's verses. Between those two worlds - the world of the poetry and painting - there exist many similarities. And the same cult: of the sky, sea and sunbeams. Not for nothing travels the Artist each year to the South of France, the region of Coullioure, where fauves resided. The glow and vigour of these paintings - this elan vital, so important in creativity - although not always directly visible - they really distinguish the Joniak's paintings from the others. His still - lives and landscapes enrich the spectator in energy.
The unique phenomenon of this activity is also a result of his attitude, which states: it is enough to open oneself onto sensations and to express in the painting what senses pass, without attempts of any rational interpretation, any interpretation at all. I describe to the Artist my impressions from the exhibition of his paintings and he was astonished. He was surprised how far one can get...
On sills of the atelier there are bottles: green, white, blue. The bottles and other modest accessories, how different from those commonly visible on paintings. This is the wonder of the art of painting - the wonder of the art in general - it does create important objects from triviality. Still-lives by Juliusz Joniak are so magnificent and his objects - in mutual and formally not simple relations - are really prominent as royal ones. The Artist says that everything may be the impulse for painting - if the painter has imagination. The imagination that means "...the ability to experience everything that can only happen". He feels sorry for those who stop at some phobia, for those who do not know the openness. To be on the way! The painter believes that the openness is a powerful causality of the art. Because only then "the painting job" goes on.
The wide Earth landscape has always filled me with admiration. In the Polish painting it was perfectly realised by Jacek Malczewski. In the paintings of this Master we observe the unprecedented organisational rigour of the brave and full of harmony solution of proportion: from the top to the bottom and from the left to the right side of a painting. Some analogy we see in Juliusz Joniak's paintings - their power results from the uncommon way of construction. In this respect the Artist has gone some steps further than his Professor, Czesław Rzepiński, whose painting courage is more cautious.
The Juliusz Joniak's landscapes used to be watched from above; from the position of someone approaching the Earth from the distant spaces, someone who is astonished with the beauty of the world, the richness of its forms and the gift of colour. And may be even more! The undefined, really difficult to call, substratum movement...may be the readiness for further transformations? The colours, like butterflies, tremble bound to the shape, ready to fly to the painting space, any time.
I agree with the Professor's lack of confidence in the verbalisation: because it happens that all words of the description vanish in contrast with the perception of painting. And this is what I have experienced. The Juliusz Joniak's works, painted during the last months, enrich his artistic achievements. They significantly contribute to the world, so important in Kraków and in Poland.
Barbara Ziembicka
W roku 2008 mija 80. rocznica urodzin znakomitego artysty malarza Jana Wacława Szancenbacha (ur. 8 stycznia 1928 r.) oraz smutna, już 10. rocznica jego śmierci (zm. 15 grudnia 1998 r.).
By przypomnieć te rocznice, a fanom jego malarstwa i szerokiej publiczności obrazy profesora zorganizowałem w Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie wystawę i przygotowałem do druku książkę, w której prócz części albumowej, pomieściłem: fotografie, dokumenty archiwalne jego akademickiej kariery, recenzje, dokumenty działalności na rzecz ASP w Krakowie, informacje o zorganizowanych wystawach, ufundowanych stypendiach oraz testament artysty, dokumenty postępowania spadkowego i informacje o wypełnieniu lub nie jego woli przez spadkobierców.
Niniejszy katalog jest zwiastunem ww. publikacji, przygotowanym na finisaż wystawy i sympozjum (20 października 2008 r., godz. 18.00) poświęconemu życiu i twórczości prof. Jana Szancenbacha. Udział czynny w sympozjum zapowiedzieli: prof. Antoni Dziatkowiak, prof. Juliusz Joniak, prof. Kazimierz Lankosz - kurator masy spadkowej, prof. Stanisław Rodziński, redaktor Janusz Miliszkiewicz - „Rzeczpospolita", redaktor Jerzy Skrobot, prof. Stanisław Tabisz - prezes ZPAP, prof. Stanisław Wiśniewski, prof. Adam Wsiołkowski - Rektor ASP prof. Barbara Ziembicka i Zbigniew Kazimierz Witek - prezes TPSP.
Był Jasio, jak go nazywali przyjaciele, nie tylko artystą malarzem, autorem obrazów, z których emanuje radość i piękno, był pedagogiem wychowawcą całej plejady uznanych artystów malarzy, był dziekanem Wydziału Malarstwa ASP w Krakowie, Rektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie przez dwie kadencje, był bez reszty oddany swojej alma mater, działaczem „Bratniaka", ZPAP i TPSP.
Zainicjował rozbudowę Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w latach 80. XX wieku (gmach od ul. Paderewskiego), a gdy wstrzymano ministerialną dotację, co groziło zatrzymaniem prac budowlanych, zapłacił swoimi obrazami (oficjalnie przez uchwałę Senatu ASP) wykonawcy za kontynuację budowy następnej kondygnacji.
Po odwilży w 1956 r. udało mu się wyjechać na półroczne stypendium do Paryża, tak skromne, że wystarczyło na przeżycie i zamieszkanie w maleńkim pokoiku, w którym nie było miejsca na sztalugę, ale zetknięcie ze sztuką europejską niewątpliwie zaważyło na jego wyborach artystycznych i drogi rozwoju.
Przywiązywał ogromną wagę do wyjazdów zagranicznych młodych adeptów sztuki malarskiej. W latach 90. XX wieku zaczął fundować prywatne stypendia do Paryża kolorystom, co też zapisał w swoim testamencie (polecając spadkobiercom fundowanie stypendiów z pozostawionych na ten cel funduszy).
Kochał życie, dobre jedzenie, samochody - mogły być w starym stylu, byle obszerne i wygodne ze względu min. na jego posturę. Był towarzyski, życzliwy, koleżeński, pracowity, obowiązkowy, był człowiekiem honoru.
Jan Szancenbach był synem lekarza ginekologa, Jana seniora, pierwszego dyrektora Szpitala im. Gabriela Narutowicza w Krakowie - wówczas jednego z najnowocześniejszych w Europie. Był jednym z trzech współwłaścicieli szpitala na ul. Garncarskiej w Krakowie (dziś onkologia), miał prywatną praktykę.
Matka Maria, malarka, ze Skłodowskich, spokrewniona z Marią Skłodowską-Curie, Ireną Joliot, które uhonorowano 3 Nagrodami Nobla z fizyki i chemii!
Podczas wizyt w Krakowie, Irena Joliot brała udział w kąpielach i pielęgnacji małego Jasia.
Ich świat runął z chwilą wybuchu II Wojny Światowej. Ojciec Jan, lekarz, oficer rezerwy Wojska Polskiego został zmobilizowany, dogonił swoją jednostkę w okolicach Lublina, a po 17 września 1939 r. zagarnęli go Sowieci. Był jeńcem Starobielska. W kwietniu 1940 r. został zamordowany strzałem w potylicę w kazamatach NKWD w Charkowie.
Matka z kilkunastoletnim Jasiem została przez Niemców wyrzucona z mieszkania przy ul. Basztowej 1, przepadły oszczędności bankowe, auta zarekwirowało wojsko, pozostali bez środków do życia.Pracowała w RGO (Radzie Głównej-Opiekuńczej), gdzie również został zatrudniony małoletni syn Jan, który uczęszczał przez ok. 2 lata do Szkoły Przemysłu Artystycznego - Kunstgewerbe Schule, mieszczącej się w gmachu Akademii Sztuk Pięknych. By pomóc matce w utrzymaniu się przy życiu trudnił się malowaniem mieszkań.
Po wypędzeniu Niemców z Krakowa, od 20 stycznia 1945 r. Jan Szancenbach z przyjacielem Bolesławem Kamykowskim, w porozumieniu i za zgodą prof. Eugeniusza Eibischa podjęli się szklenia okien w Akademii i zadanie wykonali.
Po pomyślnym i bardzo dobrym zdaniu egzaminu wstępnego do ASP, zostali przyjęci na II rok studiów 27 lutego 1945 r.
Wiosną 1948 r. ukończył Wydział Malarstwa. Początkowo studiował w pracowni prof. Wojciecha Weissa, który podczas pierwszej korekty speszył 17-latka głośno mówiąc: „że oglądał prace domowe, że dużo umie, niczego się w ASP nie nauczy, niech jedzie do Paryża..."
Do Paryża nie pojechał, ale przeniósł się do pracowni prof. Eugeniusza Eibischa. Studiował również grafikę w pracowniach profesorów Jurkiewicza i Gardowskiego, co mu się później przydało, gdy realizował projekty opakowań, kart do gry, czy filmy animowane, dodatkowo dość wcześnie uzyskał niezależność finansową.
Zmarł w niespełna 3 miesiące po przejściu na emeryturę. Pozostawił kilkaset obrazów i majątek dużej wartości.
Pozostawił polecenie testamentowe, które publikuję na okładce katalogu. Część testamentu jest spełniana przez spadkobierców (np. stypendia).
Nie powstała fundacja, nie ma jak dotąd domu-muzeum i pracy twórczej. Dlaczego? Po części można odpowiedzieć na to pytanie na podstawie publikowanych w książce dokumentów.
Mam nadzieję, że będący ludźmi honoru spadkobiercy Jana Szancenbacha z rodziny Skłodowskich i Goetlów wypełnią wszystkie życzenia wielkiego artysty.
Zbigniew Kazimierz Witek
,
Cofnijmy się do 8 listopada 1977 roku. Wówczas Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie, mieszczące się przy ulicy Freta 16 w Warszawie, zwróciło się do pana Iks z zamiarem odkupienia tych mebli. W odpowiedzi Iks przypomniał, o czym w muzeum nie pamiętano lub nie chciano pamiętać, że w 1954 roku od jego matki wypożyczono cenne pamiątki po Skłodowskiej. Nie zwrócono ich właścicielce i nie zapłacono za nie. W 1954 roku władze PRL planowały uczcić zbliżającą się dwudziestą rocznicę śmierci uczonej hucznymi uroczystościami. Polska Ludowa potrzebowała się dowartościować, postanowiono zaprosić córkę uczonej, Irenę Joliot-Curie. Aby uroczystości o międzynarodowych ambicjach wypadły okazale, Polska Akademia Nauk wypożyczyła od matki Iksa wspomniane pamiątki i przekazała je do muzeum na Freta.
Pani Iks, wdowa po ofierze zamęczonym w Katyniu, żyła w biedzie. Pamiątki po Marii Skłodowskiej stanowiły jedyną jej własność o wielkiej wartości materialnej. Matka pana Iks naradzała się ze swą krewną Ireną Joliot-Curie i zdecydowała się przekazać pamiątki rodzinne nawet na własność PAN, ale pod warunkiem, że otrzyma ekwiwalent. Nie za owe pamiątki! Ekwiwalentu domagała się za parcelę w stolicy, którą w 1947 roku przejęła Polska Ludowa i mimo obietnic nie zapłaciła odszkodowania. Władze Polskiej Akademii Nauk skwapliwie przystały na warunek pani Iks.
Jubileuszowe uroczystości minęły, PRL się dowartościowała, światowi goście rozjechali, a wdowa czekała na domek lub mieszkanie, obiecane przez ówczesnego szefa PAN, a zarazem marszałka Sejmu.
Mijały lata... Polska Akademia Nauk nawet nie odpowiedziała na lisy. Dopiero kiedy matka pana Iks wysłała skargę do premiera Cyrankiewicza, postanowiono zamiast obiecanego domku wykwaterować sublokatorów z mieszkania zajmowanego przez panią Iks. Powiedzieć „mieszkanie" - to wielka przesada! Była to ruina, którą obiecano wyremontować na koszt państwa, ale tej obietnicy oczywiście też nie dotrzymano. Tyle, że wykwaterowano sublokatorów — tu musimy oddać sprawiedliwość PRL. Jednak właścicielkę mieszkania natychmiast zmuszono do płacenia gigantycznych sum za tzw. nadmetraż; żeby podołać wydatkom ciężko pracowała po kilkanaście godzin dziennie.
A co z pamiątkami „wypożyczonymi" muzeum, które pani Iks z narażeniem życia chroniła w czasie okupacji, które mogła nielegalnie wywieść za granicę? Polska Akademia Nauk konsekwentnie milczała. Irena i Fryderyk Joliot-Curie zmarli, nie miał się kto wstawić za panią Iks. Bezbronna, schorowana, żyła w poczuciu beznadziei. Słała kolejne listy do Polskiej Akademii Nauk. Raz odpisał nawet prof. Tadeusz Kotarbiński. Współczuł, obiecywał, ale obietnic nie dotrzymał.
Leży przede mną kopia listu z 8 listopada 1977, w którym kierownik Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie proponuje Iksowi odkupienie mebli. Leży przede mną odpowiedź Iksa (5 stron maszynopisu), datowana 28 listopada 1977 roku, z której zacytuję parę fragmentów. „Po roku 1956 matka otrzymała nagle pismo podpisane przez dyrektora administracyjnego pana B. Gastmana, które brzmiało: „Zgodnie z decyzją Sekretarza Naukowego Polskiej Akademii Nauk w sprawie przejęcia pamiątek rodzinnych po Marii Curie-Skłodowskiej dla Muzeum Jej imienia - PAN uprzejmie prosi o wydanie ob. Nędzy Józefowi, kierownikowi ds. administracyjnych i finansowych w Zarządzie Administracyjnym Placówek Naukowych PAN w Krakowie, garnituru mebli mahoniowych w stylu biedermeier, składającego się z kanapy, stołu, 2 foteli i 6 krzeseł. Należność za wszystkie przejęte przedmioty Polska Akademia Nauk ureguluje przekazem pocztowym."
Powyższy fragment, tak uważam, powinien być obowiązkowo analizowany na lekcjach współczesnej historii Polski. Ileż w nim smaczków, bez których nie sposób w pełni zrozumieć, czym był umysł zniewolony. Na przykład: „zgodnie z decyzją sekretarza naukowego PAN...". Oto jakiś facet, swojsko zwany sekretarzem, decydował o „przejęciu" prywatnej własności. Po tę prywatną własność miał się zgłosić nie człowiek o nazwisku Józef Nędza, lecz „ob." (obywatel) Nędza Józef. Dalej czytam, że należność za „przejęte przedmioty Polska Akademia Nauk ureguluje przekazem pocztowym". Proszę zwrócić uwagę, mówi się tu o przedmiotach „przejętych", nie zaś kupowanych. Słowem, nie wspomina się o cenie, ponieważ ceny nikt z matką Iksa nie negocjował. Ba, nawet nie pytano matki Iksa, czy w ogóle chce się pozbyć mebli po rodzicach i dziadkach.
W odpowiedzi na propozycję Muzeum Skłodowskiej pan Iks pisał dalej: „Cała ta sprawa odjęła mojej matce parę lat życia. Ostatnie 12 lat, będąc na wpół sparaliżowaną, spędziła stale myśląc o najbliższych jej sercu pamiątkach (wiersze jej dziadka, listy rodzinne, przedmioty, wśród których się wychowała - takie rzeczy są dla ludzi starych ważne), których ją pozbawiono. Używałem celowo tego eufemizmu. Moja matka w ostatnim okresie swego życia, kiedy doszło to wreszcie po dwudziestu latach do jej świadomości powiedziała mi ze łzami w oczach, roztrzęsionym głosem: „Słuchaj, przecież oni mnie po prostu okradli". Niestety nie mogłem jej zapewnić lepszych warunków życia, moja sytuacja dopiero w ostatnich paru latach zaczęła się poprawiać".
Po otrzymaniu listu od pana Iks, w Muzeum Marii Skłodowskiej sprawdzono dokumentację. Okazało się, że faktycznie w 1954 roku bezcenne pamiątki jedynie „wypożyczono" od rodziny i przechowywano je bezprawnie. Postanowiono nie zwracać pamiątek Iksowi, aby muzeum nie straciło najciekawszych eksponatów. Zapadła decyzja, że Iks zostanie spłacony. W 1978 roku Komisja Oceny Zakupów Archiwum PAN oszacowała zeszyt z autografami wierszy ojca Skłodowskiej na 1000 złotych, notatnik laboratoryjny uczonej na 500 złotych. Korespondencję rodzinną wyceniono na 300 złotych. Były to kwoty skandalicznie małe.
Więcej przytomności wykazała Komisja Ekspertów stołecznego Muzeum Historycznego, która wyceniła pozostałe pamiątki. Zegarek z osiemnastokaratowego złota wagi 73 g wyceniła na 150 tysięcy złotych. Jest to zegarek ojca Marii. Na wewnętrznej stronie wieczka koperty wygrawerowany jest napis imitujący charakter pisma Władysława Skłodowskiego: „Stary przyjaciel lat blisko czterdzieści wiernie mi w życiu towarzyszył drodze. Mierzył godziny uciech i boleści". Znakomita szwajcarska robota. Stan doskonały. Do tego dwa kluczyki oraz ozdobne etui, w nim metryczka spisana ręką brata Marii, Józefa Skłodowskiego.
Filiżankę z paryskiej wytwórni z pierwszej ćwierci XIX wieku, wewnątrz złoconą, ozdobioną portretem Ludwika XVIII, oszacowano na 50 tysięcy. Wyceniono też srebrny puchar z pamiątkowymi napisami, ale bez pokrywki, którą „zgubiono", także stół włoskiej roboty i kasetę z czarnej laki. W 1978 roku panu Iks i jego siostrze (ich matka już nie żyła) planowano zapłacić w sumie 350 tysięcy. Wycena nie odpowiadała faktycznej wartości przedmiotów. Nie przyznano rodzeństwu choćby symbolicznej złotówki za lata bezprawnego użytkowania rodzinnych pamiątek. Ale w 1978 roku Polska Ludowa i jej Akademia Nauk nie zapłaciły nawet tej skromnej sumy. Na jego trop natrafiłem w 1984 roku w Muzeum Skłodowskiej. Szczegóły ujawniłem w artykule. Na skutek mojej publikacji Polska Akademia Nauk zrewaloryzowała wycenę z 1978 roku i w końcu spłaciła rodzinę.
Pan Iks zaprosił mnie do siebie. Wszedłem do holu w nowym domu w eleganckiej dzielnicy Krakowa. Iks powiedział:
- To właśnie te meble. Proszę, niech pan spocznie.
Spojrzałem na Iksa, później na kanapę i ostrożnie przysiadłem na jej brzeżku. Słuchałem pana Iks, z każdą chwilą z coraz większą uwagą i podziwem. Nieoczekiwanie pomyślałem, że w rubryce „pochodzenie" wolno wpisywać tylko jedna z trzech możliwości: chłopskie, robotnicze, inteligenckie. Pierwsze było jasne, drugie budziło już zasadnicze wątpliwości, natomiast trzecie było bliżej nie określone. I oto miałem przed sobą prawdziwego inteligenta! Słuchając Iksa, z każdą chwilą coraz lepiej uświadamiałem sobie, czym naprawdę jest to pojęcie, zupełnie nie znane w innych krajach, gdzie po prostu istnieje mieszczaństwo. Właśnie losy rodzin inteligenckich, nie zaś robotniczych czy chłopskich, najlepiej pokazują, jak skomplikowane i tragiczne były polskie dzieje. Pan Iks, wybitny humanista, prosił, żebym jego nazwisko zachował tylko dla siebie. Uważa, że losy jego rodziny nie są niczym wyjątkowym.
Bohaterem tekstu był krakowski artysta malarz, wieloletni rektor ASP, profesor Jan Szancenbach (1928-1998).
Janusz Miliszkiewicz
,
To spotkanie może się tym razem dokonać poza czasem i przestrzenią. Lub może raczej we wszystkich czasach i we wszystkich przestrzeniach. Bo młodego rzeźbiarza interesuje konsekwentnie postać ludzka, opracowywana w najróżniejszych wątkach i cyklach - zawsze jednak nawiązująca do "starych zaklęć ludzkości". To nie są psychologiczne analizy, to nawet nie portrety. To galeria mitów i tradycji, tak silnie w nas zakorzenionych, że wyczuwalnych podskórnie, bez tytułów i odnośników.
Żeby doszło do spotkania trzeba znaleźć wspólne doświadczenie. Wspólny kod. Tym językiem okazują się znane od zawsze symbole: Apis, Statek Jazona, który jest także Latającym Holendrem i Łodzią Głupców, Jajo...To one wskazują język, który umożliwi komunikację. Wiadomością jest także materiał: szlachetny i sięgający głęboko w tradycję brąz. Wiemy już jak czytać te rzeźby.
Dziewczynka rozhuśtana na własnym warkoczu, przypominającym scytyjski naszyjnik. Może to marzenie dziewczynki z koczowniczego ludu? Egipcjanin za chwilę, chwilkę podniesie do ust swoją trąbitę. Dźwięk będzie wezwaniem do boju albo do modłów w świątyni Isztar. Albo zawiadomieniem o przyjeździe dostojnika? Rzymianin z rozwianą togą o rozbawionej twarzy Petroniusza. I drugi, karykaturalnie wykrzywiony, z mocno zarysowanym nosem. Stoi na szeroko rozstawionych nogach, ręce zaplótł z tyłu , kryjąc je za plecami. Cała jego postawa wyraża stanowczość i zdecydowanie. Wielki wódz czy mały intrygant? Postać różniąca się zdecydowanie od innych schowana w długiej, szorstkiej szacie. Kim jest? Janem Chrzcicielem czy średniowiecznym świętym ascetą... Pewnie nie spodobałyby mu się występy aktora na szczudłach. Choć tak łatwo mogliby się spotkać na którymś ze średniowiecznych targów między... Nawet taternik to przecież wielki współczesny mit - prawy i nieustraszony zdobywca górskich szczytów. Współczesny Roland nosi zamiast zbroi wysokie buty z rakami i plecak, a zamiast miecza używa czekana. Wszystko inne to konsekwentna kontynuacja.
Tradycja średniowieczna wydaje się w tej twórczości szczególnie ważna. Niezwykle wydłużone proporcje, mocno zarysowane dłonie i stopy odsyłają do sztuki romańskiej i do gotyckiego wertykalizmu. Postacie widziane są jakby w perspektywicznym skrócie: wielkie stopy stoją mocno na ziemi, a głowa tonie gdzieś w chmurach. Człowiek zawieszony jest między niebem a ziemią. Między sacrum a profanum. Tylko pozornie postacie Erazmusa są statyczne. W rzeczywistości ruch jest ukryty w nich samych. Ma wymiar duchowy, a nie fizyczny. To przełamywanie ciążenia "tu i teraz" i dążenie ku jakiemuś sacrum. I rzymskie "peraspera ad astra". Cyrkowiec na szczudłach chce być trochę wyżej. Dziewczynka na huśtawce wzbije się za chwilę w górę. Chłopiec ciągnący taczki pełne zabawek wyrywa się do przodu pomimo oporu materii. A turysta doskonale funkcjonuje w dwóch wymiarach: zna doskonale siłę ziemskiego ciążenia oraz kuszące powaby nieba.
Dużo w tych pracach erudycji, która z rzadka tylko przeradza się w anegdotę. Zazwyczaj pozostaje aluzją, niedopowiedzeniem, muśnięciem. Może warto by przynieść ze sobą któryś z tomików Zbigniewa Herberta? To dobra sceneria do ich lektury. I jeszcze jeden aspekt spotkania. Uprawomocniony jeszcze bardziej postacią artysty przy biurku. Kronikarza? Filozofa? Poety?
Agnieszka Sabor
, The intimate space of the gallery gradually fills with people when suddenly the viewers and the sculptures seem to mingle and talk with each other creating a unique celebration. Those who have entered here from the street brought movement with them. Those who have left Paweł Erazmus's studio brought silence and concentration. All intend to have a real MEETING.
This time the meeting takes place beyond time and space. Or rather in all times and all spaces, since the young sculptor focuses on human figures shown in various ways through various themes and series. But he always refers to the "old spells of humanity." His works are neither psychological analyses nor portraits. This is a gallery of the myths and traditions in which we are so deeply rooted that we can feel them subconsciously without the need for titles or other references.
For a real meeting a common experience is a must. The common code. Eternal symbols - Apis, the Jason ship, which is at the same time the Flying Dutch and the Boat of Fools, or an egg, provide the common language to facilitate communication. The material itself - noble, traditional bronze is also a message in itself. Now we know how to understand the sculptures.
A girl swinging on her own tress which suggests a Scythian "necklace. Is this a dream of a small nomad girl? An Egyptian is about to raise his long trumpet. The sounds of the instrument will be a call for battle or prayer at the temple of Ishtar, or perhaps a greeting of a distinguished guest. A Roman in a wind-blown toga with an amused face of Petronius. The other Roman with his face grotesquely twisted and prominent nose. He is standing with his legs wide apart and his hands clasped behind his back. His posture expresses resoluteness and decision. Is he a great leader or a petty plotter? There is also a figure clearly distinct from the others, in a long, rugged dress. Who is he? John the Baptist or a medieval ascetic? Surely, he would not have liked a performance of the nearby actor on stilts, although he might have met him somewhere in the middle of a medieval fair... Even the mountain climber symbolizes an important contemporary myth-the just and bold conqueror of mountain peaks. Contemporary Roland does not wear armor but boots with crampons and a rucksack; he uses an ice axe, not a sword. But his message is the sheer endurance of ancestral myths.
Medieval tradition seems especially important to Erazmus`s work. Elongated figures with expressive hands and strong feet remind us of Romanesque art and of Gothic verticalism. The figures seem to be shown from a certain perspective - their feet stand firm on the ground, their heads are in the sky. The man seems to be suspended between heaven and earth, between the sacred and the prophane. The figures created by Erazmus are only seemingly static. In fact, movement seems to be hidden within. It has a spiritual rather than physical dimension. It is as if gravity can be overcome "here and now" in pursuit of the sacred. It is also the Roman "per aspera ad astra". The circus actor on stilts wants to be a little higher. The girl on a seesaw flies into the sky for a moment. The boy dragging a wheelchair filled with toys leaps forward despite the resistance of substance. A tourist functions perfectly in two dimensions - he knows well both the gravity of earth and the tempting charms of the sky.
These works reveal great erudition, and don't often use anecdote. Usually they are just allusions, suggestions. The exhibition might be a good setting for the reading of Zbigniew Herbert's poetry. It is an additional aspect of the meeting, even more justified when we look at the figure of the artist at his desk. Is he a chronicler? A philosopher? A poet?
Agnieszka Sabor
Właśnie, wystawia swoje nowe obrazy Iwona Fischer-Zuziak. Wchodzimy ! Jedni dla Iwony, inni dla Niej i Jej oryginalnej - niepowtarzalnej malarskiej twórczości.
Pamiętamy nostalgiczny cykl obrazów malowanych w ciszy pracowni ze szkiców. Poetyckie widzenia z tęsknoty za krajobrazami Toskanii, w których - jak przez mgłę wspomnień, majaczą mleczne rysuneczki miast tej ziemi.
Nie możemy też zapomnieć obrazów Przenikanie - tego fascynującego baletu ludzkich ciał w ciągłym niekończącym się ruchu życia, który mistrzowska ręka Iwony określa zwielokrotnionym rysunkiem ludzkie marzenia o Raju, w którym Kobieta i Jej cielesność znaczą najwięcej. Bo w Eksodusie Rytmicznym - wspaniałym Tryptyku malowanym w trzech tonacjach barwnych „w drodze do" pozostaje postać kobiety niosącej dziecko. Malarsko-muzyczna partytura postaci autorki obrazów i zarazem choreograficzny zapis fragmentów człowieczej egzystencji.
Nowe obrazy Iwony - to pięć tryptyków. Jesteśmy w Jej ukochanym teatrze i Jej obrazach. Malowane przestrzenią, światłem i kolorem. Delikatnie, przezroczyście - po malarsku: „laserunkowo". Klarowne kompozycje obrazów wprowadzają nas powoli w dramaturgię zdarzeń. Człowiek, sen, rzeczywistość, mistyka i poezja podają sobie ręce.
Pierwszy tryptyk - "Podglądanie" - odsłania kolorową, wibrującą światłem i ruchem postaci scenę ścian pokoju. Ściany są przenikalne dla radosnych pląsów postaci z Przenikań, ale - jedna z nich - w drugiej „odsłonie", próbuje forsować sufit - bo „TAM" też „COŚ" może być. W drugim tryptyku Wyglądanie zrobi to znowu, unosząc się już ponad architekturą kulis w obiecującą, może złudną przestrzeń. Ciekawość i nadzieja będą towarzyszyć tej postaci w mistycznych uniesieniach, gdzie marzenia o mocy i trwoga będą na nowo próbowały forsować schody zawieszone w twórczej imaginacji Iwony - Autorki tej wędrującej postaci - błąkającej się ku światłu, tego pozornie zamkniętego w pięciu tryptykach Sanktuarium.
W obrazach "Zaglądanie" tęsknota artystki rozsunie natarczywe kulisy. Granatowe niebo zażąda wspomnień o toskańskich wzgórzach w księżycowej poświacie, bo w tryptykach "Wychodzenie" i "Odchodzenie" granat gwałtownie się rozjaśni w niebiesko-białe, zimne przestrzenie, byśmy znowu mogli - tym razem ze smutkiem - spotkać niestrudzonego wędrowca „ku światłu" -zmylonego możliwością wyjścia z labiryntu sceny, schodami do - „TAM". Bez Niego poczujemy się osamotnieni.
Patrz ! Jest w Nim przecież piękno.
Józef Marek
Here we have Iwona Fischer-Zuziak with an exhibition of her newest works. Let's go in! Some have come to see Iwona, others have come to view her original and unique artistic creativity.
Let us remember her nostalgic series of paintings created in the serenity of her studio of sketches. Her poetic imagination is fuelled by a pining for the Tuscan landscapes which flicker through a haze of memories.
We must not forget the series of paintings "Przenikanie" - a fascinating ballet of human bodies, intertwined in the never-ending movement of life. Through her drawings Iwona's expert hand has managed to define the human dreams of Paradise, where Woman and her physical presence are most significant.
In "Eksodus Rytmiczny", an amazing triptych painted in three tones of colour, the picture entitled "on the way to...", depicts the figure of a woman carrying a child. Artistically, a musical director's script of the artist's figure also the choreographed outline of the fragments of human existence.
Iwona's new paintings include five triptychs. We are in her beloved theatre and her paintings. They have been painted with space, light and colour. Delicate, translucent - a glaze. The clear compositions of the paintings lead us slowly into the drama of events, Man, a dream, reality, mystique and poetry - all these factors are connected.
The first triptych - "Podglqdanie" - uncovers a scene of the walls of a room vibrating with light and movement of figures. The walls are permeable to the joyful figures from "Przenikanie", however - one of them - in the second scene, is trying to push away the ceiling - because there may also be "SOMETHING THERE". In the second triptych "Wyglądanie" this will be repeated, rising above the atchitecture, rising into the promising, maybe imaginary space. Inquisitiveness and hope will accompany this figure in a mystical rising, where dreams of power and fear will once again endeavour to force the stairs of Iwona's creative imagination, the author of this wandering figure - wandering towards the light, which appears to be locked in the five triptychs of the Sanctuary.
In the series of paintings "Zaglądanie" the artist's homesickness draws open the heavy curtains. The navy blue sky reminds us of the moonlit Tuscan hillsides. In the triptychs "Wychodzenie" and "Odchodzenie" the navy colour changes dramatically to blue-white, cold space, and this time, albeit sorrowfully, we could meet the untroubled traveller wandering "towards the sun" - confused by the possibility of leaving the labirynth using the stairs to go "THERE". Without him we feel lonely.
Look! In him we see beauty.
Józef Marek
Nie tylko przed laty Goethe wracając odwołany ze swej włoskiej podróży do Weimaru musiał „pogodne niebo (...) zmienić na posępne". Dla tego wielbiciela klarownej jasności wojaże po „tak bogatej w formy" Italii byty ucieczką z „bezkształtnych Niemiec". Po „Italienische Reise" Goethego kolejny „klasyczny" opis włoskich peregrynacji wyszedł spod pióra innego mieszkańca Północy, Pawła Muratowa. „Horyzont Toskanii - pisze Muratów - zawsze jest wyraźnie obwiedziony biegnącymi, jedna za drugą, delikatnymi liniami niewysokich wzgórz. Tak właśnie powinien wyglądać horyzont w ojczyźnie wielkich malarzy. Nie ma tu naszego nieokreślonego smutku i nie wypłakanej skargi naszych lasów i wąwozów. Świat jest tu taki, jakim go stworzył Bóg, który podarował ludziom obficie rodzące drzewa, wino oraz zboże i nie tylko zapowiedział im, że będą pracowali w pocie czoła, Mityczna Toskania skrystalizowana w przedstawieniu Muratowa, jeśli w ogóle kiedyś istniała, to już dawno nie istnieje, utracona. Poza kartami książki na których wciąż pozostaje, poza obrazami dawnych mistrzów, i tylko za ich pośrednictwem umożliwiając odbycie po niej podróży imaginacyjnej. Toskania tym samym coraz bardziej podobna jest „drugiej przestrzeni", nabierając często jej cech i znaczenia. Coraz trudniej nam ją przedstawić. Jeśli nie ma być tylko łatwym rajem dla malarzy i dla patrzących na ich obrazy.
Jeśli chcemy zobaczyć, jak zmieniają się obrazy Toskanii możemy odbyć kolejną imaginacyjną podróż włoską patrząc na ostatnie pejzaże z cyklu toskańskiego Iwony Ficher-Zuziak. Jej pejzaże z cyklu toskańskiego stanowiąc kontynuację zarazem różnią się od wcześniejszego cyklu „Ogród Barbarzyńcy". Pozwolą nam one zbliżyć się do subtelności i surowej prostoty krajobrazu toskańskiego jeszcze przed lub już po rzeczywistej tam podróży. Te malowane w krakowskiej pracowni obrazy powstały z migotliwych spojrzeń notowanych w Toskanii w postaci szybkiego rysunkowego szkicu. Artystka porządkując toskańskie Universum często korzysta z dyscypliny geometrii, co w przypadku krainy „tak bogatej w formy" wydaje się być naturalne. Figury trójkąta, kola czy kwadratu nie są tylko wyrazem potrzeby doskonałości lecz przede wszystkim świadectwem tęsknoty za głębią i czystością życia, tęsknotą za absolutem. Architektura w takim krajobrazie, nawet służąc per la grandezza delia terra, jest tylko czymś przemijającym.
Malarskie przedstawienia Toskanii Iwony Fischer-Zuziak będąc wizualizacją tęsknoty za utraconym stanem doskonałości są także przedstawianiem trudności w odzyskaniu utraconej harmonii. Podróż do Wioch, jak zauważył Paweł Muratów, zwiększa skalę naszych pragnień. Przy kosmicznych aspiracjach łatwo się jednak ześlizgnąć, a zjazd z kosmosu jest nade wszystko bolesny. Ta sublimowana tęsknota przeniesiona przez malarski obraz, związana jest z ziemią i z czasem, przez co staje się bardziej materialna oraz cielesna (co widoczne jest w niezamierzonej antropomorfizacji krajobrazu), ale przez to bardziej możliwa do utracenia. Świat po upadku człowieka jest już inny, rzeczywistość nie jest już ani czysto nadprzyrodzona, ani w pełni naturalna. W przedstawieniach toskańskich pejzaży Iwony Fischer-Zuziak, często korzystających z niegdyś sakralnych form dyptyku czy tryptyku, oprócz zwielokrotnień i odbić rzeczywistości (czemu pomocne są te struktury) widoczne są także pęknięcia, ślady zranienia.
Patrząc na malarskie przedstawienia pejzażu Toskanii Iwony Fischer-Zuziak przypominamy tych mieszkańców toskańskich miasteczek, których Muratów charakteryzuje jako „bezczynnych marzycieli". „Wszyscy patrzą - pisze Paweł Muratów - w dal - na góry, na doliny, które błękitniejąc, uchodzą w stronę Florencji, Pizy, w wielki, rozległy świat. Jak to musi być miło (...) zamyślić się o dalekiej podróży, o wolności, o życiu pełnym i bogatym!". Od dawna część z nas planuje taką podróż (druga część już wyruszyła lub właśnie teraz wyrusza), mimo to często odkładamy wyjazd bojąc się często rozczarowania i bolesnej konfrontacji z rzeczywistością. Podróż do Włoch, jak stwierdza Muratów, winna być jednym z rozstrzygających doświadczeń moralnych. Ale tylko dla tego, kto przeszedł przez nie z godnością. Tylko ten wróci odmieniony.
Janusz Antos
Not only Goethe, returning to Weimar, having been called back from his Italian journey, had to replace the "clear blue sky [...] with grey one". For this lover of clear brightness, a journey to Italy - a country "so rich in forms" - was a form of escape from "shapeless Germany". After Goethe's "Italienische Reise", another "classic" description of Italian peregrinations came from another inhabitant of the North, Pavel Muratov. "The horizon of Tuscany", according to Muratov, "is always clearly marked with numerous, delicate lines of low hills. This is what the horizon in the homeland of great painters should look like. There is not a hint of our unclear sorrow and the unwept grief of our woods and ravines. The world is here as created by God, who gave people fruitful trees, wine and crops, and who not solely foretold them that they would suffer the hardships of work...". The mythical Tuscany, crystallised in Muratov's description, even if existed at all, has long been lost. It does not exist apart from the pages of the book, where it still remains, and apart from the paintings by former masters, as only through their art we are able to make an imaginary journey to it. Tuscany, therefore, increasingly resembles "hyperspace", often acquiring its properties and significance. It becomes increasingly more difficult to present, especially if it is to be something more than an easy paradise for painters and the viewers of their paintings.
If we wish to see how the images of Tuscany change, we can make another imaginary journey to Italy while observing the recent series of Tuscan landscapes by Iwona Fischer-Zuziak. Her Tuscany landscapes series, while being a continuation of the earlier series entitled Ogród Barbarzyńcy (The Garden of a Barbarian) simultaneously differ from her previous paintings. They allow us to experience the subtlety and the rough simplicity of the Tuscany landscape before or after the actual trip to this land. These paintings, brought to life in a Kraków workshop, originated from flashy glimpses drafted in Tuscany in the form of quick sketches. The artist, attempting to order the Tuscany Universum, often uses the discipline of geometry, which - in the case of a country "so rich in forms" - seems to be an almost natural action. The figures of a triangle, circle or a square, are not only an expression of a need for perfection, but mostly a testimony of a longing for the depth and clarity of life, a yearn for the absolute. Architecture in such a landscape, even serving per la grandezza della terra, seems only temporary.
The images of Tuscany by Iwona Fischer-Zuziak, while being a visualisation of a longing for the lost perfection, are also a presentation of difficulty in regaining the lost harmony. A journey to Italy, as Pavel Muratov noticed, broadens the range of our desires. Having great aspirations, we may easily slip and fall, and the fall from great height is very painful. This sublime longing, incorporated into the painting, is connected with the land and the time, through which it becomes more material and physical (which is also visible is the unintentional anthropomorphisation of the landscape), yet at the same time more capable of being lost. After the fall of the man, the world is different; reality is no longer clearly supernatural, nor completely natural. In the presentations of Tuscany landscapes by Iwona Fischer-Zuziak, who offen uses once sacral forms of diptych or triptych, apart from multiplications and reflections of reality (facilitated by these structures), there are also visible spiritual cracks and scars.
While contemplating the artistic images of Tuscany landscapes by Iwona Fischer-Zuziak, we resemble the inhabitants of Tuscany towns, characterised by Mutratov as "idle dreamers". As Muratov wrote, "Everyone looks far away, at the hills and at the valleys, which, becoming increasingly more blue, retire towards Florence, or Pisa, towards the great, broad world. How nice it must be [...] to dream about a far journey, about freedom, about a complete and rich life!" For a long time, some of us have been planning such a journey (others have already set off or are doing it at the moment), yet we often delay our departure being afraid of disappointment and the painful confrontation with reality. A journey to Italy, according to Muratov, should be one of the decisive moral experiences. Yet only for those who have survived them with dignity. Only those will return transformed.
Janusz Antos
Całe pokolenia krytyków sztuki oraz autorów podręczników szkolnych i akademickich zachwycały się znakomitym gustem starożytnych Greków - między innymi z powodu cudownej, nieskalanej bieli pozostałych w spadku po ich cywilizacji posągów. Gdzieś tak z grubsza rzecz biorąc w połowie XX wieku, kiedy głównie dla potrzeb elektroniki, wymagającej super czystych materiałów, opracowano metody mikroanalizy, chemicy wzięli na warsztat owe starożytne arcydzieła, po czym stwierdzili, że Grecy dostojne marmurowe rzeźby malowali - i to dość jaskrawo. Nauki przyrodnicze cieszyły się już wtedy wystarczającym autorytetem, aby tej rewelacji humaniści nie usiłowali podważyć; po prostu jest ona, przynajmniej w opracowaniach popularnych, wyniośle pomijana. W każdym razie, nikt nie wysunął na serio koncepcji, aby w ramach czynności konserwatorskich pomalować na przykład posąg Zeusa.
Bronisław Chromy swoich rzeźb malować nie musi, bo są kolorowe od chwili narodzin. Ktoś bardzo słusznie zauważył, że przy ich tworzeniu z upodobaniem stosuje receptę dokładnie przeciwną niż Michał Anioł. Jak wiadomo, ów tytan epoki renesansu twierdził, iż rzeźba potencjalnie istnieje w każdym kamieniu - trzeba ją tylko dostrzec i usunąć dłutem zbędne kawałki, aby ujawniła się w pełnej okazałości. Chromy niczego z kamienia nie usuwa, lecz uzupełnia gładkie otoczaki metalowymi odlewami tak, że stają się one elementami rzeźby, najczęściej zoomorficznej. Naturalne barwy kamienia i metalu stanowią integralną całość z przestrzenną formą. Współtworzą nastrój. Na pewno nieprzypadkowe są ostre i przyćmione zielenie patynowanego brązu Sów, Gołębi czy Żółwi - ani srebrzystoszara tonacja pierwszego wielkiego dzieła Bronisława Chromego, Cyklu oświęcimskiego. A od szkiców projektowanej rzeźby i operowania kolorem tylko mały krok do czystego malarstwa. Jak mawiali starożytni, vańatio delectat, „odmiana sprawia przyjemność".
Wielu artystów uprawiało jednocześnie oba te rodzaje sztuki. Bronisław Chromy jest wyjątkiem o tyle, że spróbował przenosić swe przemyślenia i nastroje na płótno w wieku dość późnym. Wypożyczył blejtram i farby od córki Kingi, w owym czasie studentki Wydziału Malarstwa krakowskiej ASP - i stworzył pierwszy „dorosły" obraz. Jak łatwo zgadnąć, obraz dobry, bo artysta w pełni dojrzały i powszechnie uznany nie pokazałby nam rzeczy błahej lub wręcz tandetnej. Po prostu, niczego byśmy się o takiej nieudanej próbie nie dowiedzieli. Wcześniej, gdy sam był jeszcze studentem, malował w wolnych chwilach, zapewne całkiem nieźle, skoro profesor Hanna Rudzka-Cybisowa proponowała mu naukę w swej pracowni. Propozycji nie przyjął, kwitując ją żartobliwą uwagą, że duży, silny chłop wyglądałby śmiesznie z lekkim pędzelkiem w dłoni. Może zresztą nie był to tylko żart: wykonanie rzeźby wymaga naprawdę solidnego wkładu ciężkiej, czysto fizycznej pracy, której przy sztalugach mogłoby brakować rosłemu, wychowanemu na wsi i zaprawionemu do codziennego wysiłku mężczyźnie.
Pierwszym moim odczuciem w zetknięciu z malarstwem Bronisława Chromego było zakłopotanie. To bardzo ludzki odruch. Najważniejsze zadanie Adama w rajskim ogrodzie polegało na nazwaniu otaczających go zwierząt, roślin oraz przedmiotów - i tak zostało do dzisiaj: czujemy się pewniej, gdy potrafimy coś nazwać, zakwalifikować. Te obrazy wymykały się próbom klasyfikacji już choćby przez swoją różnorodność. Stwierdzenie to okazało się jednak tylko źródłem kolejnej zagadki: odmienne między sobą dominującymi barwami, klimatem, obecnością lub brakiem ostrych kontrastów, nawet sposobem nakładania farby płótna w jakiś niepojęty sposób wołały, że wszystkie są pracami tego samego autora. Nie tylko dlatego, że artysta ukazuje w nich z reguły nie tkniętą działaniem ludzkiej ręki przyrodę, wyraźnie stroniąc od krajobrazów zurbanizowanych. Naturalnie, każdy kandydat na malarza albo stworzy swój indywidualny styl, albo prawdziwym malarzem nigdy nie zostanie - ale truizmem jest także uwaga, że choć Degas malował inaczej od Moneta, obaj należą do jednej grupy, w której przy najlepszej woli nie da się zamknąć na przykład Siemiradzkiego czy Repina. Malarstwa Bronisława Chromego nie udało mi się zaszufladkować w sposób zadowalający choćby tylko mnie samego, więc świadom swej porażki zstąpiłem z akademickiej katedry i po prostu dzielę się kilkoma czysto osobistymi wrażeniami na ich temat.
„O zieleni można nieskończenie" - napisał Julian Tuwim. Ta poetycka uwaga sprawdza się w przypadku obrazów Bronisława Chromego. Od zieloności niemal szarej w przytłumionym świetle zmierzchu do zieleni jaskrawej świeżością wiosennej trawy, od tonów świetlistych do graniczących z czernią - zieleń jest obecna wszędzie. Czasem dopełnia ją błękit wody i nieba, czasem podkreśla, kontrastuje agresywna czerwień. Wolno domniemywać, że artysta po prostu lubi ten kolor - czy raczej całą gamę zielonych tonacji. Może to efekt spędzonego na wsi dzieciństwa, może sympatia wzięła się od zielonkawej barwy patyny, którą w swej pracowni pokrywał brązowe rzeźby?. Mało istotne. Ważne, że zieleń owa dobrze służy pięknu. Właśnie prawdziwemu pięknu, bo nigdy nie odważyłbym się nazwać jego prac „ładnymi". Ładne, miłe, sympatyczne po stosunkowo krótkim czasie powszednieje, zaczyna pełnić rolę tła - natomiast obrazy Bronisława Chromego są w każdym wnętrzu akcentem dominującym. Przyciągają uwagę, aktywnie budzą rozmaite skojarzenia i refleksje. Nie pozwalają na obojętność. W najbardziej nawet wytłumionych kolorystycznie płótnach, takich jak Zakochani albo Uciszająca fale jawi się jakiś niepokój. Nie jest to nerwowość lub groza, lecz jakby ucisk ziarenka piasku, wokół którego wrażliwa dusza odbiorcy może uformować perłę. Gruboskórna - ucisku ziarenka piasku nie odczuje.
Oglądając obrazy z należnym namaszczeniem odniosłem przede wszystkim wrażenie, iż Bronisław Chromy maluje ruch. Jest to spostrzeżenie całkiem oczywiste w przypadku tak dynamicznych płócien jak Stadnina czy Narodziny Pegaza; w pokrętnym locie sportretowane zostały nietoperze, otoczone secesyjnie ukształtowanymi wirami ciemnego błękitu. W niezrozumiały, ale trafiający do mojej podświadomości sposób ruch jako potencjalna konieczność jest jednak także obecny w pejzażach na pierwszy rzut oka stabilnych, wyważonych. Patrząc na nie mimo woli oczekuję, że przyczajone na brzegach polanki cietrzewie za chwilę bojowo rzucą się na siebie, zastygłe nad jeziorem w hieratycznych pozach żurawie rozwiną szeroko skrzydła i wzbiją się w powietrze, czapla błyskawicznym ciosem dzioba pochwyci nieostrożną rybę, spokojnie wędrujące po ściernisku kuropatwy zerwą się do ucieczki po dostrzeżeniu jakiegoś niebezpieczeństwa. Nawet patrząc na cichy staw z kwitnącymi nenufarami spodziewam się jakiejś niespodzianki. Może za moment odpoczywająca na Uściu żaba złapie przefruwającą nieopodal ważkę, może z głębiny wynurzy się nagle jakiś znacznie od niej potężniejszy drapieżnik? Na marginesie dodam, że artysta namawiał kiedyś prezydenta Krakowa, aby w nurcie Wisły naprzeciw Wawelu umieścić łeb buchającego ogniem smoka, a na brzegu wesprzeć dwie wielkie, gadzie łapy. Te widoczne elementy pozwoliłyby domyślać się widzom ogromu ukrytego w wodzie potwornego cielska, de facto nie istniejącego. Koncepcja bardzo się prezydentowi spodobała, drogę do jej realizacji zamknęły pustki w miejskiej kasie.
Ruch w obrazach Bronisława Chromego nie jest jednak chaosem, lecz harmonią. Jest melodią - nie tylko w impresji Mazurskiego koncertu lub Muzyki jeziora. Konie niczym planety wirują po wyznaczonych prawami fizyki orbitach wokół słońca - Pegaza; napowietrzny balet nietoperzy poddaje się koncepcji niewidzialnego choreografa, sowy płyną bezszelestnym, pełnym gracji lotem. Widać tu, podobnie jak na zwolnionych firmach przyrodniczych, że pozorna lekkość kryje w sobie siłę, że aby osiągnąć cel należy pokonać opór materii - powietrza, wody, piasku, trawy, a także własnego ciała.
Z twardym oporem materii - w dosłownym i przenośnym tego zwrotu znaczeniu - Bronisław Chromy borykał się przez całe życie. Urodził się w roku 1925 w małej wiosce Leńcze, położonej o trzydzieści kilometrów od Krakowa, w okolicy pięknej wprawdzie, lecz raczej ubogiej. Ubogimi byli też jego rodzice. Od krańcowej nędzy, od głodu potrafili się jakoś opędzić, ale kiedy dzieci ze wsi jechały na szkolną wycieczkę do Krakowa, mały Bronek musiał pozostać w domu. Nie starczyło pieniędzy na jej opłacenie. Po raz pierwszy zobaczył królewskie miasto, kiedy udało mu się namówić matkę na pieszą wyprawę. Trzydzieści kilometrów po piaszczystych i wyboistych prowincjonalnych drogach w jedną stronę, trzydzieści w drugą...Trzeba było naprawdę pragnąć nowych wrażeń, aby dokonać takiego wyczynu i wykazać wiele hartu ducha, aby potem wrócić do rzetelnego wypełniania codziennych obowiązków.
Niepowtarzalna atmosfera Krakowa nie spowodowała jednak wielkiego przełomu w upodobaniach Bronka. Odwiedził wprawdzie miasto jako siódmoklasista, ale też w pewnym sensie jako człowiek już ukształtowany. Rzeźbił od dzieciństwa - słabymi, dziecięcymi dłońmi w miękkiej brukwi, potem, nieco silniejszymi, w drewnie. Uskładała się z tego rzeźbienia pokaźna kolekcja podziwianych przez rodzinę i sąsiadów figurek, a także artystycznie wykonanych przedmiotów użytkowych - kubków, maselniczek, kołowrotków. Krótkie zetknięcie z zabytkami podwawelskiego grodu było raczej afirmacją wcześniejszych pragnień.
Ze zrozumiałych względów szkół na wsi ukończył niewiele. Nie tylko dlatego, że okolica bynajmniej nie obfitowała w instytucje oświatowe nawet w wolnej Polsce, a co dopiero w okresie hitlerowskiej okupacji, kiedy to śmierć, a nie muza często zaglądała ludziom w oczy. Parę razy zajrzała również Bronkowi - na przykład wtedy, gdy Niemcy zatrzymali go z kieszenią pełną fałszowanych kolczyków dla trzody. Za takie przestępstwo jak pozbawianie porcji mięsa nadludzi III Rzeszy można było od razu zostać rozstrzelanym. Ojciec zmarł, kiedy Bronek miał piętnaście lat. Dorastający chłopak musiał przejąć obowiązki gospodarza, pomóc matce uratować dom, ziemię, całe niebogate, ale przecież zapewniające egzystencję gospodarstwo.
Los uśmiechnął się do niego, gdy za sprawą starszego brata Jana znalazł zatrudnienie w artystycznej odlewni metalu Franciszka Kieslera. Jan był wysoko cenionym pracownikiem, właściciel zakładu przystał na jego prośbę. Talent dwudziestoletniego Bronisława - już nie Bronka - prawie natychmiast zwrócił uwagę popularnego w owym czasie rzeźbiarza, Karola Hukana. I stało się to, co w zwykłym trybie zdarzeń było niemożliwe: dzięki wręcz entuzjastycznej opinii profesora Hukana Bronisław Chromy został studentem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych - formalnie, zaraz po błyskawicznym uzyskaniu w eksternistycznym trybie świadectwa maturalnego. Nie znaczy to, że było mu łatwo: jako syn „kułaczki" (posiadającej raptem pięć hektarów jałowej, górskiej ziemi) musiał po nocach rozładowywać wagony, aby rano kupić kawałek chleba. Dopiero na drugim roku studiów dostał stypendium dla przodowników nauki, niezależne od wyliczonego urzędniczo statusu finansowego rodziny. Studiował pod kierunkiem rzeźbiarza światowego formatu, Xawerego Dunikowskiego - ale wbrew często powtarzanemu powiedzeniu, iż „w cieniu potężnych drzew nic nie wyrasta", on sam wyrósł na artystyczną osobowość wielkiej miary. Skądinąd, nie było winą Dunikowskiego, że znajdował tak licznych naśladowców; Bronisław Chromy wspomina go jako człowieka, który uczył go, jak być sobą.
Rzeźby Bronisława Chromego są powszechnie znane - nawet wśród ludzi, którzy nigdy nie zadali sobie trudu sprawdzenia, kto jest ich autorem. W Krakowie od roku 1963 stoi Smok Wawelski, a od roku 1992 - Pomnik Żołnierzy Polski Walczącej; na Placu Wolnica jest usytuowana Fontanna Grajków, na terenie Akademii Wychowania Fizycznego - pomnik Bronisława Czecha, przed Parkiem Lotników - pomnik upamiętniający polskich pilotów poległych na wszystkich frontach II wojny światowej. W Zielonkach koło Krakowa znalazł miejsce pomnik polskiego papieża, Jana Pawła II. Gdy monumenty przestano traktować ze śmiertelną powagą, w Krakowie stanęły także pomniki „Piwnicy pod Baranami" i psa Dżoka. Do jego najczęściej oglądanych dzieł należą także Pomnik Żołnierzy Polskich w Katowicach, pomnik Jana Pawła II w Tarnowie, pomnik ku czci polskich żołnierzy poległych w bitwie o Wielką Brytanię na Międzynarodowym Cmentarzu Wojskowym w Brookwood pod Londynem i pomnik Bartosza Głowackiego w Radzienicach koło Racławic. Ogółem, artysta wykonał siedemnaście pomników, setki rzeźb plenerowych i tysiące kameralnych. Samych smoków wawelskich wyszło z jego pracowni ponad sześćset - przy czym nie ma wśród nich nawet dwóch identycznych. Bronisław Chromy stworzył także „Głowy Piwniczan", statuetkę „Oskara Serca" dla Fundacji Kardiochirurgii w Zabrzu, medale Festiwalu Teatrów Lalek w Bielsku-Białej, statuetki „Złotego Smoka" oraz „Lajkonika" na krakowskie Międzynarodowe Festiwale Filmów Krótkometrażowych, statuetki „Pegaza" na zakopiańskie Przeglądy Filmów o Sztuce, medal na Międzynarodowe Biennale Twórczości Osób Niepełnosprawnych, medal na Bielską Jesień.
W realnym świecie Bronisław Chromy rzeźbi w materiałach trudnych - w sferze idei natomiast bez posądzenia o megalomanię może odnieść do siebie słynne słowa Horacego exegi monumentum aere perennius, „zbudowałem pomnik trwalszy od spiżu". Dodam, że na ów metaforyczny pomnik składa się także tom wierszy, z którym niebawem będziemy mogli się zapoznać. Nadal twórczy mimo przekroczenia osiemdziesiątki artysta w rozmowie ze mną zdradził sekret sukcesu, który wyniósł go z wiejskiej chaty na profesorską katedrę.
- Ci, co pracowali na roli, wiedzą, że wstać trzeba o świcie, aby ze wszystkim zdążyć; to mi zostało z dawnych lat - oświadczył.
Stwierdzenie tak proste, że aż wyrafinowane i genialne. Podobnie jak malarstwo Bronisława Chromego, które z niekłamaną przyjemnością prezentujemy w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego.
Jerzy Skrobot
, Pejzaże, martwe natury, kwiaty i portrety - te odwieczne tematy w malarstwie nie przestają inspirować współczesnych artystów i wzbudzać zainteresowanie ich odbiorców. W czasach dynamicznych zmian, nie tylko w sztuce, te proste motywy nabierają wręcz nowego znaczenia. Skutecznie bowiem przeciwstawiają się agresywnemu, krzykliwemu obrazowaniu z jakim mamy do czynienia w kulturze masowej, w mediach czy reklamie słusznie zwanych przemysłem kulturowym. I chociaż wytwórcy tych technologicznych obrazów - w tym kontekście określenie to bardziej pasuje do nich niż określenie „twórcy" - osiągają spektakularne efekty, zbliżając się czasem do efektu obrazu namalowanego ręką artysty, to mimo wszystko magia żywego malarstwa pozostaje czymś nader wyjątkowym i niepowtarzalnym. W tym przypadku nie działa the Culture of the Copy...Powstające dzisiaj dzieło sztuki malarskiej, a z takim mamy do czynienia w twórczości Kazimierza Wilka, stanowi swoisty azyl dla wyciszenia, kontemplacji i refleksji, która choćby na chwilę pozwala oderwać się od strumienia szybko upływającego czasu mechanicznej pracy i rozrywki. I choć świat kultury masowej nie pozbawiony jest atrakcji i zalet, których do końca nie da się zanegować to właśnie obraz będący wyrazem nie powierzchownej lecz złożonej osobowości artysty daje wyjątkową szansę uniknięcia pułapki bezmyślnej konsumpcji. Pomimo, że obraz można kupić tak jak każdy inny towar luksusowy to tym on się różni, że jest w gruncie rzeczy bezcenny w swej jednostkowości zawierającej siew śladach ręki konkretnego artysty i układających się w przeżycie, które możemy z nim dzielić ilekroć nasz wzrok jako okno naszej duszy skieruje nań swoją uwagę.
A zatem w stosunku do zakupionego obrazu powinniśmy posiąść tę zdolność by zrezygnować z traktowania go jako jedynie przedmiotu ozdabiającego nasz salon czy inne pomieszczenie w domu i dopasowanego do estetyki wnętrza. Co więcej, powinniśmy również zdobyć się na dystans w odniesieniu do jego warsztatowej maestrii oprawnej w złote ramy po to by móc dotrzeć do jego aury, do jego, nie bójmy się tutaj tego słowa, „duszy". Taką szansę dają nam obrazy malowane przez Kazimierza Wilka. Jako artysta jest on spadkobiercą tradycji kolorystycznej szczególnie związanej z krakowską Akademią Sztuk Pięknych będąc jej absolwentem. W ramach tej po impresjonistycznej opcji powstawały i nadal powstają dzieła będące swoistym artystycznym laboratorium różnorodnych rozwiązań w dziedzinie warsztatu malarskiego łączące w sobie temperament intuicję i refleksję przynależną danej osobowości twórczej. Wielu z nich nie obca jest historyczna świadomość źródeł takiego malowania co znajduje czasem wyraz w wizualnych cytatach. U Wilka będą nimi choćby nawiązania do słynnych nenufarów Moneta czy w bardziej wyrafinowany sposób znajdujące swoje odzwierciedlenie w reprodukcjach kalendarzy ściennych w niektórych martwych naturach.
Obrazy pokazywane na wystawie artysta podzielił na dwie kategorie. Są nimi obrazy tematyczne, jak je określa czyli takie w których wyraźnie dominuje jakiś identyfikowalny obiekt czy sylweta jak na przykład w obrazie ukazującym fragment Wawelu. Obok nich występują przedstawienia mające charakter kolorystycznego studium natury. Do ciekawszych zaliczyć można te przedstawiające staw, łąkę czy studium złamanego drzewa. Jednakże w sposobie potraktowania tematu i studium unika on jakiejkolwiek ilustracyjności czy symboliki. Jest to, powiedzielibyśmy, czyste malarstwo dla malarstwa.
Warto również zwrócić uwagę na warsztatową stronę tej twórczości ukazującą miejscami żmudną pracę artysty by wydobyć interesującą go wartość kolorystyczną warstwa po warstwie. To opracowanie dzieła sztuki przypomina miejscami szlifowanie drogich kamieni by nadać im wymagany blask. Bo przecież obraz, jak pisał wielki Polski kolorysta Józef Pankiewicz „(...) zanim zdamy sobie sprawę co przedstawia, jest dla nas przedmiotem, którego powierzchnię widzimy ozdobioną w pewien sposób."
Antoni Szoska
Landscapes, still-lives, floral compositions and portraits are the themes in painting that haven't stopped inspiring contemporary artists and their recipients. In the days of dynamic changes occurring not only in art, those simple motifs gain a new meaning. They effectively oppose the agressive imaging taking place in mass-media and advertising industry. They make up something called mass culture or even more precisely "'the culture industry". Although the manufacturer's of those technological images - in this context "manufacturers" fits better than creators - reach some spectacular effects, including the effect of a painting painted by an artist's hand, the magic of a "real" painting is still something extraordinary and unique. In this case The Culture of the Copy' doesn't work.
The art of today's painting, including Kazimierz Wilk's work, creates an extraordinary asylum where one can calm down, contemplate and reflect, leaving the fast current of life, mechanical work and entertainment behind. Although the world of mass culture is not completely bereft of certain attractive qualities, it is a painting itself that reflects the complex personality of its creator. This attribute of painted art renders the possibility of avoiding thoughtless consumption.
A painting can be bought as well as any other luxurious good. The difference between the two is present in our perception. A painting is in fact priceless in its unique form, having been marked by a particular artist's hand and creating an atmosphere that can be shared with him anytime our eyes - the windows of our soul - lay on it. Consequently we should develop a feeling towards the work of art that lets us treat it as something much more precious than an object merely ornamenting the walls of our house, carefully chosen to suit the design. What's more we should distance ourselves to its mastery framed in gold to gain the ability of understanding its atmosphere, and, let's not be afraid of this word - "soul".
We receive this opportunity through Wilk's art. As an artist he is following the Colourist tradition, especially the one connected with the Cracow Academy of Fine Arts, as he is its alumni. Colourism, a part of post impressionism, is a trend within which many works of art have been created. They contain a particular artistic laboratory dealing with various solutions in the field of painting workshop, gathering temperament, intuition and reflection belonging to a certain creative personality. Many ofthe works represent historical consciousness of such painting which is often reflected in visual quotations. In Wilk's art we can find references to famous nenuphars of Monet. We can also notice Wilk's more sophisticated illustrations of that in wall-calendar reproductions pictured in a few of his still-lives.
The works presented at this exhibition were divided into two categories. One them acquaints us with thematic paintings which portray identifiable objects or silhouettes. As an example we can point out the painting where the part of Wawel castle is visible. The other category constitutes of Colourist nature studies. The ones showing a pond, meadow or a study of a broken tree are the most interesting. However, we cannot see any pictoriality or symbolism in the way the theme or study is treated by the artist. It can be said that Wilk's painting here is just for the paintings sake.
The workshop part of his creative output is also worth to notice. The artist is working very hard in order to extract the most interesting colour layer by layer. This elaboration of arts work reminds of polishing precious stones to get the demanded shine and brightness. A great Polish representative of Colourism once said about a painting: „(...) before we realize what it represents, it is merely a surface we see ornamented in a certain way."
Antoni Szoska
Malarstwo Tomasza Karabowicza (rocznik 1971) to piękny przykład syntetycznego myślenia zarówno o portrecie jak i o martwej naturze w wymiarze ponadczasowym. Ten młody [...] twórca skoncentrował całą swoją uwagę przede wszystkim na tych dwóch - szczególnie popularnych w długich dziejach malarstwa - typach przedstawień. Ale świat Tomasza Karabowicza to świat wyjątkowo sterylny, pozornie zamknięty na wszelkie impulsy płynące z zewnątrz, a mimo to świat cichych dramatów rozgrywających się w skromnych, dziwnie pustych wnętrzach. Ich stosunkowo nieduża przestrzeń ograniczona została gładkimi i obojętnymi płaszczyznami ścian. [...]Obrazy artysty niepokoją znieruchomiałymi postaciami ludzkimi, które pozbawione emocji, nie prowadzą dialogu ze sobą, ani ze zdziwionym widzem, lecz siedzą wyprostowane, zamknięte w sobie, spoglądając prosto przed siebie obojętnym, nic nie mówiącym wzrokiem. Blaszany modelunek światłocieniowy, w połączeniu z czystymi barwami (dominanta miękkich i neutralnych odcieni pastelowych), tworzy całość tyle efektowną, co wyrwaną z realnej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której nie brakuje jednak alabastrowych pater i wazonów, szklanych dzbanków z wodą, porcelanowych filiżanek, talerzy, czy lampek nocnych, których zimne i matowe oraz na pół przezroczyste powierzchnie, zdają się nie reagować na ciepło niewidocznych promieni słońca i łagodnego, rozproszonego światła elektrycznego. Nawet owoce (głównie gruszki i jabłka) o kształtach bliskich idealnym znieruchomiały, stając się martwą naturą sensu stricte w starannie wypreparowanej przestrzeni.
Cisza i bezruch towarzyszące bohaterom obrazów Tomasza Karabowicza, ich obojętność na otoczenie, nasuwają nieodparcie skojarzenia z malarstwem europejskim lat trzydziestych XX wieku, a z tzw. nurtem Nowej Rzeczowości przede wszystkim. Ale o ile jej twórcy (głównie malarze niemieccy oraz ich polscy odpowiednicy) pokazywali świat ludzi żyjących i tworzących w konkretnej (bardzo zresztą upolitycznionej) rzeczywistości, to bohaterowie płócien Tomasza Karabowicza istnieją w rzeczywistości wykreowanej sztucznie, z pełną świadomością i konsekwencją tego faktu. Być może dlatego są oni i towarzyszące im przedmioty bardziej tajemniczy i niepokojący, a tym samym wzbudzający uzasadnione zaciekawienie oglądających je widzów.
Lechosław Lameński
„Im częściej dane jest nam patrzeć na to, co dzieje się w sztuce współczesnej - tym częściej stwierdzamy anonimowość powstających dzieł. Nie jest to jednak anonimowość jaką słynęło średniowiecze - zrodzona z pokory wobec natury i wartości nadprzyrodzonych. (...)
Szukamy więc dzieł zza których patrzył by na nas człowiek, ze swoimi upodobaniami i antypatiami z radością i smutkiem, dający szansę obcowania ze światem poprzez dzieło. Ze światem często bardzo nawet złożonym i nie zawsze na pierwszy rzut oka zrozumiałym - ale światem własnym.
Obrazy Krystyny Sieraczyńskiej - prezentują taki właśnie własny, niepowtarzalny świat.
Malowanie jest dla artystki tej, bardzo ważną częścią jej życia. Zbyt ceni sobie tradycyjną formę obrazu, zbyt wiele widziała w największych zbiorach Paryża, Madrytu i Londynu, aby wszystkie te doświadczenia porzucić dla niesprawdzonego i błahego poszukiwania.
Pojawia się więc na tych obrazach motyw. Fragment czynszowych krakowskich kamienic, epizod portowego krajobrazu, zwierzę czy człowiek.
„Motyw ten ulega w cyklu płócien przetwarzaniu, pogłębieniu. Jest to przy tym zabieg nie idący w kierunku wymyślania nowych czy zaskakujących zestawień form czy koloru. Malując serie pewnych motywów Krystyna Sieraczyńska szuka w nich istoty ich oddziaływania, nastroju, nie zapominając jednak o materii malarskiej, o zdecydowanie kreślonych liniach pionów i poziomów - nie zapominając o strukturze obrazu.
Te dwie cechy - malowanie cyklów tych samych motywów oraz zwrócenie uwagi na wewnętrzną konstrukcję obrazu - świadczą wymownie o tym, że u podstaw malarstwa Krystyny Sieraczyńskiej leży harmonijne połączenie działania emocjonalnego z podbudową intelektualną. Nie jest to więc malarstwo - zabawa, lecz malarstwo będące szczerą i przemyślaną wypowiedzią człowieka. (...)
Rysunki Krystyny Sieraczyńskiej pozwalają nabrać pełnego zaufania do jej drogi twórczej. Z pełną satysfakcją oglądamy te mocne i pewnie, a zarazem z dużą delikatnością kreślone notatki. Łącznie z malarstwem dają one wyobrażenie o metodzie pracy artystki, gdzie rzetelna obserwacja natury - zajmuje miejsce niepoślednie.
Zestaw pokazanych rysunków - pozwala więc zobaczyć, że na nich właśnie odbywa się pierwszy etap opracowywania obrazu. W tej sytuacji artystka może pokazać swoje rysunki z przekonaniem, że wartość jej prac, o których wspominaliśmy poprzednio - są sprawdzalne, między innymi właśnie na rysunkach." (...)
Stanisław Rodziński
Po przyjeździe do Polski z Kijowa w roku 1991 Anna Kostenko weszła w krakowskie środowisko artystyczne bez jakichkolwiek obciążeń, z boku - mogła dokonywać wyborów w sposób w pełni świadomy, bez bagażu wyrastania z tutejszej swojskiej artystycznej gleby.
Zetknięcie z Krakowem i Akademią Sztuk Pięknych ukierunkowało młodą artystkę szczególnie ku tradycji polskiego koloryzmu, jakże żywego w twórczości malarskiej profesorów ASR a zwłaszcza Juliusza Joniaka czy Jana Szancenbacha, jej akademickiego nauczyciela. Anna Kostenko była uważnym obserwatorem patrzącym z boku na dzieje i aktualne stawanie się krakowskiej sztuki. Jej szczególny charakter i silę dostrzegła w zmaganiach kolorystycznych. I właśnie z tym konkretnym nurtem łączy początki swej twórczości Anna Kostenko.
Nie jest to jednak bynajmniej bezkrytyczne poddanie się wpływom profesorów. Artystka szuka własnej drogi. Zbyt silny i indywidualny jest jej temperament, zbyt wielką energią naładowany jest jej talent, by poddać się bezkrytycznie komukolwiek. Jeśli w jej twórczości widoczne jest artystyczne duchowe ojcostwo Jana Szancenbacha, to nie na zasadzie naśladownictwa, lecz jako wynik twórczej dyskusji. Dyskusja z mistrzem prowadzona jest przez artystkę trochę na zasadzie próby sprawdzenia swych możliwości wypowiedzenia się poprzez ustalone z góry środki i sposoby wyrazu. Jednakże dyskusja artystyczna z Szancenbachem i całym polskim koloryzmem nie jest w twórczości artystki tendencją najważniejszą - jest hołdem oddanym mistrzowi, podziękowaniem za serce, opiekę i wskazywanie drogi w latach studenckich poszukiwań.
W jej dotychczasowym dorobku artystycznym dostrzegamy szereg sprzecznych lub ostro ścierających się tendencji, które jednak czasem uzupełniają się bezkonfliktowo, występują równolegle obok siebie. Świadczy to o intensywnym poszukiwaniu własnej drogi. Ta różnorodność to dowód na brak zgody na zbyt szybki kompromis, na który łatwo mogłaby pójść, choćby przetwarzając z talentem Szancenbacha, co udowodniła, że świetnie potrafi. Lecz bynajmniej jej to nie zadowala, przeciwnie, prowokuje do ruchów w inne strony. Czasem jest to starcie z twórczością dawnych mistrzów - takich jak Toulouse-Lautrec, E. Schiele czy G. Klimt - pamięta o nich, gdy tworzy niektóre swoje siedzące postacie czy akty, a przetwarza reminiscencje oglądanych mistrzów w swój własny, ekspresyjny sposób.
Te różnorodne tendencje poszukiwania własnej drogi nazywa artystka cyklami, czując ich odrębność, a starając się w pełni zachować własną tożsamość. Powstają więc cykle kolorystycznych martwych natur, cykle z licznych podróży, oraz akty, gdzie artystkę inspiruje sam ogląd modela, jak i rozległa wiedza - czasem bardzo ciążąca - o różnorodnych możliwościach jego przedstawiania.
Malując bardzo piękny w vuillardowskich kolorach akt, „Siwa" (olej, płótno, 70 x 100 cm, 1995), w którym świetnie zestawia kolory, artystka przestaje interesować się formą, wydaje się być ona dla niej bez większego znaczenia. Widz może odczytywać to jako zgrzyt, brak zainteresowania formą i zadawać sobie istotne pytanie, czy wysublimowana gra barwna, zderzająca się z pozornie ewidentnymi brakami w studium anatomii, jest zamierzona czy też nie. Czy można przyjąć wytłumaczenie tych wad li tylko zainteresowaniem samą grą barw? „Siwa" działa na widza niepokojąco, wręcz prowokuje pytania o granicę możliwości poprawnego przedstawiania formy, gdy smakuje się świetnie zestawione kolory. Ogląd tego obrazu powoduje w widzu pewien niedosyt w całościowym jego odbiorze. Świetnie pokazana karnacja kobiety siedzącej na tapczanie pokrytym kapą w czerwone pasy, odcina się od bogato namalowanego matissowskiego, czy w swej secesyjnej dekoracyjności, wręcz klimtowskiego tła.
Inny interesujący akt, „Obojętna" (olej, płótno, 70 x 80 cm 1997), przedstawia brzydulę w czarnych rajstopach, z ogromnymi prowokacyjnie nieforemnymi piersiami, o twarzy stylizowanej maski afrykańskiej z wczesnych obrazów Picassa, leżącą na namalowanym ostrą czerwienią tapczanie. Podkreślenie brzydoty zdeformowanym rysunkiem wydaje się być tutaj zamierzone. Obraz utrzymany w paru kolorach: róż karnacji ciała, czerwień sąsiadująca z czernią i pas szarości w tle. Oszczędne zestawienie dużych płaszczyzn barwnych prowadzi tu do zaskakującego efektu, w którym brzydota staje się dekoracyjna.
Artystka często maluje brzydkie kobiety, wręcz lubuje się ich brzydotą i nieforemnością. Do takich obrazów należy graficznie namalowana obwiedziona czarnym konturem „Naga" (olej, płótno, 80 x 70 cm, 1997) czy podwójny akt „Babskie pogaduchy" (olej, płótno, 90 x 80 cm, 1997). Płaskie formy obrysowane ciemnym konturem, nawiązujące prawie do nabistów, zakłócone są ostrymi, fowistycznie zgrzytliwymi czerwonymi plamami, które niejako ożywiają cały obraz, a jednocześnie wprowadzają poprzez te krzykliwe elementy czerwieni atmosferę niepokoju.
Często w obrazach Anny Kostenko postacie rozsadzają ramy obrazu, jakby częściowo wychodzą poza krawędź blejtramu, przedstawione są z uciętymi głowami czy nogami. Widz zadaje sobie pytanie, czy jest to niedopracowanie kompozycyjne, czy też świadome działanie, zamierzone przez artystkę. Chyba to ostatnie, gdyż w prawie wszystkich przypadkach taka rozsadzająca ramy kompozycja ma uzasadnienie, o czym świadczą zastosowane przez artystkę środki malarskie. W „Pustce" (z cyklu „Karolina", olej, płótno, 100 x 90 cm) takim środkiem jest wkomponowanie nagiej postaci w drabinki regalu, harmonijnie porządkujące obraz, dzielące go na trzy wyraźne części: w pierwszej umieszczone jest niebieskie krzesło, w drugiej akt kobiecy, w trzeciej widoczny jest cień przedstawionego modela. W „Mimi w czarnych rajtkach" (z cyklu „Karolina", olej, płótno, 70 x 80 cm, 1997) postać siedzącej modelki również rozsadza obraz, niemniej ucięta częściowo od góry głowa wciśnięta jest w wewnętrzną ramę, którą stanowi namalowany w tle blejtram odwróconego obrazu, tworząc wokół głowy modelki jakby artystyczną aureolę. Bardzo piękny jest obraz „Maluję ją" (olej, płótno, 75 x 75 cm, 1997) - szary akt siedzącej na krześle modelki, której kształty podkreślone są częściowo czarnym konturem. W aktach kobiecych wyraźne jest zafascynowanie ekspresjonizmem niemieckim, szczególnie w takich obrazach jak „Sen I" ( olej, płótno, 1995) czy „Sen II" ( olej, płótno, 100 x 90 cm, 1997), a które byty konsekwencją podróży artystki do Niemiec (1992 i 1993 r.).
Wyodrębniającym się wyraźnie na tle dotychczasowej twórczości artystki jest cykl „afrykański", będący reminiscencją podróży na archipelag kanaryjski w lutym i marcu 1997 roku. Na wyspie La Gomera odnalazła artystka atmosferę pejzażu, który kojarzyła z Afryką, a czarnym kontynentem była zafascyowana od dawna. Na wyspie zderzyła się z klimatem odpowiadającym na jej oczekiwania i wyobrażenia o egzotycznych krajach, innych kulturach, ludziach o ciemnej karnacji i swoistym kolorycie ubiorów, sposobie chodzenia i poruszania się.
Do najciekawszych należy tu obraz „Masaje III. Mama" (olej, płótno, 60 x 70 cm, 1997) ukazujący na pierwszym planie półpostacie murzyńskie w białych szatach. W obrazie tym czerń głów harmonizuje z bielą strojów, ugrami tła i czerwienią ubrań postaci stojących na dalszym planie. Równie interesujące jest „zdjęcie grupowe" - „Masaje II" (olej, płótno, 72 x 91 cm, 1997), przedstawiające czarne postacie w czerwonych strojach na neutralnym tle. Na uwagę zasługuje również archetypiczne ujęcie postaci matki z dzieckiem „Masaje V. Nie dosięgnę.", (olej, płótno, 75 x 75 cm, 1997) czy „Masaje IV. Rodzina." (olej, płótno, 80 x 65 cm, 1997). W cykl ten dobrze wpisuje się obraz „Moje jagnię" (olej, płótno, 80 x 70 cm, 1997), nie będący wprawdzie efektem wspomnień z podróży do Afryki, lecz tworzony podobnymi środkami, a przedstawiający postać chłopczyka z Peru. Podobne jest tutaj potraktowanie postaci jako malarskiego modela, podobny sposób jego odniesienia do rzeczywistości, gdzie neutralne tło uogólnia konkretnie zaobserwowaną postać.
Także podróż do Irlandii we wrześniu 1997 zaowocowała interesującymi obrazami. Ciekawe efekty malarskie prezentują pejzaże z pasącymi się owcami, szerokie hale zamknięte na horyzoncie pasmami gór, przekształconymi na plamy barwne daleko odchodzące od lokalnego koloru. Niemniej, obrazy te świetnie oddają atmosferę spokojnego pejzażu irlandzkiego jak np. „Irlandia II" (olej, płótno, 75 x 75 cm,1997).
Jak prawie każdego twórcę, od najmłodszych lat ciągnęło artystkę do Francji, a szczególnie do Paryża. Wyjeżdżała tam wielokrotnie (1993, 1996, 1997), a z każdego wyjazdu przywoziła ze sobą notatki, rysunki i szkice mających powstać obrazów. Zafascynowanie malarskością Paryża, gdzie każdy kąt i każde miejsce wyobraźnia artystki potrafi zamienić w inspirujący motyw malarski, przyniosło w efekcie podróży spory cykl przedstawiający postacie przy stolikach kawiarnianych, np. „Paryżanka" (olej, tektura, 50 x 35 cm, 1997), „W kawiarni" (akryl, tektura, 50 x 70 cm, 1997), „Kelner" (olej, tektura, 50 x 35 cm, 1997), widoki pejzażu miejskiego, jak np. wejścia do secesyjnych „Stacji do paryskiego metra" (olej, tektura, 50 x 70 cm, 1997), czy barki nad Sekwaną.
Wykonywane w trakcie pobytu w Paryżu rysunki i szkice olejne na kartonie i papierze, tworzone w małych formatach stały się podstawą do namalowania przez artystkę po powrocie z podróży do Polski cyklu dużych olejów na płótnie przedstawiających głównie weduty Paryża. Malowane czasem tak jak robili to impresjoniści, uwzględniając rozmaite oświetlenie w różnych porach dnia, jak w katedrze „Notre Dame" (olej, płótno, 70 x 80 cm, 1997), czy w serii widoków Paryża z brzegów Sekwany, ukazujących w śmiałych kolorach fioletów, różu - „Paryż różowy" (olej, płótno, 70 x 80 cm, 1997), czy pomarańczowym - „Paryż pomarańczowy" (olej, płótno, 90 x 100 cm, 1997). Są to dzieła nawiązujące silnie do obrazów przedstawiających Paryż, malowanych przez impresjonistów czy fowistów, od Pisarro i Sisleya po Andre Deraina i Vlamincka. Jednakże są to pejzaże przeżywane bardzo indywidualnie i pokazujące mocny własny malarski pazur, jak też dużą wrażliwość na światło i zmieniające się nieustannie gry odcieni barw obserwowanego wycinka rzeczywistości.
Inną obszerną grupę stanowi cykl przedstawiający głównie martwe natury, takie jak: „Stół z warzywami" (olej, płótno, 90 x 100 cm, 1997), „Kapusta biała i czerwona" (olej, płótno, 90 x 100 cm, 1996), „Martwa natura z białym koszem" (olej, płótno, 90 x 100 cm, 1998), czy wreszcie powstała w kilku wersjach kolorystycznych kompozycja „Czerwona martwa natura" (olej, płótno, 90 x 100 cm, 1997), oraz jej pomarańczowy odpowiednik.
Silną stroną obrazów Anny Kostenko jest ich kolorystyka, natomiast kompozycja niektórych przedstawień może być przedmiotem dyskusji. Często ryzykanckie kompozycje ratowane są przez wrażliwie odczuwającą artystkę ledwo zauważalnym delikatnym szczegółem wprowadzanym do obrazu. Takim z pozoru małym, acz istotnym elementem, odgrywającym ważną rolę w harmonizowaniu kompozycji jest podpis artystki wprowadzany często ostrym kolorem w obraz, wyraźnie świadomie stosowany jako środek artystyczny.
Malarstwo Anny Kostenko, niezależnie od tego, że jej poszukiwania biegną w kilka stron, wpisuje się w całości w nurt daleki od awangardowych eksperymentów czy abstrakcji. Artystka reprezentuje nurt realistyczny, acz jest to realizm przekształcony, nie bojący się deformować i odchodzić czasem daleko od kolorów przypisywanych przedmiotom czy barwom lokalnym. Nie jest to sztuka eksperymentująca intelektualnie - jest to sztuka czucia i przeżywania. Przeżywania koloru poddanego różnym wariacjom w zależności od emocjonalnego stanu ducha. W zależności od nastroju, zmęczenia, lub pory dnia, ten sam oglądany w rzeczywistości lokalny kolor przeżywany jest przez młodą artystkę w inny sposób.
Mamy tu do czynienia z malarstwem naładowanym energią i pełnym temperamentu sterowanego chwilą odczuwania. Zmieniające się emocje powodują wyraźne zmiany w przetwarzaniu na płótno tego, co widzi poprzez swój temperament. Efekty tego artystycznego widzenia dają nam nadzieję na dalszy ciąg, na który będziemy czekać z dużym zainteresowaniem i niecierpliwością.
dr Józef Grabski, IRSA
When Anna Kostenko arrived in Kraków in 1991, she joined the Krakow artistic circles unprejudiced. She could make her own choices consciously, not being burdened with the baggage of experience with growing up here.
Her encounter with Kraków and of the Academy of Fine Arts steered the young artist in the direction of Polish Colorism, still alive in the oeuvre of the professors of the Academy such as Juliusz Joniak and Jan Szancenbach, her academic teacher. Standing aloof, Anna Kostenko was an intent observer of the history of Kraków art and its current process of development. She saw its particular character and power in colourist struggles. Consequently, she linked the beginning of her artistic career with the Colourist movement.
This was not, however, an uncritical submissiveness to her professors' influences. Instead, the artist looked for her own paths in art. Her temperament is too strong and original, and the talent too powerful for her to yield to anybody uncritically. If one traces in her works spiritual similarities with Jan Szancenbach's paintings, they have nothing to do with imitations but are the results of creative discussion between the two artists. Every dialogue with the master is a little like a test of her abilities to communicate through the use of the already established means and ways of expression.
In her works we can notice both a number of contradictory or sharply conflicting tendencies and trends which coexist peacefully. This heterogeneity is a sign of the artist's search for her own artistic methods and solutions. It is also the proof that she does not compromise easily, although as armed with her talent as she is, she could. She is not to be satisfied with a simple transformation. On the contrary, she is provoked to manoeuvering in different directions. Sometimes she verges upon the creativity of older masters such as Toulouse-Lautrec, E.Schiele and G.KIimt, She remembers them when she paints seated figures and nudes but always reprocesses the reminiscences of their works in her own, expressive way.
The artist groups these various tendencies in looking for her own style in cycles, thus stressing their separateness and simultaneously trying to maintain her identity. She uses colourist cycles of still lifes, of paintings from numerous voyages and of nudes, in which case the artist is inspired by the model's looks and her vast knowledge of different possibilities of presenting the model on canvas. When painting a nude named "The grey-haired" (oil, canvas, 70 x 100 cm, 1995), in colouring resembling Vuillard, the artist shed her interest in the form, which seemed of no real importance to her. The observer can perceive it as a discord and wonder whether a contrast between a refined play on colours compared to the evident inexactness in the anatomic study is intentional or not. Can we assume that those inaccuracies can be justified by the artist's interest only in the play on colours? "The grey-haired" has a disturbing effect on the viewer. It provokes questions about the limits of possibilities of correct presentation of the form in the situation when there are excellent colours to perceive first of all. The picture leaves the spectator a little perplexed. The beautifully painted complexion of the nude sitting on the sofa, which is covered with a cloth in red stripes, contrasts with the rich and decorative, Matisse-like or even Klimt-like surrounding.
Another interesting nude "Indifferent II" (oil, canvas, 70 x 80 cm, 1997) shows an ugly woman in black stockings with huge breasts, provocative in their shapelessness, with a face which resembles an African mask from Picasso's early works, who lies on a bright red sofa. The sparing composition of large colour planes creates a surprising effect when the ugliness becomes decorative.
The artist frequently paints ugly women and seems to be fascinated with their ugliness and shapelessness. This found expression in such paintings as "Naked I" (oil, canvas, 80 x 70 cm, 1997), graphic-like picture with the figure bordered with a dark contour, and "Women chatting" (oil, canvas, 90 x 80 cm, 1997). Flat forms bordered with dark contours which correspond to the Nabists, are disrupted by sharply red and Fauve-like, grinding spots, which on the whole enliven the picture and, thanks to the introduction of bright red, cause anxiety.
Frequently, human shapes in Anna Kostenko's paintings seem to burst free from the frames. Some of them are "beheaded" others have their legs cut off. Spectators wonder whether this is due to the inaccuracy of composition or the artist's conscious and planned act. It must be the latter possibility since in almost all cases when the compositions burst out of the frames they are well-founded by the employed artistic means. The painting entitled "Emptiness" (Karolina cycle, oil, canvas, 100 x 90 cm) is a conscious and harmonious composition of a naked figure against the background of a bookcase, the structure of which introduces order and divides the work into three clear parts: the first one shows a blue chair, the second a naked woman and in the third one a shadow of the model is visible. In "Mimi in black tights" (Karolina cycle, oil, canvas, 70 x 80 cm, 1997) the artist presents a figure of a seated model that does not fit into the frames. Still, the model's partly cut off head is squeezed into inner frames of a stretcher of an upturned painting in the background, which constitutes a kind of aureole around the model's head. The composition "Painting her" (oil, canvas 75 x 75 cm, 1997) is a very beautiful nude. The grey body of a model seated in a chair is partly outlined with a black contour. By painting nudes the artist manifests her interest in German Expressionism, which is particularly visible in such works as: "Dream I" (oil, canvas, 1995) and "Dream II" (oil, canvas, 100 x 90 cm, 1997), that were the outcome of the artist's trips to Germany (in 1992 and 1993).
The cycle of paintings which clearly stands apart is the "African" cycle containing the reminiscences from the Cana¬ries where the artist traveled in February and March 1997. On La Gomera island she found the landscape which made her think of Africa with which she had been fascinated for a long time. On the island she was impressed by the climate fairly matching the expectations and ideas she had about exotic countries, alien cultures, dark-skinned people and specific co¬lour compositions of clothes, rhythm of gait and movement.
One of the most interesting in the cycle is the painting entitled "Masai III" (oil, canvas, 60 x 70 cm, 1997) which shows Negro figures in white robes. The blackness of the heads matches the whiteness of the clothes, the ochre setting and the red of the clothes of figures painted in the background. A "group picture" entitled: "Masai II" (oil, canvas, 72 x 91 cm,1997) is equally interesting. An archetype figure of a mother with a child presented in "Masai V. I won't reach it" (oil, canvas, 75 x 75 cm, 1997) and "Masai IV. Family", canvas, 80 x 65 cm, 1997) are truly worth paying attention to. Another painting "My lamb" (oil, canvas, 80 x 70 cm, 1997), showing a little boy from Peru, fits well into the cycle because it was created by the use of similar means. Similarities lie in the way of treating the little boy's figure as a model and of setting it in a neutral background which generalizes the concrete shape.
Also the trip to Ireland in September 1997 produced interesting paintings. In the landscapes with grazing sheep, vast mountain pastures bordered with mountain ranges on the horizon the interesting effects were obtained through the use of colour spots which differed from the local colour. None the less, they convey the true atmosphere of the quiet Irish landscape, for instance, "Ireland II" (oil, canvas, 75 x 75 cm, 1997).
Like in the case of every artist, Anna Kostenko dreamed of traveling to France, particularly to Paris. She went there a number of times (1993,1996,1997). She always returned loaded with notes, drawings and sketches for her future paintings. Her fascination with Paris where every comer is so picturesque and inspiring that the artist's imagination can transform it into a pictorial motif, resulted in a big cycle of paintings presenting figures seated at cafe tables, e.g. "The Parisians" (oil, cardboard, 50 x 35 cm, 1997), "In the cafe"(oil, cardboard, 50 x 70 cm, 1997), "Waiter" (oil, cardboard, 50 x 35 cm, 1997), views of the city, e.g. entrances to the art deco "Stations of the Paris underground" (oil, cardboard, 50 x 70 cm, 1997) and barges on the Seine.
The drawings and oil sketches on cardboard and paper of small sizes, which the artist prepared during her stay in Paris, later in Poland became the bases for large oil canvases presenting mostly the views of Paris. They are sometimes painted in the manner of the Impressionists, with respect to different lighting depending on different times of the day, e.g. "Notre Dame" (oil, canvas, 70 x 80 cm, 1997) or a cycle of city views from the banks of the Seine which show Paris in daring violet and pink: "Pink Paris" (oil, canvas, 70 x 80 cm, 1997), and in orange: "Paris in Orange" (oil, canvas, 90 x 100 cm, 1997). These works clearly correspond to the Paris townscapes by the Impressionists like Pisarro and Sisley and the Fauves like Andre Derain and Vlaminck. However, they are very individual and manifest the artist's original approach to the theme, her great sensitivity of the perception of light and constantly changing colour hues in the section of the reality she observed.
Another large group of canvases is formed by the cycle of still lifes such as: "Vegetables on a table" (oil, canvas, 90 x 100 cm, 1997), "White and red cabbage" (oil, canvas, 90 x 100 cm, 1996), "Still life with white basket" (oil, canvas, 90 x 100 cm, 1998) and a composition in several colour versions, namely "Still life in red" (oil, canvas, 90 x 100 cm, 1997) and its counterpart in orange.
The strong point of Anna Kostenko's paintings is their colouring. On the other hand, the composition of some themes may arouse discussion. Some risky effects are often saved when the sensitive artist introduces into her paintings tiny and hardly noticeable details. Such a seemingly trifling but still important element, effecting the harmony of her works, is the artist's signature affixed in bright colour, clearly used as a conscious artistic means of expression.
The painting of Anna Kostenko, in spite of the fact that her search goes in various directions, is unquestionably far from avant-garde experiments or abstract trends. The artist represents the Realist movement although, this is rather a transformed realism which is not afraid of deformations or experiments with colours. Hers is not an intellectually experimenting art. It is the art of feeling and experiencing. It manifests the sifting of colour through its different hues depending on the artist's emotional state. The colours of the real world are subjected to the artist's different states of perception dictated by her mood, tiredness or time of the day, and thus are seen differently.
In the case of Anna Kostenko's works, we deal with painting which is saturated with energy and temperament steered by feelings. Changing emotions affect the results on the canvases. The artist perceives the world through her temperament. The effects of her artistic perception make us hope for more. We shall look forward to and anxiously wait for her new paintings.
Dr. Jozef Grabski IRSA
Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie od momentu swego powstania w 1854 roku stara się nieść pomoc polskim artystom, a ostatnio otacza swą opieką również młodych utalentowanych studentów polskiego pochodzenia, których rodziny przed laty znalazły się niespodziewanie poza granicami Polski. Towarzystwo, czując moralny obowiązek, pragnie pomóc tym młodym ludziom, którzy w kraju swych ojców często borykają się z wieloma trudnościami.
Należy do nich Anna Kostenko z Ukrainy, urodzona w 1975 roku w Kijowie. Przybyła do Krakowa w 1991 roku i, pokonując wiele barier, dzięki swojej ogromnej pracowitości i niewątpliwym talencie, w drugiej próbie uzyskała indeks w wymarzonej Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa w przełomowym dla niej 1993 roku. Zdecydowanie wybrała pracownię prof. Jana Szancenbacha, która fascynowała ją już wcześniej.
W 1997 roku Pan Profesor wyróżnił ją ufundowanym przez siebie prywatnym stypendium na wyjazd studyjny do Paryża. Chciał pomóc jej w ten sposób w poznawaniu zachodniej kultury, galerii europejskiego malarstwa oraz atmosfery panującej w tej światowej Mekce artystów.
Będąc w Paryżu, Anna Kostenko nie mogła powstrzymać wewnętrznej potrzeby notowania tego, co ją otaczało, co odkrywała, najczęściej na świetnie nadających się do tego celu kartonach pocztowych. Po powrocie, w Krakowie kontynuuje ten paryski epizod, zamieniając jednak kartonowe notatki na płótna, a te wielu zaskakują.
Gdy w styczniu 1998 roku ta filigranowa, mówiąca śpiewną polszczyzną, jeszcze wtedy studentka, zjawiła się w Pałacu Sztuki, by prosić o umożliwienie zorganizowania Wystawy Podyplomowej w Dolnym Pałacu Sztuki, natychmiast, przy pełnej akceptacji Odrodzonego Zarządu TPSP, wyraziłem zgodę.
I oto teraz, w czerwcu 1998 roku, kolejna studentka polskiego pochodzenia ma w Pałacu Sztuki swoją pierwszą samodzielną wystawę, właściwie już jako absolwentka ASP.
Życzę jej sukcesów w życiu osobistym i artystycznym, mając nadzieję, że jej upór, pracowitość i talent zostaną w świecie dostrzeżone.
Zbigniew Kazimierz Witek
Anna Kostenko, born in Kiev in Ukraine in 1975, is one of them. She arrived in Kraków in 1991. After having broken down many barriers thanks to her unquestionable talent she was admitted into the Academy of Fine Arts in Kraków, Department of Painting, in 1993, which turned out to be a critical year in her life. She did not hesitate but chose Prof. Jan Szancenbach for her teacher since she had been fascinated with him for years.
In 1997 Professor Szancenbach singled her out awarding her his private grant for a painter in Paris. He wished to help her to learn the Western culture, enable her to visit galleries of European painting and experience the atmosphere prevailing in this artistic Mecca.
Being Paris she could not restrain her inner need to record the new world that she discovered. The material that she found perfectly suitable for drawings and sketches was the postal cardboard. After her return to Kraków she continued her French episode, but this time replacing cardboard with canvases, which are surprising to a lot of spectators.
When in January 1998 this petite student, speaking Polish with a singsong accent, visited me at The Palace of Art in order to request that we organize the exhibition of her works at The Lower Palace of Art, I immediately agreed with the full approval of the Revived Management of the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP). And here she is; another student of Polish origin, a graduate to be exact, exhibits her paintings at the Art Palace in Kraków.
I wish Anna Kostenko every success in her personal and artistic life. I hope that her determination, diligence and talent will soon be recognized in the wider world.
Zbigniew Kazimierz Witek
...Jak zaczęło się moje malarstwo... Myślę, że zaczęto się dość normalnie - z nagłej potrzeby malowania i rysowania rzeczy otaczających mnie. Punktem wyjściowym była ciekawość i wiara, że się uda... Później, przechodząc różne etapy i stany twórcze, uświadomiłam sobie, że malowanie jest dla mnie tą jedyną przestrzenią, gdzie mogę się poruszać i czuć swobodnie. Nie ma to nic wspólnego ze stanem beztroskiej euforii. To poczucie swobody, ta pewna lekkość przychodzi czasem tylko na chwilę. Codzienna moja praca zaś, przebiega w nadziei i oczekiwaniu na tą lekkość...
...Odkrywam cały czas, że w normalnym, realnym świecie nie potrafię wielu rzeczy. Nie potrafię np. wyrażać swoich myśli w sposób jasny i klarowny. Nie potrafię przekazywać treści, które tak bardzo chcę przekazać. Nawet gdy komunikacja słowem i zachowaniem sprawia wrażenie doskonałej, treść czasami gdzieś umyka... Tak samo, nie zawsze umiem odczytać treści, przekazywane w moim kierunku. W ten sposób, żyję więc, trochę jak bym była na „wózku inwalidzkim".
Z poczuciem ciągłej frustracji, że mimo wszystko, mój kontakt z otoczeniem, z drugim człowiekiem, ze światem jest niespełniony. Dopiero malując odczuwam, że nagle wstaję z tego „wózka" i idę swoim własnym krokiem. Przekazuję treści, które chcę przekazać, - i otoczenie na nie reaguje.
Malując, potrafię dużo więcej i jestem odpowiedzialna za to, co potrafię.
Moje malowanie stało się dla mnie jedyną prawdziwą nicią porozumienia ze światem, w którym żyję i ze sobą jednocześnie. Maluję obrazy, a one malują mnie...
Anna Kostenko
,
…How did my painting begin ... I think it began in quite a normal way - from the need to paint and draw things which surrounded me. The starting point was my curiosity and belief that I would manage... Later, while going through different stages and creative states I realized that painting was the only sphere in which I could feel and act without restraints. This is not a state of a passive euphoria. This feeling of freedom and some kind of ease comes for a short while only. Everyday work goes on in the hope and hunger for that ease...
...I continue to discover that in the ordinary, real world I cannot do a lot of things. For example, I am not capable of expressing my thoughts in a clear way. I cannot convey the meaning I would like to share with others so much. Even in the case when the verbal communication and conduct seem to be perfect, the essence sometimes sips away... And it is the same with the messages directed to me. Consequently, I feel as if I lived in a kind of „wheel chair", frustrated that my contact with the environment, with other human beings and with the world is not full.
Only while painting I feel that I get off the "wheel chair" and am on my own. I convey the meaning which I want to convey - and the environment reacts to it.
When I paint I am capable of doing more and I am responsible for what I do. My painting became my only real thread of communication with the world in which
I live and with myself too. I create paintings and they create me...
Anna Kostenko
Wydaje mi się, że ważny jest język. Ważne jest mówić w tym języku, w którym potrafi się mówić najlepiej. Zdarza się czasem, że jeden malarz szokuje, inny zaś - wzrusza. Ale tak naprawdę mówią dokładnie o tym samym. Mówią w różnych językach. I myślę, że najważniejsze w drodze malarza, w ogóle twórcy, jest zaakceptować swój język. Poznać go, i nie buntować się przeciwko niemu. Może czasem ten język artystyczny jest kwestią wyboru spośród kilku. W moim przypadku ten wybór byt koniecznością.
W pewnym punkcie swojej drogi malarskiej zaakceptowałam swój język. Ten moment akceptacji właśnie był moim wyborem. Przyjęłam go całkowicie, z każdym krokiem staram się go lepiej poznać i rozwinąć. Wiem, że taki wybór niesie ze sobą pewne ryzyko.
Mam jednak nadzieję, że każdym swoim obrazem ten wybór usprawiedliwiam...
Anna Kostenko
,
I think that language is important. It is important that one speaks the language in which one can express oneself. It happens sometimes that one painter shocks and another touches. But the truth is that they both speak about the same thing, only they speak different languages. I believe that the most important thing for a painter, any artist in fact, is to accept his own language. To learn it and not to rebel against it. Perhaps this language of artistic expression must be selected from among a few languages. In my case this choice was a necessity. At some point of my life as a painter, I accepted my language. This moment of acceptance was my choice. I adopted it wholly and I continue to know it better and develop. I know that such a choice is risky to a degree. However, I hope that I justify this choice with my every painting...
Anna Kostenko
Urodził się we Lwowie, gdzie rozpoczął edukację artystyczną, uczęszczając przez prawie 3 lata do Szkoły Przemysłu Artystycznego.
Utrata kresów wschodnich w 1945 r., wymusiła pierwszą podróż - do Krakowa, gdzie bez egzaminów został przyjęty do Akademii Sztuk Pięknych.
Studiował pod kierunkiem wybitnych profesorów malarstwa - Jerzego Fedkowicza i Czesława Rzepińskiego, oraz grafików: Andrzeja Jurkiewicza, Ludwika Gardowskiego i Konrada Srzednickiego.
Po ukończeniu malarstwa i grafiki pozostał na Akademii, przechodząc kolejno wszystkie szczeble kariery naukowej, uzyskując w 1996 r. tytuł profesora zwyczajnego, jak i zawodowej, bowiem był w latach 1978-1981 Dziekanem Wydziału Malarstwa, a w latach 1981-1987 - Prorektorem ASP.
Równolegle, pracując dydaktycznie, doskonalił swój warsztat malarski, poszukując i znajdując własną drogę artystyczną.
Juliusz Joniak kształtuje przestrzeń przez barwę, w odważnie traktowanych zestawieniach kolorystycznych, a jednocześnie buduje ją ostrymi liniami, rysowanymi na płótnach pędzlem, ciemną farbą.
Umiejętnie i nowatorsko wykorzystuje wiedzę nabytą w pracowniach grafiki Gardowskiego, Jurkiewicza i Srzednickiego.
„Żelazna kurtyna" oddzielająca Polskę włączoną w Jałcie do strefy sowieckich wpływów, uniemożliwiła wyjazdy, w tym artystyczne, do ówczesnych centrów sztuki w Europie Zachodniej, kontakty z artystami, wizyty w prestiżowych galeriach i muzeach, a nawet zakupy albumów i katalogów z wystaw wybitnych artystów XIX i XX wieku.
Dlaczego? Bo nie sprowadzano ich do Polski, nie było ich w sklepach, nie było w większości bibliotek, ponieważ ówczesne komunistyczne władze lansowały jedyny słuszny kierunek w sztuce - socrealizm.
Ponadto na zakup jednego albumu za dolary na Zachodzie, musiałoby oddać swoje miesięczne zarobki kilkunastu Polaków.
Gdy już jednak ktoś zdobył taki album, na przykład Cezanna, to był od podawany z rąk do rąk, wielokrotnie oglądany, był obiektem marzeń, westchnień, a niekiedy pożądania.
Dopiero po odwilży roku 1957, Juliusz Joniak mógł udać się do Francji, a w 1975 r. do Włoch i Hiszpanii.
Oglądał dzieła wielkich mistrzów malarstwa europejskiego w Luwrze, Prado...
Efektem tych podróży były zmagania Juliusza Joniaka z dziełami Francisco Goyi - w latach 70. XX wieku powstał cykl obrazów poświęcony portretom „Karol IV z rodziną", dwie wersje dyptyków (1987) inspirowane „Kobietami algierskimi" Eugene Delacroix z madryckiego Prado, wreszcie trzy różne kolorystycznie parafrazy „Infantek" Velazgueza.
W latach 70. i 80. XX wieku, Juliusz Joniak z żoną Teresą Wallis-Joniak - również malarką, oraz córkami, odbył kilka podróży do Grecji, Hiszpanii i Włoch, z Sycylią włącznie, jak też, wspólnie z Janem i Krystyną Szancenbachami - do Danii, Szwecji i Norwegii.
Wędrując śladami El Greca trafili do Toledo, zaś śladami Cezanna i Van Gogha - zwiedzili południową Francję, która urzekła ich i zniewoliła na zawsze, niepowtarzalnymi pejzażami i nadzwyczajnym światłem.
Odtąd częstotliwość wypraw do Prowansji, Katalonii, gdzie trafili do małego, rybackiego miasteczka Figueras, miejsca urodzenia Salvadore Dali, czy do Andaluzji, z roku na rok wzrasta, by ostatecznie przejść w coroczne, wakacyjne wyjazdy w okolice: Arles, Saint Remy, Moussane, Collioure, Figueras...
Na dużą uwagę zasługują także kilkudniowe eskapady między wakacyjne, do muzeów europejskich, na organizowane tam wystawy sztuki rangi światowej.
Tuż po poważnych perypetiach zdrowotnych artysty, małżeństwo Joniaków pojechało do Niemiec na wystawę Cezanna, później zaś były Holandia, Austria...
Efektem wyjazdów wakacyjno-artystycznych Juliusza Joniaka, były akwarelowe i rysunkowe szkice, w których starał się uchwycić nastrój południa, nie tylko wygląd, ale też zapachy ziół, wina, ziemi, oliwy, plusk wody, a nawet głosy cykad, które nawet podczas jednej z wypraw nagrał na taśmie magnetofonowej.
Po powrocie, w pracowni, na podstawie akwarel i owych zapamiętanych wrażeń, komponuje obrazy pełne światła, fantastycznych kolorów i przepełnione radością życia.
Prócz pejzaży maluje artysta w zabierzowskiej pracowni również martwe natury, które według historyka sztuki, niezastąpionego Jerzego Madeyskiego „(...) są przywołaniem do rzeczywistości, ustawia je rozmaicie, zwykle z tych samych elementów z zaznaczeniem osi pionowej i maluje (...)".
Obrazy profesora Juliusza Joniaka znajdują się w wielu muzeach świata, między innymi,”Akt w futrze” z 1973 r. w Kunsthistorisches Museum w Wiedniu, „Pejzaż z Sycylii” z 1979 r., w Galerii Trietiakowskiej w Moskwie, oraz w zbiorach prywatnych.
W roku 1995 profesor Juliusz Joniak otrzymał najwyższą nagrodę na VII Festiwalu w Magne we Francji, co zaowocowało zaliczeniem artysty w poczet honorowych członków Academie Europeene de Arts w Paryżu.
Ważna dla polskiej kultury jest działalność Juliusza Joniaka w najstarszym polskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie (rok założenia 1854).
W 1997 r. został On Członkiem Odrodzonego Zarządu TPSP, a później jego wiceprezesem, którą to godność aktualnie sprawuje.
Julisz Joniak przyczynił się do uratowania Towarzystwa i doprowadzenia go do świetności.
Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej uhonorował Go w 2004 r. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, za zasługi dla kultury polskiej, z okazji jubileuszu 150-lecia Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych.
Obecna, trzecia już, indywidualna wystawa malarstwa Juliusza Joniaka w Pałacu Sztuki, której towarzyszy trzeci Album, prezentuje obrazy z lat 2003-2008.
Dziękując Panu Profesorowi, życzę zdrowia, szczęścia i wielu, wielu nowych obrazów.
Zbigniew Kazimierz Witek
His mentors were such outstanding professors of painting as Jerzy Fedkowicz and Czesław Rzepiński as well as graphic artists like Andrzej Jurkiewicz, Ludwik Gardowski and Konrad Swinarski.
After the completion of education in the field of painting and graphic art Juliusz Joniak remained at the Academy, going through successive stages of his career as an academic teacher, finally to be awarded the title of full professor in 1996 and appointed Dean of the Department of Painting for the term of office 1978-1981 and then Vice Chancellor of the Academy in the years 1981-1987.
Parallel to his didactic work he was developing as an artist improving his painting skills, seeking and, ultimately, finding his own artistic path.
Juliusz Joniak creates space with colour and daring colour compositions and builds it with sharp lines in dark paint put with a brush on his canvases. He uses the knowledge gained at graphic studios of Gardowski, Jurkiewicz and Srzednicki skilfully and inventively.
"The iron curtain" separating Poland, which found itself in the orbit of the Soviet influence as a result of the Yalta Treaty, from the rest of the world, made trips abroad, including artistic expeditions to the centres of art in Western Europe, contacts with artists and visits to prestigious galleries and museums impossible. Even the purchasing of art albums or catalogues from exhibitions of outstanding artists of the 19th and 20th century was out of the question. Such publications were not imported to Poland, no shops sold them or libraries offered to connoisseurs because the communist authorities promoted only one trend in art, namely the social realism. On the other hand, the price of one album in Western Europe was an equivalent of several of so Polish salaries. However, if an album like this was somehow acquired, it circulated among a large group of enthusiasts and was an object of dreams and desire.
Juliusz Joniak could travel to France only after a change of the political situation in the country in 1957, and then to Italy and Spain in 1975. This is where he saw masterpieces of great masters of European painting in the Louvre, the Prado Museum in Madrid, etc.
The effect of those journeys on the artist was his fascination with Francisco Goya's works. In the 1970s Juliusz Joniak created a cycle of paintings devoted to the portraits entitled "Charles IV with his family", then in 1987 he painted two versions of the diptychs inspired by Eugene Delacroix' "The Algerian Women", which the artist saw in the Prado Museum, and at last three different colouristic paraphrases of Velazques "The Infantas".
In the 1970s and 1980s Juliusz Joniak with his wife Teresa Wallis-Joniak, also a painter, and daughters made a few trips to Greece, Spain and Italy, including Sicily, as well as to Denmark, Sweden and Norway in the company of Jan and Krystyna Szancenbach.
Following the tracks of El Greco they reached Toledo, and looking for traces of Cezanne and Van Gogh they visited the south of France which enchanted them with their astoundingly beautiful views and extraordinary light. Since then the frequency of the artist's trips to Provence, Catallonia with its charming Figueras where Salvadore Dali was born, or Andalusia have grown to become a yearly habit. Hence, his regular visits to Aries, Saint Remy, Moussane, Collioure, Figueras... and in between his short escapades to European museums to see exhibition of the world art of the highest rank.
Juliusz Joniak's holidays are usually reflected in his watercolours and sketches in which the artist seeks to capture the atmosphere of the south expressed not only in views but also in the scents of herbs, wine, earth and oil, and the sounds of splashing water and cicadas. Back home in his studio, on the basis of those water-colours and the memory of his impressions and sensations, the artist composes paintings which are transfused with light, fantastic colours and joie de vivre.
In his studio beside landscapes the artist paints also still-lifes which, according to the art historian, Jerzy Madeyski "(...) are references to reality, usually compositions of the same elements which the artist, preserving the vertical axis, arranges in different manners and paints (...)".
Juliusz Joniak's canvases are in different museums in Poland and abroad, for example, "The Nude in a Fur Coat" dated 1979 is in the Kunsthistorisches Museum in Vienna, "A Landscape from Sicily" dated 1979 in the Tretyakov Gallery in Moscow, and in private collections.
In 1995 Professor Joniak was awarded the highest prize at the 7th Festival in Magne in France, and in consequence he was included among the honorary members of the Academie Europeene des Arts in Paris.
Juliusz Joniak's activities for the benefit of the oldest Polish Society of the Friends of Fine Arts in Kraków (established in 1854) are important for Polish culture. In 1997 he became a member of the reorganized Management Board of the Society and later its Vice President. His contribution to the preservation of the Society and participation in the building of its magnificent role cannot be overestimated.
In 2004 on the occasion of the 150th anniversary of the Society of the Friends of Fine Arts the President of the Republic of Poland awarded him the Officer's Cross of the Order of Polonia Restituta for his services for the country.
The present exhibition which is the third exhibition of Juliusz Joniak's paintings at Pałac Sztuki (the Palace of Fine Arts) is accompanied with the publication of another album which presents his works created in the years 2003-2008.
While expressing my gratitude to Professor Joniak, at the same time I would like to wish him good health and happiness and very many new paintings in the future.
Zbigniew Kazimierz Witek
Maria Rzepińska w swej nieocenionej „Historii koloru", pośród wielu pojęć problematyki koloru, podkreśla znaczenie rozumienia koloru w aspekcie osobistego doświadczenia człowieka. To rozumienie problemu wydaje się być szczególnie istotne dla samych twórców; głównie malarzy, którzy niejednokrotnie będąc głęboko zaangażowanymi w fizykalne, chemiczne, czy bioenergetyczne lub wreszcie znaczeniowe, semantyczne badania fenomenu koloru; wszystkie te najbardziej nawet uczone dociekania, filtrują przecież ostatecznie właśnie przez owe szczególne, unikalne, jednostkowe zbiory własnych doświadczeń. Nic to nie znaczy, że były one już niejednokrotnie przez innych podejmowane i nie odstrasza to następnych pokoleń twórców od podejmowania właściwie tych samych wyzwań, ponieważ rezultaty tych doświadczeń zawsze są jednak różne i zaskakująco nowe.
Są jednak malarze, dla których doświadczanie koloru stanowi sens ich artystycznej pracy. Zawsze gotowi zanurzyć się w nową przygodę, cieszyć się i bawić tym bogactwem, które daje używanie koloru i robią to z ufnością" bożych dzieci" których nie trzeba przekonywać o geniuszu i celu wszechrzeczy.
Stanisław Puchalik niewątpliwie należy do owego rzadkiego gatunku twórców, którzy bez poczucia lęku potrafią zanurzyć się w każdą niemal przygodę czy doświadczenie koloru. Kiedyś - przed wieloma laty Puchalik traktował kolor nieco instrumentalnie. Dużymi nieco symbolicznymi plamami barwnymi budował opowieść o dramacie człowieka uwikłanego w rzeczywistość. Z wolna, właśnie na skutek owego niepowtarzalnego doświadczenia osobistego te plany barwne zaczęły tracić swoją, nieco plakatową syntetyczność; ukazując stopniowo elementy składowe, budowę, materię samego koloru. Rozbudzona wyobraźnia malarza w coraz mniejszym stopniu opierała się na literackich tematach, pozwalając artyście nawet w najprostszym, najbardziej banalnym fragmencie otaczającego go świata znajdować powód dla podjęcia procederu malowania; ten zaś wyzwala u Puchalika niekończące się ciągi skojarzeń zarówno formalnych jak i semantycznych.
Powoli więc, w ogniu doświadczeń malarskich, doszło w twórczości Puchalika do ważnego dla malarza sprzężenia zwrotnego, w którym proceder wyzwala, przywołuje znaczenia i na odwrót, a doświadczenie fenomenu koloru ewokuje formę, to zaś pozwala na podejmowanie tego doświadczenia raz jeszcze; raz jeszcze i tak właściwie w nieskończoność! Ta świadomość nieskończoności procesu niejednego mogłaby porazić, sparaliżować, ale dla Stanisława Puchalika stała się motywacją pracy, a może i życia. Podejmuje więc w swych obrazach co chwilę jakąś część owego wielkiego, niekończącego się doświadczenia sztuki. Naraża się na kryzysy i przeżywa je, czasem bardzo boleśnie! Próbuje jednak utrwalić w sobie jego rezultat. Jest jednak typem sensualisty, niezbyt zainteresowanym w dalszym definiowaniu często zadziwiających wyników swojego postępowania. Zostawia to innym; krytykom, a najchętniej odbiorcom swojej sztuki. Aby jednak wyrazić swoje „desinteressement" dla uklasycznienia swojej sztuki wynikami owego doświadczenia: często je porzuca! A więc przenosi swoje zainteresowania na formę, w której pojawia się dominanta kreski, to znów fascynuje się urodą rzeczy, kwiatami, przedmiotami, pięknymi kobietami, to znów skłania się ku refleksji i symbolice. Na krótko jednak! Jak odbita fala wracają i łączą się w jedną całość problemy wyboru palety, gamy natężenia, określenia plamy barwnej i tak proces malowania wyznacza kolejne obszary tej spontanicznej penetracji niezmierzonej przestrzeni sztuki. Drogowskazem w tej wędrówce są oczywiście podstawowe kanony rozumienia koloru, ale także owa nie spisana, nie skodyfikowana lecz realna suma doświadczeń.
Od pewnej chwili zauważamy u Puchalika próby zdyscyplinowania języka malarskiego, jakby powodowane obawą łatwości ekspresji. Sam więc nakłada sobie ograniczenia! Obrazy Stanisława Puchalika /.../ wyznaczają tu kolejny okres w jego twórczości, w którym artysta niemniej ochoczo niż poprzednio zanurza się w kolor, ale czyni to w taki sposób jakby chciał sprawdzić, pogłębić, zweryfikować poprzednie swoje doświadczenia. Pewne oczywiste zdyscyplinowanie jest w nich widoczne i stanowi główną cechę obrazów. Uwidacznia się w nich także wiedza o istocie i sensie rysunku, uprawianego stale na marginesie malarstwa i stanowiącego ośrodek pedagogicznej działalności artysty. Penetrowanie możliwości wyrazowych, zmniejszonych (określonych wyborem) gam barwnych jest kolejnym elementem cechującym jego obrazy. Wreszcie obrazy te, bodaj w większym stopniu intrygują wieloznaczną warstwą semantyczną. Nagromadzone rzeczy we wnętrzach otwierających się oknami bądź rozjarzonymi prześwitami na dalekie, nie zawsze określone przestrzenie, symbolizują jakby sen o oczyszczeniu, o otwarciu, o możliwości pozbycia się zbędnego bagażu doznań i niepowodzeń.
Są malowanym marzeniem o czystości, prostocie, pięknie, tym które rodzi się w owym niezwykłym, niepowtarzalnym spotkaniu człowieka, artysty z najpiękniejszymi barwami świata.
Andrzej Pollo
Dobra sztuka jest idealną formą filozofii, pojmowanej jako poszukiwanie prawdy o świecie i swojego w nim miejsca zarazem. Jest poszukiwaniem punktu obserwacji wraz ze wszystkimi konsekwencjami, jakie podobna decyzja za sobą niesie. Mocą przedziwnego bezwładu myślowego jednak dostrzegamy jej przejawy niemal wyłącznie pośród dzieł twórców, aspirujących do roli sumienia i moralności swojego czasu. Tych zatem, którzy dostrzegają zło i piętnują z wyżyn niezawisłego sędziego lub nawet demiurga zdolnego przekształcić rzeczywistość i wpływać na nasze losy. I tylko niekiedy dopuszczamy do siebie głos dochodzący z drugiego bieguna postrzegania i osądzania świata. Głos artystów, nadający widzialny kształt swoim dobrym ideałom lub też potrafiący je dostrzec i wyłuskać spośród innych, mniej bliskich im zjawisk. Ten głos, który Renoir ujął w dialog toczony z samym sobą: gdyby mnie ktoś zapytał, jaki powinien być obraz, odpowiedziałbym natychmiast - obraz powinien być czymś miłym, radosnym i pięknym. Jest dość rzeczy brzydkich i przykrych na świecie, abyśmy mieli wytwarzać następne.
Stanisław Puchalik należy do tej samej co Renoir formacji psychicznej. Tej, która widząc zło, bo trudno go przecież nie dostrzegać, woli skierować swe zainteresowania w stronę przeciwną, ku dobru i jednakiemu z nim w języku filozofii pięknu. Jedynej sile, potrafiącej swą na poły magiczną mocą pokonać zło w toczącej się od zarania dziejów walce owych dwu potęg. Przy czym dodać należy, że Puchalik nie rości sobie pretensji do rangi kreatora, nie stwarza nowych, idealnych bytów ani podobnych im instytucji. On je tylko dostrzega i sublimuje z otoczenia. I każe nam to czynić za swoim przykładem, gdyż to, czy świat jest brzydki i odpychający, czy też piękny i pociągający, więc zły, czy dobry, zależy również od naszej woli i naszego, indywidualnego wyboru z jego nieograniczonego wprost bogactwa.
Puchalik jest więc mocno jak my wszyscy, związany z życiem, co wpływa na różnorodność zjawisk i motywów branych przez niego na malarski warsztat. Po to, by je analizować, przetworzyć i ukazać dla podzielenia się swoimi odczuciami i przemyśleniami. „Każdy obraz, powiedział w rozmowie - ma swoją historię; u podstaw jego powstania leży impuls, coś co mnie uderzyło i zastanowiło, coś co zwróciło moją uwagę".
Niewątpliwie; istotne jest jednak, co mianowicie zwraca uwagę artysty, co ją przyciąga i inspiruje, co porusza strony jego wyobraźni i wrażliwości, z których rodzi się muzyka obrazu, gdyż dzieła Puchalika mają w sobie melodyjność i rytm, w których tkwi urok i praprzyczyna wszelkiej sztuki.
Puchalik dostrzega okno, rozświetlone od wewnątrz ciepłym blaskiem i gościnnie otwarte drzwi, w których stoi ludzka sylwetka. I jasny otwór groty, przez który wchodzi w pogodny pejzaż mężczyzna z psem u boku. I piękną kobietę wśród kwiatów z drzemiącym spokojnie kotem na kolanach i ogromne malwy na tle niewielkich domków i starą wiejską i małomiasteczkową architekturę odchodzącej w przeszłość epoki, która urasta dziś, w zdyszanych pośpiechem i skalanych nieżyczliwością czasach, do wyżyn symbolu złotego wieku ludzkiej szczęśliwości. A czyni to tak sugestywnie, że chcielibyśmy wniknąć pod powierzchnię obrazu, by stamtąd, z ich miękkiego i przyjaznego wnętrza, ocenić prawdziwy cel człowieczego istnienia. I stwierdzić w niejakim zdumieniu, jak bardzo jest on zwyczajny i łatwy do osiągnięcia.
Stanisław Puchalik wyrasta, podobnie jak Renoir, z ulubionego przez nas, czysto europejskiego nurtu „sztuki światła", u której fundamentów leży średniowieczna mistyka, boć przecież „blask i wielobarwność przenoszą duszę ze sfer materialnych do niematerialnych". Tej mistyki, w myśl której piękno jest kolorowym światłem, gdyż światło jest synonimem wszystkiego, co dobre i szlachetne, zaś święci są istotami utkanymi z barwnego blasku.
Puchalik panuje nad światłem i jednaką z nim barwą w sposób mistrzowski. Tym samym zaś panuje nad naszymi uczuciami, gdyż właśnie barwa wyraża emocje i potrafi je budzić. Operuje wąską, niekiedy monochromatyczną gamą, czyli tą, która wręcz dopomina się o szczególną wrażliwość traktowania, ową subtelność oka i dotknięcia pędzlem lub pałeczką pastelu powierzchni obrazu. Z lekkiej, pozornie szkicowej, choć w istocie wirtuozerskiej tkanki dzieła materializuje się kształt zasadniczy, ten, który jest tematem obrazu. Rozpoznawalny, lecz na pół tylko realny, idea rzeczy raczej, niż ona sama w swym materialnym bytowaniu, w większej mierze impuls dla naszej już wrażliwości, niż obiektywne stwierdzenie faktu. Pośród delikatnych monochromów świecą zaś gdzieniegdzie blaskiem szlachetnych kamieni niewielkie plamy czystego błękitu lub głębokiej czerwieni odwieczne symbole harmonii i życia.
Jerzy Madeyski
Monotypia: technika graficzna należąca do druku płaskiego. Na wypolerowanej płycie metalowej lub szklanej wykonuje się wielobarwną kompozycję wolnoschnącymi farbami (olejnymi, drukarskimi), rzadziej: kredką; odbija się ręcznie na zwilżonym papierze otrzymując zasadniczo tylko jedną odbitkę (zwana też monotypią) z jednorazowo opracowanej płyty, ponieważ nie utrwalona farba przenosi się prawie w całości z płyty na papier. Technikę monotypii wynaleziono w XVII wieku; popularna od XIX w. Współcześnie stosuje się odmianę tej techniki polegającą na przyłożeniu papieru do powleczonej farbą drukarską płyty metalowej i rysowaniu na odwrocie papieru kredką czy ostrym lub miękkim narzędziem; uzyskana tak odbitka przypomina litografię podaje Słownik terminologiczny sztuk pięknych.
To prawda, lecz połowiczna, gdyż tycząca kwestii technicznych tylko, a te pełnią w dziele rolę służebną.
W rzeczywistości zaliczona do grafiki monotypia jest autonomiczną i rządzącą się własnymi prawami dyscypliną. Nie jest grafiką, gdyż z opracowanej płyty otrzymuje się tylko jedną odbitkę, zaś conditio sinequa non grafiki jest jej powtarzalność, możliwość wykonania większej liczby egzemplarzy. Nie jest jednak również malarstwem, chociaż je niekiedy przypomina, ani rysunkiem, mimo iż wykonuje się ją często przy użyciu rysunku właśnie. Czymże jest więc owa przedziwna technika, zaś nade wszystko - czemu służy, czemu malarze miary Grzegorza Bieniasa podejmują trud opracowania graficznej płyty, miast stanąć przed sztalugami z paletą w ręce i oddać się beztroskiej radości tworzenia a vista, w nieustannym dialogu z powstającym dziełem, z możliwością korygowania błędnych decyzji?
W swej najgłębszej istocie monotypie Bieniasa są połączeniem rysunku i malarstwa w jedną spójną całość. To jakże proste stwierdzenie jest jednak w rzeczywistości niezwykle złożone i bogate w podteksty. Rysunek nie jest bowiem - jak pisał przed wiekami Federico Zuccaro „materią ani ciałem; jest natomiast ideą, porządkiem, terminem, przedmiotem umysłu, jest rozumieniem i pragnieniem". Jest więc uczuciowością sztuki i jej umysłem.
Malarska plama natomiast, jej barwa i kontrasty są sercem sztuki, jej uczuciem i nierozerwalnie z nią związaną intuicją. Barwa i jednakie z nią światło jest magią, wymyka się spod kontroli rozumu i pragnie go zdominować.
Monotypie Grzegorza Bieniasa są pasjonującym obrazem przekładania myśli w uczucia na zasadzie tłumaczenia, do którego można skądinąd zastosować bon mot wybitnego specjalisty w tym względzie, Boya-Żeleńskiego, twierdzącego z kpiarską powagą, że tłumaczenie jest jak kobieta - jeśli wierne - to niepiękne, a jeśli piękne - to niewierne, gdyż, istotnie, rozum wraz z właściwą mu logiką i dążeniem do osiągnięcia maksymalnej klarowności formuły stoi w wyraźnej opozycji do emocji wraz z typową dla niej skłonnością do spiętrzania środków ekspresji i dramatycznych kontrastów.
Sztuka Grzegorza Bieniasa sięga korzeniami klasycznej dewizy docera, premovere, delectari - uczyć, wzruszać, sprawiać przyjemność. Odbiciem tych upodobań jest jego pracownia - jasna, przestronna, wręcz ascetyczna w umeblowaniu, jakże inna od zatłoczonych ponad wszelką miarę atelier wielkich mistrzów dramatu, w których, jak u Matejki, pyszniły się pancerze i delie, jedwabie i adamaszki wśród natłoku innych rekwizytów. Jedyną jej ozdobą są kopie antycznych rzeźb jako wspomnienie i wzorzec ideału sztuki, o której Augustyn, święty biskup Hippony, lecz znakomity esteta zarazem, pisał: „Rozum dostrzegł, że podoba mu się tylko piękno. W pięknie zaś kształty, w kształtach proporcje, zaś w proporcjach liczby".
Z antycznych wspomnień też powstają monotypie artysty, z nakładających się na siebie obrazów, fragmentów pejzaży pełnych zwalonych kolumn i pomnikowych koni. I ludzi, współczesnych, lecz o klasycznych proporcjach i takim że klasycznym spokoju. Powstają ze wspomnień, owianych duchem antycznego temperantio, pogodnego umiaru i jakże dlań typowego niewinnego, gdyż naturalnego erotyzmu śródziemnomorskiej sielanki. Wrażenie spokoju pogłębia kompozycja, oparta na idealnej harmonii podziałów pionowych i poziomych, w których nawet niewprawne oko dostrzeże doskonałość „złotego cięcia", zwanego również „wrotami piękna". Ideału równie aktualnego w grecko-rzymskiej starożytności jak dziś, by wspomnieć tylko grupę o nazwie „Section d'or", do której należeli twórcy wielkiej awangardy z Picassem na miejscu poczesnym.
Również dochodzenie do plastycznych decyzji i ostatecznych rozstrzygnięć przebiega na dawnej i sprawdzonej pokoleniami metodzie Kanta i Schopenhauera, postulującej aprioryczność intencji wobec dzieła.
Bienias porządkuje wspomnienia śródziemnomorskich podróży, a potem wykonuje szkice. Wiele fragmentarycznych szkiców, które następnie przenosi na rozpięty na ścianie papier. A jeszcze później rozpoczyna pracę na kartonie leżącym na płycie pokrytego farbami pleksiglasu. W końcu podnosi karton i widzi monotypię. W rzeczywistości jednak tak on, jak my widzimy transpozycję rysunku w malarstwo, a logiki w emocje; tego, co jasne i przejrzyste, więc apolińskie, w to, co mroczne, tajemnicze, niesprawdzalne i nieprzewidywalne, więc dionizyjskie, pod którymi to terminami kryje się nasza świadomość i podświadomość, o której Breton, twórca i teoretyk nadrealizmu, pisał, że bardziej istotnym od produkowania dzieł sztuki jest „rozświetlanie części nie odkrytej naszej istoty, której całe piękno, miłość i cnota zaledwie przez nas poznane lśnią blaskiem intensywnym".
Monotypie Grzegorza Bieniasa są piękne i są dziełami sztuki, a jednocześnie rozświetlają, jak tego chciał Breton, nieznane partie naszej istoty. Dla tej też przyczyny należałoby je oglądać i analizować z obu stron. I zamyślić się: czy w ich awersie i rewersie, w ich współzależnościach istniejących na przekór biegunowym, zda się, rozbieżnościom nie odnajdujemy siebie i wrodzonej nam dwoistości postrzegania otaczających nas zjawisk i genezy naszych czynów tym samym?
Grzegorz Bienias rysuje, tworzy grafiki, monotypie i maluje, łącząc w swych rękach i wyobraźni aż cztery dyscypliny artystyczne wraz z właściwymi im środkami wyrazu. To jednak pozór jedynie. W rzeczywistości jego sztuka tworzy zazębiającą się i niemożliwą do rozdzielenia całość. Rysunek jest wstępem do grafiki albo przeradza się w monotypię, ta zaś bywa osnową olejnych obrazów. Koło się zamyka. Dyscypliny koegzystują ze sobą na równych prawach, podporządkowane jedynemu, wspólnemu i nadrzędnemu celowi - artystycznej wypowiedzi w przenośnym i dosłownym znaczeniu.
Bo Bienias lubi mówić i potrafi to robić, lubi opowiadać o rzeczach wielkich i małych, poważnych i frywolnych z pasją późnogotyckiego artysty i jego zdolnością łączenia sfery sacrum ze sferą profanum, a wzniosłej filozofii z atrakcyjną cielesnością. Na równych prawach i w naturalnym związku ze sobą. Lecz jednocześnie wszystko jest u niego elementem kompozycji, zaś nic nie jest zbędnym gadulstwem.
Dzieła Bieniasa nie dążą bowiem do syntezy. One nią są, gdyż - lekko tylko parafrazując Bergsonowskie powiedzenie o filozoficznej intuicji determinującej wszystkie myśli filozofa - Bienias otrzymał taką właśnie intuicję malarską, a to dar bezcenny. Otrzymał również dar syntezy tradycji i nowoczesności w jej właściwym pojmowaniu, w na wskroś nowoczesnym traktowaniu plamy, linii, barwy oraz ich zestawień jako autonomicznych środków wypowiedzi; współczesne jest też eliminowanie szczegółów bez uszczuplenia bogactwa całości; współczesny na koniec jest klimat jego dzieł.
Ponadczasowa natomiast jest ich zdolność przyciągania, a nawet fascynacji. I to jest w nich najważniejsze.
Jerzy Madeyski
Monotyping: a planographic printmaking technique. A multicoloured composition is prepared on a polished metal or glass plate using slow-drying oil paints or printing inks, sometimes crayons; it is then applied manually onto moist paper to produce a single print only (called a monotype) because the paint or ink (which is not fixed in any way to ensure durability) is almost wholly transferred from the plate to the paper. Invented in the 17th century, monotyping reached its peak of popularity in the 19th century. Today, a variety of this technique is used which involves placing paper on a metal plate covered with printing ink and drawing on the other side of the paper sheet with either a crayon or a sharp or soft utensil; the resultant print resembles a lithograph, is what the Polish Dictionary of Fine Arts Terminology has to say.
This is true but not complete as it refers to technical issues only, whose role is but auxiliary.
Although classified as a form of printmaking, monotyping is an autonomous discipline governed by its own unique laws. It is not printmaking per se as only a single print is obtained from a previously prepared plate while the conditio sine qua non for printmaking is repeatability, the ability to make several identical copies. It is not printing either, although it does resemble it sometimes; nor is it drawing, despite the fact that making a monotype often involves drawing. What is this odd technique then and, above all, what purpose does it serve? Why do painters of the stature of Grzegorz Bienias undertake the effort of preparing a printmaking plate instead of standing in front of an easel with a palette in their hand and indulging with abandon in the carefree joy of creating on the spot, in incessant dialogue with the emerging work of art, having the possibility of correcting any wrong decisions as they go?
In their most intrinsic essence, Bienias' monotypes combine drawing and painting into a coherent whole. This statement, so simple, is actually very complex and abundant in implications. Namely, drawing - as Federico Zuccaro wrote centuries ago - is "neither matter nor body; it is rather an idea, an order, a term, an object of the mind; it is understanding and desire." It is thus the emotionality and mind of art.
And then, the paint stain, its colour and contrasts, are the heart of art, its feeling and intuition that is inseparably bound to it. Colour, and light which is one with it, are magic, eluding the control of the mind, which they strive to dominate instead.
Grzegorz Bienias' monotypes are a fascinating example of translating thoughts into feelings, which by the way may be commented upon with the words of one of the most outstanding translators, Tadeusz Boy-Zelehski, who is known to have said with tongue-in-cheek solemnity that a translation was much like a woman: "if it's faithful, it isn't beautiful, and if it is beautiful, then it must be unfaithful," because the mind, together with its logic and strive toward maximum clarity of formulation, remains indeed in an obvious opposition to emotion, characterised by the inclination to pile up means of expression and dramatic contrasts.
The roots of Grzegorz Bienias' art go back to the classical principle of docera, premovere, delectari - to teach, to move, to entertain. These inclinations are reflected in his study - light, spacious, downright ascetic in terms of furnishings, so different from the crammed ateliers of grand masters of drama, where - as in the case of Matejko - suits of armour, delia coats, silks and damasks were shown off amidst a multitude of other props. The only decorations of this study are copies of ancient sculptures, a remembrance and model of the ideal of art that St Augustine, the holy bishop of Hippo and a superb aesthete in one, wrote about: "The mind has noticed that it is pleased by nothing except beauty; in beauty, by shapes; in shapes, by proportions; and in proportions, by numbers."
Remembrances of antiquity are also the source of the artist's monotypes: overlapping images, fragments of landscapes full of felled columns and monumental horses. And people, contemporary but of classical proportions and equally classical calm. They arise out of remembrances steeped in the spirit of the ancient temperantio, the serene moderation and the innocent - because natural - eroticism of a Mediterranean idyll, so typical of it. The impression of calmness is intensified by the composition, based on the ideal harmony of vertical and horizontal divisions, in which even an untrained eye is bound to note the perfection of the "golden cut", also referred to as the "gates of beauty". An ideal as current in the Greco-Roman antiquity as it is today, to mention merely the group of great avant-garde artists known as Section d'or, with Picasso as the most prominent figure.
The reaching of decisions and final solutions in visual arts is also based on an old method tried out by generations, namely that of Kant and Schopenhauer, postulating the a priori status of intention in relation to a work of art.
Bienias puts his memories of Mediterranean trips in some order first and only then does he make his sketches: lots of fragmentary sketches which he subsequently transfers to paper spread on the wall. And later still, he starts work on cardboard placed on a plate of acrylic glass covered with inks or paints. Finally, he lifts the cardboard and sees the monotype. In actuality, however, what both he and we can see is a transposition of drawing into painting, and of logic into emotion; of what is bright and clear (and therefore Apollonian) into what is dark, mysterious, unverifiable and unpredictable (and thus Dionysian), the terms that cover our conscious and subconscious, about which Breton, the initiator and theoretician of surrealism, writes that what is more important than producing works of art is "lighting up the undiscovered part of our being, whose whole beauty, love and virtue, hardly known by us, shine with intense brilliance."
Grzegorz Bienias' monotypes are beautiful and are works of art, and at the same time they light up, as Breton wanted, the unknown parts of our being. It is for this reason that they should be viewed and analysed on both sides. And induce us to reflect: in the recto and the verso of them, in their interdependencies existing in spite of the seemingly polarised discrepancies, aren't we finding ourselves and our innate dichotomy of perception of the phenomena that surround us and thereby the origin of our deeds?
Grzegorz Bienias draws, makes prints and monotypes, and he paints, combining - in his hands and imagination - no fewer than four artistic disciplines, together with their respective means of expression.
But this is only seemingly so. In fact, his art forms an overlapping and inseparable whole. A drawing is an introduction to a print or gets transformed into a monotype, while the latter provides the basis for oil paintings. The circle becomes full. The disciplines coexist on equal footing, submitted only to a single paramount common goal - artistic expression, in the metaphorical and literal meaning of the term.
Because Bienias enjoys speaking and he can do it too; he likes to tell stories of things great and small, serious and frivolous, with a gusto of a late-Gothic artist and a unique skill for combining the sacred with the profane, sublime philosophy with attractive carnality. On equal footing and in a natural relationship with each other. But at the same time, with him, everything is an element of composition rather than redundant garrulousness.
Bienias' works do not strive for synthesis. They are a synthesis because - to paraphrase slightly Bergson's statement about philosophical intuition determining all of a philosopher's thoughts - Bienias has been endowed with exactly such painting intuition, a priceless gift. He has also been endowed with a gift for synthesising tradition and modernity within the appropriate understanding of the latter, in his entirely modern treatment of stain, line, colour and their juxtapositions as autonomous means of expression; equally modern is his elimination of details without diminishing the richness of the whole; and last but not least, the atmosphere of his works is modern too.
What, however, is timeless is their capacity for attracting or even fascinating. And that is the most important thing about them.
Jerzy Madeyski
Iwona Fischer-Zuziak należy do tych nielicznych artystów, którzy nigdzie nie ruszają się bez własnej sztuki. Sztuka zaś ma swoje prawa i twarde reguły. To ona czyni twórcę wolnym, pozwala mu unosić się w owej przestrzeni ptaków niebieskich. Ona również zakazuje - w obronie wartości artystycznych. Sztuka swoje, życie swoje - ale zatoczmy koło, by powrócić do pierwszego zdania tego akapitu. Sapienti sat.
Autorka monumentalnego tryptyku włoskiego Gaeta, namalowanego z czułością oraz kompozycyjną precyzją, będącą świadectwem żelaznej dyscypliny i ogromnego talentu, jest tą samą osobą, która wcześniej malowała obrazy, dramatyczenie spiętrzone i przejmująco migotliwe od blasków objawiających się w najgorętszych żółcieniach i rozbielonych rubinach. Co wydobywały te światła, na co padały? Na świat, którego już nie ma i nie będzie. Na przejmująco fantastyczny krakowski Kazimierz, ogarnięty prawie czarnymi, już bliskimi fioletu, oraz przejrzystymi jak czyste powietrze, błękitami - na pejzaże o przestrzeni wytyczanej labiryntami podcieni i kubicznie podzielonej podestami schodów.
Skąd nawiązanie do tamtego okresu w twórczości artystki! Kazimierz malowała dziesięć lat temu. Dysponując bardzo dobrym warsztatem, dała świadectwo głębokiego przeżycia. Obecnie otrzymała propozycję trudną do odrzucenia z punktu widzenia zwykłego człowieka. Zachwycony reprodukcjami kolekcjoner zaproponował zakup swobodnie powtórzonego cyklu kazimierskiego. Ale Iwona Fischer-Zuziak odmawia, ponieważ teraz przenosi na płótno inne mocne uczucia, inaczej wyrażane.
To pejzaż włoski Umbria, Toskania... to od sześciu lat odwiedzana starożytna Gaeta na południu Włoch, nad Morzem Tyrreńskim. O sile osobistego ładunku przeżywanych emocji niech świadczy fakt, że piękny kadr tego wybrzeża, wraz z otaczającym powiewem morskiego wiatru, zaistniał w mieszkaniu Iwony, namalowany wprost na ścianie.
Artystka stwarza przestrzeń i morze przenosi. Taka jest ta wolność.
Formę wyznacza przeżycie, a tamtej formy już nie będzie, bo nie ma nic bardziej niemoralnego - szczególnie dla prawdziwego artysty - jak udawać, że się przeżywa coś, czego się nie przeżywa. Przybliżyć? Swoją twórczość literacką nazwał życiopistmiem Edward Stachura, człowiek, którego konstrukcję duchową ani chybi współodczuwa artystka.
Dość dygresji. Przekonany, że mam do czynienia ze sztuką najczystszej wody, dodam, że Iwona potrafi przekształcić tak prosty motyw, jak krakowski pejzaż z zakolem Wisły (Norbertanki) w etiudę, w której gotyk kościoła wyłania się tanecznym krokiem z błękitu nieba, a architektura klasztoru zda się być od wieków złączona z litą skałą.
Z fascynacji światem teatru powstał cykl wielokrotnych portretów znanych aktorów Starego Teatru w Krakowie, które malarka tworzyła z natury w swoim studio.
Sztuka w sztuce... Etap domknięty. O wiele wcześniej Iwona Fischer-Zuziak, opanowawszy perfekcyjnie sztukę nakładania laserunków, doprowadzała do bliskiej omdleniania euforii swoich modeli z kręgu przyjaciół - wolnych aktorów, gdy przedstawiała swoją wizję kosmogonii Niebieskiej walizki poety Jurka Sitarza. Na plenerze w Berlinie, po zburzeniu muru, wyprowadzona z równowagi bliskością metra, potrafiła sztuką - i to jaką - ujarzmić niechęć, ukoić nerwy. Miała do dyspozycji stare deski z piwnicy i trzy lub cztery tubki farb. Namalowała wówczas obrazy najbardziej kolorowe. Kipi z nich radość życia...
A niejako świadectwem artystycznej dojrzałości malarki okazała się twarz Johna Lennona na chuście - portret wykonany w noc po zamachu, w reakcji na bezlitosną wieść o śmierci muzyka. Człowieka, który nigdzie się nie ruszał bez swojej sztuki... tak jak Iwona.
Marek Sołtysik
Iwona Fischer-Zuziak is one of very few artists who always take their art with them, so to speak. Art, as we know, is governed by strict principles. On the one hand, it makes an artist free as a bird, but, on the other, it's got its limitations. Life and art walk in mysterious ways, but...
The tender creator of a grand yet subtle Italian triptych entitled Gaeta is the same person, who once painted streaks of light looking like some perverse concoctions of ruby grapefruit juice and milk... Such was Iwona's sophisticated vision of light cast upon the world that does not exist anymore, namely, Kraków gorgeous district of Kazimierz. She saw its landscape through hues of blue ranging from almost pitch black through violet to the clearest shades of indigo. In the artist's eyes Kazimierz was a labyrinthine landscape of arcades and never-ending staircases...
Iwona Fischer-Zuziak painted Kazimierz ten years ago. She did it with passion and style, however, she soon gave it up to turn to other subjects. Like she always does. An art collector enchanted by the reproductions of those pictures would not think twice of buying any continuation or even a repetition of that series, but Iwona refuses to revamp her erstwhile emotions. For her feelings are different now and different is the manner in which she wants to capture them on canvas. She has been fascinated by Italian landscapes for six years now. She's been into the images of Umbria and Tuscany. Overwhelmed by the beauty of an antique town Gaeta on the Tyrrhenian Sea she painted it on the wall of her flat. Strikingly, the wall seems to breathe the sea air...
The artist creates space; she can move seas from one place to another. Now that's what I call freedom...
Enough said, the forms in Iwona Fischer-Zuziak's paintings are always structured on her actual frame of mind. A true artist and an adventurer, she would most certainly find it inadequate or perhaps even immoral to re-live what, in fact, could never be re-lived...
A resident of Kraków, Iwona has also created visions of its good old churches and cloisters. In her paintings this ancient architecture - as if touched by the hand of the Almighty - seems to be growing out of the rocks, plant-like.
Fascinated by the world of stage, in her studio the artist created a series of multi-portraits of Kraków Old Theatre's well-known actors. Art within art - Kraków , its rooftops and celebrities... Iwona's breath-taking visions of the once-so-famous mystery of poet Jurek Sitarz's Blue Suitcase...
In Berlin, around the time after the Wall came down, her rather untypically warm-coloured visions of the city's underground were conceived. These lively paintings were a result of the artist's effort to put up with her irritation with the roar. Interestingly, she did some of them using only old planks found in a basement, and four or five tubes of paint.
Like John Lennon, whose Turin shroud-like portrait she painted on the night after his death, Iwona Fischer-Zuziak takes her art wherever she goes.
Marek Sołtysik
„Kim jest Artysta? Szaleńcem, który ma tylko oczy, gdy jest tylko malarzem, tylko uszy, gdy jest tylko muzykiem, albo tym, który ma lirę, aby wyrazić wszystkie głosy serca, jeżeli jest poetą, lub tylko mięśnie, jeżeli jest bokserem? Na pewno nie! On jest tworem upolitycznionym, w którego świadomości żyją i formułują ją niszczące lub uszczęśliwiające wydarzenia na świecie. Nie, malarstwo nie jest po to, by upiększać salony! Jest bronią w ataku i obronie przeciwko wrogowi."
Te słowa Pabla Picassa z 1945 roku określają malarstwo Stanisława Batrucha. Jego prace nie pozwalają obserwatorowi na obojętność, nierzadko mylą lub deprymują, zwłaszcza tych, którzy nie zgadzają się z otaczającą rzeczywistością. Właściwym symbolem ludzkich i społecznych zmagań z przeciwnościami losu jest w pracach Batrucha wieloznaczne pojęcie granicy. Człowiek w świecie panujących i poskromionych może te granice pokonać ale także ponieść klęskę. Bez wątpienia walorem w jego twórczości jest to, że motywuje i inspiruje swoich widzów do własnych, osobistych przemyśleń i refleksji. Obrazy jego są informacjami, które znajdują odbicie w rzeczywistości. „Widz jest szczególnie ważnym elementem w procesie tworzenia, gdyż jest on właściwym celem samym w sobie: o ludziach - dla ludzi" jak to sformułował artysta.
Stanisław Batruch jest profesorem malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Łączy artystyczną pracę z działalnością pedagogiczną. Uważany jest za wybitnego pedagoga, ale nie poucza, nie głosi kazań, po prostu mówi o tym, co sam przeżył. Od 1970 roku należy do znaczących malarzy z Krakowa, z Polski. Wystawiał wielokrotnie za granicą swojego kraju. Jego prace znajdują się w publicznych i prywatnych kolekcjach na terenie Polski, Francji, Włoch, Czech, Słowacji, Austrii, w Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Obraz człowieka według Batrucha, jego wyraźny antropocentryzm - człowiek stojący w centrum świata - zdefiniował go jako przedstawiciela europejskiej sztuki i filozofii z hierarchicznymi wymogami. Jego obraz jest zgodny z duchem czasu w jego ekspresyjnej formie. Jego malarstwo ukazuje zawikłaną problematykę naszych czasów i przekazuje równocześnie humanistyczne wartości. Batruch jest przy tym malarzem przemyślanych decyzji. Jego wypowiedzi są zawsze konsekwencją wcześniejszych przemyśleń, nawet wtedy, gdy obrazy robią wrażenie namalowanych spontanicznie.
W swoich pracach Batruch ukazuje szczególnie ostre spojrzenie na rzeczywistość, pogłębione przez szczegółową filozoficzną analizę detali. Dlatego nie może dziwić fakt, że takie podejście do świata i połączona z tym transpozycja artystyczna zawiera wszystkie cechy monumentalnego malarstwa. Batruch przedstawia człowieka w specyficznych, ekstremalnych sytuacjach, w których poświęca on indywidualne zdolności dla pozycji czy jakiejś funkcji, które zidentyfikował artysta. Mało który polski malarz stworzył bardziej wyczerpującą i dobitną charakterystykę życia w Polsce.
Batrucha malarskie spory z przeszłością i rzeczywistością uwidaczniają się w kręgu takich tematów jak odosobnienie, inwigilacja, stanie w kolejkach, przejawiają się w motywach murów, granic, dyktatorów w zbiorowiskach ludzkich. Ludzie w obrazach Batrucha ukazani są jako symbole władzy, poniżenia, ale także oczekiwania, zatracają swoją indywidualną twarz i ukazują ludzkie charaktery. Jego obraz „Dyrygent" pokazuje głuchych, ujarzmionych ludzi przed teatralnym „przywódcą". Ta prawie bez wyjęcia sytuacja zgromadzonych ludzi, jako więźniów swojej egzystencji, jest na pewno obrazem świata. Jednakże w „Kolejce nadziei" Batruch żywi nadzieję na lepsze życie, na więcej człowieczeństwa. Zmęczeni mężczyźni w „Brygadzie" i osobno czekające figury w obrazie „szlaban", ukazują skomplikowaną postać człowieka z wszystkimi jego wzlotami i upadkami, od granicy wielkości i normalności do granicy podłości i zła. Batruch dodaje: „Staram się malować różne portrety ludzkich wnętrz i ciągle próbuję je poznać, co jest prawie nieosiągalne. Chcę człowieka przeniknąć zarówno w skomplikowanych jak i normalnych warunkach".
Batruch stawia sobie przy malowaniu dwa główne warunki. Obraz musi być mądry i dobrze namalowany. Mądry to znaczy powinien posiadać intelektualną warstwę, gdyż musi przemówić do odbiorcy. Obraz powinien być dobrze namalowany, to znaczy musi zostać wykonany z wykorzystaniem pełnego arsenału możliwości warsztatowych, świadomie i emocjonalnie. Obraz ulega podczas opracowania ciągłej metamorfozie, jest przygodą i pracą. Ciężką, mozolną pracą i niepokojem myśli. Batruch maluje swoje obrazy z wewnątrz, aby utrzymać intelektualne poruszenie, niepokój. Pozorna niejednorodność jego sztuki kłuje w oczy: jest tu precyzja i niedbałość, szerokość i głębia, swoboda czy konstrukcja, w końcu analiza części lub synteza całości. Batruch swoimi obrazami porozumiewa się z tymi, którzy chcą zrozumieć, dokumentuje nimi swój sposób mówienia prawdy i ogólnej i tej osobistej.
Drugim ważnym elementem jego obrazów jest metoda, którą on chce wybrany temat przedstawić. I tak akceptuje pozornie przypadkową rozlaną farbę jako formę, która korzystnie, konstruktywnie wpływa na wypowiedź obrazu. W jego gamie barw jest wiele symboli: błękit symbolizuje spokój, zieleń - nadzieje, czerwień - agresję i dramat, podczas gdy czerń jest smutkiem, symbolem bólu. Geometryczne formy uwidaczniają stany ludzkiej duszy. Figury pełne są symbolem niepokoju lub łagodności. Obrazy powstają przeważnie w charakterystycznej skali barw: ciemnozielone, różowe, fioletowe, wykończone niebieskimi cieniami. „Nie chcę trwać w wyimaginowanym, wymyślonym świecie, lecz chcę z otoczenia siłą mojej wyobraźni stworzyć artystyczny obiekt odczuć, sporów, przemyśleń" — mówi Batruch.
Sztuka Batrucha porusza przy całym swoim ciężarze delikatnej materii duszy i wyobraźni człowieka. Definiując swoją postawę twórczą, stara się znaleźć dla siebie miejsce wielorakości poszukiwań i doznań. Na pytanie - jak? Brzmi odpowiedź - „Być sobą". W to „być sobą" wkradają się zawiedzione nadzieje, błędne informacje. „Moją dewizą na uniknięcie tego typu nieporozumień jest baczne przyglądanie się sobie, poprzez doświadczenie wielu namalowanych płócien".
Batruch należy do generacji artystycznej w Polsce, która w większości zrezygnowała z estetycznych ambicji. Jednakże nie rozszerzył się ten protest do otwartego oporu. Okazało się, że była to epoka oportunizmu i konformizmu, zarówno w rzeczywistości jak i w sztuce. Pozorny protest, zawarty w tych ramach, był osobliwym dramatem i symbolem czasów. W pluralistycznym, artystycznym sposobie, w wyrazie i formie powstawały coraz bardziej autentyczne i szczere osiągnięcia. Do nich należą obrazy Stanisława Batrucha. Jego sztuka nie pozostawia obojętnym, zmusza do głębokich refleksji. Na tym polega wartość malarstwa tego polskiego malarza; ambitnego, uzdolnionego, świadomego mężczyzny. Jego obrazy zachowały w czasie przełomu i buntu swoją aktualność, tworzą indywidualny artystyczny dokument sposobu życia, który dla malarza i jego rodaków wyraża triumf człowieczeństwa.
Dorit Marhenke
, Trzy wystawy indywidualne w Pałacu Sztuki w 1998, 2004 i 2008 roku, trzy piękne Albumy Malarstwa i film o artyście malarzu Juliuszu Joniaku, entuzjastyczne wpisy do Księgi Pamiątkowej, duża oglądalność i zachwyt międzynarodowej publiczności świadczą o pięknie i wielkiej klasie jego ekspresyjnego malarstwa.
Juliusz Karol Joniak urodzony we Lwowie ukończył w rodzinnym mieście podczas okupacji w latach 1941-1945 Szkołę Przemysłu Artystycznego. Po wojnie student-repatriant ukończył na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie dwa wydziały: Malarstwo u Prof. Czesława Rzepińskiego, który zaproponował mu asystenturę i Grafikę Artystyczną u Profesorów Andrzeja Jurkiewicza i Konrada Srzednickiego. Przeszedł na ASP wszystkie szczeble akademickiej kariery zwieńczonej profesurą zwyczajną. Był Dziekanem Wydziału Malarstwa (1978-1981) i Prorektorem Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (1981-1984).
Obecna, czwarta już indywidualna wystawa Malarstwa Juliusza Joniaka łamie parzysty rytm prezentacji jego dorobku artystycznego w Pałacu Sztuki. Powodem jest Jubileusz 100-lecia Związku Polskich Artystów Plastyków, którego jest członkiem od 1949 roku.
Pełnił Juliusz Karol Joniak we władzach Okręgu Krakowskiego ZPAP i w Zarządzie Głównym szereg odpowiedzialnych funkcji: przez dwie kadencje był Wiceprezesem Okręgu ZPAP, działał w różnych komisjach i sekcji Malarstwa Zarządu Głównego ZPAP.
Wystawa obrazów z lat 2008-2011 zorganizowana przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych swojemu Wiceprezesowi godnie poprzedza planowany na wrzesień 2011 roku Jubileuszowy Salon Malarstwa ZPAP w Pałacu Sztuki.
Zbigniew Kazimierz Witek
Prezes Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie
Three individual exhibitions in the Palace of Art in 1998, 2004 and 2008, three beautiful albums on painting, a film about painter Juliusz Joniak, enthusiastic inscriptions in the Visitors’ Book, a great number of viewers and enchanted international publics – these all prove beauty and grandeur of his paintings.
Juliusz Karol Joniak was born in Lvov where he graduated from The School of Artistic Craftsmanship in the war years 1941-1945. After the war, being a repatriated student, he studied two faculties at the Academy of Fine Arts in Cracow: painting under the supervision of Professor Czesław Rzepiński, who offered him the position of an assistant, and artistic graphics directed by Professor Andrzej Jurkiewicz and Professor Konrad Srzednicki. He obtained all possible scientific titles at the Academy of Fine Arts crowned with full professorship. He was the dean of the faculty of painting (1978-1981) and the deputy rector of the Academy of Fine Arts in Cracow (1981-1984).
The current, fourth individual exhibition of Juliusz Joniak’s paintings breaks the even rhythm of presenting his artistic output in the Palace of Art. It is connected with the hundredth anniversary of The Polish Artists’ Association where Professor Joniak has been a member since 1949. He took many responsible positions in the Cracow’s district management of The Polish Artists’ Association as well as in the head management: he was a vice chairman of the Cracow’s district of The Polish Artists’ Association, he acted in various commissions and sections of paining within the head management of The Polish Artists’ Association.
The exhibition of paintings of the years 2008 until 2011 organised by The Society of The Friends of Fine Arts for its vice chairman relevantly precedes the Anniversary Exhibition of The Polish Artists’ Association Painting planned to be held in September 2011 in the Palace of Art.
Zbigniew Kazimierz Witek
Chairman of The Society of The Friends of Fine Arts in Cracow
Malarstwo prof. Juliusza Joniaka jest w swej poetyce i stylu niepowtarzalne. Krytycy odnajdują w nim cechy charakterystyczne dla koloryzmu, ale w rzeczywistości jest to sztuka indywidualna, oryginalna, warsztatowo perfekcyjna i przynależna tylko temu jednemu artyście. Natura, Prawda, Piękno, Dobro – to wartości ze wszech miar niepodważalne dla rozwoju ludzkości – fundamentalne. Tym wartościom Prof. Juliusz Joniak jest wierny w życiu i w swym credo estetycznym. Transpozycja neutralnego krajobrazu na język malarstwa jest dla niego próbą duchowego i intelektualnego wejścia w pejzaż, zapisania przy pomocy środków malarskiej wypowiedzi zmienności natury. Owa zmienność zależna od pory dnia, roku, pogody czy nastroju i emocji towarzyszących aktowi tworzenia wydaje się być kluczem do malarstwa Prof. Joniaka. Ten sam pejzaż nigdy nie jest taki sam. Obraz w tym kontekście jest trwałym śladem chwili, wrażenia, olśnienia. Jest przeciwieństwem przemijania. W moim odczuciu już na początku drogi twórczej Prof. Joniak najwięcej uwagi poświęcał kolorowi i kompozycji, a równocześnie artysta odkrywał tradycyjne kanony piękna w sztuce, znajdując główne źródło inspiracji w krajobrazie. Z czasem zarzucił wszelkie eksperymenty tworząc swój własny, oryginalny styl dzięki któremu wystarczy rzucić okiem na płótno powieszone wśród setek obrazów innych malarzy i powiedzieć – to jest Joniak. Dominującym środkiem malarskim w twórczości Prof. Joniaka jest kolor. Ba, bogactwo koloru. Kolor buduje nastrój, dowodzi piękna natury, zachwyca. Dzięki temu malarstwo profesora nasycone jest radością, pogodą nastrojów, jakimś nieokreślonym, metafizycznym optymizmem. Obojętne czy jest to czysty krajobraz, pejzaż ze śladami ludzkiej ręki czy impresje miejskie, zawsze odczytujemy zachwyt mistrza nad tematem.
Metafizyczna głębia w twórczości Prof. Joniaka dowodzi, że artysty nie interesuje reprodukowanie piękna, ale jego tworzenie. Obraz w rozumieniu malarza jest bytem niezależnym. Powstaje w umyśle i wyobraźni artysty, potem się rodzi na płótnie i zaczyna żyć własnym życiem. Idzie między ludzi, aby ich pobudzać do myślenia, do refleksji, do wzruszeń, do zachwytów. Prof. Joniak nie formułuje definicji, manifestów i teoretycznych ram swej twórczości. Wprawdzie uważa, że malarstwo jest sposobem czy formą zapisu samego siebie, ale to co na płótnach pozostaje, stanowi przecież zaledwie cząstkę jego życia, przeżyć, myśli z których większość jest nieprzekładalna na język barw.
Jerzy Skrobot
The paintings of Professor Juliusz Joniak possess unique poetics and style. Critics identify here distinctive features of colourism but actually this art is individual, original, of excellent workshop and belonging to this specific artist. Nature, Truth, Beauty and Good are values indisputably fundamental in the evolution of humanity and these are also the values followed by Professor Juliusz Joniak in his life and artistic credo. Transferring neutral landscape into the language of art is trying to penetrate scenery spiritually and intellectually and to express the changeability of nature by artistic means. This changeability which depends on the time of day, the season, the weather as well as the mood and emotions accompanying the act of creating, seems to be the key to understand Professor’s paintings. The same landscape is never the same. In this context, a painting is a permanent trace of a moment, of an impression and a revelation; it opposites the realm of passing. In my view, Professor Joniak paid most attention to colour and composition already at the beginning of his artistic way; at the same time he was exploring the traditional canons of beauty in art and finding natural landscape as the main source of inspiration. In time, he ceased to experiment and created his own original style which means seeing a hundred of paintings and identifying Joniak’s at a glance. The most dominating artistic mean in Joniak’s paintings is colour or actually the abundance of colour. His colour builds up the mood, proves the beauty of nature and enchants the viewer, therefore his paintings is repleted with joy, positive moods and some undefined metaphysical optimism. No matter whether it is a pure landscape, a landscape with some human traces or a depiction of a municipal area, the enchantment of the master upon the theme is always observable.
Metaphysical depth of Professor’s paintings proves that the artist rejects simple reproduction of beauty but is interested in its creation. For a painter a painting is an independent existence. It is born in his mind, then it is created on canvas and starts to live its own life in order to make viewers think, reflect, affect and enchant. Professor Joniak does not formulate any definitions, manifestoes or theoretical framework with respect to his paintings. Although he believes that paintings can be a way or a form of expressing oneself, what actually stays on canvas presents only a bit of his life, experiences and thoughts most of which are impossible to express via means of colour.
Jerzy Skrobot
Na pytanie, czym jest piękno próbowano znaleźć odpowiedź od początków istnienia ludzkości. Jednak każda próba zdefiniowania kategorii piękna jest z góry skazana na porażkę, przede wszystkim dlatego, że doznawanie „piękna” przez człowieka jest niezwykle różnorodne. Każdy przeżywa i odbiera je na swój sposób. Każdy człowiek ma inne pojęcie piękna. To, czym ktoś się zachwyca, dla innego jest „brzydkie”, nie spełnia jego oczekiwań estetycznych. Dlatego granica pomiędzy pięknem i brzydotą jest bardzo subtelna, często wręcz niezauważalna. Piękno ma wywoływać nasz zachwyt, wzbudzać wysokie uczucia, pobudzać do działania. Brzydota zaś ma odwrotny efekt.
Współistnienie tych dwóch kategorii czyni każde z nich niezwykle cennymi i realnymi zjawiskami. Jeśli nie istniałaby brzydota, nie wiedzielibyśmy, co to piękno.
Taoistyczna mandala, która wyraża współistnienie czerni i bieli, światła i ciemności, dobra i zła, miłości i nienawiści, jest również symbolem wzajemnego przenikania się tego, co piękne z tym, co jest brzydkie.
Gdy myślę o pracach Agnieszki Łukaszewskiej przypomina mi się jak swoją fascynację brzydotą określił Umberto Eco.
„Spróbujmy wyobrazić sobie opis pięknej kobiety: kiedy pochwalimy jej profil, oczy, usta i włosy - niewiele pozostaje do dodania. Inaczej z przedstawieniami okropności, tutaj autor może rozwinąć skrzydła wyobraźni. Piękno jest więc ograniczone kanonem,
a brzydota jest nieograniczona w swoich możliwościach”
Sztuka często celowo miesza te dwie kategorie, deformuje piękno, a pozory urody nadaje temu co odrażające, ohydne i brzydkie. Artyści zachwycają się brzydotą, bo uważają, że jest ona bardziej „ludzka”, dobitniej wyraża prawdę o człowieku. Człowiek zaś zbudowany jest z samych przeciwieńst, współistnieją w nim dobro i zło, piękno i brzydota, grzech i niewinność.
Agnieszka Łukaszewska w swojej sztuce pokazuje tą dwoistość, rysuje głownie portrety. Pierwsze miejsce w jej interpretacjach mają członkowie rodziny, ale również przypadkowo napodkane osoby. Wykorzystuje stare fotografie, szuka inspiracji w internecie, przepuszcza przez „filtr” swojej wyobraźni znane powszechnie osoby. Deformuje otaczającą ją rzeczywistość. Jest bezkompromisowa, bez skrupułów obnaża słabości
i ułomności wybranych przez siebie modeli. Ostrość spojrzenia artystki budzi zachwyt, uwielbienie i jednocześnie niechęć i lęk.
Motywy prac Agnieszki Łukaszewskiej, twarze pozornie zwykłych ludzi, znalezione gdzieś na strychu fotografie działaczy partyjnych z okresu lat pięćdziesiątych, czy przodowników pracy również z tego okresu tak znienawidzonych przez im współczesnych, postrzegane przez pryzmat zabiegów artystycznych – swoistego sposobu patrzenia artystki – zyskują niespodziewanie i mimowolnie status surrealnych fetyszy współczesnej kultury. To wyjątkowe spojrzenie Łukaszewskiej na otaczającą ją rzeczywistość nadaje jej pracom bardzo charakterystyczny, sugestywny i uwądzący widza wyjątkowo perwersyjny wdzięk (jeśli można mówić o takich odczuciach w kontekście brzydoty i okrucieństwa).
Zdaniem Agnieszki Łukaszewskiej każdy obiekt natury, obok tego, co w nim poznane przez wszystkie specjalistyczne dziedziny wiedzy, posiada wyjątkową i jedyną w sobie tajemnicę. Jak obszary, dające się zbadać i opisać, stanowią domenę nauki, tak obszar niewiedzy, tajemnicy, jest domeną sztuki.
Wszystko, co w sztuce istotne, wywodzi się ze świata przeżyć artysty. Tam rozgrywa się cały dramat twórczy. Tam pojawiają się wątpliwości i rodzą się osiągnięcia. Postawa artysty nie polega na spokojnej pewności założeń i środków. Trzeba uważać, żeby stan szczęśliwej kontemplacji nie zmienił się w jałową bezczynność. Konieczne jest podejmowanie ryzyka, bez tego nie ma żadnej drogi do sztuki. Ryzyko zaś tkwi nie tyle w „rzeczach”, które tworzy artysta, ale w nim samym, w jego wnętrzu, w jego psychice.
Łukaszewska ma odwagę ponosić to ryzyko. Przetworzony przez jej wyjątkową wrażliwość i wyobraźnię świat jest bardzo ostry, dramatyczny, jest też bardzo „ryzykowny”, czasem groteskowy. Poprzez deformację artystka wydobywa najbardziej charakterystyczne cechy tego świata, ale także wydobywa uniwersalne aspekty egzystencji, z którymi każdy może się utożsamić. Rysowane przez nią portrety są dotkliwe, okrutne, bywa, że sprawiają wrażenie upiornych zjaw z najgorszych koszmarów sennych. Pozornie piękne i urokliwe, drastycznie ukazują rzeczywistość /np.: Henio, Łza, Ex-mąż, Wypadek, Portret wpisany w telewizor, Portret Tramwajarki/.
Agnieszka Łukaszewska stara się opisywać otaczający ją świat podobnie, jak kiedyś czynili to wielcy podróżnicy nadając swoim dziennikom tytuł „opisanie świata”, choć to co było tylko ich światem, było bardzo małym fragmentem mapy.
Rozum krytyczny czyni swoim przedmiotem kierunki przekształceń świata, usiłuje ustalić przyczyny i skutki, rozszyfrować metafory a przecież wyobraźnia tworzy nie po to, by powstałą nową rzeczywistość przekładać na język tego świata, lecz dla innych wyobraźni, które nie szukają „sensu”, nie pytają co obraz „wyraża”, tylko zwyczajnie czynią go przedmiotem marzeń.
Rex, Warszawa 25.10.2011 r.
Wystawa inauguracyjna z cyklu
Artyści Rzeszowskiego "Plastyka"
[...] Upraszczając w sposób skrajny, można by powiedzieć, że malarstwo Magdaleny Nałęcz zakorzenione jest w tym nurcie sztuki, w którym kolor odgrywał - i nadal odgrywa - rolę zasadniczą zarówno w kompozycyjnym konstruowaniu dzieła (budowa przestrzeni, budowa światła, wyważenie wzajemnych stosunków mas, wielkości i ciężarów w obrębie płótna), jak i w kształtowaniu atmosfery i ekspresji każdego obrazu. Wbrew polskim tradycjom, które malarzy z szerokiego kręgu tak zwanych „kolorystów" skłaniały do sięgania bezpośredniego do doświadczeń cezannowskich (budowa formy kolorem) lub bonnardowskich (budowa formy światłem wyrażonym przez kolor).[...] Można by pokusić się o opinię, iż obrazy Magdaleny Nałęcz, w moim odczuciu wykazują pewne zbieżności ze sztuką (dziś nieco zapomnianego) francuskiego malarza - Roula Dufy'ego. Na pewno nie mają podobnej świetlistości, jakby opartej o sztukę witrażu ani równie gwałtownej kolorystyki, bowiem w płótnach Magdaleny Nałęcz (przynajmniej w płótnach ostatniego okresu) dominują biele, srebrzyste szarości i czernie, niekiedy tylko wsparte silniejszym akcentem koloru.
W płótnach poprzedniego okresu obserwowaliśmy częściej rozstrzygnięcia kolorystyczne polegające na kontrastach temperatury barwnej i nasycenia koloru. Przestrzeń dosyć często budowana jest przy pomocy elementów linearnych (jak u Dufy'ego - gdzie „rysunkowość" jest uderzająca) a plama koloru niekiedy „rozmija" się z linijnie zbudowaną formą (kolejna zbieżność z koncepcją tamtego malarza). W płótnach M. Nałęcz realia przedstawionego motywu - wnętrza, martwej natury, pejzażu - często tracą swą ważność na korzyść „abstrakcyjnego" podziału płótna, scalenia jego elementów, monumentalizowania całościowego układu.
Pragnę z całą stanowczością zastrzec, że nie są to żadne zapożyczenia stylu malarza, o którym wspomniałem lecz pewne pokrewieństwa w rozwiązywaniu podobnych problemów. Wiem z kilkuletniej obserwacji pracy Magdaleny Nałęcz, że doszła do tych rozwiązań drogą osobistej ewolucji i możliwe, że nawet nie zwróciła bliżej uwagi na twórczość wspomnianego artysty. [...]
Magdalena Nałęcz w tym roku ukończyła studia i mimo wyraźnie zarysowanej indywidualności stoi jednak na początku swej drogi twórczej. Malarstwo jej ulegać będzie w następnych latach przeobrażeniom i dalszym poszukiwaniom coraz bardziej osobistego wyrazu. Ale zarówno kilkuletnia obserwacja jej pracy w okresie studiów jak i pewne doświadczenia pedagogiczne (mija 47 lat mej pracy z ASP z czego przez 23 lata prowadzę pracownię malarstwa przez którą przewinęło się w tym okresie setki studiujących)- pozwalają mi na przeświadczenie, że wrodzone zdolności Pani Magdaleny, rzadko spotykana w tym stopniu pracowitość i szlachetny rodzaj twórczego uporu w drążeniu problemów malarskich którymi się wyróżnia, nie zezwolą,, na porzucenie już zdobytych osiągnięć artystycznych [...] i malarstwo swoje będzie pogłębiać, doskonalić, nadawać mu nowych form artystycznego wyrazu.
Prof. Jan Szancenbach
Kraków, czerwiec 1995
Okno w malarskiej ikonografii bywa często interpretowane jako wyraz tęsknoty za wolnością, za swobodą upajania się światłem, przestrzenią, ruchem; tym co odległe, ale jeszcze w zasięgu oka mobilizuje do porzucenia zachowawczej stabilności i dręczącego miejsca ukrycia.
W najnowszych obrazach Magdaleny Nałęcz widoczny jest często dolny skrawek uchylonego okna, rozświetlającego mroczne, brązowo-ugrowe wnętrze pracowni, gdzie na parapetach i na blatach stołów pojawiają się martwe natury złożone ze szklanych, laboratoryjnych naczyń (kolby, słoiki, menzurki, buteleczki po lekarstwach), z blaszanych lejków, kubków a także z wędzonych makreli ułożonych na talerzach oraz z muzycznych instrumentów (skrzypce, stara złocista trąba).
Pomimo tej, zdawałoby się racjonalnej rzeczywistości, obrazy Magdaleny Nałęcz działają w pierwszej kolejności sugestywnym nastrojem, gęstą atmosferą ciemnego wnętrza, w którym okienne światło wydobywa metafizyczne błyski i opalizacje nokturnowych barw. Znane mi cykle poprzednich płócien artystki można powiedzieć, że były jak gdyby śmielsze w penetracji okiennej przestrzeni. Przedstawiały one bowiem widoki miasta (Krakowa), zwarty labirynt zabudowań i dachów od których blisko już było do wyzwalającego nieba.
Teraz, jak gdyby z ukrycia, Magdalena Nałęcz widzi miasto przez uchylone drzwi od balkonu, albo przez część rozjarzonego okna. Z tych dwóch stref „światła i cienia" zbudowany jest niemalże każdy, ostatni obraz artystki, nie biorąc pod uwagę motywów pejzażowych z Hiszpanii i kameralnych martwych natur, których bohaterami są dwa uśmiercone pstrągi na talerzu. Przyglądam się dłużej i uważniej wszystkim barwnym strojeniom i niuansom, zwłaszcza na dużych płótnach. One są trudniejsze do rozegrania i znacznie trudniej stworzyć w nich klimat i ciepło osobistego przeżycia.
Ledwie widoczny kształt skrzypiec położonych na drewnianym stołku pod oknem zaznacza się tylko jednym refleksem na kunsztownym wygięciu. Niemy dźwięk skrzypiec możliwy jest dzięki światłu. Dzięki promieniom słońca ubogie wnętrze pracowni robi się niezwykle urokliwe i magiczne. Przypominam sobie wiersz Józefa Czechowicza, który przepięknie śpiewa Marek Grechuta:
„Miła moja, chylą się żółte mlecze
w doliny napływa gór cień
cichy od wieczerz..."
Na martwych naturach Magdaleny Nałęcz złociste ugry, żółcienie, brunatne brązy i błękity a także bardziej soczyste akcenty czerwieni stwarzają ten aromat, który wspólny jest także dla wielu znakomitych, krakowskich malarzy. Oni, tworząc go już od dawna znajdują w młodych artystach bratnie dusze.
Stanisław Tabisz, maj 1997
Hiszpania to kraj wyjątkowy, zamykający zachodnią granicę Europy, pełen kontrastów. Od wieków egzystował z wieloma kulturami cudownie stopionymi w jednym tyglu pomiędzy Pirenejami a Giblartarem. Wydaje się być raczej ziemią i kamieniem niż czymkolwiek innym, jest zmysłowa aż do bólu zagłębiona w samej sobie. Hiszpańskie peregrynacje młodej malarki Magdy Nałęcz są jej świadomym wyborem, bowiem pochodzi z Polski, kraju który zamyka wschodnie kresy Europy. Kraju naznaczonego skomplikowaną historią, bogatą tradycją wzbogaconą wpływami innych kultur, kraju wyróżniającym się temperamentem mentalno-artystycznym podobnym do ducha hiszpańskiego. Artystka na wystawie prezentuje cykle malarskie, przedstawiając nam swój bardzo osobisty stosunek do tamtejszej rzeczywistości. Magda uprawia malarstwo dojrzałe o odcieniu ekspresjonistycznym, bardzo osobistym, z rozwagą pozostając jednocześnie w linii tradycji. Temat pejzażu warunkuje sposób wyrażania się i zakłada pewną postawę wobec życia. W swoich ostatnich pracach przypomina nam, że wartość ziemi powinna być podstawowa w życiu ludzi, jeśli nawet żyjemy w miastach stąpając po asfalcie pod betonowym niebem, to ziemia spoczywa wokół nas, odwieczna, zasłonięta tylko przez nowoczesność panujących struktur. Artystka umiejętnie z wprawą odsłania nam kurtynę zapraszając do fascynującej podróży...
W obrazach na płótnie przywołuje krajobrazy, domy i światła, obecnie już niezależne od pewnej geografii. Spalona ziemia Andaluzji, łagodne stoki Katalonii porośnięte gajami oliwnymi, ekspresyjne widoki Toledo, zjawiskowa Alhambra to główne motywy interesująco zrealizowanych cyklów malarskich. W nich właśnie doświadczenie estetyczne staje się sprawą podstawową, zaś rzeczywistość zostaje odsunięta na plan dalszy do tego stopnia, że stwarza tu świat malarski o charakterze mistyczno-symbolicznym. Odnoszę wrażenie, że Magda Nałęcz sięga do istoty w tradycji malarstwa pejzażowego, podejmując próbę teologizowania pejzażu, w którym na pozornie ubogiej ziemi znajduje miejsce dla Boga i człowieka. Bogactwo użytych środków malarskich oraz znakomite opanowanie warsztatu wzbogaca malarstwo Magdy czysto współbrzmiąc z warstwą tematyczną. Artystka dzieł świadomie stosuje własną regułę, która koryguje pierwotne wzruszenie czyniąc je prawdziwie poważnym.
Sławomir Karpowicz
Nie tak dawno, bodajże dwa miesiące temu, w tej galerii prezentował swoje prace Jacek Mathiasz. Artysta czterdziestoletni, podobnie jak obecna autorka, uczeń profesora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych Jana Szancenbacha. Przywołuję tu nazwisko krakowskiego malarza nie tylko ze względu na nazwisko profesora, które łączy oboje artystów. Tych związków jest więcej, ale i różnice w traktowaniu malarskiego tematu są tak duże, powodujące, że mamy do czynienia z dwoma silnymi indywidualnościami artystycznymi.
Magdalena Nałęcz urodzona w Rzeszowie w roku 1970 ukończyła dyplom krakowskiej ASP w roku 1995, dodajmy, że był to dyplom z wyróżnieniem. Jej mistrz i promotor Jan Szancenbach przedstawiając prace swoich uczniów w roku 1995 tak między innymi pisał we wstępie do katalogu swoich wychowanków: „Od tej chwili drogę tę (artystyczną przyp. A.W.) przemierzać będą samotnie, może dopiero teraz docenią pracę w zespole, jakim jest akademicka pracownia... Kilka lat wspólnej pracy pozwoliło mi na poznanie ich uzdolnień, osobistych predyspozycji ale również pracowitości, zapału i uporu w poszukiwaniu początku tej własnej drogi".
Jestem przekonany, że profesor się nie pomylił. To co pokazuje nam Magdalena Nałęcz na obecnej ekspozycji wystawia jej równie dobre świadectwo, jak to, którym był akademicki dyplom. Przywołując na początku postać Jacka Mathiasza zrobiłem to celowo, bo oto oboje artystów zafascynowanych jest miejskim pejzażem Krakowa, ale z jakże różnym skutkiem, w jakże różny sposób traktowanym. O ile Mathiasz jest bardzo ekspresyjny w jego traktowaniu, o tyle Magdalena Nałęcz wręcz odwrotnie jest mocno zdyscyplinowana, ascetyczna, tworząca przedziwną panoramę miasta, której nigdy nie moglibyśmy oglądać gdyby nie jej obrazy.
Obrazy Magdaleny Nałęcz zarówno pejzaże miejskie, jak i martwe natury to dzieła, z których emanuje mało dziś spotykany w sztuce rodzaj skupienia. Momentami odnosi się wrażenie, że ta młoda, bo przecież zaledwie 26-letnia autorka, konstruując swe malarskie wizje chce przekroczyć jakiś tajemniczy rubikon, wejść w świat, którego powłoką jest to co może dostrzec nasze oko na co dzień. Dlatego właśnie w skupieniu stajemy przed jej płótnami, dlatego wraz z autorką zastanawiamy się co jest dalej i dalej...
U Magdaleny Nałęcz próżno szukać jakiejś przypadkowości, jej malarska opowieść jest na swój sposób bardzo logiczna, i widać, że decyzje podejmowane w obrębie płaszczyzny płótna są po wielokroć zmieniane tak, aby ich ostateczny kształt wprowadził nas w niepowtarzalny świat artystycznych dokonań autorki. Krakowska malarka wybrała dobrą drogę, bowiem próbuje realizować swój indywidualizm w obrębie tradycyjnych form malarskiej wypowiedzi, bo takim są przecież martwe natury, czy pejzaże.
Ktoś kiedyś napisał, że Kraków Magdaleny Nałęcz to widok miasta z lotu ptaka. Rzeczywiście autorka jako obiekty swych obrazów wybiera niecodzienne widoki Krakowa, jego dachy, dalekie przestrzenie widoczne tylko z niektórych wysoko położonych miejsc, gdzie najprawdopodobniej nikt z nas nigdy by nie trafił. Jest to także Kraków bez ludzi, Kraków tajemniczych murów, układających się w geometryczne formy, Kraków po którego dachach wędruje promień światła, stykając się nagle z mrocznym murem starej kamienicy. To niby nasz świat, a przecież pod pędzlem krakowskiej autorki, wydaje się nam światem z drugiej strony naszej rzeczywistości.
Andrzej Warzecha, Kraków, 28.02.1996 r.
Od zawsze pamiętam ten dreszcz emocji i całkowite przeniesienie w inny wymiar. Cisza zapadająca pomiędzy opadaniem kurtyny a owacjami widzów, Był to dla mnie magiczny moment. Siedziałam przez te kilka sekund w osłupieniu, zachwycona poruszona grą aktorów, koncertem muzyków, śpiewaków i powoli powracałam do realnego świata. Moje najstarsze wspomnienia z dzieciństwa sięgają czasów, kiedy szyfony, tiule, tafty szeleściły w pracowni krawieckiej mojej babci, która wyczarowywała z nich kreacje do kolejnych spektakli w teatrze, a ja zakradałam się do pustej rekwizytorni i garderoby aktorów.
Emocje z dzieciństwa powróciły po latach, kiedy obejrzałam „Cinema Paradiso" w reżyserii Giuseppe Tornatore. Do dziś porusza mnie „As Time Goes By" z Casablanki i „Moon River" z Śniadania u Tiffaniego. Temat malarski musi mnie poruszyć, zachwycić, pobudzić emocje i mocno zainspirować abym zechciała poświęcić mu cykl obrazów. W 1995 roku powstało kilka monotypii przedstawiających wnętrze, przestrzeń, garderobę scenę, ... Stały się one źródłem do powstania w kilka lat później cyklu o b razów „ Ostatni seans fiImowy…”
Ludzie nigdy dotąd nie byli bohaterami moich obrazów. Postacie wprowadziłam do nich trochę podstępem. Przedstawiłam moich ulubionych aktorów - bohaterów obrazów, jako postaci z plakatu . Jednak nie chciałam aby byli nieobecni, jednostronnie płascy. Nadałam im życie i pozwoliłam zejść z plakatu.
Magdalena Nałęcz
Charakterystyczną, rzucającą się w oczy, cechą prac Magdaleny Nałęcz jest nieobecność człowieka w tym królestwie przedmiotów. Mimo tego jej przedstawienia zdają się być wypełnione utajonym życiem.
Maria Ziętara
Wieża Ratuszowa, Kraków, 1995 r.
(...) Nie bez znaczenia dla tego malarstwa jest miejsce, w którym ono powstaje.
W jej przypadku jest to niewielka pracownia na poddaszu będąca ciasną przestrzenią twórczej egzystencji jednocześnie swoistym piętnem odciskającym się w atmosferze jej płócien. (...) Można by to ująć w ten sposób, że artystka maluje swoją pracownię, czyli przedmioty, które chwilowo porzucone czy zapomniane, wracają z powrotem obok pamiątek ewokujących wspomnienia. (...) Również półotwarta, pusta szuflada pracownianego stołu jako opróżniona z zawartości przestrzeń staje się symboliczna w podobnym sensie. Wszystko to przefiltrowane przez formę, barwę i nastrój sugeruje emocjonalny stosunek do przedmiotu a nawet porę dnia, którą zdaje się być na ogół wieczór. Co się zaś tyczy wspomnianej legendarnej złożoności tematyki martwej natury w jej malarstwie to zgodnie z jego estetycznym przekazem należy się w tym miejscu odwołać do historii sztuki. Artystka uchwytuje, bowiem trzy wielkie a zarazem spektakularne tradycje tej tematyki w malarstwie europejskim. Czyni to albo bezpośrednio poprzez trawestowany cytat albo poprzez sposób widzenia. Można, zatem odnaleźć w jej obrazach odniesienia do klasycznej siedemnastowiecznej martwej natury holenderskiej. I tu zdaje się ją pociągać - zgodnie zresztą z duchem tych dawnych przedstawień - studium szczegółu jak i zdobniczość przedmiotu. Są także w jej płótnach cytaty z postimpresjonistów (...), motywy muzyczne zaczerpnięte od kubistów. Jeśli chodzi o dwie ostatnie wymienione tradycje to manifestują się one odpowiednio w studyjnym podejściu do koloru oraz w geometrii kompozycji. Swoista legendarność tych odniesień wyraża się naszym zdaniem poprzez spontaniczność i fascynację tematem, w którym już tak wiele powstało dzieł, a który nadal stanowi nieśmiertelne źródło inspiracji dla artystów malarzy.
Antoni Szoska
Kraków, 2000 r.
(...) Jestem w przechowalni wspomnień Magdy.
Podróżujemy z Magdą jak w starych filmach, niemal czuć zapach dymu papierosowego Humphreya Bogarta i powiew perfum Audrey Hepburn. Stare taśmy filmowe nęcą nas tajemnicą i prowokują do przywoływania w pamięci tytułów filmowych. Ledwo otwarte, a może raczej niedomknięte szuflady są jakąś tajemnicą, wagi może ważą przeszłość i teraźniejszość, instrumenty przywołują wspomnienia melodii. Zaczarowany świat filmu. Zaczarowany świat Magdy namalowany ze wspomnień i marzeń. Piękna podróż. Także do naszego serca.
Magda Kąkolewska
Warszawa, 2011 r.
Urodzony w listopadzie 1935 r. w Zagórzu. Absolwent Liceum Ogólnokształcącego w Sanoku i pomaturalnego Studium Nauczycielskiego w Rzeszowie. W latach 1960-1966 studiował w Akademii Sztuk Pięknych malarstwo w pracowni profesor Hanny Rudzkiej-Cybisowej nazywanej Wielką Damą Polskiego Malarstwa.
Równolegle z pracą twórczą rozpoczął nauczanie w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, a następnie w Akademii Sztuk Pięknych, gdzie pokonał kolejno wszystkie szczeble kariery nauczyciela akademickiego od asystenta po nominację profesorską, która wręczył mu w 1993 roku prezydent RP Lech Wałęsa.
Aktualnie prof. Stanisław Batruch prowadzi pracownię malarstwa na wydziale grafiki krakowskiej ASP.
Dotychczas brał udział w ponad stu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Zorganizował ponad czterdzieści wystaw indywidualnych. Jego prace znajdują się w zbiorach muzealnych oraz kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą, m.in. : Austrii, Australii, Francji, Czech, Słowacji oraz Niemiec, Węgier i USA.
Ważniejsze nagrody w ostatnich latach: wyróżnienie na Festiwalu Malarstwa Współczesnego w Szczecinie – 1988 r., Nagroda Ministra Kultury i Sztuki II Stopnia – 1989 r., Srebrny Medal i wyróżnienie na Międzynarodowym Biennale Malarstwa w Koszycach – 1989 r., prestiżowa nagroda w Celle – Heiland Fundation za rok 1990.
Stanisław Batruch born in November 1935 in Zagórze. Graduated from Liceum Ogólnokształcące (a secondary school) in Sanok and an undergraduate Studium Nauczycielskie in Rzeszów.
In the years 1960-1966 studied painting in the studio of Professor Hanna Rudzka-Cybisowa, called the Grand Lady of the Polish Painting, at the Academy of Fine Arts.
Simultaneously to his artistic career he started teaching, first at Liceum Sztuk Plastycznych (a secondary school of plastic arts) in Kraków, then at the Academy of Fine Arts, where he made it gradually through all the levels of the academic career to the nomination to the title of Professor, given to him in 1993 by the President of the Republic of Poland, Lech Wałęsa.
Presently Professor Stanislaw Batruch is running a painting studio at the Graphics Department of the Academy of Fine Arts in Krakow.
Married since 1974 to Wislawa Kłodzińska, a lawyer; since 1974 has a son Andrzej - a graduate of the Academy of Physical Education.
Urodzony w 1980 roku w Krakowie. Studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale Malarstwa pod kierunkiem prof. Stanisława Rodzińskiego oraz na wydziale Grafiki pod kierunkiem prof. Stanisława Wejmana. Dyplom w 2004 roku.
Odbył wiele podróży zagranicznych-plenerowych do krajów całej Europy.
Wystawa zbiorowa : Centrum Sztuki Współczesnej SOLVAY 2002
Wystawa zbiorowa : Pejzaż w malarstwie współczesnym
Wystawa indywidualna : Galeria Pryzmat, Kraków 2001
Wystawa indywidualna : Galeria UFO, Kraków 2005
Born in Krakow in 1980 year. He graduated from the Academy of Fine Arts in Krakow, in the faculty painting and graphic. He received his diplomas under Professor Stanislaw Rodziński (painting) and under Professor Stanislaw Wejman (graphic). Diploma in 2004 year.
He took part in many foreign open-air travels to countries of whole Europe.
Group Exhibition: Centrum of Contemporary Art SOLVAY 2002
Group Exhibition: Landscape in contemporary painting
Individual Exhibition: Pryzmat Gallery, Krakow 2001
Individual Exhibition: UFO Gallery, Krakow 2005
Michał Kotula studiował w Akademii Sztuk Pięknych - filia w Katowicach w latach 2002-2007 na wydziale Malarstwa w pracowni prof. Jacka Rykały.
Dyplom uzyskał w 2007 roku.
W sztuce pasjonuje Go komplikacja. Dokładniej ten rodzaj komplikacji, który powstaje z perfekcyjnego dopasowania wszystkich części składowych dzieła. Stara się, aby pomysł był na równi z misternym wykonaniem, aby kompozycja nie pozostawiała żadnych niedomówień, a kolory były jak najbardziej wyszukane. W tym wszystkim stara się nie zatracić siebie, osoby, która przedkłada dopracowanie dzieła pod każdym względem ponad tanie efekciarstwo. Poszukuje własnej estetyki, która z jednej strony będzie Jego własną i oryginalną, a z drugiej będzie efektowna, czytelna i przede wszystkim nie pozostanie obojętna dla przeciętnego odbiorcy. W swoich poszukiwaniach nie krępuje się korzystać ze zdobyczy techniki (np. komputer) przy projektowaniu czy też wykonywaniu swoich prac.
NAGRODY:
Grudzień 2009 "ZŁOTA RAMA" - nagroda ZPAP Okręgu Krakowskiego, II Ogólnopolski Konkurs "Obrazy muzyką malowane", Dolny Pałac Sztuki TPSP, Krakowie;
Grudzień 2009 - wyróżnienie honorowe w II Międzynarodowym Biennale Obrazu "QUADRO ART", galeria ZPAP "Na piętrze", Łódź;
Styczeń 2009 - GRAND PRIX w międzynarodowym konkursie malarskim "Obraz przestrzeni publicznej", Galeria Sztuki Współczesnej "Profil", Centrum Kultury Zamek, Poznań;
Maj 2008 - nagroda w konkursie "Obraz roku 2007" organizowanym przez Związek Polskich Artystów Plastyków, oddział w Katowicach, galeria "Art Nova 2" w Katowicach;
Listopad 2007 - nagroda publiczności w konkursie "Bielska Jesień", galeria "BWA" w Bielsko-Białej.
WYSTAWY INDYWIDUALNE:
Marzec 2007 - "Pokój do wynajęcia", Galeria „Kronika” w Bytomiu;
Luty 2007 - wystawa indywidualna, Klub-galeria „Cafe-Szafe” w Krakowie;
Maj 2006 - wystawa indywidualna, galeria PrzyTyCk w Tarnowskich Górach.
WYSTAWY GRUPOWE:
Sierpień 2008 - "Art Summer Show", galeria BestregArts, Frankfurt am Main, Niemcy;
Czerwiec 2008 - "Pamiętniki pokolenia Tamagotchi: wystawa zbiorowa artystów młodego pokolenia", galeria Klimy Bocheńskiej w Warszawie;
Maj 2008 - zakwalifikowany do finału i wystawy końcowej w konkursie "Rybie Oko", galeria w Słupsku;
Listopad 2007 - finał konkursu "Promocje", Galeria w Legnicy;
Lipiec 2007 - wystawa grupowa „Dyplom 2007”, galeria „Szyb Wilson” w Katowicach;
Maj 2007 - wystawa grupowa „Głuchy telefon”, Górnośląskie Centrum Kultury w Katowicach;
Grudzień 2006 - zakwalifikowany do finału i wystawy końcowej w konkursie "Autoportret inspirowany twórczością wybranego artysty", Muzeum regionalne w Stalowej Woli;
Maj 2006 - wystawa grupowa "12,6m 2", Górnośląskie Centrum Kultury w Katowicach;
Kwiecień 2006 - finał konkursu "Obraz Roku 2005", galeria w Hotelu Europejskim w Warszawie;
Czerwiec 2005 - wystawa grupowa "Interpretum – interpretacje", galeria "Na schodach" przy Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach;
Grudzień 2004 - zakwalifikowany do finału i wystawy końcowej w konkursie "Autoportret inspirowany twórczością Albrechta Durera", Muzeum regionalne w Stalowej Woli;
Czerwiec 2004 - wystawa grupowa w Salonie Mercedes – Benz w Sosnowcu.
EDUCTATION: 2001–2007 - Academy of Fine Arts in Katowice, painting department on probation of prof. Jacek Rykała.
ARTISTIC CREDO:
In art, the thing which interests me the most is complication. More specifically, the kind of complication, which is created through a perfect combination of all aspects of a given composition. I try to realise my ideas to their full potential, attempting to ensure that the composition is complete, with nothing to be added or taken away, and that the colours are as well studied as possible. At the same time, I try not to lose myself in all this, to remain a person whose priority is to finish pieces with care, rather than cheaply using impressive "effects". I’m constantly searching for my own kind of aesthetics, which, on the one hand, will be original, my own, and on the other, effective, clear and exceptional, making a good impresion, even on the viewer who has no artistic background. In my search I am not afraid to use technological means (e.g. computer) to aid the designing and/or the realisation of my ideas.
AWARDS:
December 2009 - "The Golden Frame" award in "Pictures painted by music" competition, TPSP Gallery in Kraków;
December 2009 - Honorable mention in "International Painting Competition - Quadro Art", "The Association of Polish Art Painters Gallery" in Łódź;
January 2009 - GRAND PRIX at "International Painting Competition – The picture in a public space", "The Profil" Gallery in Poznań;
May 2008 - Prize at the "Painting of a year" contest in „Art Nova 2" Gallery in Katowice;
November 2007 - Audience prize in "Bielska’s Autumn" contest in "BWA" Gallery in Bielsko-Biała.
SOLO EXHIBITIONS:
March 2007 - "Room for rent", "KRONIKA" Gallery in Bytom;
February 2007 - Solo exhibition in "Cafe-Szafe" Gallery in Kraków;
May 2006 - Solo exhibition in "PrzyTyck" Gallery in Tarnowskie Góry.
GROUP EXHIBITIONS:
July 2008 - "Art SUMMER SHOW", "BestregArts" Gallery, Frankfurt am Main, Germany;
June 2008 - "DIARIES OF THE TAMAGOTCHI GENERATION: A group show of Young Artists", "Bocheńska Gallery" in Warszawa;
May 2008 - "FISH EYE" competition & exhibition, Gallery in Słupsk;
July 2007 - "Graduation 2007" group exhibition, "Szyb Wilson" Gallery in Katowice;
May 2007 - "Deaf phone", Group exhibition in "Górnośląskie Centrum Kultury” in Katowice;
May 2006 - "12,6m 2", Group exhibition in "Górnośląskie Centrum Kultury" in Katowice;
April 2006 - "Painting of a Year 2005 competition", Gallery in European Hotel in Warszawa;
June 2004 - Group exhibition in the Mercedes-Benz Dealer in Sosnowiec.
Urodziła się 21 grudnia 1979 roku w Krakowie. W latach 1995-2000 uczęszczała do Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, gdzie uzyskała dyplom z wystawiennictwa. Studia na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w latach 2001 – 2006. W 2006 roku dyplom z wyróżnieniem w pracowni malarstwa prof. Leszka Misiaka. Pracę magisterską stanowią także dwa aneksy: z rysunku pod kierunkiem prof. Teresy Kotkowskiej – Rzepeckiej i z papieru unikatowego – ręcznie czerpanego pod kierunkiem adj. Małgorzaty Buczek.
NAGRODY I WYRÓŻNIENIA:
– stypendium twórcze im. Jana Szancenbacha (2005)
– medal Rektora Akademii Sztuk Pięknych w uznaniu za wyróżniającą się pracę dyplomową (2006)
– medal TPSP w Krakowie za pracę dyplomową wykonaną pod kierunkiem prof.
Leszka Misiaka, prezentowaną w Pałacu Sztuki na wystawie wyróżnionych
dyplomów absolwentów ASP w Krakowie (2006)
– Nagroda Klubu Malarzy na wystawie malarstwa „Mały Format 2007”
WAŻNIEJSZE WYSTAWY:
2006 – indywidualna wystawa malarstwa i papieru unikatowego w Galerii Autorskiej Bronisława Chromego, Kraków
2006 – malarstwo i papier unikatowy – „Debiuty” – wystawa wyróżnionych
dyplomów absolwentów ASP w Pałacu Sztuki w Krakowie
2007 – indywidualna wystawa malarstwa – „Okna”, Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”, Kraków
2007 – malarstwo – „Nowi Członkowie ZPAP”, Galeria Pryzmat, Kraków
2007 – indywidualna wystawa malarstwa (z Katarzyną Matschay), Dolny Pałac Sztuki, Kraków
2007 – udział w wystawie “Mały Format 2007”, Galeria Labirynt, Kraków
In 2001 year she has started study on department of painting from the Academy of Fine Arts in Cracow. She is presently a student of Professor Leszek Misiak painting studio.
In 2005 year she become Laureate of Jan Szancenbach scholarship.
Oil painting and photo is in the center of her interests.
Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie, Wydział Grafiki w Katowicach. Studiowała w pracowniach prof. Adama Hoffmana
i prof. Jerzego Dudy Gracza, u którego w 1980 r. obroniła dyplom z malarstwa.
W 2004 roku w ASP w Katowicach uzyskała stopień doktora sztuki.
Zdobyła kilkanaście nagród i wyróżnień w najważniejszych konkursach malarskich Polsce, takich jak: Bielska Jesień, Konkurs Malarski im. R. Pomorskiego, Konkurs Malarski im. J. Spychalskiego, Festiwal Współczesnego Malarstwa Polskiego. Otrzymała Nagrodę Artystyczną Wojewody Śląskiego, Nagrodę Prezydenta Miasta Kielc i Nagrodę Prezydenta Miasta Szczecina. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki.
Obrazy i rysunki prezentowała na ponad sześćdziesięciu wystawach indywidualnych i ponad dwustu w kraju i w świecie. Obrazy jej znajdują się w wielu kolekcjach państwowych i prywatnych.
Prowadzi samodzielną Pracownię Malarstwa w ŚWSIM na Wydziale Grafiki.
Ważniejsze wystawy:
1981 - Konkurs na rysunek jednobarwny, Katowice.
1982 - Zanikający pejzaż śląski, Mysłowice.
1983 - Ogólnopolski Konkurs Malarski im. Z. R. Pomorskiego, Katowice.
1984 - 9th International Exhibition of Original Drawings, Museum of Modern
Art, Rijeka (Jugosławia).
1985 - Ogólnopolski Konkurs Malarski im. Z. R. Pomorskiego, Katowice.
1986 - Malarstwo Europy Wschodniej, Breda (Holandia), Utrecht (Holandia),
Dordrecht (Holandia), Arnhem (Holandia), Rotterdam (Holandia);
- Konkurs na rysunek jednobarwny, Katowice;
- J. Miro International Drawing Prize, Barcelona (Hiszpania).
1987 - Współczesne Malarstwo Polskie, Rotterdam (Holandia), Arnhem (Holandia);
- J. Miro International Drawing Prize, Andora;
- Contemporary Polish Art, Erasmus University, Rotterdam (Holandia);
- Xli Ogólnopolski Konkurs Malarski im.}. Spychalskiego, Poznań.
1988 - 2 Bienale Malarstwa i Grafiki ZPAMiG, Katowice, Racibórz,
- Ogólnopolski Konkurs Malarski im. J. Spychalskiego, Poznań.
1989 - XXVI Ogólnopolska Wystawa Malarstwa „Bielska Jesień 89", Bielsko-Biała.
1990 - 35 Internationale Kunstkolonie im Prilep (Macedonia);
- Internationale Kunstkolonie im Fluhli (Szwajcaria).
1994 - Kunstler Der Akademie Krakau, Stuttgart (Niemcy);
- Kunstcircus - Zandvoort 94 (Holandia).
1995 - 100 Obrazów- 100 Artystów, Wystawa Międzynarodowa, Norymberga (Niemcy).
1999 - Ogólnopolska Wystawa Malarstwa „Aqua Fons Mitae", Bydgoszcz.
2000 - 54 Salon des Artistes du Hurepoix, Paris (Francja).
2001 - Duda-Gracz i Uczniowie 1976-1982, Muzeum Śląskie Katowice, Muzeum Historii Miasta Łodzi.
2003 - Wystawa Malarstwa XII Impresje Greckie, Gargaliani, Ateny (Grecja).
2004 - Impression Erom Greece, Gargaliani (Grecja).
2005 - III International Painting Exhibition, Narni (Włochy).
2006 - Indywidualna Wystawa Malarstwa - TPSP Pałac Sztuki, Kraków;
- III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Galeria MBWA, Nowy Sącz;
- XXI Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego, Szczecin;
2007 - III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Pałac Sztuki, Kraków.
- MGS Zakopane, Narodowa Galeria Sztuki Sztuki;
- Art: La Pologne Se Devoile, Arras (Francja);
- Z biegiem Warty 2006, Muzeum Ziemi Wieluńskiej;
- Indywidualna wystawa malarstwa i rysunku, "Śladami wspomnień", Muzeum Historii Katowic;
- Indywidualna wystawa malarstwa, Dom Maklerski SAM SA, Katowice;
- XVII Impresje Mikołowskie, Galeria MDK Mikołów, MBWA Olkusz, Beuningen (Holandia);
- VII Plener Artystyczny "Pszczyna 2007", Galeria CK Pszczyna;
- III Międzynarodowy Plener Malarski "Srebrne Miasto".
2008 - Indywidualna wystawa malarstwa, "3X3 Przestrzeń, Materia, Tajemnica", Muzeum Sopotu;
- Indywidualna wystawa malarstwa, Galeria MDK, Skoczów;
- Indywidualna wystawa malarstwa "Pomiędzy czasami", Szczecin;
- XXII Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego, Szczecin;
- Indywidualna wystawa malarstwa "Śladami wspomnień", Galeria MDK Mikołów;
- III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz.
2009 - Geografia de las Sensaciones, Casa de la Alhondiga, Segovia (Hiszpania);
- II Impressie Beuningen 2009, Beuningen (Holandia);
- II Zamojskie Biennale Sztuki, Zamość;
- III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz - Karlingen Gallery, Roterdam (Holandia).
2010 - I Encuentro Plein Air de Artistas Espanoles y Polacos, Fundacion Antonio Perez, Cuenca (Hiszpania);
- XV Salon Sztuki POLART, NCK, Kraków;
- XX Impresje Mikołowskie, Galeria MDK, Mikołów.
Nagrody:
1981 - Konkurs na rysunek jednobarwny, Katowice (1 nagroda).
1982 - Zanikający pejzaż Śląska, Mysłowice (1 nagroda).
1983 - Ogólnopolski Konkurs Malarski im. Z. R. Pomorskiego, Katowice (nagroda i medal).
1985 - Ogólnopolski Konkurs Malarski im. Z. R. Pomorskiego, Katowice (nagroda).
1986 - VIII Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego, Szczecin (medal);
- Konkurs na rysunek jednobarwny, Katowice (1 nagroda).
1987 - XIII Ogólnopolski Konkurs Malarski im. J. Spychalskiego, Poznań (nagroda);
- 2 Biennale Malarstwa i Grafiki ZPAMiG, Katowice, Racibórz (Nagroda Wojewody Kieleckiego).
1988 - XIV Ogólnopolski Konkurs Malarski im. J. Spychalskiego, Poznań (nagroda);
- Nagroda Wojewody Katowickiego za Twórczość Artystyczną.
1989 - XXVI Ogólnopolska Wystawa Malarstwa „Bielska Jesień 89", Bielsko-Biała (nagroda).
1996 - 50 Salon des Artistes du Hurepoix, Paryż (nagroda - medal).
1999 - Ogólnopolska Wystawa Malarstwa „Aqua Fons Vitae", Bydgoszcz (wyróżnienie).
2000 - 54 Salon des Artistes du Durepoix, Paryż (medal);
- VII Salon Sztuki Polar Kraków, Galeria Sztuki NCK, Nowa Huta (wyróżnienie);
- Mikołowianin Roku (statuetka).
2002 - Fundacja Godula Hope (statuetka);
- Statuetka Stowarzyszenia na Rzecz integracji „Działamy Razem".
2003 - VIII Salon Polart Kraków, Galeria NGK, Nowa Huta (I nagroda i złoty medal).
2006 - XI Salon Polart Kraków, Galeria NCK, Nowa Huta (medal, III nagroda);
- XXI Festiwal Współczesnego Malarstwa Polskiego, Szczecin (nominacja);
- III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz (wyróżnienie).
2009 - Praca Roku 2009, Galeria Art Nova 2, Katowice (nagroda równorzędna);
- XXIII Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego, Szczecin (nominacja do nagrody).
Born in Katowice, she has lived there until now. She graduated from the Academy of Fine Arts in Cracow, the Department of Graphic Art in Katowice in 1980, under the supervision of Jerzy Duda-Gracz. Holder of a scholarship of the Ministry of Culture and Art, winner of the President of Katowice Province prize.
Urodzony w 1926 r. w Bielsku. Syn Adama Bunscha artysty malarza i Ludwiki z domu Kunaszowskiej. W 1950 r. zawarł związek małżeński z Krystyną Gruchalską - artystką malarzem i grafikiem. Syn Jacek jest reżyserem teatralnym.
Studiował malarstwo u prof. Eugeniusza Eibischa i grafikę pod kierunkiem profesorów Andrzeja Jurkiewicza, Ludwika Gardowskiego i Konrada Srzednickiego w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, następnie odbył dwuletni staż w Akademie Vytvarnych Umeni w Pradze.
W 1952 r. został asystentem prof. Ludwika Gardowskiego w pracowni drzeworytu w ASP w Krakowie, po odejściu profesora na emeryturę w 1965 r. objął samodzielnie prowadzenie pracowni (od 1990 r. z tytułem profesora zwyczajnego) aż do czasu przejścia na emeryturę w 1996 r. W Uczelni pełnił różne funkcje programowe i organizacyjne, w tym dwukrotnie funkcję prorektora w latach 1972-75 i 1984-87.
Od 1951 r. bierze udział w wystawach ogólnopolskich, regionalnych oraz w wystawach grafiki polskiej za granicą m.in.: w Belgii, Holandii, ZSRR, Danii, Norwegii, NRD, Austrii, Czechosłowacji, Wenezueli, Urugwaju, Meksyku, Francji, Jugosławii, Bułgarii, Szwecji, Kanadzie, Szwajcarii, Turcji, Japonii, Finlandii, Algierii, Tunezji, USA, Islandii, Hiszpanii, RFN, na Kubie i Węgrzech.
Podróże zagraniczne...
Podróże zagraniczne stypendialne i służbowe oraz prywatne z rodziną, które poświęcał w dużej części na zwiedzanie galerii i zabytków:
- Czechosłowacja,
- Bułgaria,
- Rumunia,
- Holandia,
- Francja,
- Włochy,
- Finlandia,
- Niemcy,
- Rosja,
- Ukraina.
Prace w zbiorach:
Muzeum Narodowe w Krakowie i Warszawie,
muzeum we Wrocławiu, Bydgoszczy, Lublinie,
Biblioteka Jagiellońska,
Biblioteka Narodowa w Warszawie,
Muzeum w Skopie i w Pradze,
Muzeum Miedzi w Legnicy.
Ważniejsze opracowania i publikacje:
"Dzieje nauczania grafiki w ASP w Krakowie w latach 1939-1968", Zeszyty Naukowe ASP w Krakowie, 1972,
"Drzeworyt - podręcznik techniki" (część podręcznika ogólnego), Zeszyty Naukowe ASP w Krakowie, 1972,
"Fotografia i obraz" ("Widzenie fotograficzne i widzenie malarskie"), FOTOGRAFIA Nr 3/1984 i Wyd. Wydziału Grafiki ASP, 1986,
"Kształcenie grafików w krakowskiej ASP" (wstęp do katalogu wystawy "Grafika w krakowskiej ASP"), 1986,
"Krakowska szkoła grafiki" (artykuł polemiczny), Wyd. Wydziału Grafiki ASP w Krakowie, 1986,
"Związki polskiego drzeworytu współczesnego z tradycją drzeworytu japońskiego", wykład inauguracyjny w Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej MANGGHA w Krakowie 1995 oraz Wydz. Grafiki,
"Pogmatwane początki", artykuł do katalogu "I Wystawa Sztuki Nowoczesnej - pięćdziesiąt lat później", Galeria Starmach, Kraków, 1998,
"O pożytku nauki liternictwa", wykłady, Wydz. Grafiki ASP w Krakowie i Poznaniu 1999, w Łodzi, 2001.
Franciszek Bunsch is a son of a painter Adam Bunsch and Lundwika nee Kunaszowska. He was born in Bielsko in 1926. He married a painter and graphic artist Krystyna Gruchalska in 1950. The couple have a son Jacek who is a theatre director. Franciszek Bunsch studied painting under the guidance of Eugeniusz Eibisch and graphic art as a student of Prof. Andrzej Jurkiewicz, Prof. Ludwik Gardowski and Prof. Konrad Srzednicki at the Academy of Fine Arts in Cracow. Then he continued his education at the Akademie Vytvamych Umeni in Prague for two years.
Between 1952 and 1965 he was an assistant to Prof. Ludwik Gardowski in the studio of wood engraving at the Academy of Fine Arts in Cracow. After Prof.Gardowski's retirement he became the head of the studio which he managed until he retired in 1996. In the meantime, in 1990 he was awarded the title of a full professor. At the Academy he had different programme and organizational duties. He held the post of the Vice Rector twice in the years 1972-1975 and 1984-1987.
He showed his works in various exhibitions in Poland (all-Poland and regional events) and abroad in such countries as: Belgium, Holland, the Soviet Union, Denmark, Norway, German Democratic Republic, Austria, Czechoslovakia, Venezuela, Uruguay, Mexico, Mexico, France, Yugoslavia, Bulgaria, Sweden, Canada, Switzerland, Turkey, Japan, Finland, Algeria, Tunisia, the USA, Island, Spain, German Federal Republic, Cuba, and Hungary.
Travels abroad...
Travels abroad (fellowships, official and private in the company of his family, during which he visited numerous galleries and historical monuments):
- Czechoslovakia,
- Bulgaria,
- Rumania,
- Holland,
- France,
- Italy,
- Finland,
- Germany,
- Russia,
- Ukraine.
Works in the collections of...
National Museum in Cracow and Warsaw,
Museums in Wroclaw, Bydgoszcz and Lublin,
Jagiellonian Library in Cracow,
National Library in Warsaw,
Museums in Skopie and Prague,
Museum of Copper in Legnica.
Important studies and publication:
"Dzieje nauczania grafiki w ASP w Krakowie w latach 1939-1968" (History of teaching graphic art at the Academy of Fine Arts in Cracow from 1939 to 1968), Zeszyty Naukowe ASP w Krakowie (Scientific Fascicles of the Academy of Fine Arts in Cracow), 1972
"Drzeworyt - podręcznik techniki" /część podręcznika ogólnego/ (Copperplate - textbook of techniques /part of the general textbook/), Zeszyty Naukowe ASP w Krakowie, (Scientific Fascicles of the Academy of Fine Arts in Cracow), 1972
"Fotografia i obraz" /"Widzenie fotograficzne i widzenie malarskie'7 (A Photograph and a Painting/Photographic and painterly perception/) FOTOGRAFIA No 3/1984 and Wyd.Wydziału Grafiki ASP (Publication of the Department of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow), 1986
"Ksztatcenie grafików w krakowskiej ASP" (The teaching of graphic artists at the Academy of Fine Arts in Cracow), (introduction to a catalogue to the exhibition entitled "Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow), 1986
"Krakowska szkoła grafiki" (Cracow School of Graphic Art.) /a polemic article/, Wyd.Wydziału Grafiki ASP in Cracow (Publication of the Department of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow), 1986
"Związki polskiego drzeworytu współczesnego z tradycja_ drzeworytu japońskiego" (Links between contemporary Polish and traditional Japanese wood engraving), an opening lecture at the MANGHA Centre of Japanese Art and Technics in Cracow, 1995 and Wyd. Wydziału Grafiki (Publication of the Department of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow)
"Pogmatwane pocza_tki" (The confused beginnings), an article in the catalogue to an
exhibition: "The 1st Exhibition of Modern Art - 50 years later", Starmach Gallery, Cracow, 1998
"0 pozytku nauki litemictwa" (About the advantages of teaching letterer's craft), lectures:
Depts. of Graphic Art at the Academy of Fine Arts in Cracow and Poznari, 1999, in Lodz, 2001.
Izabela Delekta-Wicińska urodziła się w 1921 roku w Wadowicach. Jest córką kapitana 20 Pułku Piechoty Ziemi Krakowskiej nauczycielki. Wdowa po Franciszku Delekcie - śpiewaku i pedagogu, matka Rafała - dyrygenta. Całe dotychczasowe życie spędziła w Krakowie oddając temu miastu oba swoje talenty: malarski i aktorski. W czasie okupacji uczęszczała do Szkoły Przemysłu Artystycznego przy ul. Wenecja oraz brała udział w pracach Teatru Podziemnego w zespołach Wiesława Goreckiego i Andrzeja Mularczyka.
W roku 1945 Iza Delekta-Wicińska podjęła studia w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem profesorów Zbigniewa Pronaszki, Wojciecha Weissa i Wacława Taranczewskiego, w którego pracowni uzyskała dyplom w 1952 roku. W trakcie studiów zetknęła się z takimi nazwiskami jak: Z. Radnicki, A. Jurkiewicz, L. Gardowski, S. Gałęzowski, J. Hopiński czy W. Rzegociński.
W 1950 roku uzyskuje dyplom aktorski, a niezależnie od tego sześć lat poświęca na naukę śpiewu u prof. B. Ramaniszyna i tańca u prof. Z. Strzębosz.
Całe życie aktorskie, począwszy od 1949 roku, spędziła w jednym teatrze - "Młodego Widza", "Rozmaitości" i "Bagatela" zostawiając trwały ślad swoich 66 wybitnych kreacji aktorskich w historii tej sceny. Brała udział w wielu audycjach radiowych, programach i spektaklach telewizyjnych oraz w filmach.
Również od 1949 roku rozpoczęła aktywną działalność plastyczną, początkowo jako rysownik w prasie (winiety, rysunki okolicznościowe oraz komiksy), a od 1950 roku wystawiając swoje prace na wielu wystawach. Jej obrazy można spotkać w licznych polskich i zagranicznych muzeach oraz kolekcjach prywatnych.
Iza Delekta-Wicińska jest aktywnym członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków pełniąc w nim wiele odpowiedzialnych funkcji.
Została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi, Złotą Odznaką Miasta Krakowa, Medalem za zasługi dla Marynistyki Polskiej oraz wyróżniona członkostwem honorowym Marynistów Polskich.
She was born in 1921 in Wadowice, a daughter of a captain of the Twentieth Infantry Regiment of the Kraków Region and a teacher. Widow of Franciszek Delekta - a singer and a pedagogue, a mother Rafał - conductor. She has spent all her life in Cracow, providing the city with both her painting and acting talent. During the German occupation she attended the School of Artistic Craft in Wenecja Street and took part in the activity of the Underground Theatre in the groups of Wiesław Górecki and Andrzej Mularczyk.. In 1945 Izabela took up studies at Fine Arts Academy under the supervision of professors: Zbigniew Pronaszko, Wojciech Weiss and Wacław Taranczewski in whose workshop she obtained her diploma in 1952. During the studies she had contact with such names as: Radnicki Z., Jurkiewicz A., Gardowski L., Gałęzowski S., Hopiński J., Rzegociński W.
In 1950 she obtained the actors diploma; apart from this she was taught singing by professor Ramaniszyn B. and dancing by professor Strzębosz Z.
Her whole acting career since 1949 took place in one theatre - "Młodego Widza", "Rozmaitości" and "Bagatela" marked with her 66 outstanding creations in the history of the latter. She took part in numerous radio broadcasts, programmes, TV performances and films. Since 1949 she also began active artistic work, first as a draftsman in newspapers (vignettes, occasional drawings and cartoons); since 1950 she showed her works at many exhibitions. Her paintings are to be found in numerous Polish and foreign museums and private collections. She is an active member of The Association of Polish Artists and Designers, performing many responsible functions. She has been awarded with the Gold Order of Merit, Gold Badge of the City of Cracow, the Medal of Merit for the Polish Maritime Painting and rewarded with honourable membership of The Association of Polish Maritime Artists.
Urodzony w październiku 1969 roku w Stalowej Woli.
Absolwent Liceum Sztuk Pięknych w Rzeszowie.
W latach 1989-1994 studiował na wydziale rzeźby krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Dyplom pod kierunkiem prof. Mariana Koniecznego w 1994 roku.
Członek Związku Polskich Artystów Plastyków. Zajmuje się rzeźbą w brązie.
Prace znajdują się w zbiorach prywatnych w kraju i zagranicą, m.in.:
- Filharmonia Narodowa w Warszawie
- Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie
- Instytut Pamięci Narodowej
- Cementownia Górażdże
- Bank BPH S.A.
- BGŻ S.A.
- Bank Handlowy w Warszawie S.A.
- PKO Bank Polski
- Bayer
- Samsung Electronics Polska
- ING Bank Śląski
- Bank Przemysłowo - Handlowy PBK S.A.
- Bank Spółdzielczy Rzemiosła
- Bank PEKAO SA
- PZU SA
- PKN ORLEN
- RAIFFEISEN BANK
Born in October 1969 in Stalowa Wola.
Graduated Fine Arts secondary School in Rzeszów.
Betwen 1989-1994 a student of Sculpture Faculty in Cracow Academy of Fine Arts.
Diploma in 1994 guided by professor Marian Konieczny.
Member of Polish Artists Association.
At present connected with Cracow, he is engaged in sculpture in bronze.
His works are in private collections at home and abroad:
- National Philharmony Warsaw
- Institute of Forensic Research, Cracow
- Institute of National Remembrance
- Cementownia Górażdże
- Bank BPH S.A.
- BGŻ S.A.
- Bank Handlowy w Warszawie S.A.
- PKO Bank Polski
- Bayer
- Samsung Electronics Polska
- ING Bank Śląski
- Bank Przemysłowo - Handlowy PBK S.A.
- Bank Spółdzielczy Rzemiosła
- Bank PEKAO SA
- PZU SA
- PKN ORLEN
- RAIFFEISEN BANK
Urodzona w 1975 r. Studia na Wydziale Historii Sztuki UJ oraz na Wydziale Malarstwa krakowskiej ASP.
Dyplom w 2001 roku w Pracowni Malarstwa prof. Sławomira Karpowicza oraz w Pracowni Projektowania Książki i Typografii pod kierunkiem prof. Romana
Banaszewskiego. Od 2003 należy do ZPAP.
Zajmuje się malarstwem sztalugowym, collagem, a także ilustracją książkową. Nagradzana za ilustracje do książek dla dzieci. Nagroda ZPAP – obraz roku oraz statuetka „ Halna” w 2005.
W latach 2000-2010 miała 12 indywidualnych wystaw malarstwa, bierze udział w licznych wystawach zbiorowych malarstwa, rysunku i plenerach artystycznych.
Jej obrazy i ilustracje znajdują się w kolekcjach prywatnych w Polsce, Kanadzie i Wielkiej Brytanii.
Born in 1975. Graduated from the Painting Departament at the Academy of Fine Arts in Cracow, attended History of Art at Jagiellonian University.
Diploma 2001 - studio of painting at prof. Stawomir Karpowicz, studio of project designs: Books and typography animated by prof. Roman Banaszewski.
Specializes in oil-painting, collage and book illustration.
Member of ZPAP (Association of Polish Fine Artists) - since 2003.
From 2000 year till now - twelve individual exhibitions, moreover took part in the collective paint and drawing exhibitions.
Finalist of 2004' Foundation of Franciszka Eibisch, Polish - wide competition for young painters.
Rewarded for illustration of children books.
Urodził się w 1940 roku w Krakowie. Studia na Wydziale Malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowni prof. Emila Krchy, dyplom w roku 1963. Od 1963 roku rozpoczyna samodzielną pracę artystyczną i nauczycielską. Był wychowawcą w domu dziecka, nauczycielem wychowania plastycznego w szkole podstawowej, nauczycielem wychowania plastycznego w liceum ogólnokształcącym. Szereg lat uczył w krakowskim Liceum Sztuk Plastycznych. W latach 1972-1980 był docentem w Państwowej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, gdzie prowadził pracownię malarstwa. W roku 1981 rozpoczął pracę w krakowskiej ASP. W roku 1989 uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. W latach 1996-2002 był rektorem krakowskiej ASP, w latach 1999-2002 przewodniczącym Konferencji Rektorów Szkół Artystycznych.
W latach 80-tych był wykładowcą w Papieskiej Akademii Teologicznej, od roku 1985 do 2009 współpracował z Instytutem Pedagogiki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Członek rzeczywisty Polskiej Akademii Umiejętności i Towarzystwa Naukowego Sandomierskiego. W latach 1991-1992 członek Rady Kultury przy Premierze RP. Doktor Honoris Causa wrocławskiej i katowickiej ASP. W roku 2010 otrzymał tytuł profesora honorowego krakowskiej ASP. W roku 1977 sygnatariusz Deklaracji Towarzystwa Kursów Naukowych (tzw. Latający Uniwersytet). W latach 1981-1989 uczestnik ruchu kultury niezależnej (prace organizacyjne, publikacje w prasie podziemnej). Od lat siedemdziesiątych do roku 1983 (tj. do likwidacji ZPAP przez władze stanu wojennego) pracuje społecznie w ZPAP. W latach 1973-1983 naczelny redaktor biuletynu Rady Artystycznej ZPAP.
Od roku 1968 uprawia publicystykę i eseistykę w zakresie sztuki. Współpracownik „Tygodnika Powszechnego", „Znaku", „Więzi", publikuje m.in. w „Dzienniku Polskim", „Projekcie", „Etosie", „Kulturze Paryskiej". W latach 1999 - 2012 ukazało się pięć książek zawierających te publikacje (Sztuka na co dzień i od święta; Obrazy czasu; Mój szkicownik; Dzieła, czasy, ludzie; Autoportret malarza).
Od roku 1963 wziął udział w około stu wystawach indywidualnych i w ponad dwustu wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Jego prace znajdują się w krajowych i zagranicznych zbiorach muzealnych oraz w kolekcjach prywatnych.
Uzyskał szereg nagród i wyróżnień, m.in.: Złoty Medal TPSP, Złotą Odznakę ZPAP, Nagrodę Miasta Krakowa, Nagrodę Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, Stypendium Instytutu Jana Pawła II w Rzymie, Nagrodę Fundacji Jurzykowskiego w Nowym Jorku, Nagrodę Wojewody Krakowskiego za malarstwo, pracę pedagogiczną i publicystyczną, Krzyż Kawalerski i Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal Komisji Edukacji Narodowej, Nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za malarstwo i eseistykę, Srebrny Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis, Nagrodę imienia Witolda Wojtkiewicza przyznawaną przez Okręg Krakowski ZPAP, Wyróżnienie Specjalne TOTUS, Nagrodę im. Kazimierza Ostrowskiego – ZPAP Gdańsk.
Was born in 1940 in Kraków. He graduated the Faculty of Painting of the Academy of Fine Arts (ASP) in Kraków, in the Painting Studio of Prof. Emil Krcha - with the Diploma in 1963. In 1963 he started an independent artistic and tutorial work. He was an educator in an orphanage, an art teacher in a primary and in a high school. For many years he worked as an educator in the Kraków High School of Fine Arts. In the years1972-1980 he was an Associate Professor of the State School of Fine Arts in Wrocław, where he run his own Painting Studio. In 1981 Rodziński started his work in the Kraków ASP. In 1989 he received the title of the Professor. In the years 1996-2002 he was the Rector of the Kraków ASP; in the years 1999-2002 he was a chairman of the Conference of Rectors of the Schools of Fine Arts.
In the 80`s he was a lecturer at the Pontifical University of John Paul II, from 1985 to 2009 he cooperated with the Institute of Pedagogy at the Jagiellonian University. He is a real member of the Polish Academy of Arts and Sciences (PAU) and the Scientific Association of Sandomierz. In the years 1991-1992 Rodziński was a member of the Council of Culture at the Prime Minister of the Republic of Poland. He is the Honoris Causa Doctor of Wrocław and Katowice ASP. In 2010 Rodziński received the title of the Honorary Professor of the Kraków ASP.
In 1977 he became the signatory of the Declaration of the Society of Scientific Courses (the socalled Flying University). In the years 1981-1989 Stanisław Rodziński was a participant of the independent culture movement (organizational work, publication in the underground press). Since the 70`s till 1983 (i.e. till the liquidation of the ZPAP by the martial law authorities) he worked in the ZPAP on voluntary basis, without remuneration. In the years 1973-1983 he was the editor-in-chief of the bulletin of the Artistic Council of the ZPAP.
Since 1968 he has been writing as a publicist and an essayist, on art. He is the associate publicist in „Tygodnik Powszechny", „Znak", „Więź"; he publishes inter alia in „Dziennik Polski", „Projekt", „Etos", „Kultura Paryska." Between 1999 and 2012 they published five books with his publications (Sztuka na co dzień i od święta; Obrazy czasu; Mój szkicownik; Dzieła, czasy, ludzie; Autoportret malarza).
Since 1963 Stanisław Rodziński has participated in about one hundred solo exhibitions, and in over two hundred collective exhibitions - in Poland and abroad. His works are in museum collections in Poland and abroad, as well as in private collections.
Rodziński was awarded numerous awards and honourable mentions, inter alia: the Golden Medal of TPSP, the Golden Badge of ZPAP, the Award of the City of Kraków, the Award of the Museum of the Warsaw Archdiocese, the Scholarship of the Institute of John Paul II in Rome, the Award of the Jurzykowski Foundation in New York, the Award of the Kraków Voivode for painting, educational and publishing work, the Order of Polonia Restituta, the Medal of the Commission of National Education, the Award of Minister of Culture and National Heritage for painting and essay writing, the Silver Medal for Merit to Culture Gloria Artis, the Award of Witold Wojtkiewicz awarded by the ZPAP Kraków District, the Special Honourable Mention TOTUS, the Award of the Kazimierz Ostrowski – ZPAP Gdańsk.
Urodzony w Warszawie w 1927 roku. Odbywa studia z zakresu nauk przyrodniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim i otrzymuje w 1952 roku dyplom magistra zoologii. Jednocześnie studiuje na Akademii Sztuk Pięknych, którą kończy z dyplomom w 1956 r. Od tego roku zaczyna pracować jako zoolog w Muzeum Przyrodniczym Polskiej Akademii Nauk. Z biegiem czasu zainteresowania jego przesuwają się w kierunku muzeologii, filozofii oraz teorii sztuki. Jego doktorska dysertacja napisana pod kierunkiem profesora Romana Ingardena ma już charakter humanistyczny i jest poświęcona teorii ilustracji naukowej. Doktorat z zakresu nauk humanistycznych Święcimski uzyskuje w 1964 r. W 1967 zostaje wysłany na staż do Carnegie Muzeum w Pittsburgu (USA). Wyjazd ten zapoczątkowuje serię podróży do różnych muzeów Europy, głównie w celach zbierania materiałów do badań muzeologicznych. W 1976 pisze swoją dysertację habilitacyjną z zakresu teorii ekspozycji muzealnej, gdzie ekspozycja potraktowana jest jako utwór architektoniczno-plastyczno-językowy. Publikuje serie prac z dziedziny muzeologii: w Holandii, NRD, Czecho-Słowacji, zaś z teorii plastyki naukowej także w Stanach Zjednoczonych i oczywiście w Polsce. Wykłada zasady ekspozycji muzealnej na Podyplomowym Studium Muzeologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przez kilika lat wykłada też anatomię dla malarzy w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, obecnie zaś rysunek przyrodniczy dla Wydziału Biologii i Nauki o Ziemi UJ. Niezależnie od prac teoretycznych projektuje ekspozycje muzealne bądź sam, bądź w zespołach.
Działalnością czysto artystyczną zajmuje się równolegle do wszystkich tych prac od 1956 roku. Wystawia niewiele i wyłącznie w kraju (głównie w Krakowie). Ofiarowuje 35 obrazów do Krakowskiego Oddziału PAN, kilka obrazów do Katedry Filozofii UJ. W 1982 r. wystawia po raz pierwszy za granicą.
Zajmuje się pejzażem interpretowanym w kierunku syntetycznej „abstrakcji" i pejzażem „wewnętrznym”, będącym odzwierciedleniem świata przeżyć i oderwanym od obserwacji „natury”. Ma też na swym koncie prace z dziedziny sztuki sakralnej. Jest członkiem ICOM.
Prof. Śmiecimski zmarł 21 stycznia 2012 roku.
Born in 1927 in Warsaw. After the Warsaw uprising in 1944 he moved to Cracow. There he graduated in natural sciences at the Jagiellonian University, as a M.Sc. in zoology. At the same time he was studying at the Academy of Fine Arts, where he graduated in 1956, awarded the diploma in illustration of books, particularly the historical and scientific ones. He started his work in the Museum of Natural History of the Polish Academy of Sciences. Then his interests directed to museum works, philosophy and theory of art. His Ph.D. Thesis, written under Roman Ingarden's supervision was devoted to the theory of scientific illustration. The series of his travels started with the scientific scholarship at the Carnegie Museum in Pittsburgh in 1967, got for gathering materials to museum studies. In 1976 he presented the Sc.D. Thesis on the theory of museum exhibition. Then he published numerous papers on museum work and on the artistic presentation of scientific exhibitions in Poland, Europe and USA. He was teaching the basis of museum exhibition work for the students of the Postgraduate Studies in Museum Works at the Jagiellonian University, at the Nicholas Copernicus University in Toruh and at the Warsaw University. Since 1992 he has worked as a retired professor in humanities at the Jagiellonian University. Along with the theoretical works he has been dealing with design of museum exhibitions, but the artistic creation has been his primary concern, continuously since 1956. His exhibitions were rare but he has offered many works to the collections of the Polish Academy of Sciences, the Scientific Station of the Polish Academy of Sciences in Paris, the University of Fribourg, and the Philosophy Department of the Jagiellonian University. In 1982 he exhibited abroad for the first time. He has been dealing with the landscape, interpreted more as the synthetic „abstraction" and with the „internal" landscape, reflecting the world of his emotions and far from the observations of the „nature". Although he is close to the philosophy of the positivism, his art includes some sacral works too. He is a member of ICOM (International Council of Museums).
Died 21 of september 2012.
Teresa Wallis-Joniak urodziła się w Chorzowie 13 października 1926 roku w rodzinie inteligenckiej z tradycjami. Po ukończeniu szkoły średniej i zdaniu matury w 1947 roku została przyjęta na wydział Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, gdzie studiowała w pracowniach legendarnych profesorów: Hanny Rudzkiej-Cybisowej, Czesława Rzepińskiego, Jerzego Fedkowicza oraz równolegle grafikę pod kierunkiem prof. Andrzeja Jurkiewicza i Ludwika Gardowskiego.
Rok 1952 dla Teresy Wallis to koniec I etapu studiów, absolutorium oraz ślub z poznanym na Akademii malarzem, Juliuszem Joniakiem. Dyplom na Wydziale Malarstwa, którego promotorką była prof. Hanna Rudzka-Cybis i tytuł magistra sztuki otrzymała w 1954 roku.
Przychodzą na świat córki, kolejno Ania i Marta, których wychowanie bardzo ją absorbuje. Niemniej każdą wolną chwilę poświęca pracy artystycznej i doskonaleniu warsztatu. Od 1972 roku uczy wychowania plastycznego w krakowskich liceach (II, IV, IX, XIV) oraz prowadzi praktyki pedagogiczne dla studentów Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Za pracę pedagogiczną otrzymuje nagrody od Ministra Oświaty i Wychowania.
Przez szereg lat pełni funkcję sekretarza naukowego Olimpiady Artystycznej oraz przygotowuje do niej młodzież licealną, za co wielokrotnie jest nagradzana prestiżowymi nagrodami przez samego profesora Stanisława Lorenza, przewodniczącego Olimpiady.
Członkini Związku Polskich Artystów Plastyków od 1955 roku i Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
Teresa Wallis-Joniak was bom in a family from the circle of the intelligentsia in Chorzów on 13 October,1926. After having graduated from secondary school in 1947 she was admitted to the Department of Painting at the Academy of Fine Arts in Cracow. She studied painting under the guidance of such legendary professors as: Hanna Rudzka -Cybisowa, Czesław Rzepiński and Jerzy Fedkowicz, and graphic art in the studios of Andrzej Jurkiewicz and Ludwik Gardowski.
In 1952 Teresa Wallis completed her studies and mar-ried a painter whom she met at the Academy, Juliusz Joniak. In 1954 she obtained a diplomaat the Department of Painting and the title of Master of Arts (prof.Hanna Rudzka-Cybis was her tutor and professor conferring a de-gree).
Soon afterwards she gave birth to her two daughters, Anna and Marta and became absorbed in motherhood.
Still, she devoted all her spare time to artistic work and the improving of her skills and manner of painting. In 1972 Teresa Wallis-Joniak started to teach art in the Cracow secondary schools a, -1 suoen/ise trainings for students of Pedagogical College in Cracow. She received a prizefor her pedagogical work from the Minister of Education.
She held the function of a scientific secretary of the Art Competitions for a number of years. She was granted prestigious awards for her work with young people, whom she prepared for the competitions, from the Chairman, Prof. Stanisław Lorenz.
Teresa Wallis-Joniak nas been a member of the Union of Polish Artists and Designers (ZPAP) sińce 1955 and the Society of the Friends of Fine Arts (TPSP) in Cracow.
Urodzony w 1920 r. w Sosnowcu. Studia - Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie. Szkoła prof. Zb. Pronaszki. Udział w wystawach okolicznościowych, okręgowych, ogólnopolskich m.in.: Lublin, Łódź, Bydgoszcz, Katowice, Gliwice, Bytom, Kraków; Festiwal Sztuki Nowoczesnej w Sopocie 1957, 1959; Festiwal Sztuki Współczesnej Warszawa; Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego Szczecin 1962, 1964, 1966; Zimowe Salony w Radomiu 1959; Salony TPSP w Krakowie od 1954; Wystawa Polskiego Dzieła Plastycznego w XV-lecie PRL, Warszawa 1961; Biennale Grafiki - Kraków 1965; Festiwal Muzyki Dawnej i Nowej - Bydgoszcz 19G6; II Spotkania Krakowskie 1967; III Spotkania Krakowskie 1969; „Pejzaż Polski" Bydgoszcz 1967; II Konfrontacje w Rzeszowie 1968; III Reprezentacja Państw Socjalistycznych w Szczecinie 1969; Wystawy indywidualne: Kraków 1959, Łódź, Krynica. Tarnów, Nowa Huta, Nowy Sącz, Kraków AGH, Garnizonowy Klub Oficerski 1964; Wystawa Grupy Zagłębie - Katowice 1967; Wystawa Grupy 15 Kolekcji Kraków-Gdańsk 1968; Wystawy XV, XX, XXV, XXX, XL-lecia PRL; Wystawa Jubileuszowa w Tarnowie 1970; indywidualna retrospektywna, Kraków 1971. Udział w wystawach zagranicznych: Oslo - Narvik, Bergen, Norwegia, Wiedeń 1959; Bratysława 1965; Praga 1966; Vallouries (Francja) 1969; Bologna (Włochy) 1968; Bergen, Szwecja 1979; Grecja, RFN; Prace w zbiorach prywatnych za granicą: USA, Kanada, Australia, RFN, Włochy, Szwecja. Prace w zbiorach MKiS, MSZ, Prezydium Rady Narodowej m. Krakowa, Muzeum w Tarnowie, Tomaszowie, Szczecinie, Toruniu. Nagrody: II Nagroda za „Obraz Roku" 1965; ZPAP Kraków; Nagroda ASP Kraków za aktywność artystyczną w 1964 r.; laureat Nagrody „Dziennika Polskiego"; dyplomy i wyróżnienia TPSP Kraków.
Henryk Wójcik, born in 1920 in Sosnowiec. Studies: Academy of Fine Arts in Kraków. School of profesor Zb. Pronaszko, painter. Participation in occasional, district and all-Polish exhibitions such as: District, travelling: Lublin, Łódz, Bydgoszcz, Katowice, Gliwice, Bytom; District Exhibitions in Kraków, Festival of Modern Art in Sopot 1957, 1959, Festival of Contemporary Art in Warsaw, Festival of Polish Contemporary Painting in Szczecin 1962, 1964, 1966, Winter Salons in Radom 1959, Salons of TPSP (Society of the Friends of Fine Artis) in Kraków since 1954, Exhibition of Polish Artistic Work on the occasion of the 15th anniversary of the Polish People's Republic, Warsaw 1961, Second Biennale of Graphic Arts, Kraków 1965, Festival of Old and New Music, Bydgoszcz 1966, Second Cracovian Meetings 1967, Third Cracovian Meetings 1969, ,,Polish Landscape Painting", Bydgoszcz 1967, Second Confrontations in Rzeszów 1968, Third Representation of Socialist Countries in Szczecin 1969. Individual exhibitions: Kraków 1959, Łódz, Krynica, Tarnów, Nowa Huta, Nowy Sącz, Kraków at the Academy of Mining and Metallurgy, Garrison Club of Officers 1964, Exhibition of Zagłębie Group in Katowice 1967, Exhibition of the Group of 15 Collections Kraków-Gdańsk 1968, participation in Jubilee Exhibition of Academy of Fine Arts in Kraków 1968, Exhibition on the occasion of the 20th anniversary of the Polish People's Republik, the 25th anniversary of the Polish People's Republic, the 30th anniversary of the Polish People's Republic, the 40th anniversary of the Polish People's Republic. Jubilee Exhibition in Tarnów 1970, Indyvidual Retrospective Exhibition in Kraków 1971. Participation in exhibitions abroad such as: Oslo-Narvik, Bergen, Norway,Wienna 1959, Bratislava 1965, Czech Prague 1966, Vallouries France 1969, Bologna-Italy 1968., Bergen, Norway, Sweden 1979, Greece, German Federal Republic-Ahausen, Darmstadt, Koln, Munich, Nurnberg. Works in private collections abroad: The United States of America, Canada, Australia, German Federal Republik, Italy and Sweden.
Works in the collections of Ministry of Culture and Art, Ministry of Foreign Affairs, Presidium of People's Council in Kraków, Museums in Tarnów, Tomaszów, Szczecin and Toruń. Prizes: Second prize for ,,Picture of the Year" 1965, Union of Polish Artists and Designers Kraków, Prize from Academy of Fine Arts for artistic activity in 1964, prize-winner of "Dziennik Polski", diplomas and distinctions from TPSP (Society of the Friends of Fine Arts), Kraków.
Urodził się w Radomsku w 1944 roku. W 1947 roku wraz z rodzicami wyjechał do Nowego Sącza. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Pięknych i Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom tej uczelni uzyskał w 1970 roku. Był nauczycielem plastyki w I Liceum Ogólnokształcącym w Nowym Sączu. Przez trzy kolejne kadencje sprawował funkcję Przewodniczącego Oddziału ZPAP w Nowym Sączu. Był Radnym Miejskim w Nowym Sączu. Od 1973 roku jest dyrektorem Biura Wystaw Artystycznych w Nowym Sączu i od 1994 roku Prezesem Stowarzyszenia Pastelistów Polskich. Inicjator i komisarz I, II, III, IV Ogólnopolskich Wystaw Pasteli (1987-1994) w Nowym Sączu, Ogólnopolskiego Biennale Pasteli - Nowy Sącz '96, '98, '2000 i Międzynarodowych Biennale Pasteli - Nowy Sącz '2002, '2004, '2006. Jest członkiem: Związku Polskich Artystów Plastyków, Stowarzyszenia „Wspólnota Polska", Stowarzyszenia Animatorów Kultury, Stowarzyszenia Pastelistów Polskich, Honorowym członkiem Stowarzyszenia Przyjaciół Sztuk Pięknych w Nowym Sączu. Uprawia malarstwo i scenografię oraz zajmuje się upowszechnianiem sztuki. Wykonał kilkanaście scenografii dla Teatru Robotniczego im. Bolesława Barbackiego w Nowym Sączu („Dziady", „Antygona", „Niemcy", „Odejście Głodomora", „Moralność Pani Dulskiej").
Projektował i wykonał oprawy plastyczne niektórych widowisk plenerowych Krzysztofa Jasińskiego w latach 1976-79. Zrealizował autorski spektakl teatralny„Mątwa" Witkacego w 1985 roku. W 1993 roku na zaproszenie organizatorów wziął udział w Zamojskim Lecie Teatralnym wystawą towarzyszącą pasteli pt. „Impresje teatralne".
Prace Krzysztofa Kulisia prezentowane były na wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą. Obrazy znajdują się w zbiorach osób prywatnych i instytucji m.in. w Austrii, Finlandii, USA, Watykanie, Francji, Turcji, Niemczech, Hiszpanii, Jugosławii, Izraelu, Szwecji.
He was bom in Radomsko in 1944. In 1947 he moved to Nowy Sącz with his parents. He completed his education at The State Secondary School of Fine Arts and then The Academy of Fine Arts in Cracow, from which he graduated in 1970. He also used to work as an art teacher at Secondary School No.1 in Nowy Sącz. For three subsequent terms he was chairman of the Nowy Sącz branch of the ZPAP (The Union of Polish Artists). He was member of the Town Council as well. Since 1973 he has been the director of the Bureau of Art Exhibitions in Nowy Sącz, and since 1994 has been the Chairman of The Association of Polish Pastel Artists and initiator and superintendent of the First Four All-Poland Exhibitions of Pastels (1987-1994) in Nowy Sącz, the All-Poland Pastel Biennial in Nowy Sącz 1996-98-2000 and The International Biennial Pastel Exhibition in Nowy Sącz 2002-2004-2006. He belongs to the following organizations: The Union of Polish Artists, The "Wspólnota Polska" Society, The Society of Culture Animators,The Association of Polish Pastel Artists, The Nowy Sącz Society of Friends of Fine Arts (Honorable Membership). He practises painting and scenography and is active propagator of art. He was an author of a few scenographies in the House of Culture (DKK) in Nowy Sącz ("Dziady" "Antygona" "Niemcy" "Odejście Głodomora" "Moralność Pani Dulskiej").
He projected and made scenie settings for some open air performances of Krzysztof Jasiński in years 1976-79. He adapted and directed a theater spectacle "Mątwa" by Witkacy in 1985. In 1993 he was invited by the organizers of theTheatrical Summer in Zamość to exhibit air pastels of "Theatrical impressions"cycle as an accompanying event.
The works of Krzysztof Kuliś were presented on a lot of many individual and many collective exhibitions in Poland and abroad. They can be found in both private and institutional collections in Austria, Finland, France, Germany, Israel, Spain, Sweden, USA and Yugoslavia.
Studia:
1978-1979 - wolny student Akademia Sztuk Pięknych, Helsinki.
1982-1983 - wolny student Konstfack, Sztokholm.
1984-1989 Akademia Sztuk Pięknych w Warszawie, Wydział Grafiki, pracownia
prof. Haliny Chrostowskiej i prof. Rafała Strenta, pracownia malarstwa prof. Jerzego Tchórzewskiego.
Wystawy indywidualne:
1988 - Kulturhuset, Nässjö, Szwecja;
1989 - Galerie MB, Sztokholm;
1991 - Saabs Konstförening, Linköpng, Szwecja;
1993 - Galeria Pestka, Muzeum Etnografi czne, Warszawa;
1994 - Galerie Girardet, Essen, Niemcy;
1995 - Galeria Test, Warszawa;
1998 - Galeria Miejska Arsenał, Poznań;
- Galeria Test, Warszawa;
2003 - Galeria Do trzech razy sztuka, Warszawa;
2005 - Galeria Test, Warszawa;
2006 - Galeria Forma, Warszawa;
2007 - Pałac Sztuki, Kraków;
- Składnica Sztuki, Warszawa
Udział w wystawach zbiorowych:
1985 - X Ogólnopolski Przegląd Grafiki Studenckiej, Kraków
1985 - Ogólnopolski Przegląd Rysunków Studentów Wyższych Szkół
Artystycznych, Katowice, Nagroda Pedagogów
1991 - Triennale Grafiki Polskiej, Kraków
1991 - Ogólnopolska Wystawa Pokonkursowa Grafiki, Łódź
1992 - I Międzynarodowe Biennale Grafiki Maastricht, Holandia
1994 - Międzynarodowe Triennale Grafiki Polskiej, Katowice
1995 - Warszawski Miesiąc Malarstwa, Kwiecień, ZPAP, Warszawa
1996 - Warszawski Miesiąc Malarstwa, Kwiecień, ZPAP, Warszawa
1997 - "Człowiek w obrazie" - wystawa grafiki Xylon-Muzeum +Warsztaty, Schwezingen,
Muzeum Miejskie Reutlingen, Niemcy;
1998 - Artystka i jej Światopogląd. Ślady kultury polskiej i Amerykańskiej,
Wędrująca wystawa zbiorowa artystek polskich I amerykańskich, USA;
1999 - Moja Ziemia, ZPAP, Warszawa;
2000 - Rysunek 2000, Mazowieckie Refleksje, Galeria Lufcik, ZPAP Warszawa;
2001 - Rzeźba jako przedmiot osobisty, Galeria Lufcik, ZPAP, Warszawa;
2004 - Puławska Galeria Sztuki, Dom Chemika, Via Varsovia, Puławy;
2004 - Via Varsovia, Do Trzech razy sztuka, Warszawa.
Studies:
1978-1979 - unregistered student at Fine Arts Academy in Helsinki.
1982-1983 - unregistered student at Konstfack, Stockholm
1984-1989 - Fine Arts Academy in Warsaw, Faculty of Graphics, workshop of professor Chrostowska and professor Rafał Strent, workshop of professor Jerzy Tchórzewski.
Individual exhibitions:
1988 - Kulturhuset, Nässjö, Sweden
1989 - Galerie MB, Stockholm
1991 - Saabs Konstförening, Linköpng, Sweden
1993 - "Pestka" Gallery , Ethnographic Museum, Warsaw
1995 - Galerie Girardet, Essen, Germany
1995 - "Test" Gallery, Warsaw
1998 - "Arsenał" Municipal Gallery, Poznań
- "Test" Gallery, Warsaw
2003 - "Do trzech razy sztuka" Gallery, Warsaw
2005 - "Test" Gallery, Warsaw
2006 - "Forma" Gallery, Warsaw
2007 - Palace of Fine Arts, Kraków
- Składnica Sztuki, Warsaw
Participation in common exhibitions:
1985 - Tenth National Season of Student's Graphics, Cracow
1985 - National Season of Drawings by Students of Artistic Universities, Katowice, Lecturers Award
1991 - Triennial of Polish Graphics
1991 - National Post-competition Exhibition of Graphics, Łódź
1992 - First International Biennial of Graphics, Maastricht, the Netherlands
1994 - International Triennial of Polish Graphics, Katowice
1995 - Warsaw's Month of Painting, April, The Association of Polish Artists and Designers, Warsaw
1996 - Warsaw's Month of Painting, April, The Association of Polish Artists and Designers, Warsaw
1997 - "Człowiek w obrazie" graphics exhibition, Xylon Museum and Workshops, Schwezingen, Municipal Museum of Reutlingen, Germany
1998 - The artist and her views. Tracks of Polish and American Culture- traveling common exhibitions of Polish and American female artists, the USA
1999 - My Land, The Association of Polish Artists and Designers, Warsaw
2000 - Drawing of The Year 2000 - "Mazowieckie Refleksje", "Lufcik" Gallery, The Association of Polish Artists and Designers, Warsaw
2001 - Sculpture as a personal object, "Lufcik" Gallery, The Association of Polish Artists and Designers, Warsaw
2004 - Puławska Art Gallery, "Dom Chemika", Via Varsovia, Puławy
2004 - Via Varsovia, "Do trzech razy sztuka", Warsaw
Katarzyna Maciej urodziła się w 1976r. w Częstochowie. W 1997 r. rozpoczęła studia w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa. Dyplom magistra sztuki uzyskała w 2002r. na Wydziale Malarstwa , w pracowni prof. L. Misiaka. Drugi dyplom magistra sztuki uzyskała w 2003r. w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie na Wydziale Edukacji Artystycznej. W 2001r. przebywała na stypendium w Akademii Sztuk Pięknych w Lecce we Włoszech na Wydziale Malarstwa. Brała udział w zbiorowych wystawach sztuki współczesnej w Polsce i we Włoszech.
2001 - zbiorowa wystawa „2 Concorso Nazionale di Pittura „Gaetano Morgese”- Sala Ferula, Terlizzi Bari, Włochy,
2002 - zbiorowa wystawa sztuki współczesnej „Inedito 2002”, Parco Sociale Mele Bono, Lecce, Włochy,
2004 - zbiorowa wystawa malarstwa „Młode talenty”, Galeria Modulor w Warszawie,
2006 - indywidualna wystawa, Piwnica Margaux w Częstochowie,
2007 - wystawa malarstwa, Pałac Sztuki, Kraków.
Urodził się w Warszawie w 1976 r. Ukończył Wydział Malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Jako aneks do dyplomu wybrał Plakat na Wydziale Grafiki. Brał udział w wystawach w Polsce i za granicą. Najczęściej maluje postaci w rozmaitych wnętrzach (kina, kawiarnie, stacje metra) oraz pejzaże, głównie miejskie. Zajmuje się także pracą pedagogiczną oraz grafiką. Laureat 3 miejsca na miedzynarodowym konkursie plastycznym na plakat pt. "Studia bez granic" oraz finalista miedzynarodowego konkursu plastycznego organizowanego przez firmę LEXMARK.
Edukacja:
- Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych
- Akademia Sztuk Pięknych, dyplom w 2001 w prac. prof. Jarosława Modzelewskiego. Podyplomowe Studium Pedagogiczne.
Wystawy indywidualne:
2003 - Galeria Elektor, Warszawa
2004 - Galeria SD, Warszawa
2007 - Galeria Młodych Twórców, Warszawa
2007 - Centrum Łowicka, Warszawa
Wystawy grupowe:
1998 - Galeria In-Spe, Warszawa
2003 - Agora Gallery New York
2003 - Udział w wystawie konkursu LEXMARK, Londyn
2004 - Galeria In-Spe "Bachantki", Warszawa
Urodzony 4 marca 1941 r. we Wrocance koło Krosna na Podkarpaciu. W roku 1959 ukończył naukę w Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. W latach 1959-1965 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale malarstwa i grafiki pod kierunkiem prof. Wacława Taranczewskiego. W roku 1965 uzyskał dyplom magistra sztuki. Równocześnie ukończył (z wyróżnieniem) Studium Pedagogiczne przy ASP w Krakowie. W roku 1965 zamieszkał w Rzeszowie. W tym samym roku został członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków. W latach 1966-1972 pełnił funkcję kierownika Biura Wystaw Artystycznych w Rzeszowie. W latach 1965-1980 współpracował z PP Pracownie Sztuk Plastycznych opracowując projekty i realizując liczne prace z zakresu sztuki użytkowej. W roku 1980 podjął pracę W Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie w charakterze nauczyciela rysunku i malarstwa. W latach 1985-1993 pełnił funkcję wicedyrektora LSP. W 1998 r. został członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Przemyślu. Od czasu ukończenia studiów bierze udział w licznych wystawach i konkursach plastycznych. Uczestniczy w aukcjach dzieł sztuki - między innymi: Aukcjach Polskiego Malarstwa Współczesnego W Nowym Jorku organizowanych przez Pana Wiesława Ochmana, Aukcjach Towarzystwa Pomocy im. Św.Brata Alberta „Bliźniemu Swemu”. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień — między innymi: Nagrody Ministra Kultury i Sztuki za wybitne osiągnięcia dydaktyczne i wychowawcze, Nagrody Miasta Rzeszowa w dziedzinie kultury i sztuki za wybitne osiągnięcia artystyczne w dziedzinie plastyki, Nagrody artystycznej im. Zbigniewa Jana Krygowskiego, I i II nagrody w Ogólnopolskim Konkursie na Grafikę Artystyczną. Wyróżniony dwukrotnie tytułem „ Zasłużony Działacz Kultury”.
Prace artysty znajdują się w zbiorach i kolekcjach w kraju oraz za granicą (USA, Włochy, Francja, Niemcy, Austria, Słowacja, Ukraina).
Wystawy indywidualne:
1979 r. - Wystawa Grafiki - Klub Biura Wystaw Artystycznych, Rzeszów
2004 r. - Wystawa Malarstwa - Galeria w Podwórzu, Rzeszów
- Wystawa Malarstwa - Galeria „Domu Polonii", Rzeszów
2005 r. - Wystawa Malarstwa - Galeria SCK, Mielec
- Wystawa Malarstwa - „Salon Kulturalny" Restauracji „Wiedeńska", Przemyśl
2006 r. - Wystawa Malarstwa - Aula Zespołu Szkół Plastycznych, Rzeszów
- Wystawa Malarstwa - Galeria Miejskiego Ośrodka Kultury, Jarosław
2007 r. - Wystawa Malarstwa - Biuro Wystaw Artystycznych, Rzeszów
2008 r. - Wystawa Malarstwa - Pałac Sztuki, Kraków
Nagrody i wyróżnienia:
- l Nagroda w Plebiscycie na „Grafikę Roku”: Rzeszów 1968 r.,
- I Nagrody w konkursach na „Grafikę Miesiąca": Rzeszów, styczeń, maj 60
- Wyróżnienie w konkursie malarskim „Obraz Kwartału": Rzeszów 1968 r.
- I Nagroda i wyróżnienie w konkursie na godło „Bieszczadów" Rzeszów 69
- Wyróżnienie w Ogólnopolskiej Wystawie Malarstwa „Jesienne Konfrontacje" Rzeszów 1969 r.,
- Wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Graficznym VI Festiwalu Artystycznego Ziem Zachodnich i Północnych „Wiosna Opolska": Opole 70,
- l Nagroda w konkursie „Obraz Kwartału”: Rzeszów 1971 r.
- Nagroda Wojewody Rzeszowskiego za zestaw prac na wystawie „Kobieta w Sztuce": Rzeszów 1976 r.
- Nagroda i Wyróżnienie Wydziału Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego w Krośnie w konkursie „Grafika Roku": Rzeszów 1976 r.
- I i II Nagroda w „Ogólnopolskim Konkursie Otwartym na Grafikę Artystyczną: Łódź 1977 r.
- II Nagroda za grafikę w „ V Salonie Okręgowym”: Rzeszów 1977 r.
- Wyróżnienie w konkursie „Obraz, Grafika, Rysunek Roku" Rzeszów 1977 r.,
- II Nagroda w III Okręgowej Wystawie Grafiki Artystycznej: Rzeszów 1978r-
- Nagroda i Wyróżnienie w „Ogólnopolskim Konkursie na Exlibris” Rawicz 80
- Wyróżnienie za obraz w konkursie „Obraz, Grafika< Rysunek Roku" Rzeszów 1992 r.
- Nagroda Ministra Kultury i sztuki za wybitne osiągnięcia, dydaktyczne i
Wychowawcze 1991 r. ' I Nagroda za zestaw prac malarskich w konkursowej „Wystawie
Środowiska Rzeszowskiego - Nagroda Wojewody Rzeszowskiego;
Rzeszów 1993 r.,
- III Nagroda za prace malarskie w konkursie „Obraz, Grafika Rysunek Roku" Rzeszów 1995 r.
- Wyrodnienie w konkursie „Obraz, Grafika Rysunek Roku" Rzeszów 1997 r.,
- III Nagroda –za zestaw prac malarskich w wystawie konkursowej „Obraz, Grafika Rysunek Roku" Rzeszów 1998 r.
- Nagroda Miasta Rzeszowa w dziedzinie Kultury i Sztuki za wybitne osiągnięcia w plastyce, Rzeszów 1999r,
- Nagroda Artystyczna im. Zbigniewa Jana Krygowskiego - Rzeszów 2004 r.
- Wyróżnienie przez Ministra Kultury i Sztuki tytułem „Zasłużony Działacz Kultury" -2005 r.
- Wyróżnienie w ogólnopolskim ”Biennale Malarstwa”, „Ogrody 2006” –Wałbrzych 2006
Ur. 20.01.1972 w Chrzanowie
W latach 1993 – 1998 studia w Instytucie Sztuki na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, filia w Cieszynie.
W 1998 dyplom z malarstwa w pracowni prof. Zygmunta Lisa.
Członek Stowarzyszenia Pastelistów Polskich.
Wystawy indywidualne:
1998 - Kultur Caffe – Darmstadt (Niemcy)
1998 - Galeria Przewiązka – Cieszyn
2000 - Galeria Hotelu Elektor – Kraków
2001 - Schlossgarten Caffe & Gallery – Darmstadt (Niemcy)
2002 - „Malarstwo”, Galeria Miejska, Dębica
2003 - „Malarstwo”, Galeria Iglińska, Kraków
2004 - „Malarstwo”, Galeria Młodych, BWA, Włocławek
2004 - „Zmienność”, Galeria za Szafą, Szczecin
2007 - „Miejsca”, Galeria Za Szafą, Szczecin
2009 - „Malarstwo”, Galeria MCK, Mysłowice
2010 - „Malarstwo”, Pałac Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, Kraków
Wystawy zbiorowe:
1994 - wystawa prac studentów – Mińsk (Białoruś)
1996 - wystawa malarstwa – Gelnhausen (Niemcy)
1997 - wystawa absolwentów i pedagogów, Zamek Nowy Wiśnicz
2000 - III Ogólnopolskie Biennale Pasteli, Nowy Sącz
- IV Biennale Małych Form Malarskich, Toruń
2001 - I Ogólnopolskie Biennale Malarstwa i Tkaniny Unikatowej, Gdańsk
2002 - XI Salon Plastyki Egeria, Ostrów Wielkopolski
- „Allergy to Grey” – The Bloxham Gallery, Londyn (Wielka Brytania)
- I Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz
2003 - „Plenery, plenery” – BWA, Nowy Sącz
- II Ogólnopolskie Biennale Malarstwa i Tkaniny Unikatowej, Gdańsk
2004 - II Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz
- wystawa finalistów konkursu „Obraz Roku 2003”- Królikarnia, Warszawa
2005 - wystawa finalistów konkursu „Obraz Roku 2004”- Królikarnia, Warszawa
2006 - III Międzynarodowe Biennale Pasteli, Nowy Sącz
- IV Triennale z Martwą Naturą, BWA Sieradz
2008 - III Międzynarodowe Biennale Pasteli , Nowy Sącz
Urodziła się i mieszka w Krakowie. Studiowała w pracowni prof. Jana Szancenbacha na Wydziale Malarstwa Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom z wyróżnieniem. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Sztuki.
Ważniejsze wystawy:
1984 - Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego, Szczecin;
- Wystawa Malarstwa, Norymberga;
1985 - Stypendyści Ministerstwa Kultury i Sztuki, Kraków BWA;
- Wystawa Malarstwa, Norymberga;
1988 - "Szancenbach i uczniowie", Kraków, Warszawa “Zachęta”, Sopot;
1990 - Wystawy Malarstwa: Bamberg, Wiedeń, Lion, Canes,
1992 - Paryż (Francja), 1992;
1996, 1997 - Wystawa Grafiki i Malarstwa - Boca Raton, USA;
1998 - Wystawa Malarstwa, Kielce 1998 (wyróżnienie);
- „100 miniatur na 100 lat Rotary” 2005 w Łodzi
oraz wiele wystaw okręgu ZPAP w Krakowie 1995 - 1999 / Salon Jesienny, Mały Format.
W latach 2000-2007 kilka wystaw zbiorowych w Kijowie (Ukraina).
W latach 2000-2007 wraz z członkami Stowarzyszenia Wiklina wystawiała prace między innymi w Łodzi, Warszawie, Kielcach, Krakowie, Przemyślu i Kijowie.
Kilka wystaw indywidualnych w Krakowie, w Warszawie (galeria Farbiarnia na Pięknej 2007), Zakopanym oraz Kijów (Ukraina) Galeria „.Tryptyk” i Galeria „ Irina” (2007)
Prace w zbiorach prywatnych w kraju i zagranicą oraz realizacje malarstwa monumentalnego i iluzorycznego w USA i Polsce.
Jest artystką o wielu zainteresowaniach: zajmuje się malarstwem sztalugowym, rysunkiem, grafiką, grafiką komputerową, rzeźbą. Miała dłuższą przygodę z wikliną artystyczną, wystawiając swoje prace wielokrotnie wraz z członkami Stowarzyszenia „Wiklina”. W czasie kilkuletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych zainteresowały ją murale i malarstwo iluzoryczne. Ale malarstwo na płótnie i desce było dla niej zawsze najważniejszym środkiem wyrazu. Obrazy wykonane są techniką olejną . Posiadają grubą warstwę niezliczonej ilości laserunków, którymi pokrywana jest pierwotnie namalowana olejna struktura.
Studiowała na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu na Wydziale Konserwacji Zabytków oraz na Wydziale Architektury Wnętrz Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu, obecnie ASP. Uczęszczała do pracowni malarskiej prof. Tadeusza Brzozowskiego, prof. Andrzeja Kurzawskiego, oraz wystawienniczej - prof. Stanisława Zamecznika. Dyplom otrzymała na Wydziale Projektowania Plastycznego - specjalizacja architektura wnętrz. Jest magistrem sztuki. Członek ZPAP .
Działalność zawodowa - „Wzór” przy OW ZPAP, w szczególności: serigrafia, sztuka użytkowa, malowanie na tkaninach, projektowanie mody. Praca w warszawskich Galeriach Sztuki, dekoracja wnętrz, organizowanie wernisaży i spotkań kulturalnych oraz wykładów znanych twórców polskiej kultury. Prowadziła salon artystyczno-naukowy „Souvenir Napoleonien”,współpracowała ze stowarzyszeniem „Varsovie Acceuil” ,oraz z pismem „Rezydencje”. Pobyt w Stacji Naukowej PAN i Bibliotece Polskiej w Paryżu - współpraca przy organizowaniu imprez naukowo - kulturalnych. Dekoracja wnętrz. Prezes Koła Miłośników Muzyki przy OW ZPAP. Członek „Grupy Hoovera ”. Członek Stowarzyszenia Marynistów Polskich i Mazowieckiego Towarzystwa Kultury.
Obrazy Anny Foryckiej znajdują się w instytucjach polskich we Francji, Szkocji oraz w zbiorach prywatnych. Bierze czynny udział w licznych wystawach zbiorowych oraz wystawia indywidualnie. Zajmuje się malarstwem, fotografią czarno-białą oraz cyfrową.
Wystawy zbiorowe:
„W trosce o rodzinę”- UKSW – Warszawa - 2007r.
„Małe Targi Sztuki”- Galeria DAP OW ZPAP – 2007r.
„Światło i kolor” Galeria DAP OW ZPAP – 2008r.
„Zostań z nami”- Galeria DAP OW ZPAP – 2008 r.
„Paryż 2007-śladami Moniuszki”-Dom Wspólnoty Polskiej, Warszawa 2008 r.
„VII Międzynarodowy Plener Malarski „Śladami Moniuszki – Paryż 2007” Kudowa Zdrój /Festiwal Moniuszkowski/ sierpień 2008 r.
„Paryż - śladami Moniuszki ” wystawa podczas VII Moniuszkowskiego Festiwalu Podlasia Białystok ,listopad 2008 r.
„Poznaj zmiany”- Poznań 2008r.
„Plurimos Annos”- Galeria DAP ZPAP 2009 r.
„Między czasem a przestrzenią” wystawa Sekcji Grafiki OW ZPAP Galeria DAP 2009r.
„Poznaj Zmiany” VI Festiwal sztuki i przedmiotów artystycznych – Poznań 2009r.
„Sacrum Novum” Dom Kultury „KADR” ” Warszawa – grudzień 2009r.
„Poznaj Zmiany ”– Polski Salon Sztuki 2009 – inauguracja Galerii ZG ZPAP 2009r.
„Autoportret” – Galeria „DAP” ZPAP 2010r.
„Polski Salon Sztuki” –Galeria ZG ZPAP – marzec 2010r.
„Morzem Inspirowani” Galeria Dowództwa Garnizonu Warszawskiego
- wystawa malarstwa i fotografii, członków SMP Oddziału Warszawskiego 2010 r.
„Grupa Hoovera” – „Galeria Żoliborz” 2010 r.
„Maryniści w Warszawie”- Centrum Promocji Kultury Dzielnicy Praga Pd. 2010r.
„Wystawa malarstwa członków Grupy Hoovera” DAP 2010 r.
„Wystawa malarstwa członków SMP” Galeria „FORMA” 2010 r.
„Sztuka współczesna inspirowana twórczością kompozytorów polskich” Wystawa towarzysząca 48 Festiwalowi Moniuszkowskiemu Kudowie Zdroju 2010 r. – kurator wystawy .
„L’espace Commune” La peinture Groupe Hoover” –Centre Polonais Bruxelles
Belgique 2010 /11
„Polski pejzaż”- wystawa Mazowieckiego Centrum Kultury – PKiN, grudzień 2010r.
„Obrazy Muzyką malowane / Polski pejzaż” udział w konkurs i wystawie Fundacji Kultury im.Ignacego Paderewskiego –Kraków 2010 r.
„Chopinowi romantyczni” - Galeria „Wieża” 2010r
„Zimowe impresje” – Galeria „KADR” 2011r.
Wystawa poplenerowa – Nowotel, Warszawa 2011r.
„Grupa Hoovera” – Galeria DAP 2011r.
Wystawy indywidualne:
„Malarstwo – A.Forycka-Putiatycka” Dni Saskiej Kępy 2008 r.- „Dom Polski”
„Malarstwo A.Foryckiej-Putiatyckiej” 2008 r.””Mój pejzaż” 2010 r. „Maska”
„Wystawy malarstwa członków OW ZPAP, Paryż - Anny Foryckiej” Okręgowa Izba Radców Prawnych w Warszawie Koło Promocji Kultury OW ZPAP.2008/2009
„Paryskie pejzaże z perspektywy L’Ile Saint-Louis” Galeria 022 OW ZPAP,2009 r.
„Moje ogrody” Dni Saskiej Kępy 2009r.- restauracja „Dom Polski”
„Mój Paryż”- 2009 r., „Paryskie impresje” - 2010 r. Kawiarnia „Rue de Paris”
„Pejzaż” 2010r wystawa w Banku HSBC Bank Polska , Warszawa, Nowy Świat 2
Wystawa obrazów A. Foryckiej-Putiatyckiej, stanowiących okładki poezji Agnieszki Syskiej „Stworzony z prawiersza” i „Mówiła młoda prawda” Dom Literatury Krakowskie Przedmieście.
„Zimową aurą” – restauracja „Maska” grudzień 2010
Malarstwo A. Foryckiej-Putiatyckiej , wystawa obrazów, podczas spotkania literackiego i promocji poezji Agnieszki Syskiej – Klub Księgarza Rynek Starego Miasta – Styczeń 2011 r.
„Pejzaże Anny Foryckiej-Putiatyckiej”, Galeria w Ratuszu,Inowrocław 2011 r.
Udział w konkursach:
„Obrazy muzyką malowane / polski pejzaż” Fundacja Kultury im. J.Paderewskiego Kraków2010/2011r.
„Animals 2011” II Triennale Malarstwa, konkurs na obraz o tematyce zwierzęcej, Rzeszów2011r.
| Edukacja: | ||
| V.2005 | - | Dyplom z wyróżnieniem na Wydziale Malarstwa, promotor: prof. Andrzej Bednarczyk, tytuł pracy: "Sztuka, artysta, dzieło, piękno" |
| 2000-2005 | - | studia na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie |
| I-VI.2003 | - | półroczny staż Sokrates/Erazmus na Uniwersytecie w Wolverhampton w Wielkiej Brytanii |
| 1999/2000 | - | studia na Wydziale Artystycznym Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie |
Nagrody: |
||
| III.2005 | - | II miejsce w konkursie Samsung Art Master |
| VI.2006 | - | Stypendium Twórcze Miasta Krakowa |
Targi sztuki: |
||
| X.2007 | - | Affordable Art Fair London, Wielka Brytania |
| VI.2007 | - | Affordable Art Fair New York, Stany Zjednoczone |
| IX/X.2005 | - | Preview Berlin- The Emerging Art Fair, Niemcy |
| VIII.2005 | - | Art Expo, Seul, Korea |
| VI.2005 | - | VII Ogólnopolskie Targi Antykwaryczne i Sztuki Współczesnej, Bunkier Sztuki, Kraków |
Wystawy indywidualne: |
||
| IX.2006 | - | "Malarstwo", BWA, Sieradz |
| VIII.2006 | - | "Malarstwo", Poznańska Galeria Nowa, Poznań |
| VI.2006 | - | "Malarstwo", Galeria Katarzyny Napiórkowskiej, Warszawa |
| VIII.2005 | - | "Małe formy malarskie", Młynek, Kraków |
| V.2005 | - | "Malarstwo", Galeria PWST, Kraków |
| VII.2002 | - | "Pejzaże", Galeria MDK, Józefów IV.2000 - "Rysunki", "Chatka Żaka", Lublin |
Wystawy zbiorowe: |
||
| XII. 2007 | - | "Available Art", Wiedeń, Austria |
| XI-XII.2007 | - | "Triennale Malarstwa", Miejska Galeria Sztuki w Częstochowie |
| X-XI.2007 | - | Jesienne Konfrontacje Triennale Malarstwa Współczesnego Rzeszów 2007, BWA Rzeszów |
| IX.2007 | - | "Malarstwo polskie", Ashia Daimaru i Suma Daimaru, Japonia |
| II-III.2007 | - | "Anioły", Domoteka, Warszawa |
| II/III.2007 | - | "Pieńków 2006", Ukrsotsbank, Lwów, Ukraina |
| XII.2006 | - | Wystawa prac nominowanych do Nagrody Fundacji im. Franciszki Eibisch, Galeria Katarzyny Napiórkowskiej Centrum Finansowe Puławska, Warszawa |
| XII.2006 | - | Wystawa uczestników 5. Międzynarodowych Warsztatów Artystycznych Pieńków 2006, Galeria Malarstwa ASP, Kraków |
| XI.2006-I.2007 | - | "Angels/Anioły", Muzeum Marienlyst Slot, Helsingor, Kopenhaga, Dania |
| X- XI.2006 | - | 16. Ogólnopolski Przegląd Malarstwa Młodych PROMOCJE 2005, Galeria Sztuki, Legnica |
| VI- X.2006 | - | "Młodzi Brytyjczycy- Młodzi Polacy", Zamek w Nowym Wiśniczu |
| IV-VI.2006 | - | "Kunstakademie Krakau", Kunststation Kleinsassen, Niemcy |
| XI-XII.2005 | - | 37. Biennale Malarstwa Bielska Jesień, Galeria Bielska BWA, Bielsko- Biała |
| X.2005 | - | (re)prezentacja młodej sztuki z Krakowa, Lelien, Quebek, Kanada |
| X.2005 | - | V Supermarket Sztuki/ I Europejskie Biennale Młodej Sztuki, Galeria Klimy Bocheńskiej, Warszawa |
| IX.2005 | - | "Młodzi członkowie ZPAP", Galeria Pryzmat, Kraków |
| VII.2005 | - | "Available Art, sztuka do kupienia", Galeria Camelot, Kraków |
| V.2005 | - | "Samsung Art Master", Stara Pomarańczarnia, Łazienki Królewskie, Warszawa |
| V.2005 | - | "Integralia Kraków- Warszawa", Galeria Pryzmat, Kraków |
| IV.2005 | - | Pawilon Spokojnej Formy, Centrala, Lublin |
| IV-V.2005 | - | "Bez problemu", Pracownia Otwarta, Kraków |
Od 2002 do 2007r studiowała w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Jest magistrem sztuki. Ukończyła wydziały: Grafiki i Scenografii. Dyplom w pracowni drzeworytu u pana Profesora Bogdana Migi. Dyplom ze scenografii pod przewodnictwem pani Profesor Małgorzaty Komorowskiej.
Konkursy:
Wystawy:
Urodzony 1958 roku we Włocławku.
W latach 1978 - 83 studiuje na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 1983 roku uzyskuje dyplom z wyróżnieniem w pracowni prof. Juliusza Joniaka. Obecnie prowadzi pracownię rysunku na Wydziale Malarstwa ASP w Krakowie.
Ważniejsze wystawy indywidualne:
1985 - Galeria "Desa", Toruń
1988 - Galeria "KAW", Kraków
1988 - BWA, Zakopane
1989 - Galeria "Ansichtssache" - Idar, Oberstein
1990 - BWA, Włocławek
1990 - Oficyna Sztuki, Gdańsk
1991 - Galeria "Pictor", Mainz
1992 - BWA - Kraków
1992 - "Stawski Gallery", Kraków
1992 - Galeria "85", Gdańsk
1993 - Galeria "Munster", Haga
1993 - Galeria "Hof & Huyser", Amsterdam
1995 - Landesbank, Berlin
1995 - Galeria OKO, Chicago
1995 - "Stawski Gallery", Kraków
1997 - BWA, Olsztyn
1998 - BWA, Bydgoszcz
1998 - Galeria "Piano Nobile", Kraków
2000 - Centrum Konferencyjne, Zamek Królewski na Wawelu, Kraków
2003 - Galeria "Piano Nobile", Kraków
2003 - Galeria Kreis, Norymberga
2004 - Galeria Bema 65, Warszawa
2004 - Galeria Europejska, Warszawa
2005 - Galeria Tamka, Warszawa
Ważniejsze wystawy zbiorowe:
1984 - "Dyplom" - BWA, Kraków
1984 - "Sztuka z Krakowa", Norymberga
1985 - "Kunst Uit Osteuropa" - Museum Gennep, Gennep
1985 - "Premi de Dibuix J. Miro", Barcelona
1985 - "De Klimende Baver", Rotterdam
1986 - "Polska Grafika", Paryż
1986 - Konkurs im. J. Spychalskiego - BWA, Poznań
1986 - "Polska Sztuka", Ultrecht
1986 - Triennale Grafiki, Frechen
1987 - "Ateliereinblicke"- Kunsthalle, Norymberga
1988 - "Konsumenta Art", Norymberga
1989 - "Pleinair Mirabel", Darmstadt
1991 - "AFA", Amsterdam
1991 - "Polonische Gegenwartskunst", Kiel
1992 - "Malarstwo Polskie" - Galeria Anne Lettre, Paryż
1993 - "Stawski Gallery Prezentuje" - Pałac Sztuki, Kraków
1993 - "Polonische Kunst", Essen
1993 - "Polish Contemporary Graphic Art", Chicago
1996 - "Sztuka Polska", Kopenhaga
1996 - Wystawa prac pedagogów ASP
1996 - "Obraz" - Fundacja im. Miyauchi, Tokio
1998 - 180-lecie ASP w Krakowie.
Born in Włocławek in 1958.
1978 - 1983 he studied at the Department of Painting , Academy of Fine Arts in Cracow. In 1983 he obtained the diploma with honours in the studio of prof. Juliusz Joniak.
Presently he teaches drawing classes at the Painting Department, AFA, Cracow.
Most important one - man exhibitions:
1985 - "Desa" Gallery, Toruń
1988 - "KAW" Gallery, Cracow
1988 - BWA, Zakopane
1989 - "Ansichtssache" Gallery - Idar, Oberstein
1990 - BWA, Włocławek
1990 - Oficyna Sztuki, Gdańsk
1991 - "Pictor" Gallery, Mainz
1992 - BWA, Cracow
1992 - "Stawski Gallery", Cracow
1992 - Gallery "85", Gdańsk
1993 - "Munster" Gallery, The Hague
1993 - "Hof & Huyser" Gallery, Amsterdam
1995 - Landesbank, Berlin
1995 - "Oko Gallery", Chicago
1995 - "Stawski Gallery", Cracow
1997 - BWA, Olsztyn
1998 - BWA, Bydgoszcz
1998 - "Piano Nobile" Gallery, Cracow
2000 - Conference Centre, Wawelu Castle, Cracow
2003 - "Piano Nobile" Gallery, Cracow
2003 - Kreis Gallery, Nuremberg
2004 - Bema 65 Gallery, Warsaw
2004 - "Galeria Europejska", Warsaw
2005 - Tamka Gallery, Warsaw
Most important collective exhibitions:
1984 - "Diploma" - BWA, Cracow
1984 - "The Art from Cracow", Nuremberg
1985 - "Kunst Uit Osteuropa" - Gennep Museum, Gennep
1985 - "Premi de Dibuix J. Miro", Barcelona
1985 - "De Klimende Baver", Rotterdam
1986 - "Polish Graphic Art", Paris
1986 - J. Spychalski Competition - BWA, Poznań
1986 - "Polish Art ", Ultrecht
1986 - Triennale of the Graphic Art, Frechen
1987 - "Ateliereinblicke", Nuremberg
1988 - "Konsumenta Art", Nuremberg
1989 - "Pleinair Mirabel", Darmstadt
1991 - "AFA", Amsterdam
1991 - "Polonische Gegenwartskunst", Kiel
1992 - "Polish Painting" - Galeria Anne Lettre, Paris
1993 - "Stawski Gallery Prezentuje" - Palace of Art, Cracow
1993 - "Polonische Kunst", Essen
1993 - "Polish Contemporary Graphic Art", Chicago
1996 - "Sztuka Polska", Copenhagen
1996 - "Painting" - Miyauchi Fundation, Tokio
1998 - 180th Anniversary of the Academy of Fine Arts in Cracow - Palace of Art, Cracow.
Kazimierz Wilk urodził się 22 stycznia 1943 r. W latach 1965-1971 studiował malarstwo i grafikę w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Od czasu ukończenia studiów nieprzerwanie maluje i wystawia swoje obrazy. Najczęściej swoją twórczość prezentuje w Krakowie, ale czyni to także w całej Polsce i poza granicami kraju - na prawie wszystkich kontynentach. Inspiracje malarskie czerpie z natury i z najbliższego otoczenia, jak również z licznych podróży po świecie.
Efektem jego pracy jest ponad pięćdziesiąt wystaw indywidualnych i udział w bardzo wielu zbiorowych wystawach malarstwa. Kazimierz Wilk dwukrotnie otrzymał stypendium artystyczne Miasta Krakowa, a w roku 1997 stypendium artystyczne w Norymberdze. W 2001 roku Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie zorganizowało wielką, retrospektywną wystawę malarstwa artysty. Ukazał się również album monograficzny pt. „Kazimierz Wilk - Malarstwo", stanowiący pełną dokumentację wystawy. Dużym powodzeniem cieszyły się dwie ostatnie wystawy prac Kazimierza Wilka w Stanach Zjednoczonych. Pierwsza z nich odbyła się w 2005 roku, w ramach VII Festiwalu „Chopin i Przyjaciele. Wydarzenie to miało miejsce w Nowym Jorku. Druga z wystaw prezentowana była w Skulski Art Gallery - New Jersey w 2007 roku.
Obrazy Kazimierza Wilka znajdują się w wielu placówkach kultury i w zbiorach prywatnych na całym świecie - w tym także w kolekcjach, które obejmują nawet kilkadziesiąt jego prac. Artysta jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków i Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Znany jest również ze swego zaangażowania i udziału w aukcjach charytatywnych.
Born in 1943. Studied painting in the Cracow Academy of Fine Arts in the years 1965-1971. lnvolved in many painting exhibitions in Poland and abroad. Had over thirty individual exhibitions in Cracow, Warsaw, Brema, Nurnberg, Vienna, etc. Received the scholarship from the City of Cracow twice and a scholarship from the City of Nurnberg in 1997. In January 2001 had a Retrospective Exhibition in the Palace of Fine Arts in Cracow with the complete album "Kazimierz Wilk - painting" published. Works of the artist are a part of many collections in Poland and abroad on all the continents.
Marek Ałaszewski ur.1942 roku w Warszawie.
Ukończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych w 1974 roku, Wydział Malarstwa i Grafiki.
Studiował u tak znamienitych profesorów jak Jan Cybis, Aleksander Kobzdej czy Stefan Gierowski.
Od 1974 roku tworzy poszukując własnego języka malarskiego.
Opracował wiele cyklów tematycznych opartych na obserwacji natury, przetwarza pejzaż doskonaląc swój warsztat.
W ten sposób powstały: "Impresje weneckie", "Pejzaż polski" czy obrazy związane tematycznie z muzyką jak np. Fortepian, Symfonia.
Brał udział w licznych wystawach w kraju i zagranicą:
| Barcelona | 1975 | Biennale "Sport w sztuce" |
| Szczecin | 1975 | Wystawa ogólnopolska |
| Warszawa | 1976 | Targi Warexpo |
| Poznań | 1976 | Wystawa ogólnopolska |
| Warszawa | 1978 | Zachęta Wystawa zbiorowa |
| Berlin | 1978 | Galeria Brigitte Woelffer |
| Warszawa | 1981 | Kordegarda, Grupa Świat |
| Frankfurt | 1982 | Galeria prywatna |
| Warszawa | 1986 | Galeria "U" |
| Warszawa | 1987 | Zachęta,wystawa zbiorowa |
| Warszawa | 1990 | Galeria "U" |
| Warszawa | 1994 | Teatr Powszechny |
| Warszawa | 1995 | Kordegarda, Łazienki Królewskie |
| Warszawa | 1996 | Kordegarda, Łazienki Królewskie |
| Kraków | 1997 | Piano Nobile |
| Berlin | 1998 | Dni Kultury Polskiej |
| Warszawa | 1999 | Kordegarda Łazienki Królewski |
| Warszawa | 2000 | Pałac Wilanowski |
| Warszawa | 2001 | Galeria TPSA "Pałacyk" |
Strasburg 2008 Wystawa w Radzie Europy
Od 2002 wystawy zbiorowe artystów ursynowskich w galerii WIEŻA.
Jack ( Jacek) Lipowczan urodził się w Istebnej na Śląsku Cieszyńskim. Rysować zaczął już w dzieciństwie pod czujnym okiem swojego ojca architekta. Po maturze w katowickim LO podjął studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom uzyskał na Wydziale Grafiki u profesora Mieczysława Wejmana w 1976 roku.
W początkach swej artystycznej działalności interesował się bardziej rysunkiem niż malarstwem. Wziął udział w kilku wystawach rysunku na Śląsku. Podczas pracy w zespole Kazimierza Kutza, jako asystent scenografa, zetknął się pracami i projektami scenograficznymi Andrzeja Majewskiego. Bajkowe dzieła tego twórcy mocno wpłynęły na kształtowanie się twórczości i bajkowej wyobraźni malarskiej JaLi.
W 1981 roku JaLi wyemigrował z Polski, pierwotnie do Szwecji następnie do Australii. W Sydney w amerykańskim studio Filmów Rysunkowych "Hanna Barbera" projektował sceny do poszczególnych filmów. Dzięki zleceniom na kopie obrazów starych mistrzów pogłębił wiedzę techniczną i warsztatową. Zamówienia na portrety były nowym wyzwaniem. Stąd powstała fascynacja dawnym malarstwem mistrzów Renesansu oraz takich mistrzów jak Bosch, Bruegel, Holbein. Podczas swych wielu podróży JaLI "podgląda" mistrzów, obserwując bezpośrednio w muzeach obrazy, ich kolorystykę, kompozycję i sposób malowania detali. JaLi wykorzystuje te spostrzeżenia tworząc bardzo indywidualny wyraz swojej wyobraźni, własny "magiczny" styl skojarzeń.
Wybrana przez JaLi technika jest bardzo pracochłonna, wymagająca czasu , cierpliwości i perfekcji. Dlatego cykl malowania jednego obrazu trwa od czterech do sześciu tygodni, to też przeważnie maluje dwa obrazy jednocześnie.
Po przeniesieniu się z dalekiego kontynentu do Europy, a konkretnie do Niemiec J.L pracował jako grafik, Art Direktor i ilustrator w wydawnictwach i agencjach reklamowych. Malarstwo zostało na kilka lat, z prozaicznych względów, „zawieszone na kołku".
W 2004 roku zdecydował się zająć wyłącznie malarstwem. Postanowił wykorzystać zebrane przez lata doświadczenia, jak sam mówi – "ładowane przez lata akumulatory".
Styl malarski Jacka można określić jako realizm - surealistyczno - fantastyczny.
Na przekór dzisiejszej sztuce, w której awangarda goni awangardę, z roku na rok powiększa się grupa artystów malujących w podobnym stylu. JaLi dołącza do nich i zostaje członkiem międzynarodowego stowarzyszenia -Society of Art of Imagination w Londynie, którego patronem honorowym jest znany surrealista austriacki prof. Ernst Fuchs. Od kilku lat jest także członkiem Bundesverband Bildender Künstler Köln e.V oraz Syrlin Kunstverein International e.V Stuttgart.
Od 2004 roku Jacek Lipowczan bierze aktywny udział w życiu artystycznym. Prezentował swe prace na wystawach w Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, Niemczech, Austrii, Polsce, Francji, Włoszech, Danii i USA.
W paryskim Salon d'Automne 2010, ku zdziwieniu samego JaLi, jego obraz "Ostatnia wieczerza" znalazł się w sektorze neo - symbolistów.
Jack Lipowczan born in 1951, obtained in 1976 his Master Degree in Graphic Design at the prestigious Academy of Fine Art in Cracow.
Jack travelled extensively, living and working as a scene designer, illustrator, and Art Director in different European countries and in Australia. He finally settled in Germany.
His art profits from his life experience and in reality resist classification. He refers to his style as visionary surrealistic-realism.
J.L, a man of considerable intellectual curiosity, very widely read, avidly interested in history and contemporary life, seeks inspiration for his paintings in the worlds of philosophy, ancient cultures, mythology and literature but his work reflects the contemporary.
His paintings are full of fantasy and allegories and there are many apparently different stories in each painting, alike was the manner of medieval icon painters, and only all themes together form a complete artistic statement. In his technique he “analyses the old masters”, the composition of paintings and colour, the way they depicted nature, emotions, and light and what techniques they used to achieve the desired effect. Jack does not imitate them but uses the same technique of painting in oils and glaze that demands a profound professionalism, time, perfection and patience.
He exhibited in U.K., Switzerland, Austria, Germany, Denmark, France, Italy, Poland and USA.
Main Exhibitions:
1978 - Town Gallery, Chorzow, Poland
1978 - Gallery in Town Hall, Sosnowiec, Poland
1978 - Gallery ZPAP, Katowice, Poland
1979 - Gallery BWA, Katowice, Poland
1980 - Gallery ZPAP, Katowice, Poland
1981 - BWA Katowice, Poland
2005 - Obsidian Art Gallery, Stoke Mandeville, April, UK
2005 - Raw Arts Festival at the Candid Arts Trust Gallery, London, Mai, UK
2005 - Laudersdale House, London, Mai, UK
2005 - Frankfurt/Neu Isenburg, September - December, Germany
2006 - Museum Giger, Gruyere, June - October, Switzerland
2006 - Mall Galleries, Annual Exhibition of the Royal Academy of Oil Painters, London, UK
2007 - Inter Art Gallery, “Doors to Perception Exhibition”, New York, Chelsea, April - May,
2007 - Mall Galleries, Open Exhibition of the Society for Art of Imagination, April, UK
2007 - Art Domain Gallery, Leipzig, Mai - June, Germany
2007 - Rathaus Stuttgart Gallery, Exhibition „Europa 50 Plus“, Juli, Germany
2007 - Triada Gallery, Gdansk, October, Poland…..SOLO
2007 - Kunstmesse - Salzburg, “One man show”, Salzburg, November, Austria….SOLO
2007 - Tamka Gallery, Warszawa, December, Poland…SOLO
2008 - Claus Brusen Gallery “Fantasmus”, Saeby, July - August, Denmark
2008 - Gallery SD Wilanow, Warszawa, September, Poland….SOLO
2008 - Salon d`Automne, Paris, October, France
2008 - Gallery SD Panorama, Warszawa, October, Poland
Exhibitions in 2009:
Claus Brusen Gallery „Fantasmus“, Saeby, April, Denmark
Claus Brusen Gallery „Dante`s Divine Comedy Exhibition“, Saeby, July, Denmark
Alt-Rathaus Gallery, “Dante`s Divine Comedy”, Viechtach, August - September, Germany
BP Gallery, Warszawa, September - October, Poland….SOLO
Akum Gallery, Wien, November, Austria….SOLO
SD Gallery Wilanow, Warsaw, December, Poland….SOLO
Exhibitions in 2010:
Akum Gallery, Wien, January - February, Austria
Museum “Cascina Farsetti”, Rom, March, Italy
Fantasmus Gallery, - Easter Exhibition - Saeby, April, Denmark
La Galleria Pall Mall, London, April, UK
Museum “Cascina Farsetti”, Natale di Roma Exhibition, Rom, April, Italy
Salon d`Automne, Paris, November, France
Hilleroed Library, Copenhagen, December/January, Denmark
Akum Gallery, Wien, December/January, Austria
Exhibitions in 2011:
NovaBelgica Art Gallery, “The Light Fantastic Exhibition”, Sint-Truiden, May-Juni, Belgium
Recent Awards:
„Palm Award 2007“, Certificate of Excellence, Leipzig, Germany
“Honourable Award 2009”, Diploma of Excellence, London, UK
Urodziła się w 1975 roku w Kijowie.
W 1993 roku rozpoczyna studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na wydziale Malarstwa w pracowniach prof. Leszka Misiaka, prof. Sławomira Karpowicza i prof. Jana Szancenbacha. W 1998 roku uzyskuje dyplom z wyróżnieniem na tymże wydziale u prof. Jana Szancenbacha.
1997 – Stypendium prywatne prof. Jana Szancenbacha na wyjazd studyjny do Paryża.
1998 – Dyplom pokazany w Galerii Piano Nobile, Kraków
1998 – pierwsza duża wystawa indywidualna rysunku i malarstwa w dolnym Pałacu Sztuki TPSP w Krakowie.
Wystawy indywidualne:
1993 – Galeria ACK Rotunda, Kraków, Polska;
1998 – Palac Sztuki TPSP, Kraków, Polska;
1999 – Jorgensen Fine Art Gallery, Dublin, Ireland (Irlandia) – First Solo Show;
2000 – Galleria ZPAP Sukiennice, Krakow, Polska;
2001 – Schlossgalerie Fine Art, Jever, Germany (Niemcy);
2002 – Jorgensen Fine Art, Dublin, Ireland (Irlandia) – Second Solo Show;
2004 – Galeria Garbary 48, Poznan , Polska;
2005 – Jorgensen Fine Art, Dublin, Ireland (Irlandia) – Third Solo Show;
2007 – Galeria Garbary 48, Poznań , Polska;
2008 – autorski Projekt Malarski “The Faces pf Humanity” / „Oblicza Świata” - Municypalna Galeria Tryptych, Kijow, Ukraina.
Wystawy i projekty zbiorowe:
1996 – udział w II Warsztatach Malarskich im. Józefa Czapskiego w Lilly-en-Vai, Francja;
1997 – wystawa uczestników II Warsztatów Malarskich im. Józefa Czapskiego, Instytut Francuski w Krakowie;
1997 – wystawa zbiorowa „Mistrz i uczeń” (wraz z Prof. J. Szancenbachem), Galeria Sztuki Współczesnej w Norymberdze, Niemcy;
1998-2009 – Spring, Summer and Christmass Group Exhibitions, Jorgensen Fine Art Gallery, Dublin, Irlandia;
2000 – Oriental Show, Opera Gallery, Paris , France;
2001 – Oriental Show, Opera Gallery, Singapore, Malasia;
2005 – Allbemarle Gallery Winter Salon, London, England;
2006 – Castlte Upton Gallery Salon, Scottland;
2007 – London Art Fair (represented by Jorgensen Fine Art), London, England;
2008 – The Irish Art Auction (DE VERES art auctions);
2008 – FIAK Paris Art Fair, represented by Jorgensen Fine Art, Paris, France.
Obrazy Anny Kostenko znajdują się w zbiorach :
The Trinity College of Dublin University, Dublin, Irlandia;
The Shellburn Hotel of Dublin, Irlandia;
The Hyatt Hotel, Kiev, Ukraina;
The Turner Prize Foundation, London, England;
The Ethnovision Foundation, Dublin, Irlandia;
oraz w licznych kolekcjach prywatnych na terenie Polski, Irlandii, Anglii, Szkocji, Walii, USA, Nowej Zelandii, Australii, Francji, Niemiec, RPA, Rosji i Ukrainy.
W swoich pracach celebruje wielokulturowość. Inspiracje czerpie w licznych podróżach po świecie. Obok pejzaży różnych krajobrazów i miast motywem wiodącym twórczości Anny Kostenko jest człowiek i jego odrębność kulturowa, przynależność do konkretnej grupy etnicznej.
Anna Kostenko was born in 1975 in the city of Kiev in The Ukraine, Poland since 1991. She has travelled extensively and has exhibited in many countries including Ireland, Poland, France, Germany and Spain. She is currently represented by Jorgensen Fine Art in Ireland and by Schlossgalerie in Germany.
1993 - Enrols at The Academy of Fine Art, Krakow. Solo Exhibition in Gallery ACK Rotunda, Krakow;
Awarded a distinction in The Landscape in Modern Art Exhibition at The Municipal Palace of Art, Krakow;
1994 - Lives and works in New York for a three month period;
1996 - Participates in the Józef Czapski Painter-in-Residence scheme in Lailly-en-Val, France;
1997 - Subsequent exhibition in The French Institute of Culture in Krakow. Awarded The Professor Jan Szancenbach bursary to work in Paris
Participates in Szancenbach & Followers Exhibition in The Gallery of Modern Art, Nuremberg;
1998 - Graduates from The Academy of Fine Art, Krakow. Solo Exhibition at The Municipal Palace of Art, Krakow. Participates in The Christmas Exhibition, Jorgensen Fine Art, Dublin. Participates in The Spring Exhibition, Jorgensen Fine Art, Dublin. Participates in The Oriental Show, Opera Gallery, Paris;
1999 - Solo Exhibition, Jorgensen Fine Art, Dublin;
2000 - Lives and works in Palma de Mallorca, Spain for a sixth month period. Visits Ireland for a two month period and works on a cycle of Irish landscapes;
2001 - Solo Exhibition, Schlossgalerie, Jever, Germany;
2002 - Solo Exhibition, Jorgensen Fine Art, Dublin.
| 1998 | – | stypendium w Ecole de Beaux Artes w Tuluzie; |
| 1999 | – | stypendium w Escuela Superior de Diseno Grafico "Elisava" w Barcelonie; |
| 1999 | – | stypendium artystyczne Prezydenta Miasta Sosnowca; |
| 2008 | – | główna nagroda w Konkursie "Mistrzowska Kreacja", w kategorii "Kalendarz autorski"; |
Wystawy indywidualne:
| 1994 | – | PLSP w Dąbrowie Górniczej; |
| 1998 | – | Miejska Galeria Sztuki w Zawierciu; |
| 2009 | – | Miejska Galeria Sztuki "MM" w Chorzowie; |
| 2007 | – | wystawy SChAP: |
| – | Galeria Miejska, Iserlohn (Niemcy); | |
| – | Villa Heros, Remagen (Niemcy); | |
| – | X Jesienna wystawa SChAP, Miejska Galeria Sztuki "MM" w Chorzowie; | |
| 2008 | – | XI wystawa SChAP, Miejska Galeria Sztuki "MM" w Chorzowie. |
Member of:
The Association of Polish Artists and Designers,
The Association of Chorzów Artist and Designers,
| 1998 | – | Scholarship in Ecole de Beaux Artes in |
| 1999 | – | Scholarchip in Escuela Superior de Diseno Grafico "Elisava" In |
| 1999 | – | Scholarchip for artists grantem by the Meyor of Sosnowiec |
| 2008 | – | The first prize in all-poland graphic competition "Master Creation", in the category: |
Solo Exhibitions:
| 1994 | – | |
| 1998 | – | The |
| 2009 | – | The |
| 2007 | – | The Association of Chorzów Artists and Designers: |
| – | The |
|
| – | Villa Heros, Remagen ( |
|
| – | X Autumn Exhibition by The Association of Chorzów Artists and Designers, The |
|
| 2008 | – | XI Exhibition by The Association of Chorzów Artists and Designers, The |
Paulina Karpowicz - urodzona w 1976r. w Szczebrzeszynie. W latach 1997-2001 studia na Wydziale Malarstwa krakowskiej ASP w pracowni prof. Jacka Waltosia i pracowni prof. Janusza Orbitowskiego.
Dyplom z wyróżnieniem uzyskała w 2001 roku w pracowni malarstwa prof. Jacka Waltosia. Aneks do dyplomu w pracowni linorytu u prof. Zbigniewa Lutomskiego. Prace w zbiorach Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, częstochowskiej „Zachęty” oraz w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą.
Udział w wystawach:
1998 – „Obrazy z pracowni” wystawa studentów pracowni prof. Jacka Waltosia, Dwór Zieleniewskich, Trzebinia;
– Galeria „Nafta”- Kraków;
2000 – „Z dwóch stron kurtyny” wystawa studentów pracowni prof. Jacka Waltosia, Teatr im. J.
Słowackiego - Kraków;
2001 – Wystawa malarstwa- Galeria Młodych, Gazety Antykwarycznej - Kraków;
– „Dyplomy 2001” – Pałac Sztuki Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych – Kraków;
– „Na obraz i podobieństwo”/inspiracje Biblią/, Galeria Krypta u Pijarów – Kraków;
– „Sześć ciał ” wystawa malarstwa, Pałac Sztuki TPSP w Krakowie;
– „Obrazy sacrum w sztuce” Muzeum Miejskie – Wadowice;
– Wystawa Konkursu na obraz im. M. Michalika, Miejska Galeria Sztuki w Częstochowie
2002 – „Obrazy”, Wystawa malarstwa w Galerii SCHODY - Warszawa;
– „Artyści swojemu miastu” - Szczebrzeszyn
– „Integracje Poznań – Kraków” wystawa młodych twórców - Trafgallery – Łagów;
– „Obrazy sacrum w sztuce”, Muzeum Miejskie – Wadowice;
– „Promocje” ogólnopolski Przegląd Malarstwa Młodych- Galeria Sztuki w Legnicy;
– „ Sacrum w Sztuce”, Zamek Królewski- Niepołomice;
2003 – „ Noce Arkadii”, Galeria SCHODY- Warszawa;
– „Czerwony”, Galeria na pięterku-Kraków;
2004 – Wystawa pokonkursowa Triennale Malarstwa, Miejska Galeria Sztuki w Częstochowie;
2005 – „Malarstwo” Galeria Gołogórski, Kraków;
– „Letnia propozycja Zachęty”, Ośrodek Promocji Kultury „Gaude Mater”, Częstochowa.
Następnie uczęszczał do PLSP w Zamościu, gdzie powstało wiele obrazów plenerowych malowanych w konwencji post impresjonizmu i koloryzmu (Kapiści). Studia na warszawskiej ASP zakończył wystawą dyplomową w Muzeum ASP w 1997 roku w pracowni prof. Zbigniewa Gostomskiego. Po dyplomie Artysta tworzył nowy cykl szukając własnej drogi zafascynowany włoskim renesansem i klasycyzmem. Powstają prace tworzone długo i mozolnie, o gładkiej strukturze laserunków i sfumato z realistycznym modelunkiem i perspektywą wielu planów portretu martwej natury i pejzażu „za oknem” z idealnie oddaną materią struktur draperii, szkła, metalu, rysów twarzy, budowanych dziwnym i tajemniczym światłem miękko tonącym w mroku. Cykl ten zaprezentował na debiutanckiej wystawie w warszawskiej Galerii Związek Polskich Artystów Plastyków ART w 2002 roku odnosząc komercyjny sukces, sprzedając wszystkie prace. Tam został zauważony przez Nevin Kelly Gallery w Waszyngtonie, gdzie miał wystawę w 2003 roku.
Następnie jego styl ulega powolnej ewolucji w stronę uproszczeń, paleta staje się jaśniejsza, formy bardziej lapidarne, kompozycja idzie w stronę znaku. Rezygnuje z planów, a przestrzeń obrazu ogranicza do elementów postaci, martwej natury i tła jako płaszczyzny koloru przez co przestrzeń obrazu staje się bardziej metafizyczna i symboliczna. Malarza interesuje relacja między postaciami, maluje kompozycje grupowe, umieszcza kilka postaci na obrazie z wyrazem relacji jaka powstaje między nimi.
Ciągle jednak maluje z natury, pracując z modelem i martwą naturą, najchętniej z osobami młodymi, bo artystę fascynuje piękno i czystość młodości nieskażonej piętnem stresu, trosk i obowiązków życia dorosłych. Fascynuje go świat dzieciństwa, zabaw i gier. Maluje też mnóstwo portretów na zamówienie świata biznesu. Portretuje najbliższych, rodzinę i przyjaciół i bardzo często samego siebie w stałym cyklu autoportretów.
Swój nowy „styl”, jak go nazywa, pokazuje po raz pierwszy na wystawie w Paryżu w Galerii Mateusza Korczyńskiego pod patronatem Polskiego Instytutu w Paryżu w 2007r.
Udział w wystawach zbiorowych:
2002 - „Obraz roku” - Królikarnia, Warszawa,
2005 - Walking Art Tour - Hotel Rialto,
„Plaża”- Galeria Piotra Nowickiego, Warszawa,
2007 - „Brand New”- Galeria Karowa,
„Gry”- Warszawskie Centrum Olimpijskie- Galeria Karowa
Galeria ZOO w Warszawie,
oraz indywidualnych w Warszawie, Łodzi, Grójcu, Ełku, Płońsku, Ciechanowie, Lublinie
2009 - Warsaw Gallery Hotel Marriott, Warszawa,
2009 - Galeria Katarzyny Napiórkowskiej, Warszawa.
Urodził się w Paczkowie, w roku 1969 roku. Ukończył Wydział Grafiki Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom w pracowni prof. Andrzeja Pietscha w 1996 roku.
Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Studia odbyła na wydziale malarstwa w latach 1948-1952 uzyskując dyplom w 1953 r. Studiowała w Pracowniach prof. Hanny Rudzkiej-Cybisowej i Jerzego Fedkowicza. W roku uzyskania dyplomu zostaje członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków i bierze udział we wszystkich ważniejszych wystawach ogólnopolskich, okręgowych, poplenerowych i marynistycznych. W tym czasie zajmuje się także pracą pedagogiczną w szkolnictwie średnim i wyższym.
WYSTAWY INDYWIDUALNE:
Kraków - Nowa Huta, salon TPSP, oleje, 1971
Nowy Sącz, Galeria BWA, 1973
Kraków - Nowa Huta, Zespół Szkół Ekonomicznych, 1975
Myślenice, Galeria BWA, 1980 Kraków, Siedziba Stowarzyszenia Artystów Muzyków, 1981
Kraków, Dom Spółdzielni „Pogodna jesień", 1986
Szczawnica, galeria BWA (Nowy Sącz), 1988
Kraków, Dom Plastyków Art-Club, 1995
Kraków, Galeria „Rękawka", 1999
Kraków, Galeria „Stańczyk", pastele, 2000
Kraków, Galeria Hotelu „Elektor", 2001
Kraków, Pałac Sztuki TPSP, 2009
WYSTAWY INDYWIDUALNE ZA GRANICĄ:
USA, Chicago, wystawa wycinanki, 1970
Anglia, Londyn, Galeria POSK (Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny), 1990
Niemcy, Merzig, Galeria CEB „Haus Der Familie", 1993
Niemcy, Dillingen, Galeria KEB, 1994
Niemcy, Merzig, Galeria CEB, 1996
Niemcy, Dillingen, Galeria KEB (Oswald von Nell-Breuning Haus), 1997
UDZIAŁ W WYSTAWACH ZBIOROWYCH:
IV Wystawa w Warszawie, 1954
Festiwale w Sopocie i Szczecinie - „Polskie Dzieło Plastyczne" w 15, 20, 25 i 30-lecie PRL „Jesień Bielska"
Wszystkie wystawy okręgowe w Krakowie
Wystawy Marynistów
Udział w licznych plenerach krajowych
Udział w międzynarodowym plenerze Smoijan Bułgaria, 1981
NAGRODY I WYRÓŻNIENIA:
I nagroda na wystawie wycinanek w Chicago, 1970
Wyróżnienie na wystawie „Dni Krakowa", 1978
Wyróżnienie na wystawie Marynistów, Kraków, 1991
Prace znajdują się w zbiorach Ministerstwa Kultury i Sztuki i w zbiorach prywatnych w kraju i zagranicą.
Urodzona w Krakowie. Dyplom na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej w 1971 roku, dyplom na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w roku 1979. W roku 1986 przewód kwalifikacyjny l-stopnia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W roku 1999 przewód kwalifikacyjny ll-stopnia na ASP w Krakowie, zatwierdzony przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Działalność twórcza - 25 wystaw indywidualnych w kraju i za granicą, oraz udział w 19 wystawach zbiorowych. Prace w licznych kolekcjach prywatnych m.in. w Austrii, Danii, Francji, Niemczech, Szwecji, Szwajcarii, USA, Kanadzie i we Włoszech.
WYSTAWY INDYWIDUALNE:
1979 - Kraków, Galeria "Gil"
1983 - Nowa Huta, Galeria MPiK
1986 - Kraków, Galeria Kramy Dominikańskie
1987 - Niemcy, Neunkirchen, wystawa i udział w interdyscyplinarnym spektaklu "Wiosna Bodeńska"
1989 - Kraków, Galeria "Sztuka Polska"
1992 - Kraków, "Stara Galeria"
1992 - Holandia, Roterdam, "de Vuyle Vaetdok"
1992 - Kraków, Galeria "Plastyka"
1993 - Niemcy, Berlin, "Lassen Kunstprojekt" wystawa indywidualna i udział w Międzynarodowych Warsztatach Twórczych
1993 - Italia, Formia, Galeria "la Sfinge"
1994 - Italia, Rzym, Instytut Kultury Polskiej
1994 - Kraków, Muzeum Teatru Starego
1998 - Kraków, Galeria "Artemis"
2001 - Warszawa, Galeria Centrum Łowicka
2002 - Częstochowa, Galeria "Gaude Mater"
2002 - Kraków, Pałac Sztuki
2003 - Kraków, Galeria "Faust"
2003 - Zakopane, Galeria "Stara Polana"
2003 - Warszawa, Galeria "Piękny Świat"
2004 - Warszawa, Galeria "Belotto"
2005 - Nowy Sącz, Galeria BWA
Bom in Kraków, she graduated in architecture from Kraków Politechnic, gualifaing as an architect in 1971. In 1975 she began her studies at the Academy of Fine Art in Kraków, and graduated in 1979. She has been working since 1974 at the Independent Workshop of Painting, Drawing and Sculpture at the department of Architecture, Kraków Politechnic. In 1986 she qualified to the position of lecturer at the Academy of Fine Arts in Kraków. This entitied her to lecture in the theory of colour,composition and art. In the 1999 she passed the II stage of her professional gualifications as lecturer at the Academy of Fine Arts in Kraków. This awarded by the Ministry of Art and Culture. Iwona Fischer-Zuziak has had 25 exhibition of her work, both in Poland and abroad. Her works can be seen in various private collections in Austria, Denmark, France, Germany, Sweden, Switzerland, USA, Canada and Italy.
Urodził się w 1905 r w Strusowie k. Trembowli, zmarł w 1995 r w Krakowie. Słuchacz Wolnej Szkoły Malarskiej w Krakowie, studia w krakowskiej ASP u W. Jarockiego, W. Weissa, i F. S. Kowarskiego. Studia kontynuował w paryskiej filii ASP pod kierunkiem J. Pankiewicza. Członek grupy Zwornik. Po wojnie nominacja profesorska krakowskiej ASP, czterokrotny rektor tej uczelni. Wystawiał w Paryżu na Salonie Jesiennym, miał kilkadziesiąt wystaw indywidualnych w kraju i za granicą. Przedstawiciel czołówki polskiego koloryzmu, uprawiał przede wszystkim malarstwo sztalugowe, zajmował się także grafiką, rysunkiem i malarstwem ściennym. Malował pejzaże, martwe natury i portrety z wzorzystym tłem.
Urodził się w 1915 r w Wielopolu Skrzyńskim k. Tarnowa, zmarł w 1990 r w Krakowie. Studia w krakowskiej ASP w latach 1934-39 pod kierunkiem K. Frycza. W czasie okupacji założył konspiracyjny teatr, wokół którego koncentrowało się życie artystyczne Krakowa. Teatr ten po wojnie, pod nazwą Cricot 2 ,kontynuował tradycje teatru plastyków Cricot założonego przez Józefa Jaremę. Współtworzył Grupę Młodych Plastyków - 1945, a następnie drugą Grupę Krakowską - 1957. Współorganizator I Wystawy Sztuki Nowoczesnej - Kraków 1948. Uprawiał malarstwo, był reżyserem teatralnym, scenografem, autorem i organizatorem pierwszych w Polsce happeningów, autorem manifestów artystycznych, otwarty na poszukiwania światowej awangardy artystycznej, pierwszy do twórczej adaptacji i asymilacji jej osiągnięć. Twórczość malarska początkowo utrzymana w tonie figuratywnym, później metaforyczna o oszczędnej kolorystyce, w drugiej połowie lat 50-tych w nurcie informelu. W latach następnych zaprezentował w krakowskiej galerii Krzysztofory Wystawę Popularną - zbiór setek przedmiotów, dokumentów, rysunków jako środków environment i po części własnego dorobku. Z przedmiotów tworzy asamblaże i ambalaże. W latach 70-tych i 80-tych kompozycje malarskie /cykle/ mają ścisły związek z teatralną twórczością artysty - seria kompozycji "Umarła klasa"pod tytułem tożsamym z nazwą spektaklu teatralnego. Do malarstwa powrócił pod koniec życia, kompozycje z samotną, wyeksponowaną jednostką uchwyconą w pozie gestu. Artysta wybitny, zaliczany przez krytykę światową do współtwórców Sztuki XX wieku.
Urodziła się w 1978 roku w Łodzi. Edukację artystyczną zdobyła w Akademii Sztuk Pięknych im. Wł. Strzemińskiego w Łodzi. Dyplom w 2003 roku na Wydziale Grafiki, specjalizacja grafika wydawnicza i malarstwo.
Rozpoczynając proces kreacji zawsze wychodzi od znaczenia i kontekstu zagadnienia, dogłębnie eksploruje temat, przetwarza go subiektywnie, czego efektem jest podbudowany wartością symboliczną, wysokiej jakości, unikatowe dzieło.
Prace malarskie znajdują się u prywatnych kolekcjonerów w Niemczech, Anglii, Szwecji, Szwajcarii, Australii i USA.
Wystawy:
kwiecień 2001 - autorska wystawa grafiki i malarstwa w Teatrze Nowym w Łodzi
maj 2004 - PATIO Centrum Sztuki "Malarstwo i grafika" - autorska wystawa
grudzień 2006 - „Pieniądz - nominał wartości “galeria festiwalu dialogu 4 kultur - autorska wystawa – prezentacja cyklu obrazów i grafik
kwiecień 2007 - malarstwo i grafika, Galerie Salustowicz Bielefeld w Niemczech - autorska wystawa malarstwa i grafiki
marzec 2008 - SZTUKA NA BRUKU ulica Piotrkowska w Łodzi- najdłuższa uliczna galeria sztuki na świecie! Wystawa zbiorowa
Borned in 1978 in Łódź, Poland. She acquired education at Wladysław Strzeminski's Fine Arts Academy in Łódź. Graduated from the Academy of Graphics and Painting Department in 2003 with a MA diploma.
About herself, she shortly writes - I am the creator and it is manifesting in every single sphere of my life.
Anna Kruszak urodziła się w 1982 roku w Krakowie.
Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie. W trzeciej klasie, jej praca pt. „Atrium” zdobyła nagrodę w VI Międzynarodowym Konkursie Takasaki Art & Music Competition for High School Students. Dyplom złożyła w 2001 roku, z aneksem z ceramiki, który zdobył wyróżnienie.
W 2003 roku rozpoczęła studia na Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, na wydziale malarstwa w pracowni prof. Leszka Misiaka. Tytuł magistra otrzymała w 2008 roku z wynikiem bardzo dobrym.
W 2006 roku jej praca pt. „Pokłon” została wybrana na 5 Międzynarodowe Biennale Malarstwa w Turynie.
Dyplom złożyła w 2008 roku, w tym samym roku wzięła udział w wystawie pt. „Mistrz i uczniowie” w Muzeum w Tarnowskich Górach.
Prace artystki znajdują się w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą (m.in. Japonia, Irlandia, Anglia) oraz w kolekcji firmy Oknoplast.
Absolwentka krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Dyplom z malarstwa w pracowni prof. Stanisława Rodzińskiego, rektora ASP w Krakowie w 2004 roku. Absolutorium z architektury wnętrz w pracowni prof. Andrzeja Głowackiego w 2008 roku. Uprawia malarstwo, rysunek i tkaninę artystyczną.
Wystawy indywidualne:
2009 - „Obrazy”, malarstwo, WSIiZ, ul. Sucharskiego 2, Rzeszów
2006 - "Spotkanie w drodze", malarstwo, Galeria "Kanonicza 1", Kraków
2006 - W ramach projektu: „Konfrontationen/Konfrontacje”, malarstwo, Galeria Raven, Kraków
2005 - "Twarzą w twarz", malarstwo i tkanina artystyczna, Galeria GIL Politechniki Krakowskiej, Kraków
Wystawy zbiorowe:
2009 - „Międzynarodowy plener malarski Lanckorona -Trzebinia 2009”, Trzebinia
2009 - I Multimedia Szajna Festiwal, grafika komputerowa, Szajna Galeria - Teatr im. Wandy Siemaszkowej, Rzeszów
2005 - „Nowi Członkowie ZPAP 2005”, malarstwo, Galeria ZPAP Pryzmat, Kraków
2005 - Ogólnopolski Przegląd Malarstwa Młodych „Promocje 2004”, Galeria Sztuki, Legnica
2005 - W ramach projektu: „Konfrontationen / Konfrontacje”, wystawa malarstwa Visuelle et Acoustique, Wriezener Str. 13, Berlin
2005 - „Daleko – Blisko” z cyklu: Rozmowy ze Światem, Galeria L’art., Kijów
2005 - „Siedem”, wystawa malarstwa i fotografii, Galeria SOK, Kraków
2004 - Festiwal Sztuki w Ennis, wystawa malarstwa i papieru czerpanego, Ennis, USA
2004 - „Odlegle Powiązania” I Festiwal Tkaniny, Galeria ZPAP Pryzmat, Kraków
2004 - „Papierowe obiekty” I Festiwal Tkaniny, Kraków, Galeria ZPAP Sukiennice, Kraków
2004 - „Hucisko 2003”wystawa malarstwa poplenerowa, Galeria Gaude Mater, Częstochowa
2003 - „Czarna 2003” wystawa poplenerowa malarstwa, Czarna
2003 - „Zeitgeist” Europejski Festiwal Sztuki, Timisoara, Rumunia
2002 - „Północ-Południe” wystawa rysunku, ASP Gdańsk
2003-2004 - Studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
2004-2008 - Studia na wydziale malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
2005-2006 - Realizacja filmu animowanego ”Delirium” w pracowni prof. Jerzego Kuci na wydziale grafiki ASP w Krakowie.
2007 - Półroczny staż Erasmus - Socrates na Wydziale Sztuk Pięknych Universidade do Porto/ Portugalia.
2008 - Dyplom w pracowni malarstwa Prof. Adama Wsiołkowskiego na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Tytuł pracy magisterskiej „Na granicy”.
2010 - Stypendium zagraniczne polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz włoskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Realizacja projektu konkursowego w Maceracie/ Włochy.
Wybrane wystawy:
2006 - Wystawa i aukcja sztuki na rzecz Fundacji Anny Dymnej, Kraków.
2007 - Babel, wystawa pokonkursowa w galerii Universidade do Porto/ Portugalia.
2007 - Zbiorowa wystawa malarstwa, Cervantes Institute w Porto.
2007 - Zbiorowa wystawa mozaiki, Cervantes Institute w Porto.
2008 - Udział w wystawie poplenerowa w Galerii ASP w Warszawie oraz Galerii BWA w Katowicach.
2008 - Wystawa wyróżnionych dyplomów, Galeria Pałac Sztuki w Krakowie.
2008 - Na granicy, indywidualna wystawa malarstwa, hotel Radisson w Krakowie.
2008 - Dal, indywidualna wystawa malarstwa, Galeria Raven w Krakowie.
2008 - Mistrz i uczniowie, wystawa prac studentów i absolwentów pracowni Prof. Adama Wsiołkowskiego, Tarnowskie Góry.
2009 - Nord Art’09, międzynarodowy przegląd sztuki współczesnej w Rendsburg/ Budelsdorf, Niemcy.
2009 - Wystawa studentów i absolwentów pracowni prof. Wsiołkowskiego oraz pracowni Prof. Rodzińskiego, Galeria Malarstwa i Rzeźby XIX i XX wieku w Częstochowie.
2009 - Spotkanie, indywidualna wystawa malarstwa, Space Gallery, Kraków.
2010 - Lontano, indywidualna wystawa malarstwa w Circolo Arci Terminal w Maceracie, Włochy.
2010 - Nord Art’10, międzynarodowa wystawa sztuki współczesnej w Rendsburg/ Budelsdorf, Niemcy.
W latach 1895-1899 studiował w krakowskiej SSP pod kierunkiem F. Cynka, J. Malczewskiego, J. Unierzyckiego i J. Stanisławskiego. Lata 1899-1901 spędził w paryskiej Academie des Beaux-Arts u J.L. Gerôme`a. Od 1901 r. kontynuował naukę w macierzystej uczelni w pracowni L. Wyczółkowskiego. Należał do Towarzystwa Artystów Czeskich "Manes" i Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka". Był współzałożycielem Grupy Pięciu i Grupy Zero. Podczas II wojny światowej był w ZSSR, Tel-Avivie i Jerozolimie. Po powrocie do kraju zamieszkał w Krakowie, a następnie przeniósł się do Szklarskiej Poręby. Na jego pracę ogromny wpływ miała symboliczna twórczość J. Malczewskiego. Hofman malował głównie obrazy religijne, sceny rodzajowe, portrety i pejzaże. Jego modelami byli często biedni, prości ludzie, którzy zyskali w jego pracach.
Urodzony w roku 1963 w Grudziądzu. Jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy. W latach 1983 – 1988 studiował na Wydziale sztuk Pięknych UMK w Toruniu – specjalizacja z malarstwa w pracowni prof. Janusza Kaczmarskiego. Studia ukończył z wyróżnieniem.
Zajmuje się malarstwem, grafiką wydawniczą i projektowaniem wnętrz. W latach 1989 i 1991 był stypendystą MK i S, a w 1990 Wojewody bydgoskiego.
Wiceprezes Zarządu Okręgu ZPAP w Bydgoszczy w latach 1990 – 1992.
Od roku 2005 do 2009 członek zarządu Bydgoskiego Stowarzyszenia Artystycznego.
Prace znajdują się w zbiorach Muzeum we Włocławku, Muzeum w Grudziądzu,BWA w Bydgoszczy, AMU Center w Kopenhadze oraz w wielu zbiorach prywatnych w kraju i zagranicą ( USA, Niemcy, Wlk. Brytania, Finlandia, Austria, Włochy, Francja, Japonia).
Studia na Wydziale Artystycznym UMCS w Lublinie, dyplom w 2003 r. w pracowni malarstwa prof. Jacka Wojciechowskiego. Malując buduje przestrzeń obrazu za pomocą plam barwnych. Postacie na obrazach są właśnie takimi plamami, równie ważnymi dla kompozycji, jak np. fragment ściany. Za pomocą koloru tworzy też nastrój obrazów, który stanowi największą siłę ich oddziaływania. W 2008r. znalazła się w rankingu najbardziej obiecujących polskich artystów do 35. roku życia portalu Kompas Młodej Sztuki.
Urodzona w Krakowie w rodzinie artystów; dyplom na Wydziale Graki krakowskiej ASP (1994); doktorat w Katedrze Intermediów (praca pt: „Semiosfera mojego Miasta. Notatki"); stypendystka Emily Carr University of Art & Design (Vancouver, Kanada). Zajmuje się malarstwem, rysunkiem, komiksem, tworzy filmy animowane.
Wszystko to składa się na oryginalny autorski dokument/dziennik. Ulubione miejsca natchnienia i wypoczynku to: miasteczko Este i okoliczne pagórki (Colli Euganei, Włochy), Tatry oraz własny balkon.
Urodzony 26 sierpnia 1969 roku w Jaśle. Absolwent Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Dyplom z wyróżnieniem w pracowni prof. Józefa Sękowskiego w 1994 roku. Pracownik naukowo-dydaktyczny macierzystego wydziału. Zajmuje się rzeźbą, medalierstwem i rysunkiem. Prace prezentował na siedmiu wystawach indywidualnych oraz kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i za granica (m.in. Niemcy, Szwecja, Szwajcaria, Francja, Japonia, USA, Portugalia, Norwegia). Brał udział w ogólnopolskich konkursach rzeźbiarskich, m.in. w Gdańsku, Bydgoszczy, Warszawie, Radomiu, Poznaniu, Przemyślu, Krakowie, w których został laureatem wielu nagród i wyróżnień. Uczestniczył w kilku miedzynarodowych plenerach i sympozjach rzezbiarskich, m.in. w Austrii, Szwajcarii i Turcji.
Urodzony w 1941 roku. Edukację artystyczną rozpoczął w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, gdzie w 1962 roku złożył egzamin maturalny. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni prof. Hanny Rudzkiej-Cybisowej. W 1969 roku uzyskał dyplom malarski z wyróżnieniem. W tym samym roku ukończył również Studium Pedagogiczne przy krakowskiej ASP. W roku 1970 wyjechał do Paryża i odbył roczne studia w paryskiej Beaux Arts. W 1973 roku został członkiem ZPAP w Krakowie, a w 1975 Związku Artystów Malarzy w Saint Tropez. Od roku 1977 należy do Francuskiego Związku Artystów.
W roku 1989 został powołany na członka Międzynarodowej Akademii Literatury, Sztuki i Nauki „Greci Marino", która w uznaniu jego zasług artystycznych przyznała mu tytuł profesora. Nazwisko artysty figuruje w „Who is who" (Lozanna, Szwajcaria) oraz ostatnim wydaniu „Benezit" (Griind, Paris, 1999).
Jego obrazy znajdują się w kolekcjach prywatnych i Muzeum Ziemi Kłodzkiej w Kłodzku.
Wystawy indywidualne:
1975 - Sorbona - Centrum Cywilizacji i Kultury Polskiej - Paryż
1975 - Galeria „Vision Nouvelle" - Paryż
1978 - Galeria „Desa" - Kraków, Poznań, Wrocław
1999 - Galeria Krzysztofa Kamyszewa - Chicago
2002 - Galeria „Bellotto" - Warszawa
2003 - Muzeum Ziemi Kłodzkiej - Kłodzko
Wystawy zbiorowe:
Saint Tropez, Obernai, Nicea, Le Mans, Berlin, Sztokholm, Helsinki, Osaka, Kraków, Kijów, Ouebec, La Jola (USA), Chicago, Paryż, Ramatuelle, Gassin.
Nagrody:
1978 - srebrny medal w Obernai
1980 - wyróżnienie na Salonie w Marsylii
1985 - wyróżnienie w Grand Palais w Paryżu.
Stanisław Sacha Stawiarski was born in 1941. He graduated from the State Secondary Art School in Cracow in 1962. He studied at the Academy of Fine Arts in Cracow under the supervision of professor Hanna Rudzka-Cybisowa. In 1969 he obtained the Academy’s graduation diploma and at the same time graduated from the School of Pedagogy operating within the Academy. He travelled to Paris in 1970 where he attended a one-year course at the Beaux Arts. He became a member of the Association of the Polish Fine Artists in 1973 and a member of the Association of Painters in Saint Tropez in 1975. He has been a member of the French Artists Association since 1977. In 1989 he was appointed a member of the “Greci-Marino” International Academy For the Arts, Sciences and Letters that, acknowledging his artistic achievements, granted him the title of professor. His name can be found in “who is who” (Lausanne, Switzerland) and the last edition of “Bénézit” (Grand, Paris, 1999). His paintings are in private collections and in the Museum of the Region of Kłodzko in Kłodzko.
Individual exhibitions:
1975 – Sorbonne, the Centre of the Polish Civilisation and Culture, Paris;
1975 – “Vision Nouvelle” Art Gallery, Paris;
1978 – “Desa” Art Gallery, Cracow, Poznań, Wrocław;
1999 – Art Gallery of Krzysztof Kamyszew, Chicago;
2002 – “Bellotto” Art Gallery, Warsaw;
2003 – The Museum of the Region of Kłodzko in Kłodzko.
Collective exhibitions:
Saint Tropez, Obernai, Nice, Le Mans, Berlin, Stockholm, Helsinki, Osaka, Cracow, Kiev, Quebec, La Jola (USA), Chicago, Paris, Ramatuelle, Gassin.
Awards:
1978 – silver medal in Obernai;
1980 – commendation at the Salon in Marseille;
1985 – commendation at the Grand Palais in Paris.
Urodzona w Kozienicach. W roku 1993 rozpoczyna studia na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Po pierwszym roku przechodzi do pracowni Profesora Jana Szancenbacha. Po kilku latach w pracowni dostaje wyróżnienie. Wyjazd do Australii przerywa twórczość i kontakt z profesorem, jego opiniami. Zaczyna się nowy okres ciężkiej pracy w Sydney Institute of Technology, w studio malarskim w dzielnicy Pyrmont. Artystka otrzymuje propozycje wystawy z Konsulatu Polskiego i MLC Gallery, potem wystawy pokonkursowe w Global Gallery, Salon The Refuses (National Trust), Marlene Antico Gallery, udział w zbiorowej wystawie w Saitamie w Museum of Modern Art, Japonia, zaproszenie z Tokyo itd. Po powrocie do Polski kontynuuje studia na wydziale malarstwa w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w pracowni Prof. Sławomira Karpowicza, gdzie w 2000 roku broni pracę dyplomową pt. „ Anatomia czasu w martwej naturze ”. W 2006 roku otrzymuje stypendium The Pollock-Krasner Foundation, NY, USA.
Artysta rzeźbiarz, muzyk, kompozytor, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Uprawia rzeźbę pomnikową, portretową i kameralną. Jego główne założenia twórcze to wyrażanie idei muzyki plastycznymi środkami wyrazu. Stworzył niepowtarzalną stylistykę, co w bezbłędny sposób pozwala identyfikować odbiorcy dzieło z osobą twórcy. Najchętniej jako tworzywo wykorzystuje drewno i mosiądz. Artysta uczestniczył w około 150 wystawach zbiorowych oraz w około 100 indywidualnych, w kraju i zagranicą. Rzeźby autorstwa Wojciecha Firka znajdują się w zbiorach muzealnych i wielu prywatnych kolekcjach zagranicznych, z czego najbardziej liczny zbiór - w Niemczech. Ma wiele realizacji w kraju i za granicą. Jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Muzyka jest jego równoległą dziedziną sztuki, w której artysta realizuje się od lat. Brał udział w happeningach z eksperymentalnym zespołem „MW-2”. Jest autorem wielu kompozycji jazzowych, aranżacji znanych standardów. W 2000 roku ukazała się jego autorska płyta pt. „Iluzje”, która spotkała się z bardzo życzliwym odbiorem krytyki. Wojciech Firek jest bardzo znaczącą postacią w panteonie artystów, którzy świetnie sprawdzają się w roli ambasadorów polskiej kultury.
Nagrody:
- II nagroda w konkursie studenckim na rzeźbę „Godło Klubu Jasz¬czury" - Kraków - 1967
- nagroda - medal w „III Ogólnopolskiej Wystawie Rzeźby Młodych" - Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych - Kraków - 1971
- II nagroda w ogólnopolskim konkursie na Pomnik Zwycięstwa - Elbląg (zespół) - 1973
- nagroda równorzędna w konkursie na rzeźbę plenerową - Kraków 1975
- II nagroda w wystawie „Ogólnopolskie Konfrontacje Młodych" - Oświęcim 1975
- nagroda regulaminowa w wystawie „Rzeźba Roku Polski Południowej" BWA - Kraków 1976
- nagroda II-stopnia Ministerstwa Kultury i Sztuki (zespół katedry) 1981
- I nagroda w ogólnopolskim konkursie na pomnik C. Zabłockiego i rozwiązanie architektoniczno-rzeźbiarskie - Instytut Pediatrii w Prokocimiu - Kraków (zespół) 1987
- nagroda fundowana w I Ogólnopolskim Biennale Rzeźby - BWA - Kraków 1992.
Wybrane realizacje:
- Akcent Pomnikowy - „Legionistom" - Cmentarz Rakowicki - Kraków
- Pomnik Zwycięstwa (zespół) - Sanok, Rzeźbiarskie Formy Zabawowe (zespół) - Tychy
- Pomnik Pamięci Katastrofy w Kopalni Silesia (zespół) - Czechowice-Dziedzice
- Popiersie L. Rydygiera - I Klinika Chirurgiczna - Kraków
- Popiersie Papieża Jana Pawła II - Szkoła Podstawowa nr 3 - Myślenice
- Pomnik C. Zabłockiego i rozwiązanie architektoniczno-rzeźbiarskie - Instytut Pediatrii (zespół) - Kraków
- Rzeźba Plenerowa „Zmysły" - Park TSBW - Husum - Niemcy
- Akcent Pomnikowy „Marcinowi" - Cmentarz Miejski - Husum -Niemcy
- Popiersie Kardynała Stefana Wyszyńskiego - Szkoła Podstawowa - Stadniki.
Prace w zbiorach muzealnych i prywatnych: Muzeum Miejskie - Tarnów, Śródmiejski Ośrodek Kultury - Kraków, Społeczny Ośrodek Odnowy Zabytków - Kraków, Muzeum Historyczne - Kraków, Szkoła Muzyczna - Kępno, Ratusz Miejski - Myślenice, Zbiory Freizeithaus TSBW - Husum - Niemcy, Ratusz Miejski - Husum - Niemcy, Zbiory Kultur Symposion - Iserlohn - Niemcy oraz w zbiorach prywatnych w wielu miastach kraju i świata.
Professor Wojciech Firek – sculptor, musician, composer, lecturer at the Academy of Fine Arts in Cracow. He sculpts monumental, portrait and cameral forms. His key artistic assumption is expressing music through artistic means. His stylistics is unique what allows for infallible identification of a given piece of art with this specific artist. His favourite artistic materials are wood and brass. He participated in ca. 150 collective exhibitions and ca. 100 individual ones both in Poland and abroad. His sculptures are in museums and numerous private collections abroad with the widest collection in Germany. He realised many artistic projects in Poland and abroad. He received many awards and commendations. Apart from sculpting, music is his another artistic passion. He took part in the happenings with experimental group “MW-2”. He is the author of many jazz compositions and arrangements of popular standards. In 2000 his own record entitled “Iluzje” was published and was positively acknowledged by the critics. Wojciech Firek is a highly significant person in the pantheon of artists who are excellent ambassadors of the Polish culture.
Awards:
- second award in the student’s competition for creating the sculpture entitled “Godło Klubu Jaszczury”, Cracow, 1967
- medal awarded at the Third Poland’s Sculpture Exhibition of Young Artists, The Fine Arts Association, Cracow, 1971
- second award (collectively) in the country’s competition for the Victory Monument, Elbląg, 1973
- joint award in the outdoor sculpture competition, Cracow, 1975
- second award at the exhibition entitled “Ogólnopolskie Konfrontacje Młodych”, Oświęcim, 1975
- award at the exhibition entitled “Rzeźba Roku Polski Południowej”, the Cracow’s Art Gallery,1976
- second collective award of the Ministry of Culture and Arts, 1981
- first collective award in the country’s competition for the monument of Zabłocki C. and the architectural and sculptural solution, Institute of Pediatrics in Prokocim, Cracow, 1987
- sponsored award in the First Poland’s Biennale of Sculpture, the Cracow’s Art Gallery, 1992.
Chosen realisations:
- monument entitled “Legionistom”, Rakowicki Cemetery, Cracow
- Victory Monument (collective work), Sanok
- “Rzeźbiarskie Formy Zabawowe” (collective work), Tychy
- monument commemorating the victims of the catastrophe in Silesia coal mine (collective work), Czechowice-Dziedzice
- bust of Rydygier, L., Surgical Clinics in Cracow
- bust of John Paul the Second, Primary School no.3 in Myślenice
- outdoor sculpture entitled “Zmysły”, TSBW Park, Husum, Germany
- monument entitled “Marcinowi”, Communal Cemetery, Husum, Germany
- bust of cardinal Stefan Wyszyński, Primary School in Stadniki.
Works owned by museums and private collectors:
City Museum in Tarnów, Cultural Centre of the Central Cracow, Social Centre of Monuments’ Renovation in Cracow, Historical Museum in Cracow, Musical School in Kępno, the City Hall in Myślenice, Freizeithaus TSBW collections in Husum, the City Hall in Husum, Kultur Symposion collections in Iserlohn, Germany and works owned by numerous collectors in Poland and overseas.
Urodzony w 1936 roku w podkrakowskich Niepołomicach. Ukończył Liceum Plastyczne w Krakowie, a w 1961 z wyróżnieniem Akademię Sztuk Pięknych na Wydziale Malarstwa u profesorów Krchy i Fedkowicza. Po zdjęciu przez cenzurę wystawy jego prac w krakowskim BWA w 1971 roku, odsunął się w cień publicznego życia artystycznego. Wkrótce po tym w pracowni artysty wybuchł pożar pozbawiając go prawie całego dotychczasowego dorobku. W latach 80-tych organizował prywatne wernisaże i spotkania w pracowni we własnym domu. W rezultacie w świadomości widzów i krytyków sztuki zaistniał dość późno bo pod koniec lat 90-tych. Pierwsza indywidualna wystawa po wielu latach "nieobecności" miała miejsce w Galerii "Podbrzezie" Krzysztofa Jeżowskiego w 1996 roku. Ten spóźniony debiut okazał się niezwykle udany. Na wernisażu pytano: "Jak to jest możliwe by twórca tej klasy, najbliższy wielkim szkoły krakowskiej, Pankowi a przede wszystkim Wójtowiczowi, mógł przez tyle lat pozostać właściwie nieznanym"? Rok później Marian Siwek zaprezentował swoje obrazy i rysunki w Pałacu Sztuki, a w 1999 r. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa zorganizowało mu wystawę w Kamienicy Hipolitów, później w Wieży Ratuszowej. Ekspozycje przyjęte zostały z wielkim zainteresowaniem przez krytyków i artystyczną publiczność. Niestety artysta znów musiał odsunąć się w cień, tym razem z powodu uciążliwej choroby Alzheimera. Nadal jednak tworzył, a sztuka przedłużała mu życie. Prace Mariana Siwka znajdują się między innymi w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, Muzeum Historycznego Miasta Krakowa oraz w znaczących prywatnych kolekcjach w kraju i na świecie. Aktualnie dzieła Mariana Siwka stanowią unikatową i niezwykle cenną kolekcjonerską zdobycz. Ostatnia wystawa artysty, zatytułowana "Pod powierzchnią", miała miejsce w Pałacu Sztuki w Krakowie w dniach od 27 kwietnia do 14 maja 2006 i cieszyła się ogromnym powodzeniem. Marian Siwek zmarł 17 maja 2007 roku.
Patrzył na otoczenie okiem ogromnie wrażliwym, patrzył całą swoją skromną duszą. Nienawidząc pruderii, ilustrował życie bez kamuflaży i fałszywego blichtru. Jego rencistki, przyjaciele wódczani, madonny z Rynku, czy podejrzane towarzystwo z Podgórza, to autentyczne postacie. Notował swoje spostrzeżenia i myśli w dziwacznie poobklejanych zeszytach, które krążyły po pracowni i po całym domu. Zapamiętajmy Mariana Siwka jako artystę ze specyficznym poczuciem absurdu, podanym w prostej formie tak znakomitej kreski.
Urodził się w Kijowie w 1865r, zmarł w Jeruzal k. Skierniewic w 1946r.
Po ukończeniu studiów w petersburskiej ASP kształcił się w Paryżu. W latach 1892 i 1903 odbywał podróże po Europie. Specjalizował się w pejzażach morskich; w 1920 r. założył pracownię w Lisim Jarze, gdzie prowadził letnie kursy pejzażu morskiego. W 1922 r. zorganizował "Koło Marynistów Polskich". Większość jego dorobku artystycznego zaginęła w czasie wojny.
Był ojcem Wojciecha Kossaka. W latach 1852-1855 przebywał w Warszawie, a od 1855r. do 1869r. w Paryżu, gdzie kształcił się u H. Verneta. W 1868r. wyjechał do Monachium i uczęszczał do atelier F. Adama. W 1970r. powrócił do kraju i osiadł w Krakowie, gdzie zaprzyjaźnił się z W. Gersonem, F. Kostrzewskim, M. Olszewskim i H. Pillatim. Był znakomitym akwarelistą. Malował sceny batalistyczne, historyczno-rodzajowe i rodzajowe. Głównym tematem jego prac był koń. Był założycielem najsłynniejszej dynastii polskich malarzy. Oprócz malarstwa wykonywał też wiele rysunków i ilustracji do książek, czasopism i kalendarzy.
Dzieła Juliusza Kossaka to głównie akwarele wielkich rozmiarów o jasnym kolorycie i doskonałej kompozycji, grafiki, a także ilustracje do książek i czasopism. Wszystkie są dowodem fascynacji malarza przyrodą, folklorem, obyczajowością. Wychowany w duchu patriotyzmu, ukształtowany przez romantyzm miał potrzebę spełnienia misji. Poprzez tematykę swoich obrazów chciał zainteresować Polaków – pozbawionych w okresie rozbiorowym własnej ojczyzny – historią i przeszłością. Sięgał do tematyki historyczno-rodzajowej – "ku pokrzepieniu serc". Uważany jest za twórcę polskiego malarstwa batalistycznego, mistrza techniki akwarelowej, klasyka malarstwa literackiego. Ulubionym tematem sztuki Juliusza Kossaka były sceny z rycerskiej przeszłości Polaków, a wyjątkowe miejsce w jego twórczości zajmują kompozycje, w których głównym podmiotem jest koń. Od 1854 wystawiał w Polsce i za granicą, w samym Krakowie 207 obrazów. Swoje prace wystawiał m.in. w TPSP w Krakowie, w Salonie Unegra.
Najważniejsze dzieła o treści historycznej: Żółte Wody, Rycerze przed bitwą, Stadnina Mohorta, Sobieski pod Wiedniem (1882), Rodakowski pod Custozzą (1868), Czarniecki pod Płockiem, Elekcja Jana Kazimierza, Chodkiewicz pod Smoleńskiem, Wjazd cesarza Franciszka Józefa do Krakowa, Bitwa pod Zborowem, Bitwa pod Parkanami (1883), Bitwa pod Raszynem (1884) oraz Bitwa pod Ignacewem (przed 1893).
Syn i uczeń Juliusza Kossaka kształcił się w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych, Akademii monachijskiej i w Paryżu. W latach 1895-1902 przebywał głównie w Berlinie, pracując dla cesarza Wilhelma II. Malował też dla dworu Franciszka Józefa II. Wiele podróżował, m.in. do Hiszpanii i Egiptu, gdzie wykonywał szkice do zamierzonych panoram. W późniejszych latach kilkakrotnie wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych wykonując zamówienia portretowe. W 1913 r. był mianowany profesorem warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Był współautorem panoram: Racławice (1893-1894), Berezyna (1895-1896), Bitwa pod piramidami (1901) oraz szkiców do niezrealizowanej Samosierry (1900). Niezrównany malarz scen batalistycznychi historycznych.Gloryfikował w nich wojsko polskie: ułanów, szwoleżerów, legionistów. Doskonale opanował sztukę malowania koni. W późniejszym okresie twórczości malował masowo sceny rodzajowe, batalistyczne, portety z koniem w roli głównej. W jego spóciźnie wyraźnie należy oddzielić dzieła wielkiej klasy od tworzonych w pośpiechu na dorażne zamówienia.
Syn Wojciecha Kossaka. Od najmłodszych lat szkolił się pod okiem ojca i dziadka - Juliusza Kossaka. Jego obrazy nawiązywały do czasów napoleońskich i II wojny światowej. Podstawowym motywem w jego obrazach był koń. Brał udział w licznych wystawach. Jego prace cieszyły się ogromnym powodzeniem. Jako pierwszy w rodzinie do swojej twórczości wprowadził element legend starogermańskich i celtyckich. Pierwszą wystawę miał w 1910 roku w Krakowie, w Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego talent został dostrzeżony, a wystawiony cykl napoleoński zebrał pochlebne opinie. W czasie I wojny światowej służył na froncie włoskim w randze porucznika pułku ułanów austriackich.
W latach 1891-1899 studiował w krakowskiej SSP u F. Cynka, I. Jabłońskiego, W. Łuszczkiewicza i L. Wyczółkowskiego oraz Azbego w Monachium (1903). W latach 1904-1907 kontynuował naukę w ASP w Wiedniu u K. Pochwalskiego, w Paryżu w Academie Willi (1908-1912) oraz w 1922r. w Academie Collarossi. Na stałe mieszkał w Krakowie, gdzie zajmował się również działalnością pedagogiczną. Był członkiem krakowskiego Towarzystwa Artystów Polskich "Sztuka" i warszawskiego Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych. W początkowym okresie swej twórczości Karpiński malował sceny rodzajowe i miejskie pejzaże - głównie widoki Monachium i Paryża. Popularność zdobył dzięki przedstawieniom martwych natur i portretów kobiet. Podróżował do Włoch, Londynu, Budapesztu. Był członkiem m.in. TPSP w Krakowie, wiedeńskiej "Secesji". W latach 1918-1927 został wiceprezesem TPSP w Krakowie. Głównym tematem jego prac były portrety, sceny rodzajowe, widoki miejskie głównie Monachium i Paryża oraz martwa natura z motywem kwiatowym.
Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Studiowała w pracowni malarstwa prof. Danuty Makowskiej i pracowni rysunku prof. Mariana Nowińskiego (dyplom 2003). Uprawia głównie malarstwo olejne na płótnie, choć chętnie sięga po akryl i techniki mieszane.
Laureatka konkursów ilustratorskich organizowanych przez chińskie stowarzyszenie ilustratorów Master (Master Illustrators's Federation) oraz pekińską galerię Ziteng: 2011 – nagroda organizatorów (Special Prize by Host Units and Joint Hosts), 2007 – wyróżnienie, 2005 – III nagroda.
Udział w wystawach w kraju i za granicą:
2011- wystawa pokonkursowa the Second Master Cup International Illustration Biennial, Pekin, Chiny;
2011 – wystawa pokonkursowa II Triennale Malarstwa "Animalis" w Chorzowie;
2010 – wystawa pokonkursowa 48. edycji konkursu SWLA w The Mall Galleries w Londynie;
2009-'11 – wystawa pokonkursowa III Triennale z Martwą Naturą, w BWA Sieradz, Kalisz, Kielce, MR Bełchatów, MCK Nowy Sącz, MGSz w Częstochowie, ChCK w Chorzowie;
2009-'10: wystawa pokonkursowa V Międzynarodowego Biennale Malarstwa i Tkaniny Unikatowej Eko Balt w Gdyni.
Obrazy Agnieszki Rogowskiej znajdują się w zbiorach prywatnych m.in. w Austrii, Francji, Chinach i Wielkiej Brytanii.
Malarz (1884-1972). Studiował w krakowskiej ASP u L. Wyczółkowskiego i J. Stanisławskiego. Malował pejzaże i kwiaty. Wyczółkowski uważał go za swojego spadkobiercę. Malował w oleju, akwareli i pasteli. Wykonywał portrety, zajmował się również projektowaniem kilimów dla własnej wytwórni "Grot" czynnej w okresie międzywojennym.
Urodzony 27 kwietnia 1901 w Rzeszowie – jeden z najwybitniejszych polskich malarzy-marynistów. Zdolności plastyczne przejawiał od wczesnych lat młodości. W związku z czym odebrał wykształcenie w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Był uczniem Józefa Mehoffera i Leona Wyczółkowskiego.Twórczość artysty znajduje się obecnie w m.in. Muzeum Narodowym w Gdańsku, Muzeum Narodowym w Warszawie, Centralnym Muzeum Morskim w Gdańsku, Muzeum Miasta Gdyni, Muzeum Okręgowym w Bydgoszczy, Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu oraz w zbiorach instytucji związanych z gospodarką morską i kolekcjach prywatnych na całym świecie. Zmarł 19 listopada 1982.
Agnieszka Łukaszewska urodziła się w 1974 roku w Krakowie. Ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, dyplom z wyróżnieniem otrzymała w 1995 roku. Następnie studiowała na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie, dyplom (z wyróżnieniem) obroniła w Pracowni Rysunku prof. Włodzimierza Kotkowskiego w 2000 roku.
W roku 2003 za swoją pracę artystyczną otrzymała Stypendium Twórcze Miasta Krakowa.
W 2008 roku obroniła doktorat na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie. Obecnie pracuje na stanowisku adiukta w Pracowni Rysunku na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie. Zajmuje się rysunkiem, grafiką i rzeźbą. W 2011 roku, za swoje portrety, otrzymała wyróżnienie na VII Triennale Rysunku Współczesnego w Lubaczowie. Brała udział w ponad 30 wystawach w kraju i za granicą. Jej prace znajdują się w zbiorach m.in. Muzeum Kresów w Lubaczowie oraz SMTG w Krakowie.
Urodzona 24 września 1970 roku w Rzeszowie. W 1990 roku ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Rzeszowie. W latach 1990-1995 studiowała na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. W 1995 roku dyplom z wyróżnieniem z malarstwa w pracowni prof. Jana Szancenbacha, dyplom z rysunku w pracowni prof. Sławomira Karpowicza. W 1996 roku Stypendium Twórcze Miasta Krakowa, II nagroda na Konfrontacjach Najmłodszych Artystów Krakowskich w Myślenicach. W 1997 roku Stypendium Ministra Kultury i Sztuki.
WYSTAWY INDYWIDUALNE:
2011
• „Fabryka snów” – Galeria Elektor – Warszawa
2010
• „Z punktu widzenia kota...” – Galeria Sztuki Raven – Kraków
• „Stół osobliwiści” – Galeria ATU – Lublin
2009
• „Wystawa malarstwa” – Hol ekspozycyjny firmy Siemens – Warszawa
2008
• „Wystawa malarstwa” – Galeria ATU – Lublin
• Wystawa inauguracyjna z cyklu „Artyści rzeszowskiego PLASTYKA” – Galeria Miejska – Zespół Szkół Plastycznych – Rzeszów
2007
• „Impresje z podróży” – Galeria Nautilus – Kraków
2005
• Wystawa malarstwa - Hol ekspozycyjny firmy Siemens - Warszawa
• Wystawa malarstwa - Galeria Pegaz (Galeria Hetmańska) - Kraków
2003
• Wystawa malarstwa - Galeria Gil - Kraków
• "Opowieść o błękicie" - Dominik Rostworowski Gallery - Kraków
2002
• Wystawa malarstwa - Małopolskie BWA w Nowym Sączu Galeria w Krynicy - Krynica
2000
• Wystawa malarstwa - Dominik Rostworowski Gallery - Kraków
1999
• Wystawa malarstwa - Galeria ZPAP Sukiennice - Art Buisnes Promotions - Kraków
1998
• Wystawa malarstwa - Dominik Rostworowski Gallery - Kraków
• "Spotkanie na granicy" - Bliesbruck-Reinheim - Niemcy
• "Trzy dzieła" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
1997
• "Stypendyści Prezydenta Miasta Krakowa" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
1996
• Wystawa malarstwa - Galeria Pod Złotym Lewkiem - Kraków
1995
• "Dyplom '95" - Galeria Grotta Nobile - Kraków
• "Z pracowni naszych artystów" - Wieża Ratuszowa - Kraków
WYSTAWY ZBIOROWE:
2011
• "Urodziłam się więc JESTEM...ARTYSTKĄ" - Galearnia w Podróży - Przystanek Bagatela 12 - Centrum Informacyjno-Szkoleniowe PAIiIZ S.A.
2010
• Biennale Małych Form Malarskich - Galeria Wozownia - Toruń
• "Krakowski Spin" - Galearnia - wystawa w siedzibie Pilskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan – Warszawa
2009
• "Emocje oswojone" - Galearnia w podróży - Przystanek II - Hotel Belvedere – Zakopane
• "Emocje oswojone" - Galearnia w podróży - Przystanek I - Hotel Rubinstein – Kraków
• "Moje miasto..." - Noc Kultury 2009 - Galeria ATU – Lublin
• II Ogólnopolski Konkurs „Obrazy muzyką malowane” - Pałac Sztuki – Kraków
2008
• Wystawa inauguracyjna Galerii Prestige - Hotel Rubinstein – Kraków
• "Kobieta w czerni - obiekt, abiekt, seksapil" – Galearnia – Warszawa
• I Ogólnopolski Konkurs „Obrazy muzyką malowane” - Pałac Sztuki – Kraków
2007
• „Podróże – Artystyczna interpretacja” wystawa w ramach Europejskich Dni Dziedzictwa Kulturowego – Galeria Nautilus-Kraków
• Triennale Polskiego Malarstwa Współczesnego – BWA - RZESZÓW
• Wystawa poplenerowa „IV Ogólnopolski Plener Malarski” – Muzyczna Owczarnia – Jaworki
• II Edycja Aukcji „Polscy Artyści Plastycy – Dzieciom” – Galeria Sztuki BWA „Zamek Książ” – Wałbrzych, Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
• „Mały format 2007” – Galeria Labirynt – Kraków
• I Miedzynarodowe Biennale Obrazu „Quadro Art” – Muzeum Historii Miasta Łodzi, Pałac Poznańskich – Łódź
2006
• Ogólnopolska Wystawa Malarstwa, Rysunku, Grafiki, Tkaniny i Rzeźby - Gdynia 2006 - Stowarzyszenie Promocji Artystów Wybrzeża ERA ART. - Gdynia
• Międzynarodowe Biennale Miniatury "Częstochowa 2006" - Ośrodek Promocji Kultury - Częstochowa
• VII Jesienny Salon Sztuki "Homo Quadratus Ostroviensis" - BWA - Ostrów Świętokrzyski
• X Jubileuszowa Wiela Aukcja „Współczesna sztuka polska” – Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
• I Edycja Aukcji „Polscy Artyści Plastycy – Dzieciom” – Galeria Sztuki BWA „Zamek Książ” – Wałbrzych, Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
2005
• "Salon zimowy ZPAP" - Centrum Sztuki Współczesnej Solvay - Kraków
• "Kreta" Wystawa poplenerowa - Dominik Rostworowski Gallery - Kraków
• Biennale Małych Form Malarskich - Galeria Wozownia - Toruń
• "Krakowska Sztuka Współczesna" Wystawa w ramach Dni Krakowskich w Quito - Miejskie Centrum Kultury - Quito - Ekwador
• Europejskie Dni Dziedzictwa Kulturowego Kraków 2005 - Galeria Nautilus i Dominik Rostworowski Gallery - Kraków
• Wystawa przedaukcyjna „Współczesna sztuka polska” – Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
2004
• X Ogólnopolski Wystawa "Muzyka w malarstwie" - Galeria Obok - Tychy
• "Mały format 2004" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
• "Artyści artystom" - Wystawa przedaukcyjna - Galeria Pryzmat - Kraków
• Wystawa przedaukcyjna „Współczesna sztuka polska” – Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
2003
• "Obraz Roku 2002" - Pałac Królikarni - Warszawa
• "Reprezentacje" część I Kraków - Salon Sztuki Kaskada - Warszawa organizowana przez Dominik Roztworowski Gallery
• Biennale Małych Form Malarskich - Galeria Wozownia - Toruń
• Wystawa poplenerowa Kowno-Kraków-Wilno-Galeria Arka-Wilno - Litwa
• Wystawa przedaukcyjna „Współczesna sztuka polska” – Konsulat Generalny RP – Nowy Jork – Stany Zjednoczone
2002
• "Mały obraz" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
• EGERIA 2002 - IX Salon Plastyki - Ostrów Wlk
2000
• "Kolory - puls obrazu" - Galeria Format - Kraków, Norymberga, Frankfurt - Niemcy
• "Farbe - erleben" Galerie Irene Sagan - Essen, Niemcy
• "10 artystów z Polski" - Centrum Kulturalne - Ateny - Grecja, Galeria Kocioł Artystyczny - Kraków
• "Krakau aus weiblicher Sicht" - Ars Cracovia - Kolonia - Niemcy
• "Rozmowa" - Galeria Bayer - Warszawa
• III Trienale Autoportretu - Radom
• IV Ogólnopolski Konkurs Malarski "Mój Pejzaż" - Ciechanów
• III Trienale z martwą naturą - Sieradz, Wałbrzych
1999
• Wystawa malarstwa (otwarcie galerii) - Galeria Parter - Warszawa
1998
• "Mały obraz" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
• XVII Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego - Szczecin
• II Ogólnopolski Konkurs Malarski "Mój Pejzaż" - Ciechanów
1997
• "Mistrz i uczeń" - Krakauer Haus - Norymberga, Niemcy
• Salon Jesienny '97 - Pałac Sztuki - Kraków
• Bielska Jesień '97 - Galeria BWA - Bielsko Biała
• II Trienale Autoportretu - Radom
• "Mały obraz" - Galeria ZPAP Sukiennice - Kraków
• Trzech malarzy z Krakowa - Saarlouis - Niemcy
1996
• "Jeune Art Cracovienne" - Espece Culturel Paul Ricard - Lyon, Francja
• "Dyplom 94-95" - Muzeum Narodowe - Kraków
• Salon Wiosenny '96 - Pałac Sztuki - Kraków
• Nowi członkowie ZPAP - Galeria Pryzmat - Kraków
• "Les Ambiences Cracovienne" - Club Méditerrané - Dieuleft, Francja
• XVI Festiwal Polskiego Malarstwa Współczesnego - Szczecin
• VI Ogólnopolski Przegląd Malarstwa Młodych "Promocje '96" - Legnica
• Konfrontacje Najmłodszych Artystów Krakowskich - Myślenice
Born on 24 September 1970 in Rzeszow, she graduated from the local State High School of Visual Arts in 1990. In 1990-1995 she trained in the Painting Department of the Krakow Academy of Fine Arts under Prof. Jan Szancenbach, where in 1995 she got a degree with honours in painting, and a degree in drawing, which she had studied under Prof. Sławomir Karpowicz. In 1996 she received a Krakow City Grant for the Arts, and the 2nd prize of the Youngest Krakow Artists’ Festival in Myślenice. In 1997 she was awarded a scholarship by the Ministry of Culture and Art. Magdalena Nałęcz won the 1st prize at the Biennial of Small Painting Forms in Toruń in 2003, and a year later she received an honorary mention at the exhibition Small Form 2004 at Galeria ZPAP in Krakow.
INDIVIDUAL EXHIBITIONS:
2008
• „Painting exhibition” – Galeria ATU – Lublin
• Inaugural exhibition cycle "Artists from PLASTYK" Galeria Miejska – Zespół Szkół Plastycznych – Rzeszów
2007
• Painting exhibition; Travelling impressions, Galeria Nautilus, Kraków
2005
• Painting exhibition; Siemens showroom, Warsaw
• Painting exhibition; Galeria Pegaz (Galeria Hetmańska), Krakow
2003
• Painting exhibition; Galeria Gil, Krakow
• A Story of Blue, Dominik Rostworowski Gallery, Krakow
2002
• Painting exhibition; BWA gallery in Nowy Sącz; Galeria w Krynicy, Krynica,
2000
• Painting exhibition; Dominik Rostworowski Gallery, Krakow
1999
• Painting exhibition; Galeria ZPAP, Cloth Hall, Art Business, Krakow
1998
• Painting exhibition; Dominik Rostworowski Gallery, Krakow
• Meeting at the Border; Bliesbruck–Reinheim, Germany
• Three Works, Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
1997
• "Holders of Krakow Mayor’s Grants, Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
1996
• Painting exhibition; Galeria Pod Złotym Lewkiem, Krakow
1995
• 1995 Graduation Exhibition; Galeria Grotta Nobile, Krakow
• From Our Artists’ Studios; Town Hall Tower, Krakow
GROUP EXHIBITIONS:
2008
• Inaugural exhibition Gallery Prestige - Hotel Rubenstein – Krakow
• "Woman in black - object, abiekt, seksapil" – Galearnia – Warsaw
• First Polish Festival „Paintings music paint” - Palace of Art – Krakow
2007
• Small Form 2007 – Galeria Labirynt – Krakow
• Second Biennal of Picture „Quadro Art” – Muzeum Historii Miasta Łodzi, Pałac Poznańskich – Łódź
• „Traveling – Artystyczna interpretacja” European Heritage Days – Galeria Nautilus-Krakow
• Third Triennial of Contemporary Polish Painting – BWA - RZESZÓW
• Exhibition of plein–air works – Muzyczna Owczarnia – Jaworki
• „Second Editing of auction polish artists of artists – child” – Art Gallery BWA „Castle Książ” – Wałbrzych, General Consular Office RP – New York City – United States of America
2006
• „First Editing of auction polish artists of artists – child” – Art Gallery BWA „Castle Książ” – Wałbrzych, General Consular Office RP – New York City – United States of America
• Before auction exhibition „ Polish Modern Art” - General Consular Office RP – New York City – United States of America
• Polish Exhibition of Painting, Drawings, Prints, Textiles and Sculpture, Gdynia 2006; the ERA ART Association for the Promotion
• Częstochowa 2006 International Miniature Biennial. Cultural Promotion Centre, Częstochowa
• Homo Quadratus Ostroviensis Seventh Autumn Salon of Art; BWA gallery, Ostrowiec Świętokrzyski
2005
• Before auction exhibition „ Polish Modern Art” - General Consular Office RP – New York City – United States of America
• ZPAP Winter Salon; Solvay Contemporary Art Centre, Krakow
• Crete; exhibition of plein–air works; Galeria Nautilus and Dominik Rostworowski Gallery, Krakow
• Biennial of Small Painting Forms; Galeria Wozownia, Toruń
• Contemporary Art From Krakow; part of Krakow Days in Quito; Quito City Cultural centre, Equador
• Krakow 2005 European Days of Cultural Heritage; Galeria Nautilus and Dominik Rostworowski Gallery, Krakow
2004
• Before auction exhibition „ Polish Modern Art” - General Consular Office RP – New York City – United States of America
• Music in Painting 10th Polish Exhibition; Galeria Obok, Tychy
• Small Form 2004; Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
• Artists for Artists, pre-auction exhibition; Galeria Pryzmat, Krakow
2003
• Before auction exhibition „ Polish Modern Art” - General Consular Office RP – New York City – United States of America
• 2002 Year’s Best Painting; Królikarnia Palace, Warsaw
• Representations, Part I: Krakow; Kaskada Art Salon, Warsaw (exhibition organised by the Dominik Roztworowski Gallery)
• Biennial of Small Painting Forms; Galeria Wozownia, Toruń
• Kowno–Krakow–Wilno, exhibition of plein-air works; Galeria Arka, Vilnius, Lithuania
2002
• A Small Painting; Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
• EGERIA 2002: the Ninth Salon of Visual Arts; Ostrów Wielkopolski
2000
• Colours as the Pulse of Painting; Galeria Format, Krakow, Nuremberg, Frankfurt, Germany
• Farbe – Erleben; Galerie Irene Sagan, Essen, Germany
• Ten Artists From Poland; Cultural centre, Athens, Greece; Galeria Kocioł Artystyczny, Krakow
• Krakau Aus Weiblicher Sicht; Ars Cracovia, Cologne, Germany
• Convesation; Galeria Bayer, Warsaw
• Third Triennial of Self-Portraits, Radom
• My Landscape Forth Polish Painting Competition, Ciechanów
• Third Triennial of Still Life; Sieradz, Wałbrzych
1999
• Painting exhibition (gallery opening); Galeria Parter, Warsaw
1998
• A Small Painting; Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
• Seventeenth Festival of Contemporary Polish Painting, Szczecin
• My Landscape Second Polish Painting Competition, Ciechanów
1997
• Master and Student; Krakauer Haus, Nuremberg, Germany
• Autumn 1997 Salon, Art Palace, Krakow
• Autumn 1997 in Bielsko Biała; BWA gallery, Bielsko Biała
• Second Triennial of Self-Portraits; Radom
• A Small Painting; Galeria ZPAP, Cloth Hall, Krakow
• Three Painters From Krakow, Saarlouis, Germany
1996
• Jeune Art Cracovienne; Espece Culturel Paul Ricard, Lyon, France
• 1994–1995 Graduation Exhibition; National Museum in Krakow
• Spring 1996 Salon; Art Palace, Krakow
• New Members of the ZPAP Association of Polish Visual Artists; Galeria Pryzmat, Krakow
• Les Ambiences Cracovienne; Club Méditerrané, Dieuleft, France
• Sixteenth Festival of Contemporary Polish Painting, Szczecin
• Graduation 1996 Sixth Polish Festival of Young Painting; Legnica
• Youngest Krakow Artists’ Festival, Myślenice
Studiował w ASP w Warszawie u K. Tichego, w 1929 roku otrzymał dyplom. Od 1945 roku mieszkał na stałe w Zakopanem. Malował najczęściej pejzaże. Był wybitnym kolorystą. W swoich obrazach podkreślał sympatię dla malarstwa francuskiego.
Artysta malarz. Studiował na Akademii w Krakowie m. in. u Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza. Brał udział w wystawach Towarzywstwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Z informacji umieszczonej na stronie Katedry Polowej Wojska Polskiego wiadomo, że zginął w Katyniu w roku 1940.
Urodziła się w 1908 r. w Starym Samborze, zmarła w 1958 r. w Krakowie. Studia rzeźbiarskie w krakowskiej ASP pod kierunkiem Xawerego Dunikowskiego w latach 1929-35. Przed wojną zajęta głównie twórczością rzeźbiarską, współpracowała też z teatrem Cricot prowadzonym przez jej brata Józefa Jaremę/animator tego teatru i autora sztuk w nim granych, należała do lewicowej Grupy Krakowskiej. Po wojnie uprawia malarstwo, bierze udział we wszystkich trzech Wystawach Sztuki Nowoczesnej w Krakowie - 1948-49 i w Warszawie 1957 i 59. Współpracuje z Cricot 2 Tadeusza Kantora, gdzie projektuje scenografię i kostiumy. Najlepsze jej prace powstały na kilka lat przed śmiercią, w technice monotypii łączonej czasem z temperą. Prace artystki reprezentowały sztukę polską na Biennale w Wenecji - 1958 r. i pośmiertnie - na Biennale Sztuki Współczesnej w Sao Paulo - 1961 r. Na przełomie 1998/99 miała wystawę w warszawskiej Zachęcie i wrocławskim Muzeum Narodowym.